Co powiesz na spotkanie

Tekst
Z serii: Mała czarna
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Co powiesz na spotkanie
Co powiesz na spotkanie?
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,98  60,78 
Co powiesz na spotkanie?
Audio
Co powiesz na spotkanie?
Audiobook
Czyta Monika Chrzanowska
37,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dwa tygodnie wcześniej 1 Czerwony alert

MIEJSCE I CZAS AKCJI: BAR W SUTERENIE W SOHO – PIĄTEK, 16 LISTOPADA, GODZ. 22.00.

EVIE stoi w grupie dobrze ubranych dwudziestoparolatek, trzyma w dłoni porysowany plastikowy kieliszek z domowym białym winem i w odpowiednich momentach kiwa głową, przysłuchując się toczonej obok rozmowie. Zerka na swój telefon, ale jest zbyt wstawiona, żeby robić cokolwiek tak dyskretnie, jak jej się wydaje.

Sarah: Wyślę Wam wszystkim prezentację, która może pomóc podczas Waszego zebrania organizacyjnego w najbliższy weekend. Zaglądajcie do skrzynek odbiorczych!

Maria: Naprawdę sami chętnie zaplanujemy Twój weekend panieński.

Jeremy: Co bynajmniej nie znaczy, że jesteśmy chętni, aby w ogóle to robić.

Sarah: Ale dzięki niej będziecie mieli pewność, że sprawicie mi przyjemność. A skoro mowa o moim ślubie i weselu, możemy pogadać o Twoim braku partnera, Evie?

Wrzuciłam telefon z powrotem do torebki. Sarah usiłowała namówić mnie na rozmowę o moim „braku partnera”, odkąd sama się zaręczyła. Jakbym znajdowała się w jakimś stanie, który z uporem ignoruję.

Ponownie zwróciłam uwagę na parę boleśnie modnych młodych kobiet, które były ze mną w barze, i odnotowałam dwa fakty: Po pierwsze, że mają piękną, nieskazitelną, nietkniętą troskami dziecięcą cerę. I po drugie, że jestem bardziej wstawiona, niż mi się wydawało, mimo że trzymałam się swojej żelaznej zasady trzech drinków.

To było przekleństwo naszych imprez. Otóż raz w miesiącu wszyscy asystenci pracujący w agencjach talentów telewizyjnych i filmowych spotykali się w innym, choć równie okropnym barze w centrum Londynu, żeby „wymienić informacje” (czyli poplotkować). Przy takich okazjach nigdy nie było nic do jedzenia, choć zdecydowanie nie brakowało pewnego gatunku białego wina (najtańszego sikacza). Mogłam tylko przypuszczać, że pozostałe koleżanki są zbyt młode, aby mogły przeżyć kaca jako osoby dorosłe, i trwają jeszcze w błogiej nieświadomości, jak to jest obudzić się z uczuciem, że każdy rok z dwudziestu dziewięciu przeżytych przez ciebie lat daje ci w twarz.

Ja jednak… miałam w torbie kanapkę z jajkiem, która aż się prosiła, żeby ją zjeść, choć jak dotąd nie nadarzyła się odpowiednia chwila. Mimo że moje praktyczne „ja” mówiło mi, że powinnam wrzucić coś na ruszt, zdawałam sobie sprawę, że normalni ludzie nie zabierają ze sobą na zawodowe imprezy własnej wałówki.

Jedna z dziewczyn, Jodi, odgarnęła z twarzy kurtynę blond włosów i uśmiechnęła się do mnie tak, że od razu poczułam się młodsza. Miałam wrażenie, że zadała mi jakieś pytanie. Była asystentką w jednej z największych agencji i jedną z tych osób, dla których plotki są jak waluta.

– Przepraszam, coś do mnie mówiłaś? – Ścisnęłam plastikowy kieliszek. Jeszcze do niedawna na takich imprezach miałam kogoś przy boku.

– Zabrałam ze sobą małą Geraldine, żeby poznała kogo trzeba – powiedziała. Mówiła z londyńskim akcentem, przeciągając głoski, tak że przy każdej wypowiadanej przez nią sylabie czułam się coraz większą prowincjuszką z północy.

Zwróciłam się w stronę nastolatki w okrągłych okularkach. Długie włosy miała spięte w nieporządny kok z wymykającymi się kosmykami, który zdawał się mówić: „Popatrz, jak mało dbam o wygląd”. Pod kombinezonem nosiła biały T-shirt z dużym czarnym napisem „Greta Gerwing”. Natychmiast zamarzyłam o takim samym, choć miałam świadomość, że nigdy nie będę dość cool, aby go włożyć.

– U kogo jesteś na stażu? – zapytałam.

Na chwilę zapadło milczenie.

– Evie, ty wariatko! – Jodi się zaśmiała. – Ona jest asystentką.

– Ale to jeszcze dziecko! – Zacisnęłam usta, jakbym w ten sposób mogła cofnąć wypowiedziane przed momentem słowa.

Geraldine zaniosła się niskim gardłowym śmiechem i przyłożyła rękę do piersi.

– Wielkie dzięki. Pracuję jako asystentka od czasów prehistorycznych. – Zniżyła głos do szeptu. – Mam dwadzieścia trzy lata. Nie chciałam, aby ktoś uznał, że jestem za stara na tę robotę.

– Nie wyglądasz na dzień więcej niż dwadzieścia jeden – odruchowo pospieszyła z odpowiedzią Jodi.

Miałam ochotę chwycić Geraldine za ramiona i zapewnić ją, że jest młoda jak nowo narodzone dziecko. Pociągnęłam kolejny łyk sikacza.

– Geraldine pracuje w Geoffrey and Turner – wyjaśniła Jodi z naciskiem, co przyjęłam z wystudiowaną obojętnością.

Geoffrey and Turner to była mała, ale poważana agencja reprezentująca scenarzystów telewizyjnych i filmowych. Przed kilkoma laty rywalizowała o pozycję z William Jonathan Montgomery & Sons Agency for Screenwriters. Ostatnio jednak stała się bardzo popularna wśród autorów, którym zależało na prestiżu, podczas gdy my… Hm, któregoś dnia wrócimy na szczyt.

– Jeden z nowych kolegów Geraldine, Ritchie, to twój stary znajomy, prawda, Evie? – ciągnęła Jodi. Nic nie uszło jej uwagi. Odkąd tylko się dowiedziała, że znałam „Ritchiego” jeszcze w czasach, gdy był po prostu Rickym, nie pominęła żadnej okazji, aby wydobyć ze mnie więcej informacji na jego temat. Mój eks był znany w branży jako jednorożec, czyli wolny facet. Przez co od razu namierzył go plotkarski radar Jodi. Mogłam jej wyjawić, że Ricky należy do mężczyzn, którzy sprawiają, że kobieta czuje się najszczęśliwsza na świecie. Dopóki mu na niej zależy. Zamiast tego tylko się uśmiechałam, jak zwykle niczego jej nie zdradzając.

– Ritchie jest niesamowity – włączyła się z podziwem Geraldine. – Lada dzień zostanie agentem, nie ma co do tego wątpliwości. Wszystko w nim mówi, że czeka go spektakularna kariera.

– Na pewno nie będzie do końca życia asystentem – potwierdziła Jodi, a potem położyła mi rękę na ramieniu. – Nie martw się, ty też dostaniesz kopa w górę. Tylko na razie ci się nie wiedzie.

Jodi się nie myliła, ale nie to leżało mi na sercu. Jeszcze go nie awansują, prawda? Poczułam ściskanie w gardle.

– Gdzie pracujesz? – zagadnęła mnie Geraldine. Westchnęłam i dałam za wygraną. Prędzej czy później i tak by się dowiedziała.

– W William Jonathan Montgomery and Sons – odparłam.

Geraldine wytrzeszczyła oczy.

– Och, to ty jesteś tą Evie.

Gdy jest się asystentką o najdłuższym stażu w branży, ludzie zaczynają gadać.

Kiedy wreszcie dziewczyny uznały, że czas na następną kolejkę, i poszły do baru, odetchnęłam z ulgą. Ponownie wyjęłam telefon; żałowałam, że to nie piątek i nie ma ze mną przyjaciół. Czasami dzieląca nas odległość wydawała się zbyt duża.

Evie: POMOCY! ZNALAZŁAM SIĘ W BRÓD WŁASNYCH DZIECI.

Maria: Gdzie jesteś?

Evie: Na spotkaniu asystentów.

Evie: „Wśród” własnych dzieci.

Jeremy: Przyszedł Ricky Fiut?

Evie: Nie. On teraz zadaje się wyłącznie z agentami.

Sarah: To dla niej dobrze. TO CI TYLKO POMOŻE W KARIERZE, EVIE.

Jeremy: Nie tak głośno, Sarah.

Maria: Jesteś agentką, tylko nie masz tego na wizytówce, Evie. Pokazałaś się i wystarczy. Możesz wracać do domu. Uważaj na siebie.

Schowałam telefon; nie odpowiedziałam Marii. Chociaż te imprezy czasami były dla mnie trudne, musiałam na nich bywać, jeśli chciałam któregoś dnia awansować. Wszyscy tu mieli jeden cel: rozpaczliwie pragnęli powiedzieć co należy, pogadać z kim trzeba, nawiązać znajomości. Mnie też kiedyś, zaraz po przeprowadzce do Londynu, na tym zależało. Nie tylko żeby zostać agentką.

Gdyby tata mógł mnie teraz zobaczyć.

Byłby ze mnie dumny, wiedziałam o tym; tylko by się zdziwił, że wylądowałam po tej stronie. Że wolę reprezentować ludzi pióra, zamiast zostać jednym z nich. Zastanawiałby się, co się stało z tą dziewczynką, która w wieku dwunastu lat oświadczyła, że w przyszłości będzie drugą Norą Ephron albo Dorothy Taylor, że pisanie stanie się dla niej jak jedzenie czy powietrze. Oczywiście, nie mógłby wiedzieć, co oświadczył mi pierwszy agent, któremu pokazałam swoje pisarskie próby.

Po prostu nie masz tego czegoś.

Wzdrygnęłam się lekko. Zwykle udawało mi się odpędzić od siebie wspomnienie swoich początków jako scenarzystki, ale tego wieczoru z jakiegoś powodu nie chciało odejść. Siedem lat na stanowisku asystentki. Gratulacje, Evie. Mimo to mówiłam sobie, że mam szczęście. Nie mogłam zrealizować swoich marzeń, więc pomagałam w tym innym. Liczyłam, że to się opłaci, gdy wreszcie zostanę agentką. Monty wciąż mi mówił, że jeszcze nie jestem gotowa. Musiałam więc znaleźć sposób, aby mu pokazać, na co mnie stać.

Przecisnęłam się przez tłum do baru, stanęłam obok Jodi, żeby odstawić pustą szklankę, i usłyszałam jeszcze, co mówi Geraldine.

– Ja nigdy bym tak długo nie wytrzymała w tej robocie. – Zauważyła mnie. – Bez urazy – dodała szybko.

– To nie wina Evie – rzuciła Jodi. – Jej szef Monty to kawał drania.

Zjeżyłam się na to. Monty był znany w branży jako Stary Wiarus. Należał do ostatnich przedstawicieli epoki, w której większość umów zawierało się w barach elitarnych klubów. Wciąż, kiedy potrzebował, potrafił oczarować producenta, ale świat się zmienił. Fala entuzjastycznie nastawionych młodych ludzi, która zalała branżę, rozumiała content intuicyjnie. Już na samo to słowo Monty dostawał gęsiej skórki.

– Jest świetny w swoim fachu – sprzeciwiłam się, świadoma, że bronię nie tylko jego z doświadczeniem, które zdobył, ale także samej siebie.

– Wszyscy wiemy, dlaczego jeszcze nie odeszłaś. Ze względu na benefity. – Jodi mówiła „benefity” zamiast „dodatkowe korzyści” i dzieląca nas różnica wieku stała się jak przepaść. – A Monty trzyma się jeszcze dzięki jakiemuś oscarowemu scenarzyście, na którego coś znalazł.

 

Jodi wiedziała wszystko o nielegalnie skaptowanych scenarzystach, była to dla niej kwestia honoru. O pewnych sprawach dotyczących cennego klienta mojego szefa nie miała jednak pojęcia.

Geraldine zaświeciły się oczy.

– Chyba nie masz na myśli Ezry Chestera? O rany, jaki on jest?! Taki atrakcyjny jak na fotach na Instagramie? To urocze, że chodzi z Monicą Reed. Jest od niego z dziesięć lat starsza i najwyraźniej zupełnie mu to nie przeszkadza. Co z tym jego wielkim filmem? Czy nie oddał połowy swojego honorarium na cele dobroczynne? Opowiedz mi o wszystkim.

Ezra stał się pieszczochem w branży trzy lata temu, po zdobyciu Oscara, ale dopiero gdy związał się z królową Hollywood, Monicą Reed, zyskał pozycję celebryty. Dzięki temu, że regularnie pojawiał się na stronach różnych plotkarskich czasopism i wszelkich hotlistach, miał na Instagramie ponad trzysta tysięcy followersów. To, że wyglądał, jakby jego miejsce było na ekranie, a nie za nim, też nie przeszkadzało.

– Nie mogę powiedzieć zbyt wiele o tym filmie – odparłam, uśmiechając się, żeby złagodzić swoje słowa.

– Chyba żartujesz, Evie – zaprotestowała Jodi i nagle cofnęłam się do czasów szkolnych, gdzie nabijano się ze mnie za to, że na lekcjach zgłaszałam się do odpowiedzi. – Przecież jesteśmy w gronie przyjaciół. Możesz nam chociaż zdradzić, czy plotki są prawdziwe. Czy rzeczywiście wielki Ezra Chester ma blokadę twórczą i nie jest w stanie niczego napisać?

– Ależ skąd – zaprzeczyłam. Starałam się nie zwracać uwagi na ból w piersi, który poczułam, gdy padła uwaga o „przyjaciołach”. Spotykałyśmy się raz na miesiąc mniej więcej od roku, gdy Jodi została asystentką. Czy to można było nazwać przyjaźnią? Gdzieś w głębi duszy miałam nadzieję, że tak, bo od czasu, gdy przeniosłam się do Londynu, nawiązanie jakiejkolwiek znajomości poza pracą było dla mnie wręcz niemożliwe. Ale… któregoś razu, gdy poszłyśmy razem na drinka, przestałam się pilnować i zdradziłam jej pewną osobistą informację. Następnego dnia inna asystentka, której zupełnie nie znałam, przysłała mi mejlem telefon do swojego psychoterapeuty. Więcej nie umówiłam się z Jodi prywatnie.

– Pewnie przez działalność dobroczynną nie ma czasu na pisanie – współczująco zauważyła Geraldine. – Właśnie spędził cały miesiąc w Ameryce Południowej, żeby poznać te wszystkie dzieci, dla których zbiera pieniądze. Nie wiem, jak on to robi.

– Sami nie możemy się nadziwić – odpowiedziałam neutralnie i pomyślałam o tych wszystkich winnicach, które także udało mu się odwiedzić.

– Powiedz nam o nim coś, czego nie wiemy, Evie – poprosiła Jodi, otwierając szeroko oczy, jakby obie nas zirytowała Geraldine. I jakbyśmy były konspiratorkami.

– No więc… – zaczęłam, wciąż czując lekkie zawroty głowy po wypiciu tego sikacza na pusty żołądek. – Prawda jest taka, że Ezra… – Jodi wstrzymała oddech. I w tym momencie zadzwonił mój telefon.

Przerwałam, bo uświadomiłam sobie, jak łatwo mogłabym się wygadać. Wystarczyłoby, abym wyjawiła, dlaczego koledzy z roboty nazywają go Gburem. Od razu zrujnowałabym reputację nie tylko jemu, ale też naszej agencji.

Ku rozczarowaniu ich obu sięgnęłam do torebki. Żeby wydobyć telefon, musiałam wyjąć kanapkę. A co tam, pomyślałam. Odwinęłam ją i ugryzłam spory kęs. Ludzie, którym się wydaje, że praca w agencji jest taka świetna, nie widzieli, jak wskakuję do ostatniego metra z bochenkiem chleba, żeby zjeść grzankę w łóżku.

Jodi odchrząknęła, wyraźnie zawstydzona w moim imieniu.

– I? No, Evie, puść parę z ust.

– Dobra – ustąpiłam. – Prawda jest taka, że… – Urwałam, aby przełknąć kęs kanapki. Obie niecierpliwie zbliżyły się do mnie o krok. – Jego następny projekt powali was wszystkich.

Trafiony, zatopiony. Na ich twarzach pojawiło się niedowierzanie.

– Niech ci będzie – rzuciła Jodi bezbarwnie i tym razem, gdy obie z Geraldine spojrzały na siebie porozumiewawczo, to ja zostałam wykluczona.

Siedem lat na stanowisku asystentki jednak coś daje. Stajesz się w tym naprawdę, naprawdę dobra.

Może Ezra jest nazywany Gburem, ale ode mnie nikt się nie dowie dlaczego.

Schowałam do torebki folię po kanapce i wyjęłam telefon. Kilka nieodebranych połączeń. Dzwonił Monty. Znając go, wiedziałam, że może chodzić o wszystko, od sytuacji awaryjnej z klientem po oddanie garnituru do pralni.

Choć raz byłam zadowolona, że jest taki upierdliwy.

– Przepraszam, ale muszę już lecieć. Potrzebują mnie w biurze.

Geraldine sprawdziła na zegarku, wodoodpornym Baby-G, która godzina.

– Ale już po dziesiątej! – wykrzyknęła ze zdumieniem. – I mamy piątek.

Posłałam jej swój najsłodszy uśmiech.

– Witamy w branży!

*

– Czerwony alert. Wpadłem w zasadzkę. – Monty mówił szeptem, ale jego głos wywoływał dziwne echo. – Mówiłaś im, gdzie będę dziś wieczorem?

– Komu? – Przedzierałam się przez piątkowe tłumy na Dean Street.

– Samowi-i-Maxowi. Są tutaj. – Sam-i-Max byli producentami filmu, którego scenariusz miał napisać Ezra. Wszystko robili razem, jakby byli jedną osobą, hydrą, którą ktoś usiłował zabić, ale ona podzieliła się na dwoje i normalnie żyła dalej. Nigdy nie spotkałam lepiej wychowanych ludzi. Wydawało się wręcz nieprawdopodobne, żeby zaatakowali Monty’ego bez ostrzeżenia.

– Jesteś jeszcze w klubie?

– Aha! – syknął. – Więc jednak mnie sypnęłaś.

Ugryzłam się w język. Monty zawsze był w klubie; prawie się tam wprowadził. Spędzał w Ash więcej czasu niż w domu i każdy, kto wiedział o nim cokolwiek, nie szukałby go w biurze.

– I pojawili się tam obaj?

– Tak, wcześniej nawet nie zadzwonili. – Jego następne słowa zagłuszył jakiś hałas. Czy to był szum spłuczki? – Musisz tu przyjechać. Czerwony alert, Evelyn.

Monty wymyślił szyfr na wypadek, gdyby potrzebował mojej pomocy, będąc z klientami – tak aby się nie zorientowali, że wzywa posiłki. Alert pomarańczowy oznaczał „gotowość do akcji”. Zielony – ratunek w mniej awaryjnych sytuacjach, jak wezwanie taksówki i tym podobne. Powaga sytuacji w przypadku czerwonego alertu była trudna do przewidzenia. Ostatnim razem, gdy został ogłoszony, klient zadławił się pulpetem, a Monty był zbyt zalany, aby pamiętać, że wyjechałam na weekend do domu i z Sheffield nie mogłam zastosować chwytu Heimlicha. Mimo to klient przeżył.

– Musisz mnie z tego wyciągnąć. – Należało przy tym pamiętać, że Monty miał skłonność do dramatyzowania. Pracowaliśmy przecież ze scenarzystami, a nie ze szpiegami. – Cholera. – Przez chwilę słyszałam w tle kobiece głosy.

– Monty? Wszystko w porządku?

– Nie rozłączaj się – szepnął. Głosy ucichły. – Przyjedź i zabierz mnie stąd!

– Już jadę. Gdzie cię znajdę? – Położony w Mayfair klub zajmował siedem pięter, miał między innymi basen na dachu i spa.

Monty wymamrotał coś o chamskiej walucie.

– Przepraszam, ale nie zrozumiałam.

– Powiedziałem, że jestem w damskiej toalecie.

– To może… z niej wyjdź? – zasugerowałam przytomnie.

– Z chęcią, tylko że utknąłem, Evelyn. Utknąłem na dobre.

Kierując się do metra, pomyślałam z zadowoleniem, że dobrze jednak, że zjadłam tę kanapkę z jajkiem. Intuicja mi mówiła, że muszę szybko wytrzeźwieć.

2
W potrzasku

MIEJSCE I CZAS AKCJI: BAR NA DRUGIM PIĘTRZE ASH, ELITARNEGO ZAMKNIĘTEGO KLUBU – PIĄTEK, 16 LISTOPADA, GODZ. 23.02.

Wystrój baru jest przewrotnie jaskrawy, krzykliwy. Na suficie znajdują się wielkie okrągłe pojemniki, z których zwieszają się rozwinięte taśmy filmowe. Bar od głębiej położonej restauracji oddziela purpurowa zasłona z limonkowozielonymi frędzlami. Stoi przy niej jasnowłosy kelner w wykrochmalonym uniformie, prowadzający gości do stolików. Odgarnia z twarzy dyndającą taśmę filmową i sprawia wrażenie, że słucha z uwagą.

– Bardzo proszę, muszę dostać się do restauracji, ale tak, żeby nikt mnie nie zauważył.

Kelner z wyćwiczonym bezbarwnym uśmiechem złożył dłonie, jakby miał wprawę w radzeniu sobie z ekscentrycznymi zachciankami klubowej klienteli.

– Panno Summers, wiem, że jest pani asystentką Monty’ego, ale nie robimy takich rzeczy. Nie możemy przeszkadzać innym gościom.

Monty był członkiem założycielem Ash – dlatego mówiono tu do niego po imieniu – więc obsługa wiedziała, kim jestem, mimo że nie wnosił za mnie dodatkowej opłaty członkowskiej. Jednak nie będąc członkiem klubu, miałam ograniczone prawa. Postarałam się więc przybrać wygląd osoby, której warto pomóc.

Biorąc pod uwagę to, że spowijała mnie zasłona, nie było to łatwe.

Ze swojego stanowiska obserwacyjnego dobrze widziałam Sama-i-Maxa. Siedzieli przy stole po obu stronach pustego krzesła, które wcześniej musiał zajmować Monty – zanim zauważywszy, że wchodzą do restauracji, ukrył się w najbliższej toalecie.

Gdyby producenci mnie zobaczyli, zyskaliby pewność, że Monty wciąż jest w budynku. Musiałam przemknąć obok nich i pomóc swojemu szefowi tak, żeby tego nie zauważyli.

– Może pani usiąść w barze i tam zaczekać na Monty’ego.

Szczelniej owinęłam się zasłoną i rozpaczliwie próbowałam zdecydować, co dalej. Producenci mogli tu przyjść tylko z jednego powodu. Półtora roku wcześniej Ezra Chester podpisał kontrakt z ich dobrze prosperującą wytwórnią filmową Intrepid Productions na scenariusz do jej następnego filmu – komedii romantycznej. Sam-i-Max chcieli, żeby ich przedsięwzięcie firmował najgorętszy ostatnio talent w branży. Ponieważ ta komedia romantyczna miała być pierwszym filmem Ezry po wyciskaczu łez Krwotok serdecznych kłamstw, który odniósł wielki sukces, jego udział w planowanym przedsięwzięciu był tym bardziej pożądany.

Kiedy minął termin złożenia scenariusza, wykazali dużo zrozumienia, zwłaszcza gdy Monty im wyjaśnił, że właśnie zmarła babcia Ezry. Kiedy jednak Ezra nie dotrzymał następnego terminu, a potem następnego… stracili cierpliwość.

Od tamtej pory Sam-i-Max domagali się tekstu z uprzejmością, która przeradzała się w agresję. Patrząc teraz na nich, ubranych w identyczne garnitury, z troską na nijakich poczciwych twarzach, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie uszanowali kardynalnej zasady Monty’ego (żadnych spotkań z zaskoczenia) i tu przyszli? Czy dlatego, że to, co Ezra zdołał do tej pory napisać, było do niczego? Gdzieś w głębi duszy miałam nadzieję, że to właśnie jest przyczyną…

Czegoś bowiem Sam-i-Max nie mogli wiedzieć o swoim ulubionym scenarzyście. I czego za nic nie zdradziłabym żadnej Jodi ani Geraldine.

A mianowicie tego, że Ezra Chester – zdobywca Oscara, gorliwy filantrop i ulubieniec przemysłu filmowego – był aroganckim dupkiem, z którym nie dało się wytrzymać.

Moi koledzy nadali mu ksywę Głupi Burak (w skrócie Gbur) po tym, jak wybiegł ze spotkania, bo zamówiłam dla niego nie taką kawę, jaką lubi, i nie chciał wrócić, dopóki Monty nie obiecał mu koktajli. Spotkanie dotyczyło jego działalności na rzecz społecznie upośledzonych dzieci, z których kilkoro było wtedy obecnych na sali. Musiałam strasznie uważać, żeby nie nazywać go Gburem, gdy był w pobliżu.

Myśląc o tym, wpadłam na pewien pomysł.

– Obiecuję, że odejdę, jeśli wyświadczy pan Monty’emu małą przysługę – zaczęłam, bo kelner nie mógł czegoś takiego odmówić żadnemu z członków założycieli klubu.

Wyraźnie poczuł ulgę, ale zaraz potem ogarnął go niepokój.

– Nie mogę zrobić niczego, co zakłóciłoby spokój pozostałym klubowiczom – zastrzegł od razu.

– Niech pan posłucha. – Starałam się stłumić desperację w głosie. – Jeśli nawalę, mój szef uzna to za kolejny dowód, że nie zasługuję na awans. Bardzo proszę. – Przysunęłam się do niego na tyle, na ile pozwalała mi zasłona. – Czy wyglądam na kogoś, kto ma wybór?

Pokręcił – obraźliwie – głową, więc uśmiechnęłam się do niego uspokajająco, a potem wytłumaczyłam, czego od niego oczekuję.

*

– Czy jest tu pan Montgomery? Przyszedł pan Chester i czeka na dole w przestrzeni dla VIP-ów.

Kelner, rozmawiając z kolegą, zatrzymał się w zasięgu słuchu Sama-i-Maxa.

No już, no już! – modliłam się w duchu.

Zobaczyłam, że producenci się prostują, patrzą na siebie porozumiewawczo i ruszają jak jeden mąż w stronę, gdzie się ukrywałam. Skuliłam się za zasłoną. Jeden z frędzli łaskotał mnie w nos.

Kroki na schodach powoli ucichły, więc policzywszy do dziesięciu, wyszłam zza zasłony i skierowałam się do drzwi po przeciwnej stronie sali. Czułam się nie na miejscu ze swoimi potarganymi włosami i w martensach, ale starałam się nie zwracać na to uwagi.

 

W damskiej toalecie paliło się przyćmione światło, tak że miało się wrażenie, jakby wkraczało się do jakiegoś zakazanego przybytku. Ledwie widziałam fazowane różowe kafelki, chromowaną armaturę i kosmetyki, które pewnie kosztowały więcej, niż wynosiła moja miesięczna pensja.

Zajęta była tylko jedna kabina.

– Monty?! – zawołałam niepewnie.

– Evelyn? Co tak długo? – W zniecierpliwionym głosie Monty’ego brzmiała histeria.

– Możesz wyjść, droga wolna.

– Dlaczego wcześniej nie przyszło mi to do głowy? – rzucił z przekąsem i szarpnął drzwi od środka. – Słusznie… jestem zamknięty.

Przez chwilę oboje mocowaliśmy się z nimi, co tylko potwierdziło, że Monty się nie mylił.

– Chyba coś się stało z zamkiem – stwierdził.

– Muszę wezwać kogoś na pomoc.

Monty wydał stłumiony jęk.

– Stanę się pośmiewiskiem całego klubu! Nie mogłabyś lekko podważyć…? – Zamilkł, bo otworzyły się drzwi wejściowe.

Do środka weszła starsza kobieta. Uśmiechnęłam się do niej i wyjęłam telefon, żeby porozumieć się z JEMS-em. Wysłałam wiadomość, licząc, że któreś z nich nie będzie jeszcze spało, choć było już po północy.

Evie: Czy ktoś wie, jak otworzyć zablokowane drzwi toalety?

Jeremy jako prawnik często pracował o nietypowych porach. Maria, jedna z redaktorek miesięcznika kulinarnego, rzadko musiała siedzieć do późna w robocie, chyba że zostawiła ciasto do wyrośnięcia. Z kolei Sarah, kadrowa, kończyła punkt wpół do szóstej, bo słynęła z umiejętności zarządzania czasem. Pewnie już głęboko spała.

Z ulgi ugięły się pode mną kolana, gdy zobaczyłam, że przyszła odpowiedź – dopóki jej nie przeczytałam.

Jeremy: A może po prostu je odblokować?

Evie: Jeszcze pracujesz?

Jeremy: Dla jednego z dodatkowych klientów. Bezdomnego, który został aresztowany za żebranie przed M&S. Na szczęście gorliwy policjant szybko interweniował, zapobiegając obrazie moralności.

Jeremy: Zaraz, zaraz. Utknęłaś w toalecie?

Evie: Nie ja. Monty.

Jeremy:

Evie: Przestań się śmiać, proszę. To poważna sprawa.

Jeremy: Sorki. Sarah pewnie od razu znalazłaby jakieś irytująco proste rozwiązania. A próbowałaś posmarować zawiasy mydłem?

Evie: Jestem gotowa spróbować wszystkiego.

Jeremy: To może spróbuj go tam zostawić.

– Czy mogłaby pani…? – Uniosłam wzrok znad telefonu. Kobieta patrzyła na mnie z uśmiechem i wskazywała umywalkę, przy której stałam. Teraz ją poznałam. Miała tytuł dame, była po siedemdziesiątce i zawsze elegancko się ubierała. Wysoko uniesiona głowa, proste plecy, krótko ostrzyżone siwe włosy i luźne, powiewne ciuchy z jedwabnym szalem przerzuconym wytwornie przez ramię. Emanowały z niej wdzięk i pewność siebie. Niepewnie zamrugałam, a potem uświadomiłam sobie, że czeka.

Cofnęłam się o krok.

– Przepraszam, tylko czekam na koleżankę.

W pomieszczeniu rozległ się nieomylny dźwięk, jaki wydaje sikający facet. Kobieta przerwała malowanie ust szminką i uważnie przyjrzała się końcówce mojego warkocza. Szum nie ustawał.

Monty utknął w jedynym miejscu, gdzie potrzeba skorzystania z toalety nie stanowiła problemu, ale postanowił to zrobić w najgorszym momencie z możliwych.

I nie żałował sobie. O nie. Kobieta wyglądała niczym ktoś z rodziny królewskiej, a musiała słuchać, jak Monty z upodobaniem opróżnia pęcherz.

Z kabiny dobiegło cichnące ciurkanie. I wreszcie, wreszcie ustało. Starsza pani zamknęła szminkę i wtykając torebkę pod stylowe ramię, odwróciła się do wyjścia.

Zatrzymała się z dłonią na klamce. O rany.

– Czasami – powiedziała – człowiek musi się porządnie wysikać.

Gdy zamknęły się za nią drzwi, oparłam się o umywalkę i mimowolnie parsknęłam śmiechem.

– Nie widzę w tym nic śmiesznego – odezwał się Monty.

– Przepraszam, biorę mydło, żeby posmarować nim zawiasy, ale…

– Pospiesz się, cokolwiek robisz. Bądź dobrą dziewczynką.

– Tylko że mydło to nasze jedyne…

– Szybko, Evelyn.

Świsnęłam z półki bynajmniej niewyglądającą na tanią butelkę mydła w płynie i wróciłam pod kabinę. Oglądając zawiasy w drzwiach, postanowiłam wykorzystać fakt, że mam swojego słuchacza dosłownie za zakładnika.

– Monty – zaczęłam. – Dlaczego nie chcesz się z spotkać z Samem-i-Maxem?

Milczenie ze strony kabiny.

– Chodzi o pierwsze strony tego scenariusza? – Powiedział, że Gbur pisze dalej. Choć nie dał mi do przeczytania konspektu.

– Może jednak wezwij kogoś do pomocy.

– Sam-i-Max wciąż tu są, ale jeśli uważasz, że tak będzie lepiej…

– Nie, nie – zaprotestował czym prędzej.

– To w jakiej sprawie chcieli się z tobą zobaczyć, Monty? – spokojnie pytałam dalej, smarując mydłem zawiasy.

Przeciągła cisza.

Szarpnęłam drzwiami.

– Ani drgną. Chyba naprawdę powinnam po kogoś pójść… – mruknęłam.

Z kabiny dobiegło ciężkie westchnienie. Deska klozetowa zatrzeszczała, gdy Monty na niej usiadł.

– Chcą, żeby Ezra podpisał aneks do umowy, w którym się zobowiąże, że dostarczy gotowy scenariusz w terminie trzech miesięcy. Nie przyjmą części, już próbowałem. Tylko całość. I wspomnieli o prawnikach.

Było to ze strony producentów całkiem uczciwe ultimatum, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że byli zwodzeni już przeszło rok. Monty zapewniał wszystkich, że Gbur pisze, więc na czym polegał problem? Może nasz geniusz poczuł się urażony tym formalnym rozwiązaniem. Bo do tej pory wszystkich prolongat dokonywało się na zasadzie dżentelmeńskiej umowy.

– Czy Ezra nie chce się na to zgodzić? – Obok zamka, między drzwiami a framugą, była maleńka szczelina. Wycisnęłam tam trochę mydła.

Kolejna pauza.

– Wiadomość o nowym terminie mogłaby wpłynąć na jego kreatywność, a tego bym nie chciał.

Czytaj: Monty nie miał odwagi powiadomić Gbura, że koniec z obijaniem się. Wzięłam głęboki oddech.

– Więc on nie wie, że ma trzy miesiące na oddanie scenariusza?

– Gorzej, Evelyn – odparł Monty już z wyraźnym rozdrażnieniem. – Jeśli go nie odda, zechcą odebrać mu zaliczkę, całą. Jeśli do tego dojdzie, mamy przerąbane.

Zmarszczyłam czoło. Czy rzeczywiście było aż tak źle? W ciągu ostatnich kilku lat, gdy mój szef poświęcał coraz więcej czasu na podtrzymanie publicznego wizerunku Gbura, większość negocjacji ze strony agencji prowadziłam ja. Dobrze się orientowałam, jaki jest nasz wkład, chociaż Monty zachowywał sprawy finansowe firmy dla siebie.

– Myślałam, że nasza sytuacja jest dobra – rzuciłam, starając się, żeby w moim głosie nie było słychać frustracji. Gdyby awansował mnie na agenta, mogłabym być bardziej pomocna.

– Powinnaś już wiedzieć, jak działa ten biznes, Evelyn. – Powściągnęłam oburzenie, bo wiedziałam z doświadczenia, że nic nie zyskam, dowodząc, że celowo ogranicza mi dostęp do informacji. – Z każdym dniem większe agencje coraz bardziej wypierają nas z rynku. Nie ma już na nim miejsca dla małych graczy. Ezra to nasza ostatnia szansa, bez niego jesteśmy skończeni. Jeśli nie złoży scenariusza w terminie, oboje, ty i ja, staniemy się bezrobotni.

– Oboje co?! – Za mocno ścisnęłam pojemnik i niechcący urwałam pompkę. Jedno i drugie wyślizgnęło mi się z rąk i upadło na ciemne kafelki, zalewając wszystko dookoła mydłem.

– Nie ma scenariusza – oznajmił Monty – nie ma pracy.

Przez chwilę stałam nieruchomo z cieknącym po rękach mydłem, próbując to ogarnąć wyobraźnią. W ciągu tych wszystkich lat agencja stała się dla mnie drugim domem. Wiedziałam, że moi przyjaciele, po tym, czego nasłuchali się ode mnie o Montym, uważali, że mam syndrom sztokholmski. Jednak dla mnie ta praca to było coś więcej niż radzenie sobie z dziwactwami szefa. To było łączenie w idealne pary reprezentowanych przez agencję scenarzystów z producentami albo jakimiś niesamowitymi wytwórniami filmowymi. Te wszystkie godziny, które spędziłam w ciasnym biurze, redagując scenariusze i pomagając autorom wyjść na prostą. Poprawianie tekstów tak naprawdę nie należało do naszych obowiązków – ale ja uwielbiałam to robić. Była to ciężka robota, lecz wciągnęłam się w nią. Już nie umiałabym bez niej żyć. Nie wiem, kim bym była bez niej. Ta myśl mnie otrzeźwiła.

– Ezra musi podpisać ten aneks – oświadczyłam stanowczo.