Co powiesz na spotkanie

Tekst
Z serii: Mała czarna
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Co powiesz na spotkanie
Co powiesz na spotkanie?
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,98  60,78 
Co powiesz na spotkanie?
Audio
Co powiesz na spotkanie?
Audiobook
Czyta Monika Chrzanowska
37,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Napisać komedię romantyczną w dzisiejszym świecie to prawdziwe wyzwanie!

Bo czy ktoś jeszcze potrzebuje się wzruszać…? Evie jest przekonana, że tak! Ezra jest przekonany, że nie. I mają problem, bo on musi napisać scenariusz komedii romantycznej, chociaż bardzo tego nie chce. A jej przyszłość zależy od tego, czy jemu się uda.

Evie nie zamierza siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż Ezra prześle jej szefowi gotowy tekst. O nie – to mogłoby się nigdy nie wydarzyć. Zamiast tego proponuje układ – ona będzie mu dostarczać zabawnych inspiracji i udowodni, że w prawdziwym życiu można zakochać się jak w filmie, a on będzie pisał.

I choć Evie nie wierzy w „długo i szczęśliwie” z ukochanym, zrobi wszystko, by zachować pracę… Nawet jeżeli miałaby odgrywać kultowe sceny z komedii romantycznych w nieskończoność. Wylać w barze sok na uroczego nieznajomego? Żaden problem. Zostawić swój numer w książkach porozrzucanych po całym Londynie, żeby sprawdzić, kto zadzwoni? Robi się. Z pomocą zaufanych przyjaciół oraz Bena i Anette, ojca i córki, których nieustannie przypadkowo spotyka, Evie zrobi wszystko, aby poznać mężczyznę jak z prawdziwego romansu.

Ale czy można naprawdę się zakochać, jeśli myśli się tylko o pracy? Może w życiu jest jednak miejsce na odrobinę magii jak z filmu…?


RACHEL WINTERS

Rachel Winters jest mieszkającą w Londynie singielką. Po otrzymaniu tytułu magistra kreatywnego pisania została dziennikarką pracującą dla kilku brytyjskich magazynów, dla których przygotowywała głównie artykuły o zwierzakach (chociaż sama żadnych nie ma). Lubi długie spacery i duże miasta. Nie ma dla niej problemów niemożliwych do rozwiązania z pomocą przyjaciół i dużej lampki wina. Aktualnie pracuje jako redaktorka w wydawnictwie Orion Books.

Książki w serii Mała Czarna

Olivia Beirne

LISTA, KTÓRA ZMIENIŁA MOJE ŻYCIE

Beth O’Leary

WSPÓŁLOKATORZY

ZAMIANA

Rachel Winters

CO POWIESZ NA SPOTKANIE?

Tytuł oryginału:

WOULD LIKE TO MEET

Copyright © Rachel Winters 2019

All rights reserved

First published by Trapeze, an imprint of The Orion Publishing Group Ltd., London

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2020

Polish translation copyright © Magdalena Słysz 2020

Redakcja: Joanna Popiołek

Ilustracja na okładce: Vector Mine/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8215-241-8

Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O. Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Spis treści

Prolog

1. Czerwony alert

2. W potrzasku

3. Gbur

4. Wyzwanie

5. Wsparcie moralne

6. Lista

7. Oblanie napojem, ujęcie pierwsze i drugie

8. Co ma wisieć, nie utonie

9. Przypadkowe spotkanie w księgarni

10. Kombinacja

11. Paul Niezboczeniec

12. Chętnie zapoznam

13. To właśnie wiatr

14. Ramblin’ Man

15. Pseklenty dupek

16. Gorąca brunetka

17. Bezsenność w Sheffield

18. Sylwestrowiczka

19. Wyżerka z Nando’s

20. Gdziekolwiek – albo w Shrewksbury

21. Cekinowa pozłotka

22. Wielki Wybuch

23. Sama dziewczyna

24. Żółwie aż do końca

25. Poza biurem

26. Pan sędzia

27. Druhny w nowej wersji

28. Chłopiec, który nigdy nie dorósł

29. Ricky Fiut

30. Ezra

31. Metamorfoza w przyspieszonym tempie

32. Dziewczyna z Hollywood

33. Na deser

34. Odpływ i przypływ

35. Monty w całej krasie

36. Osoba towarzysząca

37. Wielki plask!

38. JEMS

39. Zakończenie

40. Gil’s – ujęcie pierwsze drugie trzecie

41. Romantyczna scena

Epilog. Oblanie napojem

Podziękowania

Przypisy

1  Okładka

2  O książce

3  Strona tytułowa

4  O autorce

5  Książki w serii Mała Czarna

6  Strona redakcyjna

7  Spis treści

8  Dedykacja

9  Prolog

10  1. Czerwony alert

 

11  2. W potrzasku

12  3. Gbur

13  4. Wyzwanie

14  5. Wsparcie moralne

15  6. Lista

16  7. Oblanie napojem, ujęcie pierwsze i drugie

17  8. Co ma wisieć, nie utonie

18  9. Przypadkowe spotkanie w księgarni

19  10. Kombinacja

20  11. Paul Niezboczeniec

21  12. Chętnie zapoznam

22  13. To właśnie wiatr

23  14. Ramblin’ Man

24  15. Pseklenty dupek

25  16. Gorąca brunetka

26  17. Bezsenność w Sheffield

27  18. Sylwestrowiczka

28  19. Wyżerka z Nando’s

29  20. Gdziekolwiek – albo w Shrewksbury

30  21. Cekinowa pozłotka

31  22. Wielki Wybuch

32  23. Sama dziewczyna

33  24. Żółwie aż do końca

34  25. Poza biurem

35  26. Pan sędzia

36  27. Druhny w nowej wersji

37  28. Chłopiec, który nigdy nie dorósł

38  29. Ricky Fiut

39  30. Ezra

40  31. Metamorfoza w przyspieszonym tempie

41  32. Dziewczyna z Hollywood

42  33. Na deser

43  34. Odpływ i przypływ

44  35. Monty w całej krasie

45  36. Osoba towarzysząca

46  37. Wielki plask!

47  38. JEMS

48  39. Zakończenie

49  40. Gil’s – ujęcie pierwsze drugie trzecie

50  41. Romantyczna scena

51  Epilog. Oblanie napojem

52  Podziękowania

53  Przypisy

Wszystkim, którym kiedykolwiek powiedziano, że nie są dość dobrzy (a są)

Prolog

ŚWIATŁA NA SCENĘ

MIEJSCE I CZAS AKCJI: KAWIARNIA GIL’S, EAST DULWICH – NIEDZIELA, 2 GRUDNIA, NIELUDZKA PORA (DZIESIĄTA RANO).

EVIE SUMMERS – pod trzydziestkę, piegowata, rude kręcone włosy do ramion, jaskrawożółta sukienka z krótkimi rękawami w stylu lat pięćdziesiątych, do tego martensy – stoi przy ladzie i przestępuje z nogi na nogę wyraźnie zdenerwowana.

Barista nie spieszył się z realizacją mojego zamówienia, więc podziękowałam mu w duchu za oddanie sztuce starannego wyciskania soku z pomarańczy. Zerknęłam na plakietkę z tekstem: „Cześć! Nazywam się…”, którą miał na piersi. Xan. Jedno z tych imion anonsujących przedstawicieli nowego pokolenia, dla których przyrządzanie soku pomarańczowego jest przeżyciem duchowym. W miarę jak kolejka za mną się wydłużała, mój sok powoli osiągał stan zen.

Tym razem jednak nie przeszkadzało mi, że jestem przyczyną opóźnienia – tego dnia wręcz sobie życzyłam, aby Xan zbyt się nie spieszył, bo musiałam przygotować się na to, co mnie czekało.

– Mam dodać jeszcze czegoś specjalnego, żeby sok był wyjątkowy?

Najlepiej wódki, Xan.

– Co ma pan na myśli?

– Magiczny składnik… doskonały na kaca. – Xan rozłożył dłoń i pokazał jajko. Dałam mu znak, żeby wbił je do blendera – przecież nie zamierzałam pić tego świństwa.

Już trzęsły mi się ręce, dzięki czemu to, co chciałam zrobić, tym bardziej mogło wyglądać na wypadek. Kilka razy odetchnęłam głęboko. Dasz radę, Evie Summers – powiedziałam sobie stanowczo.

Chociaż żeby moją akcję można było uznać za udaną, musiałam zdobyć imię i nazwisko tego nieszczęsnego faceta, a może nawet numer jego telefonu.

Podczas gdy Xan miksował sok, zajrzałam do swojego smartfona i zobaczyłam, że grupa JEMS na WhatsAppie jest aktywna.

Jeremy: Czy ona zamierza to zrobić? Evie, Evie, Evie. Odważysz się? POWIEDZ, ŻE SIĘ ODWAŻYSZ.

Sarah: Mar, wybrałaś już dekoracje na stoły?

Jeremy: Sarah, jeśli chcesz gadać o ślubie i weselu, to z innymi bridezillami. Są ważniejsze rzeczy od dekoracji na stoły.

Maria: Ojej, ludzie. Evie, jesteś pewna, że chcesz to zrobić? Mam nadzieję, że tak, ale czy jesteś pewna?

– Ta-dam! – zawołał Xan i triumfalnym gestem podniósł sok. Serce zabiło mi mocniej. No to pora przystąpić do akcji.

Evie: Ruszam.

Nawet o tak wczesnej niedzielnej porze kawiarnia w południowo-wschodniej części Londynu była pełna ludzi. Miałam przed sobą istny tor przeszkód. Stylowo ubrane nastolatki, jakby prosto z plakatów w metrze reklamujących strony internetowe z modą, na którą każdy jest za stary. Użytkownicy laptopów, udający, że nie wypili jeszcze kawy z trzymanych w dłoniach kubków. Apetyczne mamuśki z idealnymi dziećmi, przypominającymi lalki. I on – Ramones.

Wytypowałam go już wcześniej, gdy siedziałam z laptopem przy stoliku i obserwowałam wchodzących. Zajął miejsce obok wielkiej bożonarodzeniowej choinki. Przed trzydziestką, sympatyczny, z brodą, w kraciastej koszuli i T-shircie z Ramonesami, raczej student niż dorosły samodzielny facet (czyli w moim typie).

Przyszedł sam, nie nosił obrączki, nie był z dziećmi – spełniał minimum wymagań jako potencjalny obiekt mojego zainteresowania. Szczęściarz.

Chociaż, jeśli miałam być szczera, nie tylko się nadawał – naprawdę mi się podobał, a to jeszcze pogarszało sprawę. Bo ostatnio moje poszukiwania kogoś, kto by mi odpowiadał, ograniczały się do wyobrażania sobie wspólnego życia. Tym razem jednak miałam inne zamiary.

Wyszłam spomiędzy stolików kilka kroków od niego. Siedział pochylony nad książką – Jak nie dorosnąć! Richarda Herringa, co mnie zastopowało. Czy coś takiego mogło interesować mojego ukochanego? Nie stać mnie było jednak na wybrzydzanie, więc ruszyłam przed siebie.

Jeszcze trzy kroki.

Dwa.

Jeden.

Znalazłam się tuż przy nim. Z bliska był jeszcze atrakcyjniejszy.

Teraz albo nigdy.

Zbliżając się, podniosłam szklankę z sokiem. Serce tak tłukło mi się w piersi, jakby zaraz miało z niej wyskoczyć.

No już!

Ramones zaśmiał się z czegoś, co czytał… i przeszłam obok.

Niech to szlag. Nie stać mnie było na to. Ale też nie stać mnie było, żeby się wycofać.

Bo być może miałam poznać faceta swoich marzeń. Spojrzelibyśmy sobie w oczy i oboje od razu byśmy zrozumieli, że jest nam pisane wspólne życie, jak w filmie. Choć w chwili, gdy szłam przed siebie, niosąc sok pomarańczowy z wbitym jajkiem, czułam się tak daleko od srebrnego ekranu, jak to tylko możliwe.

Mimo że nie mogłam wlec się wolniej, w końcu wróciłam na swoje miejsce. Wybrałam wspólny stół i pod moją nieobecność usiedli przy nim mężczyzna z córką. On – ze trzydzieści pięć lat, schludny, ciemne włosy, czytał niedzielne wydanie gazety i wyglądał na informatyka. Ona – śliczna, trochę przekrzywione kucyki, okulary w czerwonych oprawkach, jakieś siedem lat; machając nogami, przerzucała strony książki dla dzieci. Miałam niejasne wrażenie, że już ich tam wcześniej widziałam.

Evie: Nie dałam rady. Dlaczego sądziłam, że dam? I czy jako moi przyjaciele nie powinniście byli powstrzymać mnie przed takim obciachem?

Sarah: Uda Ci się wszystko, co sobie postanowisz. Chociaż rzeczywiście, to straszliwy obciach.

Jeremy: Evie, nie waż się skrewić. Wróć i zdobądź swojego Hugh Granta.

Maria: Stać Cię na to, Evie! Weź głęboki oddech i spróbuj jeszcze raz. Wierzymy w Ciebie!

Jeremy: Zrób to dla miłości! Albo chociaż dla nas.

Generalnie moi przyjaciele byli zdrowymi na umyśle, inteligentnymi ludźmi, więc gdy sobie uświadomiłam, że nawet oni mnie do tego zachęcają, poczułam się raźniej.

Poza tym mieli rację. Byłam w stanie to zrobić. Czy raczej nie miałam wyboru.

Za długo już się ociągałam. Podczas tej krótkiej chwili, zanim się odwróciłam, facet siedzący przy stole spojrzał na mnie tak, jakby dziwiło go moje zachowanie. Próbowałam więc udawać, że po prostu czegoś zapomniałam i muszę po to wrócić. Co zresztą ludziom zdarza się, no nie?

Tym razem wybrałam krótszą trasę, choć oznaczało to konieczność przeciśnięcia się między odstawionymi mamuśkami.

Na drodze stało mi dwoje starannie ubranych dzieci o wielkich oczach, jedno z niemal białymi włoskami, drugie – z ciemnymi, prostymi; wyglądały, jakby brały udział w castingu na „dzieci, które nawiedzają cię w sennych koszmarach”.

– Przepraszam. Chciałabym przejść, dobra? Więc gdybyście mogły… – Sok z jajkiem pociekł mi po ręce, więc gwałtownie uniosłam szklankę, zanim wylało się go więcej. Przypomnij sobie Notting Hill – nakazałam sobie. Hugh Grant, zamiast oblać Julię Roberts napojem, wręcz walnął ją pustym kubkiem. – Przejdźcie – poprosiłam cicho. – Proszę – dodałam trochę głośniej i jednocześnie zerknęłam w stronę swojego Ramonesa, żeby sprawdzić, czy jeszcze jest.

Jedna z mamusiek – blondynka, jak na ironię w dżinsach typu „mom” o wysokim stanie i w nowiutkich sneakersach, jakby prosto z pudełka – przerwała rozmowę z koleżanką o błyszczących włosach związanych w kucyk, żeby zlustrować mnie od góry do dołu.

– Wszystko w porządku? – zapytała.

Natychmiast zaczęły mnie palić policzki.

– O tak, w całkowitym! Przepraszam. Po prostu muszę przejść.

Ludzie przy sąsiednich stolikach zaczęli odwracać głowy.

Tamta z kucykiem pokręciła głową.

– Nasze dzieci są niezależne, same podejmują decyzje. Vendetta, Justice, co chcecie zrobić?

Dobry Boże. Dziewczynka i chłopiec popatrzyli mnie, po czym wzięli się za ręce.

Rude włosy, jasna cera i piegi to przekleństwo, bo twoje ciało zdradza cię już przy najdrobniejszej prowokacji z czyjejś strony. Nie musiałam spoglądać do lustra, aby wiedzieć, że na szyi i dekolcie wystąpiły mi czerwone plamy.

– Wyglądasz jak marchewka! Mamusiu, popatrz, pani Marchewka! – wykrzyknęła dziewczynka (czyżby Justice?).

Chłopiec skrzywił buzię i zaczął zawodzić:

– Czy ona ma wysypkę? I czy to zaraźliwe?

 

– Mądre słowo, Detty. Nie, ta pani jest po prostu troszkę zawstydzona!

– Ja się boję – stwierdziła Justice.

Teraz patrzyły na mnie wszystkie mamuśki, cała piątka, więc uśmiechnęłam się z przymusem. Ubolewam, że nie miałam odwagi im powiedzieć, że wychowują dzieci, które pewnego dnia przysporzą rówieśnikom w szkole średniej traumatycznych przeżyć.

Zamiast tego, wciąż z płonącą twarzą i szyją, skręciłam, żeby obejść ich stolik z drugiej strony. Mamuśki przyglądały się, jak wykonuję okrążenie, podczas gdy Justice, Vendetta i pozostałe dzieci z kawiarni (pewnie o takich imionach jak Regret, Huge Mistake i Grave Error1) radośnie chichotały.

Na linii mojego wzroku ponownie pojawił się Ramones. Tym razem nie mogłam się wycofać. Podejdę wpatrzona w swoją komórkę i „przypadkiem” na faceta wpadnę. A potem będziemy opowiadać zabawną historyjkę, „jak się poznaliśmy”. To będzie naprawdę romantyczna scena.

Nie patrząc, dokąd idzie, człowiek zawsze ryzykuje, że na kogoś wpadnie. Sęk w tym, że czasami nie wiadomo, kto to będzie.

Wydarzenia następnych pięciu sekund potoczyły się w zabójczo zwolnionym tempie.

Pięć. Ze szklanką w dłoni i wzrokiem utkwionym w wyświetlacz telefonu przyspieszam kroku.

Cztery. W ostatniej chwili unoszę głowę.

Trzy. Uśmiecham się nieśmiało, w jego oczach pojawia się przerażenie.

Dwa. Bo właśnie dołącza do niego babcia, drobniutka staruszka, którą on opiekuńczym gestem przyciąga do siebie.

Jeden. Wpadam na niego, rozpłaszczając starszą panią, a ze szklanki chlusta sok.

Wszystko odzyskało ostrość. Odsunęłam się z sercem walącym w piersi i z ulgą stwierdziłam, że żadne z nich nie zostało oblane. Przemiła staruszka uszła z tego wypadku cało.

– Tak mi przykro! Czy nikomu z państwa nic się nie stało?!

– Nie, dzięki, ty żałosna niezgrabo – odparła babcia.

Ramones popatrzył na mnie bez słowa. Coś mi powiedziało, że jednak nie jesteśmy sobie pisani.

Już miałam zaoferować pomoc, gdy… Niestety to, co się wznosi, musi opaść. I wściekłe okrzyki zdradziły mi, gdzie to się stało.

– Justice! Wszystko dobrze? Odpowiedz mamusi!

O nie, tylko nie to. Dzierżąc w dłoni pustą szklankę, odwróciłam się szybko.

Jasne włosy małej Justice stały się jaskrawopomarańczowe, buzia ociekała sokiem. Matka gorączkowo wycierała jej mokre kosmyki. Detty zaś, obserwując ryczącą koleżankę, uśmiechał się szeroko.

– Naprawdę strasznie prze… – zaczęłam.

– Wszystko w porządku? – przerwała mi z bezpiecznej odległości matka Detty’ego.

– Nie, nie w porządku. Na miłość boską, Janet, podaj mi chusteczkę odświeżającą – odparła tamta.

I wtedy do niej dotarło. Odwróciła się i skierowała wzrok ku miejscu, w którym stałam osłupiała z pustą szklanką w ręce. Potarła mokre od soku palce.

– Co w tym takiego jest? – zapytała.

Wydusiłam z siebie:

– To tylko sok… – Nieco się odprężyła. – Z jajkiem.

Wrzasnęła na to przeraźliwie i z jeszcze większą pasją, machając ostrzyżonymi na boba blond włosami, wróciła do wycierania córeczki.

Inna matka zawołała:

– O mój Boże, Suze! Czy ona jest weganką?!

Cała płonęłam.

– Czy mogę jakoś pomóc? Przyniosę serwetki!

Wróciłam w panice do stołu, przy którym poprzednio siedziałam. Tata z córeczką czytali i mieli pochylone głowy. Najwyraźniej jako jedyni w całej kawiarni nie wiedzieli, co się dzieje. Najbliżej mnie znajdowały się ich serwetki, odstawiłam więc szklankę na blat i je zgarnęłam. Wtedy dziewczynka uniosła wzrok… i puściła do mnie oko. Byłam zbyt zaaferowana, żeby odpowiedzieć.

Suze bez komentarza wyrwała mi serwetki i przytknęła do ust córeczki.

– Wypluj to! – poleciła jej.

Justice wystawiła język i patrząc na mnie – przysięgam – posłusznie wypluła. Suze wytarła jej buzię, mówiąc dobitnie:

– Ona. Ma. Alergię. Na jajka. Jeśli przełknie choć odrobinę, grozi jej… – Jakby na komendę Justice zbladła, a potem czknęła. – Justice, powiedz mamusi, nie przełknęłaś tego, prawda?

Małej się odbiło. Raz i drugi.

To nie mogło się dziać naprawdę, no nie? Wstrzymałam oddech i poważnie rozważałam, czy nie uciec z kawiarni, nawet gdyby to oznaczało pozostawienie torebki i laptopa.

– Mamusiu, czy ta pani zaraża? – zapytał słodki Detty.

Justice wyglądała, jakby zaraz miała kaszlnąć, tyle że… stało się coś innego.

Z jej ust z taką siłą wytrysnęło coś, co można jedynie nazwać fontanną rzygowin, że gdy trafiło Detty’ego w twarz, chłopiec poleciał do tyłu.

Wszyscy w kawiarni umilkli i znieruchomieli, tak że słychać było tylko kapanie tego, co ciekło Detty’emu z twarzy.

Chociaż ta scena była okropna – naprawdę okropna – i czułam się strasznie, to gdy buzię chłopca zalała kolejna fala wymiocin, pomyślałam mściwie: dlatego gówniara ma na imię Justice.

*

Wyłoniłam się z toalety, gdzie się ukrywałam, dopiero wtedy, gdy wściekłe mamuśki z dziećmi wreszcie sobie poszły, zapowiadając, że więcej tu nie przyjdą. Xan machnął ręką, gdy zaproponowałam, że pomogę mu posprzątać – widocznie mamuśki od dłuższego czasu doprowadzały i jego, i resztę obsługi do szału, prowadząc krucjatę przeciwko neutralnym płciowo łazienkom. Zaparzył mi nawet świeżą kawę, która już czekała na moim dawnym miejscu. Podziękowałam mu gestem.

Tata z córeczką wciąż siedzieli przy stole – liczyłam, że sobie poszli i nie będę musiała stawić im czoła. Jedyną sensowną rzeczą, którą mogłam w tej sytuacji zrobić, to wypić kawę, spakować swoje rzeczy i więcej się tu nie pokazywać.

Gdy jednak siedziałam przed laptopem, zaryzykowałam rozejrzenie się po kawiarni. Wszystko mniej lub bardziej wróciło do normy.

Można było wręcz pomyśleć, że nic szczególnego się nie wydarzyło.

Z tym wyjątkiem, że przez następne dziesięć lat ta scena miała stawać mi przed oczami każdego wieczoru przed zaśnięciem.

Jeremy: No i??? Jak Ci poszło? Poderwałaś Hugh Granta?

Sarah: O mój Boże, Evie, powiedz, że się nie odważyłaś, Ty wariatko.

Maria: Możesz na mnie liczyć, gdybyś chciała pogadać…

Było jeszcze za wcześnie, żeby przeżywać ten dramat na nowo.

Wzięłam do ręki kubek z kawą i spojrzałam na pusty ekran laptopa. Teraz musiałam tylko szczegółowo opisać, co się stało, bo przecież w końcu po to ten numer odstawiłam.

Gdy zaczęłam przebierać palcami po klawiaturze, odniosłam dziwne wrażenie, że ktoś mi się przygląda.

Dziewczynka. Jakby czekała, żebym coś powiedziała. Przerzuciłam włosy na plecy i pochyliłam się nad laptopem, licząc, że małej się znudzi. Ona jednak przysunęła się bliżej.

– No? – zapytała niecierpliwie. – Jak nam poszło?

– Słucham? – odpowiedziałam, nie rozumiejąc.

– Anette – z roztargnieniem zganił córkę mężczyzna i delikatnie przyciągnął ją do siebie. – Daj spokój tej młodej damie. – „Młodej damie!” Coś w tonie jego głosu sprawiło, że przeszły mnie ciarki. Jakby był jedynym dorosłym przy stole.

Dziewczynka jednak odsunęła się od niego, a wtedy on wykonał szybkie ruchy rękami – używał języka migowego, uświadomiłam sobie, gdy dostrzegłam jej aparat słuchowy. Ale córka nie zwracała na niego uwagi.

– Udawaliśmy, że nie widzimy, co się dzieje – wyjaśniła mi. I dodała dla jasności: – Z tym rzyganiem.

Jej ojciec sprawiał wrażenie pochłoniętego lekturą działu podróży.

– To był jego pomysł – ciągnęła. – Powiedział, że będzie pani dostatecznie wstyd. – Facet przewrócił stronę. – Więc? Dobrze się spisaliśmy?

Odpowiedziałam dopiero po chwili. Powinnam umrzeć z zażenowania – ojciec dziewczynki wyraźnie uważał mnie za idiotkę – ale jej troska wydała mi się wzruszająca.

– O tak – zapewniłam ją. – Bardzo wam dziękuję. – Rozpromieniła się, jej tata jednak wciąż był zajęty tym, co czytał w gazecie. Pewnie współczuł matkom i dzieciom, które przeze mnie nabawiły się traumy. – Ale chociaż dla mnie to było przykre przeżycie, dla nich na pewno jeszcze gorsze. Biedne dzieci, a już ich mamy…

Jeszcze gdy to mówiłam, dziewczynka pokręciła głową, tak że jej kucyki omiotły szkła okularów.

– To dosłownie nasi śmiertelni wrogowie. Od tygodni się zastanawialiśmy, co zrobić, żeby przestali tu przychodzić.

– Ale założę się, że na coś takiego byście nie wpadli – zauważyłam kwaśno.

Uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– Ja jestem Anette – przedstawiła się. – A to mój tata. – Trąciła go łokciem.

Po krótkiej chwili mężczyzna wyciągnął do mnie rękę.

– Ben – rzucił sztywno.

– Evie – zrewanżowałam się i posłałam mu uśmiech w stylu „jestem całkiem normalna”. On krótko uścisnął mi dłoń i wrócił do czytania.

Anette pochyliła się w moją stronę, przyglądając mi się, jakbym była najciekawszą osobą na sali.

– Nikt tu od dawna nie odwalił lepszego numeru – oznajmiła.

– Bardzo mi miło – odparłam, bo postanowiłam potraktować to jako komplement. Wydawało mi się jednak, że ojciec nie podziela jej zdania. – Ale to była jednorazowa sprawa, wierz mi. Na ogół nie robię takich rzeczy.

Z niewiadomego powodu to najwyraźniej przykuło uwagę Bena. Spojrzał na mnie, przymykając piwne oczy z wyraźnym rozbawieniem.

– Naprawdę? – zapytał. – To dlaczego już drugi raz oblała pani kogoś w tej kawiarni?