Śladów pobicia brak

Tekst
Z serii: Amerykańska
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SERIA AMERYKAŃSKA

James Grissom Szaleństwa Boga. Tennessee Williams i kobiety z mgły

Patti Smith Pociąg linii M

Billie Holiday William Dufty Lady Day śpiewa bluesa

Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego

Hampton Sides Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji

S. C. Gwynne Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej

Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim

James McBride Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul

Dan Baum Wolność i spluwa. Podróż przez uzbrojoną Amerykę

David McCullough Bracia Wright

Lawrence Wright Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę

Linda Polman Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci

Jan Błaszczak The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki (wyd. 3)

Charlie LeDuff Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów (wyd. 2)

Andrew Smith Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię

Nikki Meredith Ludzkie potwory. Kobiety Mansona i banalność zła

Nick Bilton Król darknetu. Polowanie na genialnego cyberprzestępcę

Patti Smith Rok Małpy

Magda Działoszyńska-Kossow San Francisco. Dziki brzeg wolności

David Treuer Witajcie w rezerwacie. Indianin w podróży przez ziemie

amerykańskich plemion

Sam Quinones Dreamland. Opiatowa epidemia w USA (wyd. 2)

Ronan Farrow Złap i ukręć łeb. Szpiedzy, kłamstwa i zmowa milczenia wokół gwałcicieli

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów (wyd. 2)

Matt Taibbi Nienawiść sp. z o.o. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem

Holly George-Warren Janis. Życie i muzyka

Jessica Bruder Nomadland. W drodze za pracą

Laura Jane Grace Dan Ozzi Trans. Wyznania anarchistki, która zdradziła punk rocka

Legs McNeil Gillian McCain Please kill me. Punkowa historia punka (wyd. 2)

Alex Kotlowitz Amerykańskie lato. Depesze z ulic Chicago

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero (wyd. 2 zmienione)


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału angielskiego No Visible Bruises.What We Don’t Know About Domestic Violence Can Kill Us

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Edivandro Spencer / EyeEm / Getty Images

Copyright © by Rachel Louise Snyder, 2019

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2021

Copyright © for the Polish translation by Kaja Gucio, 2021

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Marta Höffner

Korekta Gabriela Niemiec, Małgorzata Tabaszewska

Skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-238-9

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

CZĘŚĆ I Koniec

Mali wariaci

Siostry nierozłączki

Cokolwiek w sobie dusi

Tata zawsze przeżyje

Niedźwiedź idzie po ciebie

Osoba, którą kochasz, odbierze ci życie

A potem będą się modlić

Nie mogę już tu mieszkać

Systemy, wypadki, incydenty

I co dalej

CZĘŚĆ II Początek

Pokuta

Patrzeć na przemoc w akwarium

Klub zgubnego zagrożenia

Skupisko na szczycie

Przejmująca obecność niewytłumaczalnego

Kolana superbohatera

Sezon na odkrycia

Ci, którzy pękają

CZĘŚĆ III Środek

W szczelinach

Schronisko na miejscu

W ogniu

Pod presją

Ładowanie komory

Prawdziwa wolność

Cieniste ciała

Od Autorki

Posłowie

Podziękowania

Przypisy

Kolofon

Dla Barbary J. Snyder

Wstęp

Wynajętym samochodem wyruszam z centrum miejscowości Billings do położonego na wzgórzu daleko za miastem czteropiętrowego domu, z którego okien rozciąga się widok na całą okolicę. Teleskopowa obserwacja zewnętrznego świata: góry, równiny, trasy ucieczki do dowolnego miejsca w Montanie i dalej. Człowiek, z którym mam się spotkać, bardzo długo mnie unikał. Było to bierne unikanie. Przyjechałam do Billings z Waszyngtonu, gdzie mieszkam, rozmawiałam z jego córkami, byłą żoną i pracownikami opieki społecznej. Wróciłam. Zdążyłam dobrze poznać to miasteczko – kilkoro policjantów, ludzi z prokuratury, aktywistki, personel hoteli, a nawet drukarza, którego żona prowadzi w piwnicy muzeum poświęcone kobietom. Teraz jestem tu chyba trzeci raz, a on wreszcie zgodził się na spotkanie.

Często mam do czynienia z osobami, które nie mają ochoty ze mną rozmawiać. To ludzie, którzy wymordowali swoje rodziny, niemal padli ofiarą morderstwa, aresztowali tych morderców albo dorastali z tymi, którzy prawie ich zamordowali. Ludzie tacy jak Paul Monson zawsze niechętnie ze mną rozmawiają, niechętnie mówią o tym, co stracili, bo ta strata wykracza poza granice ich wyobraźni.

Po przyjeździe na miejsce z wnętrza domu dobiegają mnie stłumione dźwięki kroków i przez chwilę mam wrażenie, że Paul mi nie otworzy, że rozmyślił się i jednak nie udzieli mi wywiadu. Jestem w Billings od kilku dni, wiedział, że mam przyjechać. Spędziłam wiele godzin z Sally Sjaastad, jego byłą żoną, ale kiedy ta go zapytała, czy się ze mną spotka, za pierwszym razem odmówił. Za drugim i trzecim też. Szczerze mówiąc, zdziwiłam się, gdy wreszcie przystał na rozmowę. Szare, jednolite drzwi wejściowe są usiane wgnieceniami.

W końcu się uchylają. Paul nie patrzy na mnie. Jest lekko zgarbiony, ma przerzedzone siwe włosy i pooraną zmarszczkami twarz. Wygląda na swój wiek, tuż po sześćdziesiątce. Otwiera drzwi szerzej i gestem zaprasza mnie do środka, cały czas unikając mojego wzroku. Jest ubrany w niebieską, zapiętą pod szyję koszulę i dżinsy. Wygląda, jakby z całej siły zaciskał szczęki.

Dom, dzieło własnych rąk Paula, sprawia wrażenie, jakby dopiero co się do niego wprowadzono. Oszczędny wystrój, tu i ówdzie otwarte pudła porozstawiane po kątach. Teleskop jest skierowany na dywan, niczym w geście rezygnacji. Nad widocznym za oknem krajobrazem dominują góry. Paul jest zdystansowany, milczący i pedantyczny. Siedzimy przy stole w jadalni, a on przesuwa palcami po gładkiej krawędzi, nie odrywając oczu od swoich dłoni. Na blacie piętrzą się stosy papierów. Rzucam jakiś niezobowiązujący komentarz o samochodzie z wypożyczalni, żeby stworzyć bezpieczny grunt pod rozmowę.

 

Ojciec nauczył mnie wszystkiego, co wiem o autach: jak wymieniać olej i opony, jak mierzyć poziom płynu i zakładać nowe filtry powietrza. Jak działają tłoki. Same podstawy, ale mnie to wystarcza. Paul jest technikiem projektowania instalacji elektrycznych – taki rodzaj inżyniera – zatem samochody to dla niego znajomy temat, czuje się swobodnie, gdy mowa o maszynach. Tu wszystko się zgadza: cewka zamontowana do świecy zapłonowej tworzy iskrę, a ta uruchamia silnik. Tu wszystko da się przewidzieć. Naprawić. Jeśli coś nie działa, łatwo można to rozwiązać. Pozwalam mu się wygadać. Mówi, że kupił każdej z córek pierwszy samochód. Alyssa miała hondę civic. Michelle dostała białe subaru. Mówi, że Melanie to „pożeraczka samochodów”, więc jej kupił kilka. Wie, że jeszcze nie poruszyłam kwestii, która mnie do niego sprowadza. Napięcie między nami narasta, gęstnieje jak wilgoć w powietrzu.

Rocky też lubił samochody. Paul pamięta jego pierwsze auto, małe i zielone. To chyba był opel. Rocky był zięciem Paula, ożenił się z jego córką Michelle.

– Pierwszy raz go zobaczyłem, jak podjechał pod mój dom, żeby zobaczyć się z Michelle – wspomina Paul. Najpierw samochód, potem mężczyzna. Później Paul miał wrażenie, że Rocky poświęca większość czasu na naprawianie swojego mustanga.

– Miał dwa, jednego remontował, a drugi był na części – opowiada. – Bardzo się tym interesował i wyglądało na to, że całymi godzinami przesiaduje sam w garażu. – Paul mówi, że w zasadzie nie łączyła go z Rockym typowa relacja teścia z zięciem. Jego związek z Michelle trwał niemal dziesięć lat, ale Paul pamięta, że właściwie tylko raz z nim rozmawiał, o tym mustangu. Rocky poprosił kiedyś Paula o poradę w wyborze koloru lakieru.

– Jak człowiek nie bardzo wie, co robi, to najlepiej wybrać biały – mówi mi Paul. Ten kolor wszystko wybacza. Nawet jak spieprzysz robotę z bielą, to ostateczny rezultat i tak będzie przyzwoity. – Biały to kolor sam w sobie – dodaje.

W listopadzie 2001 roku Rocky Mosure kupił pistolet z ogłoszenia w gazecie „Thrifty Nickel”, w której można nabyć wszystko – od tchórzofretki przez traktor po fortepian. Następnie poszedł do domu, gdzie Michelle właśnie dała dzieciom kolację. Sąsiad widział go, jak wpatrywał się w okna. Jakiś czas potem zastrzelił ich, jedno po drugim. Michelle, Kristy, Kyle. A potem sam się zastrzelił.

Ta sprawa wstrząsnęła całym stanem. Michelle była młoda, miała dwadzieścia trzy lata, jej dzieci – sześć i siedem. Chodziły do pierwszej i drugiej klasy. Uczyły się czytać. Rysowały ludziki z kresek i drzewa, które wyglądały jak lizaki. Paul znalazł skulone ciało Kyle’a na schodach. Rocky leżał u ich podnóża, jego twarz wykrzywiał grymas, ramiona były pokryte jakimiś bazgrołami, chyba zrobionymi markerem. Samochód Michelle stał na swoim miejscu i przez chwilę Paul myślał, że może ona żyje. Pobiegł na podwórko, a potem do garażu. Zobaczył mustangi Rocky’ego. Worek kaset z rodzinnymi nagraniami. Potem zjawili się policjanci. I znaleźli Michelle.

Do domu Paula Monsona zaprowadziło mnie to samo, co sprawia, że większość dziennikarzy natrafia na najważniejsze historie – zawiła sieć ludzi i miejsc oraz lata badań. Latem 2010 roku byłam w Nowej Anglii u mojego znajomego Andre Dubusa. Stałam na podjeździe przed domem Andre, kiedy przyjechała jego siostra Suzanne. Wybierała się właśnie z rodziną na wakacje. Następne kilka godzin naznaczyło kolejną dekadę mojego życia.

Niespełna rok wcześniej wróciłam do Stanów po wieloletnim pobycie za granicą, ostatnio w Kambodży, gdzie spędziłam sześć lat. Niełatwo było mi na powrót się przystosować. Siedziałam na zebraniach wydziału na uniwersytecie, dołączywszy właśnie do grona wykładowców, i udawałam, że owszem, posiadam wiedzę z zakresu biurokracji i pedagogiki, choć w rzeczywistości nie miałam na ten temat pojęcia. Mieszkając w Kambodży, pisałam o gwałtach zbiorowych i społeczeństwie po ludobójstwie, o biedzie i prawach pracowniczych, o historiach, które niemal namacalnie mówiły o przetrwaniu, a w moim nowym życiu zupełnie tego brakowało. W Phnom Penh przy kolacji rozmawialiśmy o trybunale do spraw zbrodni wojennych1, handlu ludźmi na tle seksualnym, ciągłej przemocy czy korupcji politycznej. Pewnego razu wybrałam się do pobliskiego parku na spacer z psem. Nagle podjechał do mnie kierowca motocykla-taksówki, który znał mnie z widzenia i mieszkał w mojej okolicy, z impetem posadził mnie, z psem na kolanach, na siedzeniu za sobą i oddalił się pędem od Hun Sen Park. Parę sekund wcześniej, zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie się wówczas znajdowałam, postrzelono mężczyznę, a Sophal, ów kierowca, postanowił zabrać mnie stamtąd w bezpieczne miejsce. Innym razem spacerowałam w tym samym parku (znowu z psem), kiedy na moich oczach podpalił się człowiek, a ja zamarłam w panice i patrzyłam, jak płonie. Moja przyjaciółka Mia, która również mieszkała w Phnom Penh, mawiała, że czasami czuje się, jakbyśmy żyli na pierwszej linii frontu człowieczeństwa.

Nie żeby w Stanach Zjednoczonych było idealnie – bieda, choroby i klęski żywiołowe bynajmniej nie omijały kraju, ale ja już zapomniałam, jak żyje się w miejscu, gdzie – jeśli tylko masz chęć i środki – można się z łatwością odizolować od większości problemów. A moje nowe życie zapewniło mi izolację od tego rodzaju trudności i historii opisywanych przez kilkadziesiąt lat, w stopniu, jakiego się nie spodziewałam. Byłam nie tyle nieszczęśliwa, ile niespokojna. Na studiach doktoranckich zajmowałam się beletrystyką, ale wkrótce porzuciłam ją na rzecz literatury faktu, ponieważ szybko zdałam sobie sprawę, że to dokument skuteczniej prowokuje do zmiany. Ciągnęło mnie do ukrytych zakątków świata, do ludzi pozbawionych podstawowych praw obywatelskich, bo miałam bardzo nikłe pojęcie o tym, jak to jest, gdy jesteśmy niewidzialni, gdy nikt nie słucha naszego głosu, gdy przychodzi nam zmierzyć się z bólem, który jeszcze niedawno wydawał nam się ponad nasze siły.

Tamtego dnia w 2010 roku gawędziłam z Suzanne na podjeździe przed domem jej brata. Cała rodzina pakowała się na coroczne wakacje w stanie Maine, a Andre na powitanie wręczył siostrze długą listę zakupów. Powiedziała mi, że pracuje dla instytucji zajmującej się przemocą domową, że niedawno opracowali nowy program – Domestic Violence High Risk Team, czyli Zespół do spraw Przemocy Domowej Wysokiego Ryzyka, powołany w jednym, prostym celu.

– Próbujemy przewidzieć zabójstwa w wyniku przemocy domowej, zanim do nich dojdzie, żeby im zapobiec.

Nie mieściło mi się to w głowie. W pierwszej chwili uznałam, że musiałam się przesłyszeć.

– Jak to „przewidzieć”? – zapytałam. – Chcesz przez to powiedzieć, że „przewidujecie” zabójstwa?

W pracy reporterskiej z przemocą domową miałam do czynienia od dawna, nie tylko w Kambodży, ale też w takich miejscach jak Afganistan, Niger czy Honduras. Jednak nigdy nie była to dla mnie centralna kwestia – po prostu zawsze pojawiała się na obrzeżach tematu, którym się akurat zajmowałam, niemal banalna w swojej powszechności. Młode dziewczyny w kabulskim więzieniu, odsiadujące karę za zbrodnię miłości; dziecięce panny młode w Indiach, które udzielały mi wywiadu wyłącznie w obecności kontrolujących je mężczyzn; tybetańskie kobiety przymusowo poddawane sterylizacji przez chiński rząd; nastoletnie mężatki w Nigrze wyrzucane z rodzinnych wiosek, gdy w wyniku powstałej po ciąży przetoki dróg rodnych stawały się pariaskami; Rumunki, które pod rządami Ceaușescu były zmuszane do rodzenia kolejnych dzieci, a dziś, ledwo przekroczywszy trzydziestkę, mają już wnuki, ale i tak są skazane na ubóstwo; kambodżańskie prostytutki, bite i zbiorowo gwałcone dla zabawy przez khmerskich nastolatków z zamożnych rodzin. Wszystkie te kobiety na całym świecie były systematycznie krzywdzone i kontrolowane przez mężczyzn. To mężczyźni tworzyli zasady, przede wszystkim poprzez przemoc fizyczną. W zasadzie niemal każda historia, jaką się zajmowałam, rozgrywała się na takim mrocznym tle, na tyle oczywistym, że najczęściej nie musiałam nawet o nic pytać. Było to coś równie powszechnego jak deszcz. Przed tamtą rozmową z Suzanne Dubus rzadko myślałam o przemocy domowej w Stanach, a jeśli już, to wydawało mi się, że jest ona udziałem nielicznych pechowych jednostek i wynika ze złych decyzji oraz patologicznego środowiska. Dotyka kobiet zaprogramowanych na cierpienie. Mężczyzn zaprogramowanych na cierpienie. Jednak nawet przez chwilę nie myślałam o tej kwestii w kategoriach choroby społecznej, epidemii, z którą moglibyśmy coś zrobić. A tu Suzanne Dubus opowiada mi o środkach zapobiegania przemocy, która zresztą, jak właśnie się od niej dowiedziałam, stanowi swoiste spektrum. Młoda dziewczyna w Indiach wydana za mąż jako dziecko, ubezpłodniona tybetańska kobieta, uwięziona Afganka, gospodyni domowa w Massachusetts pobita przez męża – łączyło je to samo, co wszystkie inne ofiary przemocy domowej na całym świecie: odebrano im prawo do decydowania o własnym życiu. Te same siły, które doprowadziły prostytutkę z Kambodży na skraj śmierci, zabijały tysiące kobiet i dzieci oraz mężczyzn (choć głównie kobiety i dzieci) w Ameryce i na całym globie, każdego roku. Na świecie każdego dnia średnio sto trzydzieści kobiet ginie z rąk partnerów lub w wyniku przemocy w rodzinie2. Ta liczba nie uwzględnia mężczyzn. Ani dzieci.

Tamtego dnia całe moje ciało nagle ożyło. Przez dwadzieścia lat kariery reporterskiej oglądałam twarze kobiet na całym globie, ale dopiero wówczas dotarło do mnie, jak rzadko zwracałam uwagę na to, co dzieje się w moim własnym kraju, na nasze własne błędy i ich znaczenie. Na to, jak się to wszystko ma do innych, zbieranych latami opowieści i innych twarzy. Na uniwersalność przemocy domowej i na to, jak przenika ona bariery geograficzne, kulturowe i językowe. Kto wie, może te wcześniejsze historie przygotowały mnie na dzień, w którym spotkam Paula Monsona i spojrzę na góry z okien jego salonu.

Skończyło się na tym, że poszłam z Suzanne na rynek, a potem do sklepu spożywczego i monopolowego i towarzyszyłam jej w zakupach na wyjazd. Pomagałam jej dźwigać zapasy lodu, brzoskwiń i mięsa na hamburgery. Podczas jazdy samochodem zasypywałam ją pytaniami, a Pat, jej matka, od czasu do czasu dorzucała coś od siebie z siedzenia pasażera. „Jak się to sprawdziło? Ilu udało się powstrzymać? Co jeszcze można przewidzieć?” Nie przestawałam jej wypytywać o kolejne, coraz to nowsze rzeczy. Jak to zwykle bywa w przypadku osób, które mają co najwyżej pobieżną znajomość tematu, wierzyłam w to, co większość: że jeśli robi się ciężko, ofiara po prostu odchodzi. Że zakaz zbliżania rozwiązuje problem (a jeśli ofiara nie zgłasza się, żeby taki zakaz odnowić, to problem najwyraźniej sam się rozwiązał). Wierzyłam, że ofiary i ich dzieci powinny iść do schroniska. Że przemoc w domu to sprawa prywatna, że nie ma związku z innymi formami przemocy, a na pewno nie z masowymi strzelaninami. Że brak widocznych obrażeń oznacza, że to nic poważnego. A przede wszystkim sądziłam, że jeśli to nie w ciebie uderza podniesiona pięść, to nie masz z taką przemocą nic wspólnego.

Przez kilka kolejnych lat Suzanne Dubus i jej współpracownica Kelly Dunne cierpliwie wprowadzały mnie w meandry kwestii, która po dziś dzień zbyt często jest głęboko ukrywana. Dowiedziałam się, dlaczego dawne metody zawiodły i co można zrobić skuteczniej. W latach 2000–2006 zginęło trzy tysiące dwustu amerykańskich żołnierzy; w tym samym okresie przemoc domowa w Stanach Zjednoczonych pochłonęła dziesięć tysięcy sześćset istnień ludzkich. (Liczba ta jest prawdopodobnie zaniżona, ponieważ zaczerpnięto ją z dokumentacji uzupełniającej FBI na temat zabójstw, czyli Supplementary Homicide Reports – SHR; gromadzi się tam dane z lokalnych wydziałów policji, a ich przesłanie jest dobrowolne). Co minutę dwadzieścia osób w Stanach Zjednoczonych doznaje przemocy ze strony partnerów. Były Sekretarz Generalny ONZ Kofi Annan nazwał przemoc wobec kobiet i dziewcząt „najbardziej haniebnym naruszeniem praw człowieka”, a Światowa Organizacja Zdrowia uznała, że to „globalny problem zdrowotny o rozmiarach epidemii”3. Raport Biura Narodów Zjednoczonych do spraw Narkotyków i Przestępczości (United Nations Office on Drugs and Crime – UNODC) stwierdza, że tylko w 2017 roku pięćdziesiąt tysięcy kobiet na całym świecie zginęło z rąk partnerów lub członków rodziny4. Pięćdziesiąt tysięcy kobiet. W tym dokumencie dom określa się mianem „najniebezpieczniejszego miejsca dla kobiet”5. I choć rośnie świadomość, że mężczyźni również doznają przemocy domowej, to jednak przytłaczającą większość ofiar – około osiemdziesięciu pięciu procent – nadal stanowią kobiety i dziewczęta6. A na każdą kobietę zabitą w Stanach Zjednoczonych w wyniku przemocy domowej przypada niemal dziewięć niedoszłych ofiar, którym ledwo udaje się uniknąć śmierci7. W 2013 roku ukazał się mój pierwszy artykuł dla magazynu „New Yorker”, poświęcony programowi, który Suzanne Dubus i Kelly Dunne stworzyły, aby przewidywać zabójstwa w wyniku przemocy domowej.

 

Ów tekst stał się również zalążkiem niniejszej książki, kiedy dotarło do mnie, ile jeszcze kwestii wymaga omówienia. Po kilku latach zajmowania się tym tematem zaczęłam rozumieć, że z przemocą domową można coś zrobić, jeśli tylko zaczniemy zwracać na nią uwagę. Przez kolejne osiem lat zgłębiałam między innymi to, jak przemoc domowa wiąże się z wieloma innymi problemami, z jakimi zmagamy się jako społeczeństwo: edukacją, ekonomią, zdrowiem psychicznym i fizycznym, przestępczością czy równością płciową i rasową. Reformatorzy, którzy naciskają na zmiany w systemie więziennictwa, nieustannie borykają się z kwestią przemocy domowej, ponieważ jej sprawcy trafiają na pewien czas za kratki, tam są poddawani czysto symbolicznej terapii, a czasem wręcz żadnej, wracają na łono społeczeństwa obywatelskiego i powtarzają cykl od nowa. Indywidualna przemoc ma daleko idące konsekwencje społeczne. Na Florydzie, w Kalifornii, w stanach Maryland, Ohio, Nowy Jork, Massachusetts, Oregon i innych poznałam ludzi, którzy próbowali przetrwać własną prywatną wojnę, i dzięki nim zobaczyłam, jakie ponosimy tego koszty – osobiście i jako zbiorowość, jak destrukcyjny ma to wpływ na społeczności, rodziny i jednostki. Płacimy cenę w postaci przerwanego życia i utraconych szans, a także ogromnych obciążeń finansowych dla ofiar, podatników i systemu sądownictwa karnego. Koszty zdrowotne i medyczne związane z przemocą domową, ponoszone przez podatników w skali roku, przekraczają kwotę ośmiu miliardów dolarów, a ofiary opuszczają ponad osiem milionów8 dni roboczych rocznie. Ponad połowa bezdomnych kobiet znalazła się w takiej sytuacji bezpośrednio wskutek przemocy, która stanowi także trzecią najczęstszą przyczynę bezdomności w kraju. Wśród osadzonych w więzieniach mężczyzn przeważają osoby, które po raz pierwszy były świadkami przemocy lub jej doświadczyły w dzieciństwie z rąk domowników, a dzieci dorastające w przemocowych domach są znacznie bardziej narażone na zaburzenia rozwojowe9. A te masowe strzelaniny z roku na rok nękające nasz kraj coraz częściej?

Większość z nich to również przemoc domowa.

W kwietniu 2017 roku Everytown for Gun Safety, grupa aktywistów na rzecz wprowadzenia kontroli broni, opublikowała raport, z którego wynika, że obecnie pięćdziesiąt cztery procent masowych strzelanin w Ameryce wiąże się z przemocą domową lub rodzinną10. Dane te natychmiast obiegły wszystkie media. Korelację między masowymi strzelaninami a przemocą domową omawiano w artykułach informacyjnych i felietonach w całym kraju – z jedną drobną zmianą. Zamiast frazy „wiąże się” w mediach zaczęto używać określenia „zwiastuje”, na przykład: „Przemoc domowa zwiastuje masową strzelaninę w ponad połowie przypadków”. Reporter portalu internetowego PolitiFact zakwestionował statystyki przedstawione przez grupę Everytown, powołując się przy tym na badania Jamesa Alana Foxa11, profesora Northeastern University, który przytacza w tym kontekście znacznie niższy odsetek. Jednak to, co najistotniejsze, kryje się w dalszej części artykułu, w wypowiedzi naukowca, który tak odpowiada na pytanie dziennikarza: „Można stwierdzić z całą pewnością, że połowa incydentów, w których dochodzi do masowej strzelaniny, to ekstremalne przypadki przemocy domowej”.

Innymi słowy, chodzi nie o to, że przemoc domowa zwiastuje masową strzelaninę. Rzecz w tym, że masowe strzelaniny w ponad połowie przypadków stanowią przemoc domową.

Weźmy na przykład Adama Lanzę z miasta Newtown w stanie Connecticut, który – zanim wtargnął z bronią do szkoły podstawowej Sandy Hook – najpierw zabił swoją matkę w domu. Tuż przed dokonaniem masakry w Pierwszym Kościele Baptystów w teksaskiej miejscowości Sutherland Springs Devin Patrick Kelley przywiązał żonę do łóżka sznurem i przykuł kajdankami12. Można też przytoczyć tu wydarzenie, które powszechnie uznaje się za pierwszą masową strzelaninę w Stanach Zjednoczonych: w sierpniu 1966 roku Charles Whitman otworzył ogień do studentów na University of Texas w Austin i zabił szesnaście osób. Ale dziś rzadko się już pamięta, że mordowanie zaczął poprzedniego wieczoru od własnej żony i matki.

Z przemocą domową mamy jednak również do czynienia w pozostałych czterdziestu sześciu procentach przypadków masowych strzelanin. Znajdziemy jej ślady w życiu wielu zabójców. Omar Mateen, który w czerwcu 2016 roku zabił czterdzieści dziewięć osób w klubie Pulse w Orlando, dusił swoją pierwszą żonę – na Florydzie, gdzie mieszkał, taki czyn stanowi przestępstwo, a według przepisów prawa federalnego jego sprawca mógł trafić za kratki na dziesięć lat. Tyle że Mateenowi nigdy nie postawiono zarzutów. Wcześniej, przez trzy koszmarne tygodnie w październiku 2002 roku, snajper o nazwisku John Allen Muhammad terroryzował stany Wirginia i Maryland oraz stolicę kraju, Waszyngton, strzelając do przypadkowych osób. Uczniowie podstawówek nie wychodzili wówczas na przerwę poza budynek szkoły, zaś na stacjach benzynowych zawisły plandeki, które miały osłonić klientów. Tymczasem Muhammad przez wiele lat znęcał się nad żoną Mildred, aż w końcu od niego odeszła, a jak się później okazało, ataki snajperskie stanowiły zwykłą przykrywkę. Sprawca zeznał policjantom, że zabijając przypadkowych, nieznanych mu ludzi, chciał odwrócić uwagę od swojego zasadniczego planu – zamordowania Mildred. A co byłoby, gdyby Dylann Roof, który przez lata patrzył, jak ojciec znęca się nad macochą, w porę otrzymał wsparcie i pomoc13? Czy to ocaliłoby życie dziewięciu osób, które w czerwcu 2015 roku zginęły w Afrykańskim Kościele Metodystyczno-Episkopalnym w miejscowości Charleston w Karolinie Południowej?

Niestety, przytoczone tu przypadki to wyłącznie te, które zapisały się w świadomości publicznej. W rzeczywistości jest ich o wiele, wiele więcej. W Stanach Zjednoczonych masową strzelaniną nazywa się takie sytuacje, w których są przynajmniej cztery ofiary, co oznacza, że wzmianki o znacznej większości tego typu incydentów pojawiają się tylko w wiadomościach lokalnych lub regionalnych, o ile w ogóle media o nich wspominają. Nazajutrz, najwyżej po dwóch dniach, nikt już o nich nie mówi, choć co roku w ich wyniku giną tysiące kobiet, mężczyzn i dzieci. Przywołane przypadki, podobnie jak wiele innych, wyraźnie pokazują, że przemoc domowa to bynajmniej nie problem prywatny, ale najbardziej paląca kwestia zdrowia publicznego.

Wszystko to ostatecznie sprawiło, że wiosną 2015 roku stanęłam na progu usianych wgnieceniami drzwi Paula Monsona. Wtedy znałam już od kilku lat większość członków jego rodziny i usłyszałam historię Michelle i Rocky’ego od matki i sióstr Michelle. Jednak Paul nie potrafił mówić o tym zabójstwie. Ból zdawał się go przytłaczać, poczucie winy czasem go wręcz dusiło. O przemocy domowej mówi się trudno. Jak dowiedziałam się w trakcie prowadzonych badań, jest to też jeden z najtrudniejszych tematów w pracy dziennikarskiej. Jest to kwestia zarówno rozległa i niewygodna, jak i pozostająca w całkowitym ukryciu. Jako reporter możesz stanąć w środku strefy wojny i opisać to, co widzisz. Możesz pojechać na miejsce klęski głodu czy zarazy i opowiadać o nich w czasie rzeczywistym. Możesz odwiedzić klinikę HIV/AIDS, centrum onkologiczne, obóz dla uchodźców czy sierociniec i na bieżąco donosić o tym, co się tam dzieje. Możesz pisać o problemach społecznych i środowiskowych, związanych ze zdrowiem publicznym i geopolityką, których konsekwencje widzisz na własne oczy. Nawet jeśli piszesz o powojennej rzeczywistości, co często robiłam w Kambodży, możesz założyć, że twoi rozmówcy są już w pewnym stopniu bezpieczni, bo wojna, klęska żywiołowa czy jakakolwiek katastrofa, która cię tam sprowadziła, dobiegła już końca.

Oto jeden z najtrudniejszych aspektów zajmowania się przemocą domową: piszesz o sytuacji tak zapalnej, że możesz narazić na niebezpieczeństwo ofiarę, która i tak znajduje się w samym epicentrum szalenie groźnej, niepewnej sytuacji. Jednak etyka dziennikarska nakazuje, by każdemu dać szansę opowiedzieć swoją wersję wydarzeń – zarówno ofierze, jak i sprawcy przemocy. W kilku przypadkach oznaczało to, że nie mogłam wykorzystać przeprowadzanych wywiadów przez całe tygodnie, a czasem miesiące, bo gdybym tylko zwróciła się do sprawcy z prośbą o komentarz, naraziłabym ofiarę. Jedna kobieta, z którą przeprowadzałam rozmowy przez ponad rok, musiała się wycofać dla własnego bezpieczeństwa. Jej wieloletni partner i oprawca przyciskał czasem jej nagie ciało do rur instalacji grzewczej w ich mieszkaniu albo zarzucał jej koc na głowę i owijał szyję taśmą. Historia o tym, jak po latach maltretowania wreszcie się od niego uwolniła, to jedna z najbardziej przejmujących opowieści, jakie słyszałam. Nawet teraz, kiedy o niej piszę, nie mogę wspomnieć o żadnych innych szczegółach, które pozwoliłyby ją zidentyfikować, a te elementy – rury grzewcze czy koc – pojawiają się także w relacjach wielu innych kobiet.

W przypadku ofiar przemocy domowej cierpienie często nigdy się nie kończy. Kobiety, którym udaje się uwolnić od oprawców, muszą ustalić z nimi kwestię opieki nad dziećmi. A nawet jeśli nie mają dzieci, to wiele ofiar trwa w stanie czujności jeszcze długo po ucieczce od przemocy – zwłaszcza jeśli z jej powodu sprawca trafił do więzienia. Jeśli znajdują nowego partnera, oboje mogą być narażeni na niebezpieczeństwo. Jedna z moich rozmówczyń określiła ten stan jako „oczy dookoła głowy” – przynajmniej do czasu, gdy dzieci dorosną. Momenty odwiedzin czy przekazania dziecka są szalenie ryzykowne nawet dla tych ofiar, którym udaje się uciec. Poznałam kobietę, której w takich właśnie okolicznościach były mąż rozbił twarz o kamienny mur na oczach dzieci, obserwujących zajście z tylnego siedzenia samochodu. Byli już wówczas wiele lat po rozwodzie. Kiedy to piszę, wiem już, że poprzedniego dnia, to jest 12 września 2018 roku, w kalifornijskiej miejscowości Bakersfield zginęło sześć osób, w tym była żona zabójcy i jej nowy partner (wpisanie w wyszukiwarkę Google fraz „mąż w separacji” i „zabił” daje ponad piętnaście milionów wyników). Ucieczka z przemocowego związku rzadko kiedy gwarantuje, że zagrożenie znikło. Dlatego też dokładałam wszelkich starań, by w miarę możliwości zachować równowagę między etyką dziennikarską a bezpieczeństwem osób, które wykazały się nie lada odwagą i udzieliły mi wywiadu. Tak często, jak to tylko możliwe, rozmawiałam z wieloma osobami na temat danego incydentu albo relacji, ale zdarzało się, że nie mogłam się kontaktować ze sprawcą, bo było to zwyczajnie zbyt niebezpieczne dla ofiary. W kilku przypadkach pozostali uczestnicy zajścia lub jego świadkowie już nie żyli. Nazwiska kilkorga rozmówców zostały zmienione, a ich tożsamość ukryta, aby ochronić ich bezpieczeństwo i prywatność. Przyjęta przeze mnie metodologia zakładała, że pewne dane mogę pominąć, ale niczego nie zmieniam, z wyjątkiem nazwisk. Za każdym razem zaznaczałam to odpowiednią adnotacją w tekście.