Tajemnica mordercyTekst

Z serii: Stillhouse Lake #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog

Z celi wyprowadzili go o wschodzie słońca.

Całą noc spędził w pozycji klęczącej, drżąc z zimna w cienkiej, białej koszuli nocnej, którą kazali mu założyć. Kilkakrotnie zdarzyło mu się przysnąć, ale natychmiast budziło go szturchnięcie lufą karabinu.

Bolało go całe ciało, jednak przywykł do tego po latach ciężkiej pracy. W tym miejscu przeszedł transformację z silnego i wysportowanego człowieka w… coś takiego. Pod skórą nadgarstków i palców uwidoczniły się kości. Obojczyk zaczął sterczeć tak mocno, że mógłby nim przecinać papier. Tym razem nie podali mu nawet garstki ryżu, jak zwykli to czynić. Wody również nie dostał.

To jest post, wyjaśnili mu, choć trudno było mówić o poszczeniu, kiedy się już głodowało. Po prostu głodowało się jeszcze intensywniej.

Starał się nie myśleć o jedzeniu, o czasach, w których nie martwił się o kolejny posiłek, o burgerach, pizzy i kanapkach o dowolnej porze dnia i nocy. O frytkach i piwie. Wspomnienia tamtych czasów wydawały się odległe niczym niewyraźny sen. Lekcje w szkole. Dziewczyny. Imprezy. Futbol, frisbee i bar. Ten ostatni bar, taki cholernie zatłoczony, i przyjaciele wokół. Czy w ogóle im go brakuje? Czy którykolwiek z nich się zorientował, że go nie ma?

Boże, był taki głodny i chciał po prostu iść spać.

Wtedy po niego przyszli.

Sześciu mężczyzn przypominających cienie w mroku. Widział kształt ich broni. Nigdy się z nią nie rozstawali. Postawili go na nogi, które ledwie już czuł, i kazali tupać dotąd, aż ustąpiło odrętwienie. Bolało tak bardzo, że ledwie oddychał. To wszystko wydawało mu się nierzeczywiste. To nie jestem ja. Mam swoje życie. Mam rodzinę. Nie mogę znajdować się w tym miejscu.

Kiedy znalazł się na zewnątrz szopy, zauważył nadchodzący świt. Wciąż jednak było ciemno i ledwie widział ziemię, przez co stale się potykał. Muzyka unosiła się niczym mgła. Cały cholerny obóz śpiewał. Nie rozpoznał pieśni. Wychowano go w wierze katolickiej i rozpaczliwie pragnął się teraz pomodlić. Nie modlił się przez całą noc, choć kazali mu to robić. Boże, pomóż mi, proszę.

Szedł boso, tnąc do krwi skórę o kamienie na ścieżce, ale oni mimo wszystko go ciągnęli. Schodzili w dół zbocza. Po prawej stronie zauważył solidne, wysokie ogrodzenie, bardzo wysokie i pozbawione jakichkolwiek wyraźnych cech. Ciężki mur, który trzymał z dala resztę świata. Ten sam mur, na który raz spróbował się wspiąć, kiedy był jeszcze innym człowiekiem. Wciąż miał na ciele blizny.

Może zamierzają mnie uwolnić, pomyślał, choć w głębi duszy czuł, że to próżne nadzieje. Nie chciał dopuścić tych myśli, więc skupił się na modlitwie i śpiewnych głosach, które stopniowo cichły. Teraz był już tylko on, wierni ze swoimi karabinami i cisza. Po chwili słyszał już jedynie świszczący oddech w swojej piersi.

Drzewa wciąż blokowały kruchy poranny blask. Odniósł wrażenie, że schodzi do grobu, i nagle zapragnął uciekać, krzyczeć, walczyć, zrobić cokolwiek. Do cholery, w końcu kiedyś był kimś, silnym, pewnym siebie i niczego się niebojącym.

Nie uciekł.

Wolał iść w milczeniu.

Przenikliwy chłód dźgał jego skórę jak lodowe kły. Miał na sobie jedynie cienką bluzę, a dłonie i stopy znów zdążyły mu zdrętwieć z zimna. Żywiczny zapach drzew powinien kojarzyć się z atmosferą świąt, ale tak naprawdę czuł jedynie odór własnego potu i strachu. W ustach miał sucho, jakby zamiast języka nosił bawełnianą wkładkę.

Może to wszystko mi się śni, pomyślał. Upiłem się w tawernie u Charliego, niedługo obudzę się obok mojej dziewczyny i zacznę narzekać na wyjątkowo wredny koszmar.

Jego dziewczyna. Zastanawiał się, co teraz robi, czy w ogóle za nim tęskni. Pomyślał o rodzicach, którzy z pewnością przez cały czas go szukają.

To bolało.

Wyszli z cienia rzucanego przez drzewa i zatrzymali się. Rozejrzał się dookoła. Dostrzegł nieduże jezioro, lekko falujące i maźnięte różowym odcieniem przez wstające słońce. Był tam też wodospad. Huczał i szumiał nad skałami w górze, a w dole woda zmieniała się w białą mgiełkę, która zdawała się nic nie ważyć w powietrzu. Wśród drobin wody utworzyła się ledwie widoczna tęcza.

To miejsce wydawało się cieplejsze, spokojniejsze.

Ojciec Tom czekał na nich na brzegu jeziora. Miał na sobie białą koszulę i białe spodnie, a jego płowe włosy wydawały się mieć taką samą barwę. Włosy i twarz starego człowieka i młode, ciemne oczy, które zdawały się znać wszystkie tajemnice wszechświata. Oczy świętego, jak lubili powtarzać członkowie Zgromadzenia.

Ojciec Tom był kompletnym wariatem.

– Witaj, bracie – odezwał się. – Pracowałeś długo i ciężko i choć przybyłeś do nas jako ktoś obcy, już na zawsze będziesz częścią naszej rodziny. Dziś zostaniesz ochrzczony i dołączysz do Zgromadzenia. Dokądkolwiek się udasz, zrobisz to jako jeden z nas. Twoje stare życie należy już do przeszłości. Niech rozpocznie się to nowe.

– Nowe życie – odezwał się ktoś stojący obok niego, a pozostali mu zawtórowali. On sam był zbyt odrętwiały, żeby w jakikolwiek sposób zareagować. Czy to oznaczało, że zamierzali go wypuścić? Czy to w ogóle było możliwe?

Tak, wypuśćcie mnie stąd, chore pojeby. Uwolnijcie mnie, a pobiegnę zaraz na policję i wsadzę wasze dupska do więzienia tak szybko, że nawet Bóg nie będzie wiedział, gdzie was szukać.

Taką właśnie osobą był wcześniej, młodym i silnym mężczyzną, który walczył, krzyczał i wierzył, że może zrobić wszystko. Przetrwać wszystko.

Teraz jednak dygotał na chłodzie niczym baranek prowadzony na rzeź. Nie potrafił znów stać się tamtym człowiekiem.

Może dadzą mu w końcu spokój, jeśli się temu podda. A jeśli kiedykolwiek stąd wyjdzie, to niewykluczone, że niczego nikomu nie powie.

Wszedł po pas do wody z Ojcem Tomem. W niedużej odległości zauważył spadek, błękitny otwór powstały dzięki kaskadom spływającej przez tysiące lat wody. Nie sposób było stwierdzić, jaki jest głęboki. Stał na skraju otchłani. Boże, w tej wodzie było tak zimno, że ustał nawet dygot jego ciała. Tak zimno, że zaczynał odczuwać dziwne ciepło.

Ojciec Tom uśmiechnął się do niego, jakby w ogóle nie odczuwał przenikliwego chłodu, i powiedział:

– Czy wierzysz w moc pana naszego Jezusa Chrystusa i jego błogosławionego Ojca?

Skinął tylko głową, choć nawet tak drobny gest okazał się bolesny. Tak bardzo chciało mu się spać.

– Obmyj się zatem krwią baranka i zacznij od nowa. Twoja wiara nie miała wystarczającej siły, ale to już się skończyło. Jesteś teraz świętym z naszego Zgromadzenia.

W ogóle nie był przygotowany na to, że Ojciec Tom wpakuje go pod wodę. Zrobił to tak szybkim i wprawnym ruchem, jakby był to jego tysięczny raz. Szarpał się, ale Tom przytrzymał go przez kilka sekund i po chwili pozwolił mu wynurzyć się na poranne powietrze.

Chciał krzyknąć ze strachu i zimna, ale nagle poczuł ogromną ulgę. Dokonał tego. Przetrwał. Skierował twarz ku wschodzącemu słońcu i wziął głęboki, głośny oddech. Żyję. Żyję! Wyjdę z tego cało.

– Bóg jest z tobą, bracie – powiedział Ojciec Tom. – Twoja posługa zapewnia nam wybawienie.

Nie zauważył dwóch mężczyzn, którzy zeszli razem z nim z brzegu do wody, i zaraz się zorientował, że coś jest nie tak. Odwrócił się, żeby wyjść z jeziora.

Jeden z nich chwycił go jednak za ramiona, a drugi zanurkował obok niego.

Poczuł, że coś zaczyna go szarpać. Nie wiedział, co to takiego, dopóki nie włożył rąk pod wodę.

Był to gruby, mocny łańcuch, którym obwiązano go wokół pasa. Ojciec Tom kliknął kłódką, żeby zamknąć pętlę.

Mężczyźni puścili go i się wycofali.

Powiedziałeś, że mnie wypuścisz. Że zacznę od nowa. Słowa te tłukły mu się w głowie, kiedy zaciskał zęby, czując napływającą czarną rozpacz.

– Niech Bóg cię błogosławi, święty – powiedział Ojciec Tom i zepchnął go ze skraju w głębinę.

Ostatnią rzeczą, jaką poczuł, była waga obciążnika na końcu łańcucha, który pociągnął go w mrok, gasząc resztki porannego światła nad jego głową.

Tak zimno.

Po chwili poczuł, jak osiada na dnie wśród białych kości. Kiedy jego płuca zaczęły rozpaczliwie walczyć o tlen, przypomniał sobie lata dzieciństwa. Przebudzenie z koszmaru. Ostatnim wspomnieniem była matka, która szeptała do niego: Cicho, maleńki. Już jesteś bezpieczny.

Rozdział 1

Gwen

Dzwoni moja prywatna komórka i zerkam na wyświetlacz. Taki nawyk. Odebrałabym połączenie jedynie od sześciu osób na świecie dzwoniących na ten numer. Jedną z nich z całą pewnością jest Sam Cade. Czuję w środku przyjemne ciepło, kiedy dotykam przycisku i przykładam telefon do ucha.

– Hej, nieznajomy – mówię, a w moim gardle rozlega się zmysłowy pomruk.

– Hej, mała – rzuca chropowatym głosem. Och, podtekst. Jakie to seksowne. – Jak mija dzień?

– W tej chwili nic szczególnego się nie dzieje – odpowiadam z ziewnięciem. Jest trzecia trzydzieści nad ranem. Od trzech godzin siedzę bezczynnie w wychłodzonej wypożyczalni samochodów, nie licząc szybkiego wypadu do pobliskiego sklepu całodobowego na toaletę i wielką kawę, której będę jeszcze żałowała. – Czekam, aż facet wykona jakiś ruch.

– Jakiego rodzaju ruch?

 

– Dobre pytanie.

– Nie chcesz mi powiedzieć? – Wydaje się rozbawiony.

– Wiesz, jak jest. Nic nie mówię, dopóki nie nabiorę pewności. Tak czy inaczej, pora jest dość późna. Albo wczesna. Jak jest w twoim przypadku?

– Wcześnie. Przygotowuję papiery na później – odpowiada. – Dzieci wciąż jeszcze twardo śpią. Zajrzałem do nich przed chwilą. – Moje dzieci są dla mnie całym światem i on doskonale o tym wie. Sam jest również świadom, że należy do starannie wyselekcjonowanej grupy osób, którym mogę powierzyć opiekę nad nimi. Moja córka Lanny jest akurat w tym trudnym okresie, w którym szesnastolatka uważa się za dwudziestolatkę. Mój syn Connor jest zdecydowanie zbyt dojrzały jak na swoje trzynaście lat i jednocześnie zbyt młody. Z całą pewnością nie są to osobniki proste w obsłudze.

Jest wiele powodów, które to usprawiedliwiają. Przez połowę swojego życia oboje żyli ze świadomością, że ich ojciec był seryjnym mordercą, a do tego wszystkiego nieśli brzemię związane z niesprawiedliwym traktowaniem ze strony innych osób, uważających ich za współwinnych zbrodni. Chcę obronić ich przed światem, choć jest to oczywiście niemożliwe. Ale będę nadal próbowała.

– Wrócisz do domu przed szóstą? – pyta, a ja wzdycham. – Okej, nie odpowiadaj. Chcesz, żebym obudził Lanny, zanim wyjdę?

– Tak, lepiej tak zrób. Nie wierzę w jej reakcję na dzwoniący budzik ani w to, że Connor wstanie na czas. Wyślę ci wiadomość, kiedy będę już w drodze do domu. – Chcę, żeby moje dzieci się wyspały. Muszą wstać o siódmej, ale jedna godzina snu więcej dla nastolatka to jak dziesięć dla mnie.

Żadne z nich nie będzie chciało zwlec się z łóżka, nie mówiąc o wyjściu do szkoły, ale wielokrotnie znajdowali się już w nieprzyjemnych sytuacjach. Kategorycznie nie zgodziłam się na naukę w domu. Ich życie będzie niezwykle trudne, zważywszy na historię naszej rodziny. Chcę, żeby uczyli się z tym walczyć już teraz, a nie po wejściu w dorosłość, kruche jak chińska porcelana.

Muszą stawić czoła potworom.

Terapia zrobiła dobrze nam wszystkim. Zaczęłam od indywidualnych sesji dla dzieci przez kilka miesięcy, potem robiliśmy to wspólnie, kiedy wraz z Samem spotykaliśmy się z innym terapeutą jako para. Teraz raz na tydzień bierzemy w tym udział wszyscy razem jako rodzina i jestem już w stanie zaryzykować stwierdzenie, że sprawy mają się… lepiej.

Nie biorąc oczywiście pod uwagę tego, że odcięło się od nas całe miasteczko.

Nie jestem do końca pewna, co wywołało taką niechęć do nas u mieszkańców Norton. Jedna z naszych teorii mówi o nieplanowanym, ale nadal trwającym konflikcie Sama z lokalną grupą zajmującą się handlem narkotykami, która ma spore wpływy. Część tej winy należy do mnie, po tym jak zgodziłam się na udzielenie wywiadu w telewizji. Sytuacja stała się niezwykle toksyczna. To z kolei zwróciło jeszcze większą uwagę mediów, których przedstawiciele zjawili się tłumnie w spokojnych zakątkach Stillhouse Lake. Wierzyłam, że postępuję słusznie, choć ostatecznie równie dobrze mogłabym zrzucić sobie na głowę stertę starych śmieci.

Internetowi prześladowcy jak zwykle powrócili, nieustępliwi i upiornie uradowani. Nie byłam pewna, co tak naprawdę chcieli osiągnąć, próbując zniszczyć mi życie, ale jedno musiałam im oddać: nie odpuszczali. Niedawno natrafiłam na wpis, z którego się dowiedziałam, że ich celem było doprowadzenie moich dzieci do samobójstwa w trakcie przekazu na żywo. Poziom socjopatii przekroczył wszelkie granice, ale niestety tak to wygląda w internecie. I nie jest to odosobniony przypadek.

Z czymś takim właśnie musimy sobie radzić w codziennym życiu. Nie lubię nazywać naszych prześladowców potworami – w moim odczuciu są raczej znudzonymi, wściekłymi i pozbawionymi wszelkiej empatii istotami ludzkimi, które obrały sobie mnie za cel swojej frustracji. Byłam bądź co bądź żoną Melvina Royala, niesławnego seryjnego mordercy. Człowiek ten zarzynał kobiety dla zabawy, więc musiałam być w jakiś sposób za to odpowiedzialna. Nie, ten rój wszechobecnych internetowych trolli to nie są potwory. Znałam w życiu potwory. Stawiłam im czoła, łącznie z Melvinem.

Zabijam potwory i lepiej, żeby o tym pamiętały.

Rozmawiam z Samem przez mniej więcej pół godziny, ciesząc się komfortem i pragnąc znaleźć się blisko niego, oboje jednak wiemy, że nie ma na to w tej chwili szans. Dzięki zacofanym mieszkańcom Norton, którzy nas odtrącili, skończyły się dla niego oferty pracy na budowach i musiał wyjechać dalej w poszukiwaniu zajęcia. To oznacza dłuższe przejazdy i mniej czasu spędzonego wspólnie w domu.

Pracuję w agencji detektywistycznej z innego miasta, od której dostaję różnego rodzaju sprawy dotyczące miejsc położonych w mojej okolicy. Mogę oczywiście odrzucić zlecenie, któremu nie podołam bądź którego po prostu nie czuję. Płacą jednak przyzwoicie, a ja radzę sobie w tej pracy całkiem nieźle.

Obecnie moją uwagę przyciąga pewien bardzo bogaty dyrektor generalny nazwiskiem Greg Kingston. Zlecenie dostaliśmy od członków zarządu spółki, których zaniepokoiło coś, co określili mianem dziwnego zachowania i niepokojących wyników finansowych. Zdołałam już odkryć defraudację w jego firmie z branży public relations na Florydzie – zostawił za sobą wszechobecne cyfrowe odciski palców. Sprawa okazała się prosta: wystarczyło skontaktować się z zarządem i podjąć dalsze decyzje. Dni Kingstona były już prawdopodobnie policzone.

W trakcie pracy nad sprawą pana Kingstona odkryłam jednak coś, co zaniepokoiło mnie w znacznie większym stopniu. Nie jestem pewna, co to właściwie jest, dlatego nie powiedziałam o niczym Samowi. Na razie muszę radzić sobie z poszlakami, instynktem i jednym istotnym pytaniem.

Dlaczego ktoś z taką pozycją społeczną, dysponujący takim saldem w banku jak Greg Kingston, zatrzymał się w podrzędnym motelu w szemranej dzielnicy Knoxville, podczas gdy w tym samym czasie miał zarezerwowany pokój w ekskluzywnym hotelu The Tennessean?

Greg Kingston mógł wybrać takie obskurne miejsce z kilku powodów: wynajął prostytutki, kupował narkotyki lub zajmował się czymś jeszcze mroczniejszym. Pozostaje mi mieć nadzieję, że lubi po prostu osoby sprzedające usługi seksualne z nieco gorszych dzielnic miasta. Taki powód byłby w tym wypadku najlepszy.

Ale nie zapowiada się tak łatwo.

Obserwuję zatrzymujący się w pobliżu anonimowy samochód. Wysiada z niego przysadzisty, biały facet. Ma na sobie dżinsy i niczym niewyróżniającą się kurtkę, a twarz przesłania mu daszek czapeczki baseballowej. Nie dostrzegam żadnej torby, jeśli więc jest dilerem narkotykowym, nie ma przy sobie więcej towaru, niż mieści się w jego kieszeniach. Nie chce mi się wierzyć, żeby ktoś z monstrualnym ego Kingstona ślinił się na jedną działkę.

Kiedy mężczyzna otwiera tylne drzwi auta, uzmysławiam sobie, że źle go oceniłam.

Dziewczyna nie może mieć więcej niż dwanaście lat, co sprawia, że natychmiast zasycha mi w ustach, a serce gwałtownie przyspiesza. Zmuszam się do zachowania spokoju i robię tyle zdjęć, ile tylko jestem w stanie. Tablica rejestracyjna. Szczegóły nadwozia samochodu. Najlepsze ujęcia dziewczyny. Ubrana jest w niebieską sukienkę, która pasuje do młodszego dziecka. Jej twarz zupełnie pozbawiona jest wyrazu, co uruchamia we mnie kolejne dzwonki alarmowe.

Robię doskonale wyraźne zdjęcie Gregowi Kingstonowi, który otwiera drzwi pokoju w motelu i potrząsa dłonią ociężałego faceta. Zaprasza oboje do środka i zamyka za sobą drzwi.

Nie mogę opanować drżenia rąk, kiedy odkładam aparat i wybieram numer na policję. Zgłaszam sytuację najspokojniej, jak tylko potrafię, tłumacząc, że dziecko jest w poważnym niebezpieczeństwie i że może tam dojść do nadużyć. Jeśli się mylę, jeśli z jakiegoś powodu Greg Kingston spotkał się w tym motelu ze swoim kuzynem i jego córką, to będzie po mnie.

Ale nie mogę się mylić. Nie ma mowy. Jestem świadkiem sprzedaży dziecka i muszę nad sobą zapanować, żeby czekać cierpliwie na przyjazd policji, a nie wparować do środka, zbić obu facetów do nieprzytomności i zabrać małą w bezpieczne miejsce.

Nie trwa to długo. Z pewnością nie więcej niż pięć minut, choć wydaje mi się, że czekałam całą wieczność. Powolny, cichy wjazd policyjnego wozu na parking to naprawdę przyjemny widok. Wysiadam z auta i rozmawiam z dwoma umundurowanymi funkcjonariuszami. Traktują mnie poważnie, szczególnie po tym, kiedy pokazuję im kilka zdjęć z aparatu. Jestem cholernie spięta, kiedy opieram się o samochód, a oni pukają do drzwi motelowego pokoju.

Wszystko kończy się dość szybko. Cokolwiek znaleźli wewnątrz, wystarczyło, by zdecydowali się wyprowadzić Kingstona i jego grubego koleżkę w kajdankach. Po chwili pojawia się owinięta kocem dziewczyna. Jej puste spojrzenie w końcu ustąpiło miejsca czemuś na kształt prawdziwych emocji.

Narodzinom nadziei.

Przyjeżdża błyskający światłami ambulans, a po nim samochód detektywa. Zauważam, że wieczorni goście tego niedużego, układającego się na kształt litery „L” motelu zaczynają się po cichu ewakuować. Nikt nie chce zostać złapany w samym środku tego bałaganu.

Kingston wręcz kipi z wściekłości. Zdawałoby się, że powinien wyglądać na dużo bardziej wystraszonego, więc wybieram numer telefonu do lokalnej gazety i kilku agencji medialnych. Ta historia im się spodoba, szczególnie że zdobędą zdjęcia wielkiego Grega Kingstona w bokserkach i czarnych skarpetkach. Jest blady na twarzy i sprawia wrażenie zupełnie bezbronnego. Doskonały materiał na pierwszą stronę.

W końcu podchodzi do mnie dwoje detektywów. Podaję im wizytówkę i wyjaśniam, co tutaj robię. Mój aparat ma połączenie z internetem, więc od razu przesyłam im zdjęcia. Dołączam do tego wpisy z forum w sieci, które doprowadziły mnie w to miejsce. Wydają się w jakiś sposób zakodowane, a to wystarczyło, żeby wzbudzić moją ciekawość. Sądząc po spojrzeniach, jakie wymieniają między sobą detektywi, oboje doszli zapewne do tego samego wniosku.

Składam zeznanie i obiecuję odpowiedzieć na więcej pytań, jeśli okaże się to konieczne. Mężczyzna najwyraźniej nie rozpoznał mojego nazwiska – zawsze jestem przygotowana na taką okoliczność – ponieważ po prostu zapisuje moje dane.

Kobieta nieco się ociąga i rzuca mi uważne spojrzenie. Jej wzrok sugeruje, że coś jej zaświtało. Instynktownie unoszę gardę i czekam na szyderstwo czy przytyk.

– Cieszę się, że udało się pani pomyślnie przez to wszystko przebrnąć, pani Proctor – mówi w zamian. – To musiało być trudne. Uważa pani na siebie?

Jestem zaskoczona. Tak bardzo zaskoczona, że nie wiem nawet, co powiedzieć, więc tylko kiwam głową. Odczuwam ścisk w gardle. Nie próbuję jej dziękować. Pewnie i tak to zauważa, bo uśmiecha się i odchodzi.

Czuję się teraz dziwnie odsłonięta. Jestem zawsze przygotowana do walki, a nie do czegoś takiego.

Wracam do samochodu i informuję Sama, że ruszam w drogę do domu. Czeka mnie bite półtorej godziny jazdy, nie licząc ewentualnego korka, ale chyba uda się nam jeszcze zobaczyć. Nacieszyć chwilą ciszy.

Rzadko miewam tyle szczęścia i dziś jest niestety tak samo. Wchodzę do domu i wyłączam alarm. Connor już wstał i siedzi przy stole, skubiąc kromkę chleba tostowego. Choć ma dopiero trzynaście lat, nagle zaczął rosnąć w zaskakującym tempie. Nabrał masy w okolicy ramion i torsu. Wystrzelił w górę o kilka centymetrów.

Ale Connor nie wygląda dziś dobrze. Siedzi z opuszczonymi ramionami, a pod oczami ma cienie. Sam gotuje jajka. Rzuca mi ciepły, przelotny uśmiech i wzrusza ramionami – komunikaty wysłane i odebrane. Zbliża się do czterdziestki i jest nieco starszy ode mnie. Średniego wzrostu, średniej wagi, jasne włosy. Atrakcyjna, symetryczna twarz, która w zależności od jego nastroju i oświetlenia może wyglądać na młodszą lub starszą.

Kocham go na zabój. Wciąż mnie to cholernie zaskakuje. Czy mam w ogóle prawo kochać faceta tak solidnego, tak dobrego? I dlaczego on w ogóle kocha mnie? To jedna z tych zagadek, których zapewne nigdy nie rozwiążę.

– Cześć, skarbie – rzucam i całuję syna w czubek głowy. Reakcja jest mizerna. – Co się dzieje?

Connor nie odpowiada. Sprawia wrażenie nieobecnego, co po części można zrzucić na wczesną porę, a po części na coś innego. Sam postanawia odpowiedzieć za niego:

– Twierdzi, że źle się czuje od samego przebudzenia.

– Źle? – powtarzam. Opadam na krzesło obok Connora. – Znów żołądek?

Kiwa głową i odgryza niewielki kęs kanapki. Ma podkrążone oczy i zdecydowanie przydałby mu się fryzjer. Przez cały czas nalegam, żeby się wybrał do zakładu fryzjerskiego. W tej chwili wygląda przez tę fryzurę na niemal zaniedbanego. Założył swój ulubiony wytarty sweter, który niejednokrotnie kazałam mu już wyrzucić, a do tego znoszone dżinsy. Jeśli dołożyć te sterczące włosy i niewidzące spojrzenie… Gdyby usiadł na chodniku z tabliczką ZBIERAM NA JEDZENIE, z pewnością zebrałby niemałą sumkę.

 

– Nie chcesz iść do szkoły? – pytam, a on znów przytakuje skinieniem głowy. – A może warto by się wybrać do lekarza? – Tym razem zaprzeczenie. Przykładam dłoń do jego czoła, ale nie wyczuwam gorączki. – Przykro mi, skarbie, ale jest tylko taka alternatywa: albo szkoła, albo lekarz. Nie możesz tak po prostu zostać w domu. Masz już wystarczająco dużo nieobecności.

Rzuca mi pełne nieszczęścia spojrzenie, ale nadal nic nie mówi. Odkłada tylko kanapkę, wstaje i kieruje się do swojego pokoju. Patrzę na Sama, który unosi rękę w geście „mnie nie pytaj”.

– Gdybym miał zgadywać, postawiłbym na szkolnych tyranów – mówi.

– Connor boryka się z nimi od lat.

– Ale również przeprowadzał się z miasteczka do miasteczka. Za każdym razem mógł mieć nadzieję, że zobaczy tych drani oddalających się w tylnym lusterku, a potem to samo działo się od nowa. Wciąż musi stawiać im czoła i wcale nie widać końca tego koszmaru. Mogę się mylić, ale…

– Raczej się nie mylisz. – Wzdycham. – Okej. Zostały dla mnie jakieś jajka?

– Z serem i bekonem. Załatwione.

Pukam do drzwi pokoju Connora i je otwieram. Siedzi na skraju łóżka ze wzrokiem wbitym w podłogę i skarpetkami w dłoni, których jeszcze nie założył. Nie reaguje złością na moje wejście, więc zamykam za sobą drzwi.

– Sam uważa, że to przez szkolnych łobuzów. Zgadza się?

Kiwa powoli głową.

– Możemy o tym porozmawiać?

Nie jestem pewna, czy się zgodzi, ale w końcu odzywa się do mnie chrapliwym głosem.

– Po prostu… jest mi ciężko.

Wiem, co czuje. Sama codziennie odbieram maile z pogróżkami i wulgaryzmami. Widzę je w mediach społecznościowych. Czasami nawet trafiają na nasz adres pocztą. Ale ci ludzie przynajmniej trzymają się z dala od nas.

Connor spotyka się z tymi draniami każdego dnia i nie może przed tym uciec.

Ogarnia mnie tak silne uczucie złości, frustracji i udręki, że czuję pulsowanie w skroniach. Choć chcę go uchronić przed bólem, niewiele tak naprawdę mogę zrobić. Trzymaj się swojej decyzji. On dorasta i musi nauczyć się z tym walczyć. Przytulenie go i ochrona przed światem nie zapewni mu pancerza, którego będzie potrzebował.

Gdyby się nauczył, jak się bronić… to zapewniłoby mu bezpieczeństwo podczas mojej nieobecności.

– Kochanie, wiem o tym. Bardzo mi przykro. Mogę porozmawiać z dyrektorem, żeby reagował w takich sytuacjach…

Connor kręci głową.

– Nie, mamo. Jeśli czegokolwiek spróbujesz, będzie jeszcze gorzej.

Biorę głęboki wdech.

– Co mam w takim razie zrobić?

– Nic. Jak za… – Urywa i zagryza wargę. Wiem, co chciał powiedzieć. Jak za każdym razem. Zapewne tak postrzega moje zachowanie, choć doskonale wie, jak wiele poświęciłam, żeby ich chronić. To boli, ale dam sobie radę. – Poradzę sobie.

– Mogę cię umówić na dodatkowe spotkanie z terapeutą, jeśli…

Zakłada skarpetki i buty. Spokojne, metodyczne ruchy, jakby każdy z nich był bardzo ważny.

– Jasne – odpowiada niepokojąco bezbarwnym głosem. – Jak chcesz.

Znów to straszne „jak chcesz”. Jakby zatrzasnął mi przed nosem stalowe drzwi. Przywykłam do tych słów z ust mojej córki, ale nie Connora. Ale w końcu on dorasta, staje się kimś innym. Nie jestem już jego schronieniem.

Teraz raczej stoję mu na drodze. To boli. Muszę wziąć głęboki oddech, żeby poradzić sobie z emocjami.

– Kto to jest? – pytam.

Nie przerywa zawiązywania sznurowadeł.

– A co? Chcesz tam pójść i ich zlać?

– Może. Bardzo mnie boli twoje cierpienie, kochanie. Naprawdę. – Przy ostatnim słowie słyszę drżenie w swoim głosie.

On też je usłyszał. Podnosi szybko wzrok. Nie potrafię odczytać wyrazu jego twarzy, gdyż natychmiast odwraca głowę.

– Kiedy się przeprowadzaliśmy, było dużo łatwiej – mówi. – Kiedy nie musieliśmy tkwić w jednym miejscu.

– Wiem. Chcesz się przeprowadzić? Myślałam, że wolisz przebywać w jednym miejscu.

– Kiedyś wolałem. Tak sobie po prostu pomyślałem. To tylko… – Prostuje się z westchnieniem, ale nie patrzy mi w oczy. – Po szkole idę do Reggiego, pamiętasz? – Mówi to takim tonem, jakbyśmy już to wcześniej ustalili. A niczego nie ustaliliśmy. Kiwam jednak tylko głową i odpuszczam temat. Mój syn musi żyć z poczuciem, że wciąż ma coś przed sobą.

– Zadzwonisz, kiedy będziesz na miejscu? – Staram się, by zabrzmiało to jak pytanie, a nie jak rozkaz. Widzę, że mu ulżyło.

– Jasne, mamo. – Wstaje. – Chyba powinienem jeszcze coś zjeść.

– Dobry pomysł.

Mam ochotę go przytulić, ale nie wydaje mi się, żeby mu się to w tej chwili spodobało. Tęsknię za nim. Bardzo się boję, że cały świat chce go skrzywdzić, ale nie zdołam przecież tego świata powstrzymać. Doskonale o tym wiem.

Może to jest właśnie najgorsze.

Kiedy Connor siedzi ponownie przy stole, do kuchni wchodzi moja córka. Długie, ciemne włosy opadają jej na twarz. Ma na sobie puchaty czerwony szlafrok, pełen naszywek przedstawiających rysunkową wersję Draculi. Ziewa tak szeroko, że mogę zobaczyć jej migdałki.

– Cholera – rzuca. – Znów do szkoły?

– Znów – potwierdzam. – Chcesz jajka?

– Jasne. Dostanę kawę?

– Eliksir życia z mnóstwem śmietanki i cukru, zamówienie przyjęte.

Jemy śniadanie jak rodzina. Choć dzieci są na wpół śpiące, jest to dla mnie bardzo cenny czas. Muszę popędzać Lanny, która zaczyna się guzdrać. Jeśli ich nie podwiozę, spóźnią się na autobus, a Sam musi niebawem ruszać w drogę.

Całuję go czule w drzwiach i dostrzegam w jego oczach smutek. Zabrakło nam dziś tej upragnionej chwili prywatności.

Może wieczorem, jeśli nic nie wyskoczy.

– Sam? – wołam za nim. Odwraca się do mnie w drodze do pickupa. – Uważaj na siebie.

– Na każdym kroku – odpowiada z uśmiechem. Zza drzew wynurza się słońce, które spowija wszystko łagodnym blaskiem. Odbija się od okien samochodu i przez chwilę odnoszę wrażenie, że coś mi się przywidziało, ponieważ czerwony punkt na piersi Sama wydaje się całkowicie nie z tego świata.

Kiedy uzmysławiam sobie, co widzę, moje serce zaczyna łomotać w piersi. Punkcik lasera zaczyna się poruszać.

– Sam! – wołam alarmującym tonem, ale nie jestem pewna, czy zorientował się, o co mi chodzi. Chcę krzyknąć, żeby się położył, kiedy boczne okno jego pickupa zmienia się w mleczną pajęczynę pęknięć. W samym środku widzę otwór wielkości ćwierćdolarówki.

Echo strzału odbija się od wzgórz za domem.

Czuję potężne uderzenie adrenaliny i zrywam się w stronę drzwi. Sam nie jest ranny, ale jest w tym momencie tarczą strzelniczą. Przykucnął, jednak widzę, że rozgląda się w poszukiwaniu miejsca, w którym mógł znajdować się strzelec.

– Tutaj! – wołam.

Biegnie w kierunku drzwi. Strzał padł zza domu, z miejsca położonego gdzieś powyżej. Snajper musi znajdować się na linii drzew. Ktoś chciał mi zademonstrować, że mógł trafić Sama z taką samą łatwością, z jaką przestrzelił okno w samochodzie.

– Jezu Chryste – mówi Sam dość spokojnym głosem, choć jest zupełnie blady. – Nie widziałem go.

Odciągam go od drzwi i zatrzaskuję je za nami. Przekręcam zamki. Włączam alarm błyskawicznymi ruchami drżących palców. Dzieci wyskoczyły ze swoich pokojów i rzucają nam pełne niepokoju, pytające spojrzenia.

– Odsuńcie się od okien – nakazuję i kieruję je do kuchni. – Wejdźcie do skrytki i usiądźcie na podłodze!

– Mamo, czy to był strzał? – pyta Lanny.

– Zabierz Connora do skrytki, natychmiast!

Chwyta brata za ramię i ciągnie go za sobą. Przyglądam się pobieżnie Samowi w poszukiwaniu ran. Zdarza się, że pod wpływem adrenaliny człowiek nie czuje skutków postrzału. Ale nie widzę krwi.

Snajper miał go na tarczy, ale celowo chybił. Ostrzeżenie.

– Nic ci nie jest? – pytam.

Rzuca mi to samo dziwnie spokojne spojrzenie.

– Poza tym, że mam ochotę zwiększyć polisę ubezpieczeniową na samochód? Wszystko gra. Nie trafił.

– To nie jest tak, że nie trafił. Widziałam punkt lasera na twojej piersi.

– I wiesz dobrze, że celowniki laserowe potrafią być do dupy z takiej odległości. Pociski skręcają. – Kładzie mi dłonie na ramionach, po czym ujmuje w dłonie moją twarz. – Oddychaj, Gwen. Wszystko dobrze, to tylko szyba.