Zmuszona, by zabić

Tekst
Z serii: Stephanie King #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog

I

A więc tak to się kończy.

Teraz już wszystko jasne: jedno z nas musi umrzeć.

Czasami śmierci nie da się uniknąć. Czasami da się jej zapobiec. Ale są też takie tragedie, które samodzielnie nabierają pędu, stają się coraz poważniejsze wraz z upływem czasu, a potem doprowadzają do kolejnych krzywd i kolejnych strat.

Tak. Zdecydowanie czas to zakończyć.

II

W końcu w samochodzie zapadła cisza. Stephanie zdołała uspokoić Jasona, informując wprost, że jeśli nie przestanie gadać, zjedzie na pobocze, wyrzuci go z auta i stamtąd będzie mógł sobie piechotą dotrzeć na komisariat. Nie była to jednak komfortowa cisza, a Stephanie mocno ściskała kierownicę. Opuściła odrobinę szybę, żeby uwolnić ze środka gorące powietrze i zaczerpnąć wilgotnego morskiego powietrza, które niosło lekki zapach fal rozbijających się o skały w dole.

Uspokój się, odezwał się głos w jej głowie. Nie będzie tak, jak ostatnim razem.

– Czyli uważa pani, że chodzi tu o przemoc domową, pani sierżant? – zapytał Jason, przerywając jej rozmyślania. – Nie sądzi pani, że ten dom jest trochę za bardzo wypasiony na coś takiego? Jeśli faktycznie się tam kłócą, to nie o pieniądze.

Jason założył ręce na piersi, jakby to mówiło wszystko, a Stephanie miała ochotę go zapytać, czy w ogóle czegokolwiek słuchał w trakcie szkolenia. Nie znosiła zabierać ze sobą praktykantów, szczególnie tak upartych i źle poinformowanych jak ten.

– Było połączenie z numerem alarmowym i jakaś kobieta wołała o pomoc. To wszystko, co wiemy. Zaraz potem się rozłączyła. Firma ochroniarska, która pilnuje tego miejsca, twierdzi, że to cholerny Fort Knox, więc mało prawdopodobne, że ktoś się włamał. – Stephanie aż za dobrze wiedziała, co to oznacza. Kobieta musiała znać człowieka, przed którym chciała zostać uratowana. – Wóz ochrony jest już na miejscu. Czeka tam facet, który wpuści nas do środka, więc niebawem będziemy wiedzieli więcej.

Niebawem. Nie była wcale taka pewna, czy chciała wiedzieć więcej.

Pod oponami samochodu zachrzęścił żwir. Kiedy rozstąpiły się chmury, jasne światło księżyca oświetliło krzewy ciągnące się wzdłuż wąskiego podjazdu. Skręciła po łuku i dojrzała długi biały mur, wysoki na jakieś sześć metrów, i podwójne drewniane drzwi osadzone gdzieś pośrodku.

– Co to za porąbane miejsce? – zapytał cicho Jason, podziwiając niezwykły widok.

– Tylna ściana domu.

– Ale tu nie ma żadnych okien. Po co budować dom bez okien?

– Zaczekaj lepiej, aż wejdziesz do środka, Jason.

Zauważyła kątem oka, że odwrócił się w jej stronę.

– A więc pani już zna ten dom?

Stephanie przytaknęła. Nie chciała wspominać ostatniego razu, kiedy została tu wezwana, i modliła się, żeby dzisiaj nie było tak samo jak wtedy. Mimo to wołanie o pomoc nigdy nie jest dobrym znakiem, a dom, pomimo swojej urody, przyprawiał ją o dreszcze.

Zatrzymała samochód tuż obok wozu z wymalowanym na drzwiach logo firmy ochroniarskiej. Wyskoczył z niego tyczkowaty młody chłopak, który miał poważne problemy z trądzikiem.

O Boże, pomyślała, dwóch dzieciaków w cenie jednego.

– Sierżant Stephanie King – powitała go. – Ma pan klucz?

Młody pokiwał głową.

– Gary Slater. Pracuję w ochronie.

Nie ma to, jak stwierdzić oczywisty fakt.

– Próbował pan użyć dzwonka? – zapytała. Gary rzucał nerwowe spojrzenia na lewo i prawo.

– Nie wiem, czy powinienem.

– I chyba słusznie – przyznała. – Nie mamy pojęcia, co się dzieje tam w środku, a pan byłby tam narażony, zupełnie sam. Proszę wrócić do samochodu, Gary. Nie może się pan tu kręcić, dopóki nie ustalimy, co jest grane.

Stephanie nacisnęła mocno dzwonek i przyłożyła głowę do drzwi, nasłuchując odgłosów. W domu panowała zupełna cisza. Spróbowała ponownie, po czym włożyła klucz do zamka i obróciła.

Usłyszała, jak Gary wyskakuje z samochodu za jej plecami.

– W domu zainstalowany jest alarm – powiedział. – Kod to 140329.

Stephanie skinęła głową i otworzyła drzwi. Skrzynka ze sterownikiem alarmu znajdowała się wewnątrz werandy, ale sam alarm nie został uzbrojony. Otworzyła wewnętrzne drzwi i weszła do domu. Jason niemal deptał jej po piętach. W korytarzu było ciemno i zupełnie bezgłośnie. Ta gęsta cisza kojarzyła się z mocno wygłuszonym domem, a kiedy zawołała, jej głos wydawał się spłaszczony i martwy.

Zza częściowo otwartych drzwi – Stephanie wiedziała, że prowadzą one do głównego salonu – sączyło się światło. Przesuwając dla pewności dłonią po ścianie, podeszła bliżej i zawołała:

– Halo? Jesteśmy z policji!

Pchnęła podwójne drzwi na końcu korytarza i nagle mrok całkowicie ustąpił.

– Jasna cholera! – rzucił Jason, a Stephanie doskonale wiedziała, dlaczego tak zareagował. Widok, jaki rozciągał się przed nimi, tak samo oszałamiał jak ostatnim razem. Owszem, po stronie wejściowej budynku nie było żadnych okien, ale ścianę wielkiego salonu tworzyła jedna ogromna tafla szkła. Blask księżyca odbijał się od ciemnych morskich fal daleko w dole, przez co odnosiło się wrażenie, że dom jest zawieszony wysoko nad oceanem.

– To nie pora na podziwianie widoków, młody. Halo! – zawołała ponownie. – Tutaj policja! Jest ktoś w domu? – Żadnej odpowiedzi. – Dalej, Jason, rozejrzyjmy się tutaj.

Cała ta ogromna przestrzeń, gdzie się znajdowali, była jednym pomieszczeniem, które obejmowało niezwykle nowoczesną kuchnię, stół jadalniany dla około dwudziestu osób i cały szereg sof. Księżyc schował się nagle za chmurami i Stephanie sięgnęła do włącznika, żeby zapalić światła. Nic się nie wydarzyło.

– Cholera – mruknęła. – Biegnij po latarkę, ale szybko. Ja zejdę do sypialni. Tam mnie szukaj.

Jason zawrócił w stronę wyjścia, a Stephanie powoli podeszła do szczytu schodów i dla równowagi chwyciła gładką, stalową poręcz. Poczuła chłód pod palcami.

– Policja! – zawołała. – Panie North, jest pan tutaj? – odezwała się bez większego przekonania i przeklęła swoje wspomnienia związane z tym miejscem. – Panie North?

Choć dzwoniąca była kobietą, Stephanie dysponowała jedynie nazwiskiem North, a z tego, co wiedziała, mężczyzna nie ożenił się ponownie.

Księżyc znów się pojawił i pokazał swoje niezwykłe odbicie w ciemnych wodach. Odwróciła się z powrotem w stronę schodów i wyciągnęła pałkę. Trzymając się kurczowo poręczy lewą ręką, zaczęła ostrożnie schodzić po szklanych stopniach, nie przestając nawoływać.

Coś się tutaj wydarzyło. Czuła to w kościach.

Wiedziała, że sypialnie są na tym piętrze, a na końcu korytarza zobaczyła drugie schody, które prowadziły do piwnicy. Nie chciała znów tam schodzić.

Usłyszała za plecami tupot stóp, odwróciła się i spojrzała prosto w snop mocnego światła z latarki. Natychmiast uniosła rękę, żeby osłonić oczy przed blaskiem.

– Przepraszam – powiedział niepewnym głosem Jason, jakby się bał lub był podekscytowany. Wolała nie wiedzieć, jaka jest prawda.

Stephanie ponownie zawołała w mrok. Pamiętała, w którym miejscu znajduje się główna sypialnia. Ostatnim razem, kiedy tutaj była, drzwi do niej prowadzące stały otworem, a na łóżku siedział North z pochyloną głową i drżącymi ramionami.

Wyciągnęła nogę i delikatnie otworzyła drzwi stopą.

Nie potrzebowali latarki. Światło księżyca wpadało przez ciągnące się od podłogi po sufit okna, a wzmacniała je migocząca żółta poświata z kilkunastu świec starannie rozstawionych wokół pomieszczenia.

– Jezu! – Reakcja Jasona mówiła wszystko. Na wielkim łóżku dojrzeli splątaną masę pościeli, owiniętą wokół nóg i rąk dwojga ludzi. Z miejsca, w którym stała, Stephanie nie potrafiła określić ich płci. Metaliczny zapach potwierdzał to, co widzieli. Oba ciała były nieruchome, a biała pościel przesiąkła gęstą, ciemną krwią.

Choć noc była ciepła, Stephanie zadrżała i przełknęła głośno ślinę. Co się tutaj, do cholery, wydarzyło? Poczuła ogromną chęć, żeby stąd uciec, oddalić się od tego straszliwego widoku.

Zmusiła się do wzięcia głębokiego oddechu, po czym odwróciła się do Jasona i poprosiła go, aby wrócił na górę i zgłosił wszystko przez radio. Nie musiała korzystać z lusterka, żeby wiedzieć, że jego otwarte szeroko przerażone oczy stanowiły doskonałe odzwierciedlenie tego, co malowało się na jej twarzy.

Kiedy opuścił sypialnię, Stephanie usłyszała dźwięk, od którego zjeżyły się jej wszystkie włoski na rękach. Był to płacz małego dziecka. Odwróciła się w stronę drzwi, usiłując namierzyć jego źródło. Musiała znaleźć to dziecko, choć jego krzyk nie kojarzył się z bólem czy strachem, jednak przed opuszczeniem tego pokoju należało zrobić jeszcze jedno. Jej zadaniem było teraz podejść do przesiąkniętego krwią łóżka i dotknąć obu ciał, żeby się upewnić, czy obie osoby nie żyją. Nie miała oczywiście większej nadziei, że może być inaczej. Rozprysk na ścianie przypominał dziwne, abstrakcyjne malowidło, a czerwone plamy ozdobiły też wielkie, imponujące fotografie, przedstawiające jasnowłosą kobietę.

Stephanie wzięła głęboki oddech i zmusiła się do stawiania kolejnych kroków, zbliżając się w ten sposób do ciał.

W pierwszej chwili odniosła wrażenie, że ma przywidzenia. Jedna z nóg zadrżała, a po chwili do odległego płaczu dziecka dołączył drugi, dużo niższy dźwięk. Jęk bólu. Dobiegał od strony łóżka.

 

Jedna osoba jeszcze żyła.

CZĘŚĆ PIERWSZA

TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ

Zaczęło się od nic nieznaczących aktów okrucieństwa. Wyciągnięta noga i okrzyk bólu po uderzeniu kolanem o ziemię. Podobało mu się to jednak coraz bardziej, dochodziło więc do podobnych zdarzeń coraz częściej, a ich charakter stał się bardziej brutalny. Wyglądało na to, że uczucie przyjemności rosło z każdym bezdusznym czynem.

1

Patrzę na fotografię po przeciwnej stronie ulicy. Wypełnia całe okno galerii, zawieszona na cienkich drucikach, wskutek czego wydaje się lewitować w powietrzu. Jest to czarno-biały obraz przedstawiający twarz dziewczyny, której ciało przypomina zaledwie cień na czarnym tle. Kontrast został wyraźnie podkreślony, dzięki czemu każda wypukła powierzchnia na skórze – kość policzkowa, nos, czubek podbródka – odcina się bielą, a każde wgłębienie wydaje się ciemne i tajemnicze.

Stoję jak sparaliżowana na chodniku i nie spuszczam wzroku z fotografii. Galeria jest nieduża, z pewnością nie przebija wymiarami sklepów po obu stronach ulicy. W jednym z nich można kupić rozmaite ciasta, w innym dostępne są nikomu niepotrzebne przedmioty, które ludzie kupują na wakacje i które nie znajdują już żadnego zastosowania po ich zakończeniu: nadmuchiwane rekiny, piłki plażowe pękające po pierwszym kopnięciu, okropne różowe materace do wody i fantazyjne latawce, które zapewne nigdy nie polecą.

Galeria jest dla porównania bardzo elegancka, a jej szara ściana frontowa została ozdobiona zaledwie dwoma słowami umieszczonymi z brzegu po prawej stronie, które zdawały się przepraszać za swoją obecność w tym miejscu: Marcus North.

Nie wiem, jak długo już tak się gapię, ale ta fotografia bardzo do mnie przemawia. Nie zauważam nawet chaotycznego ruchu ulicznego, kiedy przekraczam wąską jezdnię, żeby stanąć przy oknie. Przez dłuższą chwilę tkwię całkowicie pogrążona w myślach związanych z przeszłością, w końcu jednak otwieram drzwi i wchodzę do środka. Galeria ciągnie się ku tyłowi, a ściany pokrywa ponura szarość. Co kilka metrów ciemny tynk przebijają kolumny z cegieł, na których wiszą fotografie. Są dyskretnie podświetlone od góry i pomimo braku kolorów wydają się bardzo żywe.

Jedna z fotografii przyciąga moją uwagę. Robię trzy powolne kroki w głąb galerii i wbijam wzrok w obraz przedstawiający dwoje dzieci, jedno czarnoskóre i jedno białe, bawiące się ze sobą. Czarna dłoń wydaje się gładzić biały policzek, a biała dłoń spoczywa na ciemnej nodze. W tym wypadku znów kontrast został znacznie zwiększony, a białe zęby uśmiechających się chłopców są wręcz oszałamiające.

Na każdej z ceglanych kolumn znajduje się mała mosiężna rzeźba: świńska głowa, pomarszczona dłoń, zgięta w kolanie noga tancerki. Z każdej rzeźby zwisa też najbardziej oryginalna i zdumiewająca biżuteria, jaką kiedykolwiek widziałam. Na skrzydle ptaka powieszono długi naszyjnik, a w nosie świni tkwi kolczyk z kamieniem szlachetnym.

Wyczuwam czyjąś obecność za plecami i odwracam głowę.

Kobieta ma na sobie krótką sukienkę bez rękawów w kolorze fuksji, która w niezwykły sposób kontrastuje z monochromatycznym wystrojem galerii. Włosy ma krótko przycięte, niemal na wojskową modłę, i ufarbowane na biało. Jej oczy jakby trzymały mnie z całej siły i nie chciały puścić. Jasnoszare i duże, obserwują mnie uważnie.

Wiem, kto to jest. Cleo North.

– Mogę w czymś pomóc? – pyta. – A może chciała się pani tylko rozejrzeć?

Uśmiecha się, choć jest to profesjonalny uśmiech sprzedawczyni, któremu daleko do pełnego szczerości ciepła. Odchrząkuję, niezadowolona z własnego zawahania, przypominam sobie jednak, dlaczego tu jestem, i mój niepokój odchodzi, kiedy zbliżam się do niej i wyciągam dłoń. Jej skóra jest chłodna w dotyku.

– Evie Clarke – przedstawiam się. – Byłam po prostu ciekawa, czy fotografie Marcusa Northa są tak dobre, jak się o nich mówi.

Szare oczy lekko się mrużą.

– Nazywam się Cleo North, jestem siostrą Marcusa. Myślę, że uzna je pani za jeszcze lepsze. Czy mogę spytać, gdzie miała pani kontakt z jego pracami?

Uśmiecham się i nawijam na palce końcówkę swoich długich blond włosów, które wydają się niemal jarmarcznie żółte przy idealnej bieli Cleo.

– Prowadziłam ostatnio pewne badania i w lokalnej gazecie natrafiłam na artykuł na temat Marcusa. Wspomniano tam również o pani jako o jego menedżerce.

– A więc jest pani stąd? – pyta i robi taką minę, jakby powinna mnie w takim wypadku znać.

– Nie, mieszkam w Londynie. Był tu jednak na święta mój przyjaciel i przywiózł mi egzemplarz gazety. Bardzo mnie to zaintrygowało, toteż postanowiłam przyjechać i sama się przekonać. Szukam kogoś, kto mógłby dla mnie wykonać sesję zdjęciową. – Uśmiecham się do Cleo, wiedząc, że zabrzmi to cholernie próżnie. – To z myślą o moim ojcu. Gdybym jednak zdecydowała się pozostać przy jego aparacie, skończylibyśmy pewnie z serią sztucznych póz i portretów, zapytałam go więc, czy mogę sama wybrać fotografa.

Widzę w jej oczach lekki niepokój, który natychmiast maskuje kolejnym uśmiechem.

– Nie jestem przekonana, czy Marcus zdecyduje się obecnie na tego typu prace portretowe. Ostatnio skupia się raczej na fotografii reporterskiej i robi zdjęcia, które opowiadają jakąś historię. Te tutaj – wskazuje ręką portrety w galerii – to głównie przykłady jego wcześniejszych prac.

Kiwam głową ze zrozumieniem.

– Proszę posłuchać, może by pani z nim porozmawiała i wspomniała o mojej ofercie. Ojciec to dość wpływowy człowiek i jeśli będzie zadowolony z rezultatów, to z pewnością opowie o tym szerokiemu gronu. – Dostrzegam w jej oczach wahanie. Cleo ma duże oczekiwania w stosunku do brata – artykuł w gazecie mówił o tym jasno – więc muszę znaleźć sposób na to, by ją przekonać. – Jeśli to w czymkolwiek pomoże, to nie mam na myśli zdjęć ze studia. Chciałabym mieć zdjęcia rozciągnięte w czasie, zrobione w odmiennej atmosferze i w różnych miejscach. Nie szukam niczego oczywistego ani zbyt sztucznego.

Cleo wydaje się lekko urażona tym, że mogłabym uznać prace Marcusa za prostackie.

– Cóż, sama pani widzi, że jego zdjęcia nigdy nie są nudne. On jest rozchwytywany, jak się zapewne pani domyśla.

Przez kolejnych dziesięć minut próbuję ją subtelnie namawiać, podkreślając bez użycia słów, jaki to będzie miało wpływ na reputację Marcusa. W końcu Cleo ulega, a ja zaczynam odczuwać podniecenie. Jestem pewna, że znacznie przesadziła w kwestii jego aktualnego obciążenia pracą – w ciągu minionych osiemnastu miesięcy był praktycznie odludkiem – i dostrzegam w jej oczach ambicję. Nie w odniesieniu do samej siebie, ale do Marcusa. Wiem już, że ją przekabaciłam.

– Jak chciałaby to pani zorganizować? – pyta, uśmiechając się szczerze po raz pierwszy od mojego przybycia. Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, ale po tym, co się stało w domu Marcusa, ludzie wpadają pewnie do galerii, żeby rzucić na niego okiem, żeby się przekonać, czy tragedia, którą przeżył, odcisnęła piętno na jego twarzy. Cleo najwyraźniej jednak wierzy, że moje zainteresowanie jest szczere.

– Muszę spotkać się z Marcusem, żeby zrozumieć tryb jego pracy, przekonać się, czy jego pomysły są zbieżne z moimi oraz – tutaj mamy nieco większe wyzwanie – czy spełniają oczekiwania mojego ojca.

– Och, jestem o tym przekonana. Porozmawiam z nim o tym i skontaktuję się z panią.

Robię niezbyt zadowoloną minę.

– Nie chciałabym tu zostawać zbyt długo. Jeśli nie jest zainteresowany, wolałabym wiedzieć od razu i nie marnować czasu. Chciałabym spotkać się z nimi dzisiaj, jeśli to możliwe.

Widzę, że ten pomysł ją martwi, ale w końcu zgadza się z nim pomówić i zaraz zaaranżować spotkanie. Wyciąga telefon. Sądząc po wyrazie jej twarzy, Marcus nie jest szczególnie uszczęśliwiony tą propozycją. Odwracam się, udając, że niczego nie zauważyłam. Cleo rozmawia z nim radosnym głosem, a ja przechadzam się po galerii, żeby mogła w spokoju przekonać brata.

W końcu się rozłącza i uśmiecha do mnie.

– Już wie, że chce się pani dziś z nim spotkać, i wyraził zgodę. Często bywa pochłonięty pracą i przez to robi się odrobinę zdystansowany, ale to pewnie typowe dla twórców takich jak on.

Tłumaczy brata, zanim go poznałam, ale uśmiecham się ze zrozumieniem, kiedy podaje mi adres.

Żegnam się ze świadomością, że nie jest to mój ostatni kontakt z Cleo, po czym decyduję się pójść spacerkiem do domu Marcusa Northa, żeby mieć trochę czasu na uporządkowanie myśli i zaplanowanie, jak przekonać go do przyjęcia tego zlecenia.

Kiedy wspinam się stromą ścieżką prowadzącą do jego domu, rzucam okiem na plażę. Na piasku bawią się dzieci, śmiejąc się i piszcząc, kiedy wbiegają do chłodnej wody, i ochlapując przy tym nielubiących zimna rodziców. Zazdroszczę im tej swobody i beztroski. Nie pamiętam, żebym tak się czuła jako dziecko.

Wspinam się na wzgórze po żwirze, aż w końcu dostrzegam wielką białą ścianę domu Marcusa Northa. Wiem, że nie zapłacił za niego pieniędzmi pochodzącymi ze sprzedaży fotografii. Nie dostrzegam ani jednego okna, ale jestem pewna, że po drugiej stronie wszystko wygląda zdecydowanie inaczej. Dom stoi na skraju klifu, więc widok musi być obłędny.

Podchodzę do dużych drewnianych drzwi i unoszę lewą rękę, żeby zapukać. Uderzam w drzwi, moją rękę przeszywa straszliwy ból. Mimo to pukam i krzyczę jednocześnie. Wiem, że powinnam przestać, pomyśleć o mojej ręce. Ale nie potrafię, a im bardziej uderzam, tym bardziej przytłaczający staje się ból.


Kiedy przenikliwy ból wyrywa mnie z wywołanego lekami snu, zabierając z sobą resztki sennych marzeń, uświadamiam sobie, że nic nie jest prawdziwe poza moją obolałą ręką. Nie stoję przed drzwiami domu Marcusa Northa, jestem w jego wnętrzu. Leżę na łóżku w ciemnym pomieszczeniu z gigantycznym oknem wychodzącym na morze. Moja lewa ręka jest zamknięta w gipsie od nadgarstka po opuszki palców i boli jak cholera. Leki musiały już przestać działać, ponieważ czuję nieprzyjemne pulsowanie i mam ochotę podrapać się w skórę, której nie mogę sięgnąć.

Mam posklejane rzęsy. Musiałam chyba płakać przez sen, przypominając sobie tamten dzień. Każda chwila z mojego snu była odtworzeniem zdarzeń, które rozegrały się niemal dwa lata temu, aż do momentu, kiedy uniosłam rękę, żeby zapukać do tych drzwi. W tym momencie straszny ból, który odbiera mi oddech, stał się jednością ze snem, odczuciem wplatającym się w opowieść i zakłócającym ostatnie chwile.

Chcę znów wrócić do tamtego momentu – przypomnieć sobie to wszystko, co się wydarzyło, i przekonać się, że wszystkie decyzje, które podjęłam od tamtej pory, były właściwe. Niestety, niteczki pękają jedna po drugiej i wiem, że nawet gdybym zdołała zasnąć, szanse na to, że znów znajdę się przed tymi drzwiami w oczekiwaniu na otwarcie, są bardzo nikłe. Sen już odpłynął.

– Evie? – Głos, zwykle tak pewny siebie, brzmi niepewnie, troskliwie.

– Już się obudziłam. Możesz wejść. – Nie otwieram oczu. Nie chcę widzieć doskonałości Cleo, wiedząc, jak tragicznie wyglądam. – Czy z Lulu wszystko w porządku?

– Nic jej nie jest. Teraz śpi, ale wszystko było super. Co mogę dla ciebie zrobić? – Podchodzi do łóżka. Czuję, że nade mną stoi, ale nadal nie otwieram oczu. – Masz całe posklejane powieki, gdzie twój płyn? Pomogę ci je oczyścić, jeśli chcesz.

– W łazience. – Mówienie nagle wydaje się trudne, a kiedy już wiem, że Lulu nic nie dolega, chcę tylko pozbyć się Cleo.

– Nie widzę! – woła z pomieszczenia po drugiej stronie drzwi.

– To po prostu mydło – odpowiadam.

Nie muszę obserwować jej twarzy, żeby wiedzieć, że będzie cmokać niezadowolona z mojego zachowania. Czasami lubię ją po prostu wkurzyć.

Cleo nosi swoją doskonałość niczym zbroję, jak twardą, lśniącą muszlę, którą znalazłam z Lulu na plaży w ubiegłym tygodniu. Nieprzenikalną, ale piękną. Wszystko, co widać u niej z zewnątrz, jest żywe i krzykliwe – od farbowanych białych włosów i doskonałego makijażu po jaskrawe kolory ubrań. Wiem, że ludzie patrzą na nią na ulicy, zastanawiając się, kim jest to nieskazitelne stworzenie, ale nie wiedzą, że nie zdołają się do niej zbliżyć, jakkolwiek by próbowali. Jedynie kilka wybranych osób ma dostęp do prawdziwej Cleo, a ja do tej grupy nie należę.

Słyszę, jak wraca i staje przy łóżku.

– Przyniosłam trochę wilgotnej waty. To powinno załatwić sprawę. – Przeciera mi ostrożnie oczy, a ja trwam w bezruchu. Nie chcę, żeby mnie dotykała. Nigdy nie będziemy blisko, choć staramy się udawać, ale w tej chwili czuję jej szczerą troskę. Siedzi na skraju łóżka i przerywa na chwilę, by zadać pytanie, którego się spodziewałam.

 

– Jesteś pewna, że nie powinnam zadzwonić do Marka?

Usłyszawszy to imię, znów powracam do mojego snu – stoję przed wysokimi drzwiami w długim białym murze i pukam w drewno. Tym razem jestem tam w swoich wspomnieniach. Niestety już zupełnie się rozbudziłam i zastanawiam się, gdzie umknęły te czasy. Ile tego wszystkiego już minęło od chwili, kiedy zablokowałam swój umysł?

Mężczyzna, który otworzył tamtego dnia drzwi, przypominał wrak – niechlujny, rozczochrany, z kilkudniowym zarostem, w którym nie było niczego eleganckiego.

– Marcus North? – zapytałam.

– Nie. Jestem Mark. Z „k” na końcu. Jestem nim, byłem i będę.

Wiedziałam już o tym, nie zdawałam sobie jednak sprawy, że nie włączył się w całą tę maskaradę związaną z prestiżem.

– Przepraszam. A więc mam przyjemność z Markiem Northem?

Przeczesał dłonią swoje przetłuszczone włosy, stawiając końcówki na baczność.

– To ja przepraszam. Moja cholerna siostrzyczka uważa, że forma Marcus jest o wiele bardziej interesująca. Do tej pory sądziłem, że liczy się bardziej jakość moich zdjęć, a tu proszę.

Moje krótkie wspomnienia z tego dnia znów zostają zakłócone, kiedy Cleo próbuje wymusić na mnie odpowiedź, czy powinna zadzwonić do Marka. Nawet ona już nie nazywa go Marcusem, ponieważ w końcu przestał na to reagować.

– Nie, oczywiście, że nie. Wiesz dobrze, że jemu wystarczy byle powód, żeby wrócić prosto do domu, a ty się napracowałaś, żeby zapewnić mu to zlecenie. Dam sobie radę.

Cleo wstaje z łóżka, pochodzi do wielkiego okna i patrzy na morze. Zerka na moją rękę i znów się odwraca.

– Nie rozumiem, jak to zrobiłaś, Evie. Nie widzę w tym żadnego sensu.

Przez krótką chwilę przypominam sobie moją dłoń opartą na dolnych ciężarkach atlasu do ćwiczeń i sześć bloków po pięć kilogramów każdy, które unoszą się w powietrzu. Widzę drugą rękę, która przytrzymuje drążek utrzymujący je w górze. Ręka znika i w ciągu sekundy, której potrzebuje trzydzieści kilo stali, by roztrzaskać mi kości, czekam na ból. Wiem, że mam prawdopodobnie połamane kości nadgarstka, śródręcza i paliczki. Znam nazwy większości kości w ludzkim ciele.

– Już ci mówiłam. Drążek wysunął mi się z palców w złym momencie. To głupie, ale jak powszechnie wiadomo, do większości wypadków dochodzi w domu.

– Ale to pewnie się wydarzyło zaledwie kilka chwil po tym, jak wyszedł Mark. Dlaczego nie zadzwoniłaś, żeby wrócił?

Wzdycham. Nie potrafię znaleźć rozsądnej odpowiedzi, w którą Cleo by uwierzyła.

– Co się stało, to się nie odstanie. Nie ma sensu go teraz ściągać z powrotem. Jeśli tylko możesz mi odrobinę pomóc z Lulu, poradzimy sobie same. Wolałabym, żeby nie wracał. – Cleo rzuca mi ostre spojrzenie. – Nie, Cleo. Wiesz dobrze, że on się zestresuje, a teraz nie mam siły sobie z tym radzić. Kiedy wróci, będę czuła się już znacznie lepiej i więcej zniosę.

Muszę poczuć się lepiej. Nie mam innego wyjścia.