Zamknij drzwiTekst

Z serii: Tom Douglas #9
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog

Za dużo się uśmiechasz. Wiesz o tym? To takie irytujące.

Śmiejesz się głośno, machasz do ludzi na ulicy. Czasami nawet podśpiewujesz, spacerując. Widzę, jak idziesz kołyszącym krokiem, a twoje długie włosy powiewają na wietrze. Uśmiechasz się szeroko, jakby świat był całkowicie wolny od trosk.

Przez cały czas otaczasz się przyjaciółmi – w domu i poza nim. Często ich widuję, przychodzących i wychodzących, wołających „do zobaczenia wkrótce!”, kiedy zamykasz za nimi drzwi.

Czy na tym polega bycie szczęśliwą? Bycie tobą?

Nie chcę być tobą. Zasługuję na coś dużo lepszego.

Ale masz coś, czego chcę.

I zamierzam ci to odebrać.

1

Niedziela


Przyglądam się mojej rodzinie zgromadzonej przy stole i marzę o tym, by zamknąć ten śmiech, droczenie się i żartobliwe dokuczanie w bańce czasowej, która pozwoli mi wrócić do tego ponownie w przyszłości. Wiem, że moje życie nie będzie takie samo w nieskończoność – Millie dorośnie i pójdzie pewnie na uniwersytet, a brat i siostra Asha mogą się przenieść na drugi koniec świata lub wkrótce założyć rodziny.

Czuję, że ta przełomowa chwila się zbliża, że ciągle jestem zagrożona. Nie chcę niczego zmieniać.

– Chce ktoś dokładkę ziemniaków? – pytam, starając się pozbyć tych niepokojących myśli.

– Nie, dzięki, mamo – odpowiada Millie. Moja córka nie odziedziczyła po mnie pragnienia pochłonięcia każdego pieczonego ziemniaka w polu widzenia i w wieku siedmiu lat jest małym chudzielcem.

– Na pewno, Millie?

Kiwa głową.

Przenoszę spojrzenie na mojego partnera, Asha, który się uśmiecha, ale kręci głową. Mojej uwadze nie umyka lekki smutek w jego łagodnych, brązowych oczach. Chciałabym potrafić go stamtąd całkowicie wyeliminować.

– Sami?

Brat Asha podnosi wzrok znad telefonu, który leży obok niego na blacie. Wydaje z siebie pomruk, który interpretuję jako zgodę.

– Czy mógłbyś odłożyć ten telefon, kiedy siedzimy wspólnie przy stole? – pytam nie po raz pierwszy.

Sami i Nousha to młodsze rodzeństwo Asha, które łącznie określamy mianem „dzieciaków”. Ash przez całe swoje życie – a przynajmniej od nastoletnich czasów – opiekuje się obojgiem, a choć Sami ma już trzydzieści lat, a Nousha dwadzieścia sześć, wciąż zachowują się jak nastolatkowie. Kocham ich jednak i zawsze cieszy mnie ich towarzystwo.

– Jo ma rację – wtrąca Ash. – Cieszymy się jak cholera, że wpadliście do nas na niedzielny lunch, ale niewielka z tego korzyść, jeśli nie bierzecie udziału w rozmowie. Jeśli Nousha potrafi się dostosować do naszej jednej, jedynej zasady, to ty chyba również?

Sami rzuca bratu pogardliwe spojrzenie, ale pochyla się do przodu i uśmiecha do mnie sztucznie.

– Chętnie zjadłbym jeszcze odrobinę tych twoich ziemniaków, Jo. Dziękuję. Są naprawdę pyszne.

Wszyscy wiemy, że to ironia, ale taki już jest Sami. Kiedy matka Asha opuściła ich dom, porzucając dzieci – w tym Noushę, która dopiero co wyszła z okresu niemowlęctwa – ich ojca pochłonęła praca i zlekceważył rodzinę. W efekcie wszyscy troje mocno ucierpieli. Młodszym brakuje dyscypliny, a teraz Sami zmienia pracę jak rękawiczki, pomieszkuje w pustostanach lub u przyjaciół i zjawia się zawsze wtedy, gdy ma ochotę na dobry posiłek.

Nousha postarała się nieco bardziej i obecnie pracuje. Ash opłaca jej małe mieszkanie po tym, jak oświadczyła, że nie zarabia wystarczająco dużo, żeby starczyło na czynsz. Daje jej również pieniądze na ciuchy. Mój Ash ma chyba odrobinę zbyt miękkie serce.

Odzywa się telefon Samiego, który natychmiast przenosi wzrok na ekran. Widzę, że Ash zaczyna tracić panowanie nad sobą, więc decyduję się na manewr wyprzedzający.

Odsuwam krzesło i okrążam stół. Chwytam telefon Samiego, podchodzę do kredensu, otwieram chlebak, wkładam komórkę do środka i zamykam.

Millie chichocze, a Ash próbuje powstrzymać uśmiech, kiedy do niego mrugam.

– Nie wierzę, że to zrobiłaś! – woła Sami, ale nawet on nie powstrzymuje się od śmiechu w reakcji na moją zuchwałość.

– Nasz dom, nasze zasady. Zawsze możesz wstać od stołu, zabrać telefon i pójść do salonu.

Sami wie, że to oznaczałoby koniec niedzielnego lunchu, a już z pewnością brak rabarbarowego ciasta, które planowałam podać w następnej kolejności. Pewnie żadna ze mnie gospodyni roku, ale w kuchni radzę sobie nieźle.

Odwracam się do Noushy.

– Co porabiałaś w ciągu tygodnia, Noush? Opowiesz nam coś ciekawego?

Wszyscy kiwamy z entuzjazmem głowami, kiedy relacjonuje wyjście do klubu z przyjaciółmi. Wracam myślami do czasów, kiedy byłam w jej wieku, i zastanawiam się, czy ja również podchodziłam do życia na takim luzie. Nie sądzę. Nie miałam starszego brata, który wyciągałby mnie z opałów, a jedynie przeciętnie zaangażowaną w sprawy rodzinne matkę, którą bardziej interesowały próby zdobycia następnego męża niż błądząca w życiu córka. Teraz ma już męża numer cztery, a ja nie potrafię zrozumieć, jak w ogóle może rozważać pozbycie się go.

W wieku Noushy byłam całkowicie przekonana, że zostanę następną Meryl Streep, choć nie udało mi się wyjść poza kilka epizodów w operze mydlanej i parę niedużych ról w amatorskim towarzystwie artystycznym. Nie jestem pewna, na czym w ogóle oparłam swoje przeświadczenie o przyszłym sukcesie. Musiałam jednak wziąć się do siebie i rzadko miałam pieniądze na to, żeby szwendać się po klubach.

Opowieść Noushy przerywa telefon Asha, który leży na kredensie w pobliżu – ale nie w środku – chlebaka.

– Wybaczcie – mówi i wstaje od stołu.

Sami otwiera usta i gapi się na mnie.

– Dlaczego on może korzystać z telefonu, a ja nie?

– Gdzie pracuje twój brat, Sami? – Przerywam na chwilę i unoszę brwi. – Ach tak! Chyba sobie przypomniałeś. Jest chirurgiem dziecięcym opiekującym się małymi pacjentami po operacjach, które przeprowadził. Nie świadczyłoby chyba o nim dobrze, gdyby odpowiedział współpracownikom w szpitalu, żeby nie zawracali mu głowy w trakcie lunchu?

Sami nie jest tak naprawdę zły. Ash twierdzi, że buntuje się raczej przeciwko ojcu, choć chyba powinien już wreszcie zrozumieć, że ten mężczyzna, oddalony obecnie o tysiące kilometrów dzielących ich od Abu Zabi, nie ma pojęcia, jak zachowuje się jego młodszy syn i że mało go to interesuje, więc szkoda tak naprawdę marnować na to energię.

Ash patrzy na ekran, a na jego twarzy maluje się niepokój.

– Przepraszam was, ale muszę to odebrać.

Rzucam mu pełne troski spojrzenie, kiedy opuszcza pomieszczenie i cicho zamyka za sobą drzwi. Mam nadzieję, że to nie dotyczy jednego z jego pacjentów.

Niemal w tej samej chwili odzywa się mój telefon. Esemes.

Sami patrzy z zaciekawieniem, czy zamierzam wstać od stołu i pójść go odczytać, ale nie ma się o co martwić. Jestem pewna, od kogo jest ta wiadomość i co jest w niej napisane. I mam złe przeczucia.

Moje idealne niedziele mogą się skończyć szybciej, niż sądziłam.

2

Poniedziałek


Budzę się nieco zamroczona po niespokojnej nocy. Zazwyczaj natychmiast zapadam w sen pozbawiony marzeń, jednak za każdym razem, kiedy zaczynałam odpływać, przed oczami pojawiała mi się wiadomość, którą odebrałam podczas lunchu.

ZADZWOŃ!

To cała treść, ale mnie wystarczała.

Zignorowałam ją.

Leżę jeszcze przez kilka minut w pościeli, odsuwając wszystkie myśli związane z tym jednym słowem i lekkim poczuciem zagrożenia, które się z nim wiąże, starając się w zamian skoncentrować na nadchodzącym tygodniu. Przytyję zapewne kilogram, zamiast zrzucić planowane trzy, ale może to będzie właśnie ten tydzień, w którym nastąpi ten jakże oczekiwany przeze mnie przełom – główna rola w dużym dramacie realizowanym dla telewizji. Choć liczę na podobne doświadczenie w każdy poniedziałek od dobrych piętnastu lat, wciąż nie tracę optymizmu.

Uwielbiam poniedziałkowe poranki. Początek nowego tygodnia zawsze napełnia mnie nowym poczuciem optymizmu, jednak dziś zwyczajowa radość się kurczy, kiedy sobie uświadamiam, że nie będę mogła dłużej ignorować tej wiadomości.

Zanim udaje mi się wymyślić jakąś sensowną odpowiedź, do sypialni wchodzi Millie, całkowicie już ubrana w swój szkolny mundurek.

Wygląda rozkosznie i tak mądrze. Patykowate nóżki wystają spod spódniczki, dzięki czemu natychmiast sobie przypominam, że niebawem muszę kupić jej nową. Z tej już prawie wyrosła.

Ash wyszedł już dawno temu. Dziś ma napięty grafik – zaplanowano w szpitalu kilka operacji – i zastanawiam się, jak on w ogóle daje sobie z tym radę. Wiem, że czasami napięcie w pracy niemal go przerasta, ale pacjenci go uwielbiają, podobnie jak pielęgniarki, co zdążyłam wielokrotnie zauważyć, kiedy bierzemy udział w jednym z organizowanych spotkań, na które okazjonalnie zgadza się przyjść.

Nic dziwnego, że jest lubiany. Ash jest człowiekiem dość enigmatycznym i nie uśmiecha się bez powodu. Z reguły zachowuje się dość powściągliwie i nie lubi stawiać nikogo w niekomfortowej sytuacji, trudno jednak stwierdzić, co chodzi mu po głowie. Założę się, że to właśnie czyni go intrygującym w oczach innych. Ponadto nie mogę zaprzeczyć, że jego cudowne, brązowe oczy o ciemnej oprawie są dość wyjątkowe. Ale on jest mój i to się nie zmieni, więc inni mogą sobie myśleć, co tylko chcą.

 

– Wstajesz już, mamo?

Głos córki przerywa moje przemyślenia.

– Wybacz, Millie, wskoczę tylko pod prysznic. Za minutkę będę na dole.

Trudno jest mi zwlec się z łóżka. Lubię tak leżeć, planować dzień, myśleć o drobnych przekąskach dla Millie i o tym, co przygotuję na obiad. Z kolei Millie budzi się i wyskakuje z pościeli każdego ranka, gotowa zacząć dzień. Zmuszam się w końcu do odrzucenia na bok kołdry i pójścia do łazienki, blokując dostęp do mojej głowy wszystkim myślom związanym z wczorajszą wiadomością.

Częściowo tylko wytarta, z włosami wciąż mokrymi od zimnej wody, której krople spływają mi teraz po plecach, wracam pospiesznie do sypialni i zaczynam szukać czegoś, co nie jest aż tak wymięte, żeby nie dało się tego włożyć. Pamiętam, że po szkole jestem umówiona z moją przyjaciółką Tessą. Jest nieco starsza ode mnie – dobiega pięćdziesiątki, choć na tyle nie wygląda – i należy do tych kobiet, które w zwykłej parze dżinsów i zbyt obszernym swetrze wyglądają po prostu stylowo. Często nosi czapkę, a kiedy dokłada do tego wielki szal, owinięty kilkakrotnie wokół szyi, wszyscy w jej towarzystwie czują się w jakiś sposób niestosownie ubrani.

Wkładam szkarłatną tunikę z marszczonego – dzięki Bogu! – materiału w purpurowe wzory i legginsy. Potrząsam długimi ciemnymi włosami, tak żeby po wyschnięciu ułożyły się w naturalne fale, po czym zbiegam na dół, do kuchni.

– Co dzisiaj na śniadanie, panienko Millie?

Moja córka wygląda, jakby się nad tym zastanawiała, ale ja już znam odpowiedź. Zawsze jest taka sama.

– Mogę prosić o jajecznicę?

– Oczywiście. A kiedy będę ją robiła, możesz mi opowiedzieć, na co dziś najbardziej się cieszysz.

Podnoszę obie pokrywy na kuchence, żeby rozgrzać nieco kuchnię, i słucham, jak mówi swoim wysokim głosikiem, że ma dziś dyktando i że nauczyła się wszystkich potrzebnych do jego napisania słów. Wiem o tym, bo sama ją przepytywałam, ale powtarza je wszystkie po kolei, czekając na jajecznicę.

Po zjedzeniu śniadania odkładam brudne naczynia do zlewu, uznawszy, że umyję je później, po czym zabieram szkolny plecak Millie. Zawsze chodzimy do szkoły na piechotę, o ile nie jestem spóźniona, i nawet mimo tej zimnej, wilgotnej aury Millie wesoło podskakuje.

Ledwie wychodzimy za bramę, kiedy zaczynam się zastanawiać, czy nie powinnam jednak była zawieźć jej dzisiaj samochodem. Czuję mrowienie na karku, jakby ktoś wbijał we mnie wzrok, odwracam więc głowę, żeby spojrzeć za siebie.

Ulica jest pełna innych matek, ojców i kilkorga dziadków, którzy odprowadzają dzieci do szkoły. Nikt tutaj nie wyróżnia się z tłumu.

Czy udałoby mi się go rozpoznać? – zastanawiam się.

Nie wiem. Mógłby stanąć za moimi plecami w sklepie, a ja bym nawet nie wiedziała, że to on. Może już tak zrobił.

Millie przez cały czas coś mówi, nie zauważając nawet, że jej nie słucham, a kiedy docieramy do bramy, czeka tam na nią dziewczynka o poważnej minie. Millie podbiega do niej i ją przytula. Wiem, że to Zofia, mała Polka, która dołączyła ostatnio do ich klasy i która nie zna angielskiego. Millie postanowiła jej pomóc i traktuje swoją misję bardzo poważnie.

Opierając się pokusie wycałowania córki na do widzenia, macham jej i oddalam się od szkoły, tęskniąc już od pierwszej minuty, w której znika za drzwiami budynku.

W ostatniej chwili zaczynam się zastanawiać, czy powinnam była przekazać jakąś informację szkole, poprosić ich o specjalną opiekę nad moją córką. Waham się przez chwilę, po czym postanawiam pójść na spotkanie z Tessą. Ona będzie wiedziała, co powinnam zrobić.

3

Kiedy wchodzę do kawiarni, Tessa jest już na miejscu – zgodnie z moimi przewidywaniami wygląda niekonwencjonalnie, a zarazem doskonale. Włożyła dzisiaj karmazynowy kapelusik i szal z czarno-białego jedwabiu z wzorkiem w stylu art déco. Jest dyrektorką naszej lokalnej grupy teatralnej i agentką kilku gwiazd oper mydlanych, choć odnoszę wrażenie, że obecnie z pracą w tej branży jest dość kiepsko. Tessa nie jest moją agentką – z obecną współpracuję od dwudziestu lat i z natury jestem lojalna.

– Hej, Tessa. – Pochylam się, żeby ją ucałować. – Co u ciebie?

– Chyba w porządku. A u ciebie?

Siadam naprzeciw niej i wyciągam ręce z kurtki.

– Daję radę. Jak tam układa się sprawa z Geoffem?

Chciałabym jej opowiedzieć o swoich obawach, ale ma własne problemy, więc pozwalam jej mówić.

Tessa wydaje z siebie jęk.

– Podszedł do tego zdecydowanie zbyt poważnie. Nie chce zaakceptować faktu, że to już koniec.

Cmokam i przewracam oczami.

– A czego oczekiwałaś? Sprawiasz, że ci faceci miotają się, jak tylko mogą, a potem ich spławiasz bez ostrzeżenia.

– Odsyłam ich z powrotem do żon, gdzie ich miejsce, choć Geoff przebąkuje coś o zostawieniu swojej, co mnie oczywiście wcale nie cieszy.

Mam ochotę jej powiedzieć, że nie popieram jej stylu życia, ale powtarzałam jej to już wielokrotnie. Tessę interesują wyłącznie żonaci faceci, bo nie chce się angażować w nic poważniejszego. Mówiłam jej wiele razy, że niszczy w ten sposób małżeństwa, ale ona uparcie obstaje przy swoim.

– Przecież ja oddaję tym żonom przysługę. Ci faceci muszą być przede wszystkim gotowi na romans, więc lepiej, że trafiają na mnie – kobietę, której nie kręci długoterminowy związek – niż na kogoś, kto szuka mężczyzny na stałe i kto będzie próbował ich wyrwać rodzinie. Bardzo się cieszę, że mogę ich zwracać po wykorzystaniu całych i zdrowych. Jestem bezpieczną inwestycją.

Nie rozumiem, dlaczego tak boi się w cokolwiek zaangażować, ale nie mnie to osądzać. Nie chcę brnąć dalej w ten temat, więc pochylam się w jej stronę i mówię pospiesznie:

– Tess, zrobiłam coś głupiego i zupełnie nie wiem, co mam teraz z tym począć. Miałam dobre intencje, ale chyba dostaję rykoszetem i odnoszę wrażenie, że on mnie obserwuje.

Wyciąga dłoń nad stolikiem i chwyta moją.

– Zwolnij, Jo. Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Co takiego zrobiłaś? Kto cię obserwuje?

Otwieram usta, żeby jej odpowiedzieć, kiedy Tessa zerka nad moim ramieniem w stronę drzwi.

– Nie odwracaj się. Zgadnij, kto właśnie przyszedł.

– Jakaś podpowiedź? – pytam, wcale nie mając ochoty zerkać za siebie.

– Twoja nowa najlepsza przyjaciółka.

Wiem, że ma na myśli Shonę, nowy nabytek naszej grupy teatralnej. Zawsze próbujemy zaangażować nowych ludzi, gdzie tylko się da, sprawić, że poczują się komfortowo, a ja właśnie takie zadanie zrealizowałam. Shona wpadła do mnie do domu na kawę kilka razy, ale Tessa za każdym razem odmawiała zaproszenia. Wygląda na to, że podchodzi dość niechętnie do naszej przyjaźni.

Uważa Shonę za „ten typ”, cokolwiek ma na myśli. To chyba dlatego, że Shona należy do tych kobiet, które mogą sobie pozwolić na włożenie obcisłych dżinsów i odsłaniającej brzuch koszulki, ale nie można jej mieć tego za złe. To w końcu nie jej wina, że wolimy z Tessą wino i krakersy od zdrowej sałatki i gazowanej wody mineralnej.

– Ona jest w porządku, Tess. Po prostu wciąż próbuje się odnaleźć.

– No cóż, jeśli nie chcesz, żeby słyszała, co cię martwi, to lepiej udawaj, że jej nie widzisz.

Nie mogę powstrzymać śmiechu.

– Ile my mamy lat? Dwanaście?

Odwracam się i macham do Shony, dając jej znać, że powinna podejść i do nas dołączyć. Moje problemy mogą na razie zaczekać. Pewnie za bardzo się przejmuję, i tyle.

– Jezu, Jo, dlaczego to zrobiłaś?

– Nie bądź jędzą. – Wstaję, a kiedy Shona podchodzi do naszego stolika, ściskam ją krótko.

– Co cię dziś tutaj sprowadza? – Wygląda na to, że Tessa nie potrafi się powstrzymać.

– Przypomniałam sobie, że wspominałaś kiedyś pyszne ciasta, które tutaj serwują. Moja mama wpada w odwiedziny, więc pomyślałam, że kupię coś dobrego. Mam nadzieję, że wam nie przeszkadzam?

– Oczywiście, że nie – odpowiadam, rzucając Tessie wymowne spojrzenie.

– Może chcecie napić się kawy? – pyta, ale obie kręcimy głowami.

Zastanawiam się, jaki temat poruszyć, by nie nadziać się na ostrą ripostę Tessy, która przy odpowiednim nastroju miewa naprawdę cięty język. Ta jednak niespodziewanie zsuwa się w dół na swoim krześle i praktycznie znika pod stołem.

– Ja pierdolę – rzuca.

Zanim udaje mi się zareagować, słyszę kolejny głos:

– Tessa! Miałem nadzieję, że cię tutaj zastanę. Drogie panie, czy mogę do was dołączyć?

To Geoff, ostatnia zdobycz Tessy. Najwyraźniej nie zrozumiał przekazu, ale w jego szerokim uśmiechu dostrzegam lekkie drżenie kącika ust. Biedak stara się z całych sił, ale Tessa nic sobie z tego nie robi.

– Nie tutaj, Geoff. Chodź, pogadamy na zewnątrz. – Zaczyna grzebać w torebce w poszukiwaniu portmonetki.

– Ja zapłacę – oznajmiam, a Tessa odpowiada czymś pomiędzy uśmiechem wdzięczności a niemym wołaniem o pomoc. Nie mogę nic zrobić. To wyłącznie jej sprawa.

Kiedy wychodzi, Shona jest wyraźnie zmieszana, więc próbuję jakoś zbagatelizować sytuację.

– To tylko facet, który dostał kosza i źle to przyjął.

– Żonaty?

Wzruszam ramionami, jakbym nie znała odpowiedzi, ale nie wydaje mi się, żeby Shona nie słyszała o reputacji Tessy.

– Nie przejmuj się. Nie powiem ani słowa, poza tym nie zamierzam nikogo osądzać. W naszym wieku odnosi się czasami wrażenie, że wszyscy najlepsi faceci są już zajęci – mówi. – Tobie się poszczęściło z Ashem. Chciałabym go poznać. Jaki on jest?

Mieszam kawę, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Bardzo się ode mnie różni – mówię w końcu. – Jest poważny, zorganizowany. Może dlatego jest dla mnie taki dobry, bo ja nie jestem ani poważna, ani zorganizowana, jak już pewnie zauważyłaś po wizycie w moim domu. Poza tym jest świetnym ojcem dla Millie.

– Jakie to pocieszające spotkać kogoś, kto jest szczęśliwy w swoim związku. Ile znasz osób, które mogłyby powiedzieć coś takiego z pełnym przekonaniem?

Uśmiecham się, ale zachowuję myśli dla siebie. Tylko Tessa wie o tym, że całkiem niedawno pokłóciłam się z Ashem, mam jednak nadzieję, że wkrótce wszystko wyprostuję. W tej chwili nie mam ochoty o tym rozmawiać.

– A jak tam u ciebie? – pytam. – Masz kogoś na radarze?

– W obecnej chwili nikogo. – Przerywa, jakby się nad czymś zastanawiała. – Nie mów o tym nikomu, ale podjęłam decyzję, żeby spróbować szczęścia w randkach online. Tak trochę dla zabawy – nie mam zbyt wielkiej nadziei, że poznam w ten sposób kogoś na stałe, ale może zdołam nieco podnieść swoje morale.

Wygrzebuje telefon z torebki, żeby pokazać mi kilku facetów, których znalazła na Tinderze, pytając mnie przy okazji, czy przesunąć ich profile w lewo, czy w prawo, i co o nich sądzę. Nie wiem za bardzo, o co w tym wszystkim chodzi, ale wyraźnie zależy jej na mojej opinii.

Kiedy sączę kawę z mlekiem, pochyla się nieco bliżej, żebym mogła lepiej widzieć ekran, a ja wyczuwam zapach jej perfum.

– Ten zapach to Elie Saab? – pytam.

– Tak. Skąd wiesz?

– Bo to mój ulubiony. Ash kupił mi go na urodziny w ubiegłym miesiącu. Próbuję używać tej wody jak najoszczędniej, bo kupowanie czegoś tak ekstrawaganckiego w zasadzie nie jest w jego stylu. To typ faceta, który raczej decyduje się na zakup kapci.

Śmieję się w reakcji na własne słowa, ale Shona marszczy lekko brwi. Może dla niej kapcie byłyby wyjątkowo fatalnym prezentem. W końcu się uśmiecha i przysuwa nieco bliżej z krzesłem.

– Skoro lubimy ten sam zapach, to znaczy, że mamy podobny gust, jesteś zatem właściwą osobą, która może mi pomóc wybrać faceta.

Udaję zainteresowanie kolejnymi twarzami, które wyświetla na ekranie, i staram się reagować entuzjastycznie, kiedy twierdzi, że ten czy inny to prawdziwe ciacho. Przy jednym z profili waha się przez chwilę i mruczy pod nosem:

– Fajny, ale nie w moim typie. – Przesuwa ekran w lewo, co oznacza – jak już zdążyłam się zorientować – że dana propozycja zostaje odrzucona.

– Wróć do niego – mówię nieco ostrzej, niż tego chcę.

Shona marszczy czoło.

– Wyglądał mi na trochę sztywnego. To raczej ktoś mało rozrywkowy.

– Okej, ale chciałabym tylko spojrzeć jeszcze raz.

Unosi brwi, jakby uznała, że sama się nim zainteresowałam, po czym wraca do jego profilu. Ma rację. To poważna twarz. Pełne usta, skóra w kolorze toffi z dużą ilością mleka, brązowe oczy i gęste, kręcone, czarne włosy, dość krótko przycięte. Od jego okularów odbija się światło. Patrzę na niego już zdecydowanie zbyt długo.

 

– Fakt, masz rację. To zupełnie nie twój typ – mówię w końcu.

Odnoszę wrażenie, że ktoś walnął mnie w pierś. Doskonale znam twarz widoczną na ekranie telefonu.

To Ash.