Idealne kłamstwoTekst

Z serii: Tom Douglas #8
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog

Obserwuje ją. Wie, dokąd zmierza, co robi, ale mimo to obserwuje. Jest teraz w środku – znika mu z pola widzenia – ale wkrótce znów się zjawi. Upłynęło trzydzieści minut, lecz czekanie mu nie przeszkadza. Opiera się ramieniem o ścianę w zacienionym przejściu, w miejscu, gdzie stał już wielokrotnie, i zastanawia się, kim ona jest i kim się stała.

W końcu szklane drzwi budynku mieszkalnego otwierają się i kobieta wychodzi. Unosi wysoko głowę, a jej jasne włosy lśnią w blasku lamp zamontowanych przy wejściu. Nawet z tego miejsca widać, że użyła ciemnoczerwonej pomadki do ust i ciemnego tuszu do rzęs. Dolna część jej krótkiej sukienki porusza się luźno wokół nagich, opalonych nóg. Nie widzi wyrazu jej oczu, ale wie, że jeszcze tej nocy będą błyszczeć z emocji.

Nienawidzi jej za to.

Przygląda się, jak ludzie odwracają głowy, żeby popatrzeć na tę atrakcyjną kobietę, która z taką pewnością siebie kroczy w szpilkach. Zastanawiają się zapewne, jakim cudem ktoś tak piękny idzie sam ulicami Manchesteru.

Od celu dzieli ją niewielka odległość i wcale nie musi za nią iść, ale robi to mimo wszystko. Zastanawia się, czy kobieta czuje na plecach palące spojrzenie, pełne pogardy za to, kim ona jest, i za ból, jaki spowodowała.

Pozostaje mu nadzieja, że jednak to czuje, bo wtedy mogłaby też poczuć strach. A on tego potrzebuje. Chce ujrzeć jej strach, posmakować go. Ale jeszcze nie teraz.

Wkrótce.

PONIEDZIAŁEK

1

Wszyscy kłamiemy. Okłamujemy zarówno innych, jak i siebie samych. Później się usprawiedliwiamy, że to niewinne kłamstewka lub tak zwane białe kłamstwa, odbierając im w ten sposób jakiekolwiek znaczenie. Czasami twierdzimy jednak, że są one niezbędne, żeby chronić innych przed krzywdą. Bez względu na to, jak byśmy je usprawiedliwiali, jakiego nabrałyby kształtu, nadal pozostaną kłamstwami.

Oszustwo to poważniejsze słowo. Oszuści manipulują faktami, by tworzyć fałszywy obraz rzeczywistości, podobnie jak prestidigitator przy swoich sztuczkach.

Ja okłamuję moich najbliższych codziennie, a każde wypowiedziane łgarstwo odgrywa swoją rolę w większym oszustwie. Jest mi za to wstyd. Już na początku tej drogi zdawałam sobie sprawę, że nie przyniesie to niczego dobrego, ale pierwsze kłamstwo przeszło bez trudu i szybko się przekonałam, że nie mam większego wyboru. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy z faktu, że kłamstwo, które miało nikogo nie skrzywdzić, będzie kosztowało aż tyle. Uważałam, że to jedyny sposób na to, by ochronić rodzinę i utrzymać ją w całości. Ale w miarę jak oszustwo staje się coraz bardziej skomplikowane, pogłębieniu ulega też dół, który kopię. Staram się przekonać samą siebie, że to już prawie koniec, że wkrótce nie będę musiała kłamać. No, może nie aż tak często. Ale to kolejne kłamstwo – tym razem wobec samej siebie.

Budzę się każdego rana z poczuciem winy, a zaraz po nim przychodzi wstyd. Dziś jest gorzej niż kiedykolwiek dotąd. Dla mnie to wyjątkowy dzień, jednak nie mogę z nikim podzielić się jego doniosłością. Sama muszę poradzić sobie z bólem. Oczy wypełniają mi łzy, więc pozwalam sobie na chwilę oddechu, zanim wstaję z łóżka. Czuję ucisk w piersi, a ochota na podciągnięcie kolan pod brodę i zostanie w łóżku jest coraz silniejsza, jednak mój dwulicowy charakter nakazuje mi przybrać uśmiechniętą maskę i rozpocząć dzień.

Podchodzę do okna, odsuwam zasłony i zerkam na pole golfowe rozciągające się na tyłach domu. To kolejny piękny poranek, a w taki dzień jak ten jedynie kwestią czasu jest zapełnienie się torów mężczyznami i kobietami, którzy będą ciągnąć swoje wózki, wybijać małą piłeczkę na sto metrów lub więcej tylko po to, by potruchtać za nią i znów uderzyć. Nie rozumiem zachwytu golfem, doceniam jednak piękno krótko przyciętej zielonej trawy, przemyślnie wykopane oczka wodne i zagajniki, które już niedługo zaczną gubić liście.

Ten dom to prawdziwe szczęście. Jest w żałosnym stanie, ale kiedy mój mąż odziedziczył go po wuju, nie potrafiliśmy odmówić, poza tym nie jesteśmy obciążeni hipoteką. Z czasem go wyremontujemy, jednak trwa to wszystko dłużej, niż oczekiwaliśmy, jak to zwykle zapewne bywa przy takich nieruchomościach.

Opuszczam zasłony i idę do łazienki. Wydaję z siebie krótki pisk, kiedy kłuje mnie w stopę drzazga stercząca z drewnianej podłogi, wciąż oczekującej na cyklinowanie, które przywróci jej dawny wiktoriański blask. Dzieciom nie wolno wychodzić z łóżek bez kapci z gumowymi podeszwami, ale ja zawsze o tym zapominam. To moja wina, że podłoga tak wygląda. Sfrustrowana brakiem postępów, zerwałam przed dwoma tygodniami starą, brudną wykładzinę, czym zasłużyłam sobie na połajankę ze strony męża. Najwyraźniej miał jakiś plan, którego powinnam była się trzymać. To człowiek lubiący sporządzać listy spraw, które można potem skreślać po zrealizowaniu.

Prysznic daje mi trochę czasu na złapanie oddechu. Patrzę w lustro, upewniając się, że nic nie zdradza moich prawdziwych uczuć. Widzę zwyczajną twarz: trochę za długa górna warga, prosty nos i ciemnobrązowe włosy, które kończą się na wysokości podbródka. Moje błękitne oczy o owalnym kształcie, które zasadniczo uważam za najładniejsze, dziś są podpuchnięte, przez co nabieram jeszcze większej ochoty na to, by wrócić do łóżka i położyć na nich na pół godziny torebki z herbatą. Nie mogę jednak tego zrobić, moczę więc flanelowy ręcznik pod wodą i przyciskam do skóry z nadzieją, że pozwoli mi zdziałać cuda z makijażem.

W końcu schodzę na dół, mijając dwa worki na śmieci wypchane zerwaną tapetą – wynik mojej kolejnej próby przydania się na cokolwiek. Słyszę chichot i zerkam w stronę otwartych drzwi do kuchni, stając się świadkiem przyjemnej sceny, w której dzieci jedzą śniadanie przy chybotliwym stole z ceratą pod uważnym okiem mojego męża. Wychodzi na korytarz, chcąc jak zawsze się upewnić, że nie brakuje mi niczego do rozpoczęcia dnia. Zauważam, że lekko dziś utyka, ale nie komentuję tego. Wiem, że tego nie znosi.

Podnoszę rękę i obejmuję go za szyję.

– Jesteś taki cholernie wysoki – mówię, pociągając jego głowę do dołu, żeby pocałować go w usta. To prawda, jest wysoki, a jego szerokie ramiona wyglądają jak skonstruowane wyłącznie z myślą o tym, żeby się do nich tulić. Gdybym tylko mogła to zrobić.

– Dzień dobry, Hobbicie – odpowiada z uśmiechem i też mnie całuje.

Wygładzam żakiet nowej garsonki, którą kupiłam z myślą o takich dniach jak dzisiejszy, kiedy mam ważne spotkanie i muszę przyzwoicie wyglądać.

– Dobrze się prezentuję?

– Fantastycznie. Jesteś gotowa, by podbijać świat.

Dominic zawsze bardzo się stara, żeby poprawić mi humor. Nie pracuje od osiemnastu miesięcy, od chwili, którą eufemistycznie określiliśmy jego „wypadkiem”, i jest bardzo zadowolony z roli kury domowej, opiekując się dziećmi i stopniowo remontując dom. Oznajmił, że nie ciągnie go z powrotem do nauczania, podejrzewam jednak, że źle oszacował czas, który pochłania opieka nad dwójką szkrabów.

Ja byłam zazwyczaj przeciwnym biegunem dla mojego mało ambitnego męża. Kiedy miałam osiemnaście lat, chciałam latać, przeskoczyć każdy płotek na swojej drodze, sprawić, by wszystko było możliwe. Ta żądza życia doprowadziła jednak wyłącznie do zamętu i szybko nauczyłam się cenić stabilizację i życie wolne od niepewności. Czasami chcę oczywiście uwolnić choć małą część siebie od ograniczeń życia wynikających z kodeksów napisanych przez innych.

Idę w stronę kuchni, by pożegnać się z dziećmi, i rzucam do Doma przez ramię:

– Wcześnie dziś wstałeś. Nie mogłeś spać?

– Było mi za gorąco. Myślę, że następnym etapem remontu będzie naprawa okien w sypialni, żebyśmy mogli je przynajmniej otwierać i wpuszczać powietrze do środka. Prawie się tam udusiłem. Przepraszam, że cię obudziłem, wiedziałem jednak, że już nie zasnę, i poszedłem się przejść. Wiesz, jak to rano pomaga.

Podąża za mną, więc zatrzymuję się przy drzwiach i odwracam.

– Słyszałam samochód. Jak tam twoje nogi?

– Nie najgorzej, choć poszedłem chyba za daleko. Postanowiłem, że podjadę do parku, żeby zmienić trochę scenerię. Przed szóstą było tam zupełnie pusto. Rewelacja.

– Brzmi nieźle. – Wchodzę do kuchni. – Gdzie te nasze wyjątkowe dzieci?

Przez większość czasu z łatwością odgrywam rolę idealnej żony w idealnej rodzinie, czasami jednak trudno jest się zorientować, co jest farsą, a co rzeczywistością – to życie z dziećmi, które kocham, czy sekretne życie, w którym gram rolę pierwszoplanową.

Podchodzę pospiesznie do stołu. Powinnam już być w drodze, ale całuję Holly w policzki tak długo, aż odpycha mnie od siebie, chichocząc. Odwracam się w stronę Baileya, podnoszę jego pulchną rękę i zlizuję miód z palców, zanim rozmaże go na moim ubraniu.

– Zobaczymy się wieczorem, dzieciaczki. Życzę wam pięknego dnia! – wołam, kierując się do drzwi wejściowych.

Odwracam się na chwilę w progu, macham po raz ostatni Dominicowi na do widzenia, po czym podchodzę do mojego nowiuteńkiego karmazynowego samochodu, macając w torebce w poszukiwaniu kluczyków.

Wyciągam dłoń, by chwycić klamkę, i zastygam. W porę zauważam, co siedzi na szybie, zaledwie kilkanaście centymetrów od miejsca, gdzie chciałam położyć dłoń. Mam ochotę się odwrócić i uciec, ale wiem, że powinnam stać nieruchomo i zaczekać, aż źródło mojego przerażenia odleci. Nie sprawia jednak wrażenia, jakby dokądkolwiek się wybierało, a ja wpatruję się w żółto-czarne paski i smukły odwłok ukryty pod skrzydełkami. Wiem, gdzie znajduje się żądło. Słyszałam, że żądlą wyłącznie samice os, ale nie mam pojęcia, jak odróżnić samca od samicy i guzik mnie to obchodzi. Dla mnie one wszystkie są wrogami.

 

Przez chwilę wydaje mi się, że osa szykuje się do odlotu, bo unosi się na nóżkach i brzęczy przez kilka sekund. Siada jednak z powrotem. Mam wrażenie, że się ze mną bawi, czeka, aż zacznę machać i sprowokuję ją do ataku.

– Zaczekaj, Anno! – woła Dominic. Nie mogę na niego spojrzeć, ale pewnie zerka przez ramię, czy dzieci nadal jedzą śniadanie. Słyszę nieregularny tupot jego butów i czuję palce na ramieniu. Wyciąga rękę, trzymając w niej chusteczkę. Zatrzymuje się, po czym robi szybki zamach, a ja odruchowo pokrzykuję.

– Mam – mówi z nutą satysfakcji. Odwraca się i uśmiecha. – Możesz jechać, kochanie.

Znów jestem w stanie oddychać, choć widok tej osy odebrałam jako zły omen. Stoję w bezruchu.

Dominic otwiera drzwi do auta.

– Chcesz na chwilę wrócić do domu? Dobrze się czujesz?

Przez chwilę nie mogę zebrać myśli, ale w końcu się otrząsam. Przynajmniej Dominic nigdy się ze mnie nie śmieje. Mało tego, nawet zbadał mój problem.

„Sfeksofobia, czyli lęk przed osami”, wyjaśnił mi, kiedy po raz pierwszy był świadkiem mojej paniki.

W dzieciństwie zostałam trzykrotnie użądlona i od tamtej pory nienawidzę i straszliwie boję się os. Ale to nie uzasadnia paraliżującego mnie teraz strachu. Nie mogę wyjaśnić tego Dominicowi. Trauma związana z dniem, gdy stałam się sfeksofobiczką, była dużo gorsza, niż mógłby sobie wyobrazić.

Niestety nie wszystko da się rozwiązać z pomocą Dominica oraz chusteczki, odrobiny miłości i atencji. Niektóre sprawy wymagają czegoś więcej, a myśl o tajemniczej górze, na którą muszę się wspiąć, jest przytłaczająca. Czuję, jak zaciska mi się krtań. Kolejne kłamstwa, kolejne oszustwa.

Są takie chwile, których końca nie mogę się doczekać.

Ale są i takie, które mogłyby nigdy się nie kończyć.

2

Czasami pytam samą siebie, która „ja” jest prawdziwa: ta rodzinna – mama dwojga uroczych dzieci i żona silnego, pozostającego na utrzymaniu męża; profesjonalistka – Anna Franklyn, dyrektorka szkoły, kobieta pełna woli, ambicji i szczerej troski o dobro swoich uczniów; czy może jeszcze ktoś inny – ktoś, kogo nikt nie zna, kogo puls przyspiesza podczas emocji związanych z poczuciem winy.

Kiedy jestem w szkole, potrafię w prosty sposób zrzucić ciężki bagaż wyrzutów sumienia i przybrać oblicze osoby publicznej, a podczas półgodzinnej jazdy każdego dnia zamieniam się w lepszą wersję samej siebie. W niedużej szkole podstawowej należącej do Kościoła anglikańskiego zaczęłam pracować przed dwoma laty jako wicedyrektorka, jednak po nieprzyjemnym zwolnieniu dyrektora zaledwie kilka miesięcy później objęłam tymczasowo jego stanowisko, do chwili aż znajdą kogoś nowego. Nikogo nie znaleźli, toteż z lekkim zdumieniem i prawdziwą przyjemnością przyjęłam ofertę piastowania tego stanowiska na stałe.

Podczas jazdy zerkam przez okno na ludzi spieszących do pracy. Krótka poprawa pogody, zbyt upalnej jak na początek września, sprawiła, że z szaf powyjmowano jaskrawe ciuchy, które tkwiły w nich podczas deszczowego i żałosnego sierpnia. Kobiety w barwnych sukienkach i mężczyźni w koszulkach spacerują, unosząc twarze do słońca, radośni, że nie muszą się już kulić przed opadami.

Staram się rozluźnić ramiona, a poranny stres zaczyna powoli puszczać. Jedna osa nie zrujnuje mi przecież dnia. Patrzę na innych kierowców, pieszych, pasażerów autobusów i zastanawiam się, czego oni się boją. Każdy w końcu czegoś się boi.

Przede mną formuje się korek, co jest irytujące, ale nie stanowi końca świata. Pochylam się do przodu i włączam radio. Wesoły głos spikera zagłusza odgłos pneumatycznego wiertła, robię więc głośniej, poprawiam się na fotelu i przyjmuję na twarz promienie słońca, słuchając utworu Take That z lat dziewięćdziesiątych. Przypominam sobie nastoletnie czasy w sypialni Cindy Williams, kiedy próbowałyśmy naśladować taneczne ruchy Jasona Orange’a. Życie było wtedy takie proste.

Muzyka cichnie i na ostatnie takty wbija się głos prezentera.

– A teraz chwila, na którą wszyscy czekaliście – podsumowanie tygodnia! Czas na audycję Historia pewnego rozstania!

Lubię ten cotygodniowy program, pogłaśniam więc, zbliżając się do miejsca, w którym toczą się prace drogowe.

– Dziś mamy na antenie Susie z Oldham, która opowie nam o swojej nieudanej miłości. To historia, na którą zagłosowaliście w ubiegłym tygodniu, moi drodzy. Powiedz nam zatem, Susie, kim był on lub ona? Dlaczego ta osoba była taka doskonała i w jaki sposób odeszła?

Susie z Oldham opowiada z entuzjazmem o wspaniałym mężczyźnie, którego poznała w internecie, i o tym, jak kilka nieprzemyślanych zdjęć wysłanych przez telefon gwałtownie zakończyło ich związek. Nie jest to najciekawsza opowieść, jaką słyszałam, nie rozumiem też, co skłania ludzi do wysyłania zdjęć swoich części ciała esemesem, jednak moja jazda staje się nagle mniej uciążliwa. Czasami Historie pewnego rozstania są zabawne, czasami smutne, ale moi koledzy i koleżanki lubią o nich dyskutować. Założono nawet grupę HPR na Facebooku. Najlepsze są jednak telefony na sam koniec. Słuchacze opowiadają w kilku słowach o własnej niedoli, a ten, który otrzyma najwięcej głosów, wybierany jest do przyszłotygodniowego programu.

– Mamy na linii trzech rozmówców gotowych nas uwieść – mówi prezenter głosem pełnym emocji. – Jesteście gotowi, słuchacze? Pamiętajcie, głosować możecie przez internet lub esemesem, a zwycięzca będzie miał okazję ujawnić radosne, smutne lub krwawe szczegóły opowieści na swój temat już w przyszły poniedziałek o tej porze.

Zbliżam się powoli do młota pneumatycznego, który zakłóca mi odbiór. Pierwsza zapowiedź jest żenująca, jak to czasami bywa. Jakaś dziewczyna płacze, ponieważ jej chłopak wrócił do żony, co budzi moje obrzydzenie. A jeśli jego żona tego słucha? Prezenter na szczęście odcina ją i przechodzi do następnego dzwoniącego.

– Mam na imię Scott.

Moje dłonie zaciskają się odrobinę mocniej na kierownicy. To imię zawsze przyprawia mnie o ciarki – szczególnie dziś – ale to irracjonalna reakcja.

– Okej, Scott, jesteś na antenie. Masz sześćdziesiąt sekund, żeby nam powiedzieć, dlaczego akurat twojej historii powinni wysłuchać nasi radiosłuchacze w przyszły poniedziałek. Uwaga… teraz!

– Moja historia dotyczy pięknej dziewczyny, nazwałem ją Spike. – Wstrzymuję oddech. Scott mówi szybko, a młot pneumatyczny jeszcze bardziej utrudnia słuchanie. W jego głosie jest coś znajomego, ale z pewnością żyje więcej niż jeden Scott z walijskim akcentem, prawda? Ale Spike… cóż za zbieg okoliczności. – Spike nie było oczywiście jej prawdziwym imieniem – ciągnie. – Zdradzę jej prawdziwe imię, jeśli zostanę wybrany. Kochałem ją, była dla mnie wszystkim. Niestety zrobiliśmy coś, czego robić nie powinniśmy, i wszystko się posypało. Prawie nas to zabiło, szczerze mówiąc. Działo się to dokładnie co do dnia przed czternastoma laty, rok po naszym poznaniu. Podjęliśmy straszliwą decyzję, która zmieniła nasze życie, a przynajmniej moje. Jeśli tego słuchasz, Spike, to wiem, że też nie zapomniałaś.

Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. Łzy kapią mi z oczu i przecieram twarz. Mam ochotę wyciągnąć rękę i wyłączyć radio – nie chcę już tego słuchać. Moja dłoń zatrzymuje się przy przyciskach, ale nie dotykam odbiornika.

– To były straszne czasy, a Spike zdecydowała, że to koniec, zwłaszcza dla mnie. Następny poniedziałek to kolejny ważny dzień, o którym zawsze myślałem jak o „końcu”. I wtedy opowiem moją historię.

Przełykam ślinę, czując ścisk w gardle. To nie może być mój Scott. Ale te daty! To przecież musi być nasza historia.

Mężczyzna, który przedstawił się jako Scott, chyba kończy i wtrąca się prezenter.

– Lubisz trzymać nas w napięciu, co, Scott? Powiedz mi, kiedy widzieliście się po raz ostatni?

W tym samym momencie zrównuję się z operatorem młota pneumatycznego, którego grzechot jest ogłuszający. Radio jest włączone na cały regulator, ale nie słyszę, co mówi, a kiedy mijam roboty drogowe, jest już po wszystkim. Słychać tylko prezentera, który informuje słuchaczy, że została jedna osoba, a potem nastąpi głosowanie.

– Myślę, że młody Scott zaintrygował nas wszystkich. Kim jest Spike? I co zrobili ci dwoje, że ich związek się rozpadł? Główka pracuje, moi drodzy. Nie zapomnijcie zagłosować, a jeśli moje domysły są słuszne, w następny poniedziałek dowiemy się, co zakończyło cudowną relację Scotta i Spike oraz co takiego wyjątkowego wydarzyło się tego dnia przed czternastoma laty.

Pozostałą część drogi pokonuję w całkowitym zaćmieniu. Oczy mi się zaszkliły i ledwie funkcjonuję. Drżą mi ręce i staram się trzymać kierownicę jak najmocniej, zmuszając się do skupienia na ruchu ulicznym i usiłując pozbyć się tych wszystkich żałosnych myśli. To nie jest Scott.

Gdyby nie ta data, akcent i imiona.

Walijczyk imieniem Scott wiele lat temu nazwał mnie Spike[1] tuż po tym, jak moje włosy zostały przycięte wyjątkowo krótko tylko po to, by wyglądały cool – było to słowo, którego wtedy wszyscy używali na co dzień.

Mogę próbować się przekonywać, że istnieje wielu mężczyzn o imieniu Scott oraz że Spike nie jest wcale taką wymyślną ksywką, nie potrafię jednak zignorować dat. Jedynie ten Scott znałby znaczenie dzisiejszego dnia. To dzień, którego się bałam każdego roku.

Zdaję sobie niespodziewanie sprawę, że dotarłam już do szkoły, choć nie mogę przypomnieć sobie całej drogi. Wjeżdżam na parking starego budynku z czerwonej cegły, który za pierwszym razem wydał mi się taki zaniedbany. Nie zauważam w ogóle pięknego, barwnego ogrodu, który powstał dzięki rozentuzjazmowanej grupie dzieci i nauczycielom. Nie widzę niczego poza obrazami z przeszłości. Mam wrażenie, że wciąż kręci mi się w głowie.

Radio wciąż gra, ale nie słuchałam go przez ostatnie minuty. Aż do tej pory.

– Wyślijcie do nas esemes z hasłem „Scott”, jeśli chcecie się dowiedzieć, co przydarzyło się Scottowi i Spike czternaście lat temu w Nebrasce.

Wstrzymuję oddech. To właśnie musiał powiedzieć, kiedy przejeżdżałam obok hałasującego młota pneumatycznego. To wszystko zdarzyło się w Nebrasce.

Przełykam ślinę, żeby powstrzymać łzy.

Dokładnie czternaście lat temu, tego dnia, byłam ze Scottem w Nebrasce i był to najgorszy dzień w moim życiu. Nie wie o tym nikt poza Scottem, ale to nie może być on, bo Scott nie żyje od czternastu lat.

To ja go zabiłam.

[1] Spike (ang.) – kolec, zadzior, szpic (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).