Gra w morderstwoTekst

Z serii: Stephanie King #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog

Sięgam drżącymi palcami w stronę klamki, żałując, że się zgodziłam – że nie odmówiłam udziału w grze zaplanowanej na dzisiejszy wieczór. Może wcale nie jestem aż taka odważna, jak mi się wydawało. Ściskam w drugiej dłoni czarną kopertę i trzymam ją blisko ciała, jakbym się obawiała, że zapisane na tkwiącej w środku kartce słowa mogą przepalić gładki pergamin i ujawnić się światu.

Kiedy wychodzę na korytarz, otwierają się inne drzwi i z całych sił staram się nie zareagować na widok Isabel w srebrnej sukni i Chandry w długiej, turkusowej koszuli z jedwabiu. Od wspomnień kręci mi się w głowie. Ale o to zapewne chodzi w tej grze.

Nikt się nie odzywa i bez cienia uśmiechu na twarzy schodzimy po eleganckich schodach. Zerkam na Matta, który od trzech lat jest moim mężem, i nie jestem pewna, czy w ogóle go jeszcze rozpoznaję. Ma zastygłą twarz, usta zaciśnięte w cienką linię, a z kieszeni marynarki wystaje mu jego czarna koperta. Dostrzega moje spojrzenie, unosi rękę i wciska głębiej tekturowy prostokąt.

Jakże bardzo ten dzień różni się od tego sprzed roku, kiedy biegaliśmy po pokojach, podekscytowani czekającym nas wieczorem i zaplanowaną na kolejny dzień ceremonią ślubną.

Próbowałam zapytać Matta, co sądzi na temat dzisiejszej gry, ale nie udzielił mi żadnej odpowiedzi. Najwidoczniej tego właśnie chce Lucas – a on zawsze dostaje to, czego chce. Przynajmniej jeśli chodzi o mojego męża. Ja już nawet nie wiem, co myśli Matt.

Podejrzewam, że większość nieszczęśliwych par nie potrafi zidentyfikować chwili, w której ich związek zaczyna się rozpadać, w której bliskość zamienia się w dystans, a z żartów zaczyna wyzierać słabo maskowana pogarda. Ja akurat potrafię wskazać, kiedy moje małżeństwo zaczęło się psuć.

Nasze życie do tego momentu wydawało się pozbawione większych trosk, jakbyśmy płynęli obok siebie w spokojnej rzece. Ale wtedy nurt się zmienił. Natrafiliśmy na progi wodne i zostaliśmy rozdzieleni. Teraz widzimy się z odległości, nie możemy jednak – lub nie chcemy – wrócić wspólnie na spokojne wody.

Minął rok, z dokładnością niemal do godziny, od kiedy zaczęliśmy płynąć w przeciwnych kierunkach, a w tej chwili wydaje się, że nie mamy się nawet czego uchwycić. Nie widać w pobliżu żadnego ratunku.

Mimo to nigdy tego nie przedyskutowaliśmy, ponieważ rozmowa na ten temat oznaczałaby konieczność powrotu do wydarzenia, które nas zniszczyło.

I wtedy musielibyśmy podjąć temat Alex.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Rok temu


Zatrzymuję samochód na skraju drogi, najeżdżając kołami na porastającą pobocze trawę, i odwracam się do Matta.

– Okej, możesz przestać się kurczyć. Dam ci poprowadzić na ostatnim odcinku.

Rzuca mi spojrzenie pełne udawanego zaskoczenia.

– Kurczyć?

Otwieram drzwi ze śmiechem i wyskakuję z auta. Matt nienawidzi, kiedy siedzę za kierownicą. Według jego oceny prowadzę za szybko i zbyt ostro hamuję. Zapewne ma rację. Osobiście uznaję prowadzenie samochodu za jedną z konieczności – jak na przykład mycie się czy kupowanie pasty do zębów – ale droga do Kornwalii jest długa, a Matt spędził za kółkiem dwie i pół godziny, zanim go zmieniłam.

Zabieram z tylnego siedzenia butelkę z wodą i białą kopertę, podczas gdy Matt okrąża samochód z przodu, żeby do mnie dołączyć. Opieramy się o metalową bramę ogrodzenia okalającego pastwisko i oglądamy okolicę, słuchając odgłosów krów żujących trawę. Przekazujemy sobie przy tym wodę.

– Podniecony? – pytam.

– Tak. Chyba tak. – Typowa odpowiedź w stylu Matta. Ostrożna, wyważona.

Wyciągam z koperty biały kartonik. Matt poinformował mnie o dacie wydarzenia, ale do tej pory nie spojrzałam jeszcze na zaproszenie.


– Zatrzymujemy się w tym Polskirrin, tak? Lucas wynajął jakiś wiejski dom czy coś w tym rodzaju?

Matt patrzy gdzieś w dal.

– Nie. To się odbędzie w jego domu.

Zapomniałam już, że Lucas w istocie jest dobrze sytuowany. Nigdy nie poznałam przyjaciół mojego męża, a on nie widział ich od wieków, choć pozostaje w stosunkowo regularnym kontakcie z Lucasem. Nie zaprosiliśmy ich na nasz ślub dwa lata temu. Nie rozgłaszaliśmy tego zbytnio, ponieważ moja mama była chora, a życie przyjęło szalone tempo od czasu podjęcia nowej pracy i zakupu domu.

– Gdzie Lucas poznał Ninę? Wiesz może?

– Chyba w Paryżu. Zajmował się tam sprawami fundacji.

– Fundacji?

– Tak, fundacji Jarretta.

Odwracam się do Matta.

– Jaja sobie robisz, co? Chcesz mi powiedzieć, że Lucas jest członkiem rodziny Blaira Jarretta?

Matt się uśmiecha.

– Oczywiście. Jest synem Blaira.

– O mój Boże! Dlaczego mi nie powiedziałeś? Jasna cholera, Matt, on musi spać na kasie!

– To nie tak, że ci nie powiedziałem. Po prostu nigdy nie było tematu. Wiedziałaś, że mam przyjaciela imieniem Lucas i że spędzałem sporo czasu u niego w domu jako nastolatek. Nie uznałem za konieczne informowania cię o jego saldzie bankowym czy drzewie genealogicznym.

Typowy Matt. Nie uznał za istotny ani interesujący faktu, że Lucas był synem człowieka, który zbił majątek na napisaniu jakiegoś algorytmu do wyszukiwarki internetowej, a następnie powołał do życia fundację.

– Przypomnij mi jeszcze raz, jak się poznaliście.

Matt odwraca głowę w moją stronę.

– Mówiłem ci, kiedy przyszło zaproszenie. Nasi ojcowie grywali razem w golfa.

– Matt! To żadne wytłumaczenie. Jestem pewna, że twój tata miał wielu przyjaciół, którzy mieli synów. Konkretniej, proszę.

Pochyla się i całuje mnie w usta tak delikatnie, że praktycznie tylko łaskocze moje wargi. Nie dam się tak łatwo zbić z tropu. Matt jest zawsze oszczędny w przekazywaniu informacji, tym razem jednak się nie poddaję i rzucam mu ostre spojrzenie.

Matt chichocze.

– No dobra, wygrałaś. Kiedy mieliśmy mniej więcej czternaście lat, nasi ojcowie zdecydowali, że powinniśmy się nauczyć gry w golfa. Tata sobie wymarzył, że opanuję w mistrzowskim stopniu przynajmniej jedną dziedzinę sportu, a że okazałem się kompletnym rozczarowaniem we wszystkich innych, golf okazał się ostatnią deską ratunku. Lucas, ja i nasi ojcowie chodziliśmy na pola przez jakieś trzy weekendy. Ja oczywiście znów dawałem ciała. Nie pomagało też, że byłem dość niski jak na swój wiek. Lucas był już gigantem, miał chyba z metr osiemdziesiąt. Musieliśmy wyglądać po prostu idiotycznie. Lucas dostrzegł, jak trudno było mnie czegokolwiek nauczyć, zaproponował więc swojemu ojcu, żebyśmy dali sobie spokój z golfem i po prostu spędzali weekendy u niego w domu. Mieli tam basen, a przy kiepskiej pogodzie graliśmy w bilard.

– To było bardzo miłe z jego strony, jak na tak młodego człowieka – przyznaję, opierając głowę na jego ramieniu. Wiem, że Matt miał dość trudne dzieciństwo. Nie sprostał sportowym oczekiwaniom ojca i zawsze się zastanawiał, czy kiedykolwiek urośnie ponad metr pięćdziesiąt. To ostatnie mu się oczywiście udało. W końcu.

– To cały Lucas. Zawsze pozostawał wrażliwy na uczucia innych. Tak czy inaczej, całą wiosnę spędziliśmy razem. Potem dołączył do nas Nick, a następnie Andrew. Jestem pewien, że obaj będą mistrzami ceremonii na tym ślubie.

W głosie Matta pojawiła się nowa nuta.

– Nie wydajesz się zbyt szczęśliwy, że z dwóch zrobiło się czterech.

Wzdycha.

– Nie o to chodzi. Oni są w porządku, sympatyczni i z pewnością ich polubisz. Szczerze mówiąc, trochę czasu zabrało mi dostrojenie się do nich. Obaj byli niemal tak wysocy jak Lucas, a ja czasami czułem się przy nich jak najsłabszy z miotu.

Obejmuję go za szyję i przyciągam bliżej.

– Ale już tak nie jest, Panie Słynny Chirurgu Plastyczny.

Odsuwam się i spoglądam na jego niemal doskonałe rysy. Wygląda, jakby sam wymodelował sobie twarz skalpelem: prosty nos, równe usta i oczy, wszystko absolutnie symetryczne. Zastanawiam się czasami, dlaczego wybrał właśnie mnie, z moją nieco zbyt grubą górną wargą i wysoko położonymi brwiami, przez które sprawiam wrażenie wiecznie wystraszonej. Matt przysiągł jednak, że niczego by we mnie nie zmienił.

– Dlaczego już się z nimi nie spotykasz?

– Wiesz, jak to jest. Wszyscy jesteśmy zapracowani, poza tym dzieli nas spora odległość. Dzwonię i piszę do Lucasa, a kiedy jest w Londynie, spotykamy się na miejscu, ale większość czasu spędza tutaj albo gdzieś za granicą, działając w imieniu fundacji. Przejął ją od razu po śmierci ojca. Andrew podróżuje po świecie, kiedy tylko nadarzy się okazja, a Nick, chociaż jest bankierem w City, mieszka w St Albans. – Ściska lekko moje ramię. – Chodź, wracajmy do auta. Zostało nam jakieś półtorej godziny jazdy, a na zewnątrz jest cholernie gorąco.

Ma rację. Jak na Anglię pogoda jest zdumiewająca. Odnoszę wrażenie, że spędzam czas gdzieś w południowych Włoszech.

Wsiadamy do samochodu, Matt na swoje ulubione miejsce za kierownicą. Przez chwilę ogarnia mnie panika – zastanawiam się, czy mój strój na ślub jest odpowiedni, ale w końcu daję sobie spokój. Nie wiedziałam przecież, z jakim wysublimowanym towarzystwem przyjdzie mi się zmierzyć.

 

– Powiedz mi, Matt, co powinnam wiedzieć o tych facetach, zanim tam dotrzemy? Jak Lucas ich poznał?

Kręci głową w geście udawanej rozpaczy.

– Wkrótce sama będziesz mogła ich o to zapytać, Jem. Powiem tylko tyle, że pieniądze nie czynią nikogo wyjątkowym, nie patrz więc na nich przez ten pryzmat. To akurat ich najmniej istotny atrybut.

Kiwam powoli głową. Wiem, że ma rację, jednak cokolwiek by powiedział, emocje, które narastają we mnie w miarę zbliżania się do celu, zaczynają w nieprzyjemny sposób ściskać mnie za gardło.

Przez ostatnie dziesięć minut jazdy milczymy. Matt pochyla się nienaturalnie na swoim siedzeniu, jak dziecko obserwujące morze po raz pierwszy. A może to dlatego, że drogi zrobiły się znacznie węższe i na dodatek po obu stronach otaczają je ściany z żywopłotów, trudno więc stwierdzić, co czai się za zakrętem.

Co pewien czas zerka w moją stronę i uśmiecha się uspokajająco, jakby czytał mi w myślach. Już prawie zdołałam przekonać samą siebie, że jestem niemądra i że nie ma absolutnie żadnego znaczenia, jakie ciuchy ze sobą zabrałam – nie chodzi tu przecież o mnie – kiedy skręcamy w boczną dróżkę.

– O mój Boże – szepczę.

Droga dociera na szczyt i zaczyna opadać ku wybrzeżu i w tym samym momencie ogarniam wzrokiem całą panoramę. Na cyplu, tuż nad rozbijającymi się falami, znajduje się nasz punkt docelowy. Polskirrin. Dom Lucasa Jarretta.

Nawet Mattowi odebrało mowę. Nie zatrzymuje auta, ale prowadzi je z minimalną prędkością. Po chwili odchrząkuje.

– Wygląda dość ładnie, nie sądzisz?

Śmieję się w reakcji na tę nonszalancję. Polskirrin jest zdumiewający. Można by go pewnie nazwać rezydencją. Zbudowano go z gładkiego kamienia i z pewnością ma więcej niż sto lat.

Rozległe trawniki przecina długi, wysypany żwirem trakt, który ciągnie się od podwójnej, kutej bramy do ogrodu znajdującego się bezpośrednio przed budynkiem. W otoczonym cegłami, podłużnym stawie – jestem pewna, że pływają w nim złote rybki – tryska fontanna, a za domem, między ogrodem i brzegiem morza, ciągnie się zagajnik. Nie mam wątpliwości, że przecina go ścieżka prowadząca wprost na plażę, i wręcz nie mogę się doczekać, kiedy poczuję chłodną wodę obmywającą mi kostki.

Nawet z odległości mniej więcej czterystu metrów zauważamy, że ktoś wyszedł przez drzwi frontowe. Najwyraźniej nas już dostrzeżono.

– No cóż – rzuca Matt. – Teraz już nie możemy zawrócić. – Uśmiecha się do mnie z błyskiem w oku.

Brama otwiera się jak za sprawą magii i Matt wjeżdża na trakt, wioząc nas na spotkanie ze stojącym ciemnowłosym mężczyzną. Zerkam na uśmiechniętego od ucha do ucha męża i domyślam się, że to Lucas. Ubrany jest w granatowe szorty i gładką białą koszulkę. Uśmiecha się już z oddali.

Matt wyskakuje z auta, podchodzi do niego i dopiero w tym momencie uzmysławiam sobie, jak wysoki jest jego przyjaciel. Mój mąż ma mniej więcej sto siedemdziesiąt osiem centymetrów, ale tamten przewyższa go o głowę. Matt ściska Lucasa za ramię, a drugą dłoń wyciąga do pełnego entuzjazmu uścisku. Nie słyszę, co mówią, ale daję im chwilę, po czym zabieram z tylnego siedzenia kapelusz przeciwsłoneczny i podchodzę bliżej.

– Lucas, poznaj Jemmę. Tak naprawdę Jemimę, ale mówimy na nią Jemma. Moja żona, ale to już wiesz. – Matt mówi za szybko i za dużo i wyciąga przy tym rękę, jakby zapraszał mnie do kręgu.

– Witaj, Jemmo. Miło cię poznać. – Lucas pochyla się w celu złożenia obowiązkowych dwóch całusów w policzki i uśmiecha się szeroko. Dopiero wtedy dostrzegam jego oczy. Mają lekki bursztynowy odcień, jak u lwa – teraz ciepłe i przyjazne, ale zastanawiam się, czy podobnie jak u tego wielkiego kota płoną jasno i widzą w ciemności.

2

Nina Bélanger wytarła pospiesznie dłonie w kuchenny ręcznik, obserwując mężczyznę i kobietę wysiadających z samochodu i podchodzących do Lucasa. Powinna wyjść i się przywitać, ale czuła się dziwnie podenerwowana. Może ci goście zaczną się zastanawiać, dlaczego ich przyjaciel żeni się z szarą myszką z niewielkiego miasteczka w środkowej Francji, mogąc przebierać w niekończącym się strumieniu niezwykłych kobiet, które zabiegały o jego uwagę na balach dobroczynnych. Sama czasami się nad tym zastanawiała.

Przypomniała sobie dzień, w którym się poznali. Lucas został zaproszony na konferencję w Paryżu jako główny mówca, a ona pracowała u organizatorów, dbając o obsługę prelegentów i setek ludzi, którzy go słuchali. Wszystko potoczyło się nie po jej myśli: wysiadło oświetlenie, jego mikrofon nie zadziałał – to była prawdziwa katastrofa. Nina wpadła w panikę. To nie ona odpowiadała za pracę elektryków, ale za głównego mówcę – Lucasa Jarretta – już tak. Czuła, że sprawiła mu zawód.

Lucas doskonale znalazł się w tej sytuacji, przechodząc skrajem sceny i unosząc głos na tyle, by zostać przez wszystkich usłyszanym. Kiedy zakończył przemowę, podziękowano mu gromkimi oklaskami, po czym zszedł po schodkach i zastał rozwścieczoną Ninę, przeklinającą elektryków. Kiedy się zorientowała, że Lucas jest tuż obok, policzki jej spąsowiały i natychmiast zaczęła przepraszać. On jednak tylko się roześmiał.

– To nie miało żadnego znaczenia. Takie rzeczy się zdarzają – powiedział. – Jeśli jednak chce mi pani to wszystko wynagrodzić, to może zjemy dziś razem kolację?

Jak mogłaby odmówić?

Nina nawet nie odważyłaby się marzyć, by zechciał zobaczyć się z nią ponownie po wyjeździe z Paryża, obiecał jednak wrócić i dotrzymał słowa. A teraz miała za niego wyjść.

Patrzyła, jak nowo przybyli wchodzą do domu, i uznała, że to Matt i Jemma. Wyglądali na szczęśliwych, bo uśmiechali się, kiedy tylko Lucas się do nich zwracał. Czy ona i Lucas będą równie szczęśliwi? Czas pokaże.

Kiedy zgodziła się tu wprowadzić przed sześcioma miesiącami, nie zdawała sobie sprawy, jak często będzie zostawała sama w tym wielkim domu, podczas gdy Lucas będzie poświęcał czas na poszukiwania osób o największych potrzebach finansowania ze strony Fundacji Blaira. Nie miała serca, by mu o tym powiedzieć, i choć to miejsce było przepiękne, nie czuła, że mury Polskirrin za nią przepadają. Wiedziała, jak on to odbierze. Pomyśli, że to z powodu Alex.

Nina westchnęła. Pragnęła, by ich ślub był wyjątkowy, i pracowała niestrudzenie nad każdym szczegółem. Przed nadejściem wielkiego dnia musiała jednak zabawić i nakarmić sześcioro gości – ludzi, których jeszcze nie poznała. Lucas zażyczył sobie, by trzej jego najstarsi przyjaciele zostali mistrzami ceremonii, i zapytał, czy nie byłoby problemem, gdyby przenocowali w domu. Odpowiedziała, że nie widzi przeciwwskazań. Oczywiście, że ich nie widzi! Ale nie pierwszy raz żałowała, że nie ma tutaj jej rodziny. Była ona jednak bardzo liczna, a na dodatek obejmowała dwie pary starzejących się dziadków, którzy nie byli gotowi na taką podróż i zdecydowali się na udział w ceremonii we Francji jeszcze w tym miesiącu. Jej matka wydawała się zdeterminowana, by wyprawić lepszy ślub niż Brytyjczycy, a Nina tylko się uśmiechnęła na myśl o tym, jak biega i wydaje polecenia.

Odwróciła się od okna i zabrała z powrotem do pracy. Lunch. Jeśli choć jedną rzecz potrafiła robić z prawdziwym przekonaniem, to było nią gotowanie, a kuchnia stanowiła jej schronienie – bezpieczne miejsce – gdyby kiedykolwiek go potrzebowała.

3

Uśmiechając się w wyrazie podziękowania do chłopaka, który przerwał pielenie chwastów w ogrodzie, by zataszczyć nasze walizki na piętro, siadam na skraju łóżka i rozglądam się dookoła.

Trafił się nam piękny pokój. Podwójne drzwi balkonowe ze szprosami są lekko uchylone, a w delikatnym powiewie kołysze się cienka biała zasłona. Czuję zapach moreli i zauważam pełną ich miskę na starej komodzie. Owoce są idealnie dojrzałe, a ich delikatny meszek lśni czystością. Uciskam lekko materac łóżka. Nie mam wątpliwości, że wyśpimy się doskonale w tej wykrochmalonej pościeli.

Odwracam się z uśmiechem do Matta, który zaczął się rozpakowywać i układa starannie ubrania w szufladach lub umieszcza je na wieszakach w szafie. On zwykle jest organizatorem, ja marzycielką. Powinnam pomagać, ale korzystam z chwili, by chłonąć tę atmosferę. W starych domach jest coś wyjątkowego. Podświadomie się zastanawiam, ile osób gościło już w tych czterech ścianach i jak wyglądało ich życie.

Podchodzę do okien, odsłaniam zasłonę i znajduje nieduży balkon z własnymi kamiennymi schodami, które wiodą w dół do szerokiego tarasu wyłożonego kafelkami. Słyszę w dole głosy i śmiech – pozostali goście gromadzą się na przedlunchowym drinku. Choć Lucas zapewnił nas, że lunch może zaczekać, aż będziemy gotowi – nikt nie będzie miał nic przeciwko, dopóki leje się wino – niegrzecznie byłoby dłużej zwlekać.

Muszę się przebrać, choć oczarowuje mnie widok. Dom zbudowano na wzniesieniu nad morzem i widok na ocean jest naprawdę niesamowity. Woda ma tu ciemnogranatową barwę. Choć dzień jest parny i bezwietrzny, fale rozbijają się o brzeg i zaczynam się zastanawiać, czy w nocy na morzu szalał sztorm.

Stoję na balkonie zaledwie od kilku chwil, kiedy słyszę za sobą ciche kroki. Matt obejmuje mnie w pasie i całuje w kark, przyprawiając o dreszcze. Kiedy jednak odwracam się do niego, czuję, że jest spięty, i podążam za jego spojrzeniem. Patrzy na kogoś znajdującego się na tarasie – na młodą kobietę. Idzie z opuszczoną głową, a proste, czarne włosy kryją jej twarz i wiszą niczym kurtyna. Choć ubrana jest w luźne spodnie z szarego lnu i jeszcze obszerniejszą tunikę z tego samego materiału, łatwo dostrzec, jak bardzo jest szczupła.

Wydaje się wyczuwać nasze spojrzenia, bo szybko unosi głowę i przystaje niepewnie. Wszystko kończy się tak szybko, że zaczynam mieć wątpliwości, czy sobie tego nie wyobraziłam.

– Kto to jest? – pytam Matta, nie przestając gładzić jego przedramienia, którym wciąż mnie mocno obejmuje. Nie odpowiada przez dłuższą chwilę. – Matt?

– Siostra Lucasa – odzywa się znacznie ciszej, delikatniej, aż odwracam się do niego.

– Nie wiedziałam, że ma rodzeństwo. Wyglądała… – Nie wiem, jak to określić. Jej napięte ciało i sposób, w jaki się poruszała, podpowiadają mi jedynie słowo niespokojna. Ale wydaje się ono za mało delikatne. Nieszczęśliwa? Może to brzmi lepiej.

– Tak – przyznaje Matt, nie czekając, aż dokończę zdanie. – Zgadza się.

– Opowiedz mi o niej.

Matt puszcza mnie. Czuję, że się odwraca.

– Nie teraz, Jemmo. Musimy się przygotować do lunchu. – Znika w pokoju.

– Powiedz mi przynajmniej, jak ma na imię?

– Alex. Na imię ma Alex.

Nie wiem, dlaczego widok siostry Lucasa tak wytrącił Matta z równowagi. Powiedział tylko, że to długa historia i że nie ma teraz czasu na opowieści.

– Chyba się spodziewałeś, że ją tu zastaniesz? – pytam. – W końcu żeni się jej brat.

– Tak sądzę, ale myślałem… miałem nadzieję, że będzie z nią już lepiej. Że wyzdrowieje.

Chcę go zapytać, z czego miała wyzdrowieć, ale on naciska, byśmy zeszli już na ten lunch. I tak pewnie spotkam ją gdzieś po drodze.

Mam jakiś problem z ludźmi, których wydaje się coś dręczyć. Kiedy widzę niespokojną duszę, podświadomie staram się pomóc. Wiem jednak również, kiedy nie należy naciskać mojego męża, a teraz odwraca się do mnie z najlepszą kopią szczęśliwego uśmiechu.

– Chodź, powitajmy pozostałych.

Wyciąga rękę, a ja ją chwytam z nadzieją, że wróci podekscytowanie, które odczuwał wcześniej. Schodzimy na dół po zewnętrznych schodach i podążamy za odgłosami śmiechów na południową stronę domu, gdzie dostrzegam duży stół w cieniu pergoli porośniętej pnącymi różami.

Lucas odwraca się w naszą stronę.

– Jemma, Matt, chodźcie do nas.

Siedząca po przeciwnej stronie stołu kobieta macha do nas ociężale ręką. Kiedy przechodzi do światła, żeby się przywitać, zauważam, że jej włosy mają barwę mahoniu i są starannie ułożone za jednym uchem. Ma na sobie krótką jedwabną sukienkę w kolorze jasnego szmaragdu, która doskonale kontrastuje z długimi, opalonymi nogami. Zmuszam się, żeby nie spojrzeć na szorty, które uznałam za odpowiedni strój na lunch, i pochylam się, żeby uścisnąć jej dłoń.

– Cześć. Jestem Isabel. – Odwraca się do Matta. – Co u ciebie, Matt? Wciąż sprawiasz, że świat jest piękniejszy?

Matt się czerwieni. Trudno stwierdzić, czy nawiązuje do jego pracy, czy wyglądu. Tak czy inaczej, brzmi to jak komplement, lecz mój mąż posyła jej tylko niepewny uśmiech. Trudno mi ją do czegokolwiek dopasować. Matt nigdy o niej nie wspominał, jednak najwyraźniej ci dwoje się znają.

 

Podchodzi do nas mężczyzna ze sterczącymi jasnymi włosami, ubrany w krzykliwą hawajską koszulę. Opisałabym go jako wysokiego, gdyby nie stał przy Lucasie.

– Matt! – woła i poklepuje go po plecach. – Dobrze cię widzieć! Boże, ile to czasu zleciało. – Odwraca się i pochyla, by odprawić rytuał pocałunków, przy którym zawsze czuję się dość niekomfortowo. Pochodzę z rodziny, która bardzo się kochała, ale mało całowała. – Jemma. Jestem Nick. Wspaniale cię poznać. Skoro Lucas mianował mnie głównym barmanem, pozwól mi przyrządzić dla was drinka.

– Chandra! – woła nagle Lucas. – Wybacz, prawie cię przeoczyłem. – Unosi rękę, żeby wskazać kobietę siedzącą w najgłębszym cieniu. Nie widzę jej zbyt dobrze do chwili, kiedy wstaje z krzesła i podchodzi bliżej. Długa, kremowa spódnica klei się jej do ud. Dłonie trzyma splecione przed sobą. Widzę, że ma azjatyckie korzenie – brązowe oczy i duże usta.

– Cześć, Jemmo, Matt. Miło was poznać.

Wciąż trzyma dłonie razem, więc wyciąganie do niej ręki wydaje się niewłaściwe. Uśmiecham się tylko.

– Ciebie również miło poznać, Chandro.

Odpowiada uśmiechem i zawraca do swojego kącika w cieniu. Jasne jest, że Matt wcześniej jej nie poznał, i zastanawiam się, czy jest przyjaciółką Niny.

– Chodźcie, siadajcie. – Lucas wskazuje nam dwa krzesła i już ma zasiąść przy stole, kiedy zerka w stronę wejścia na taras. – No, w końcu jest!

Widzę drobną kobietę o krótkich ciemnych włosach i dużych brązowych oczach, która zmierza w naszą stronę. W miejscu, gdzie powinien znajdować się pasek, białą lnianą koszulę przewiązaną ma kolorowym jedwabnym szalem. Na głowie ma słomkową fedorę, która chroni ją przed słońcem. Wszystko tworzy razem styl, przy którym każde z nas wydaje się ubrane za bardzo lub za mało elegancko.

– Nino, pozwól, że przedstawię cię pozostałym. – Lucas obejmuje ją ramieniem. Jej głowa sięga mu mniej więcej do połowy piersi.

Przyszła panna młoda się uśmiecha, po czym całuje wszystkich po kolei w oba policzki.

– Witam was wszystkich. Wiem, jak bardzo Lucas cieszył się na spotkanie z wami, i mam nadzieję, że będziecie zadowoleni z pobytu tutaj. Wybaczcie, proszę, jeśli sprawiam wrażenie nieco rozkojarzonej. – Śmieje się nerwowo. – Jak możecie sobie zapewne wyobrazić, jutrzejszy dzień będzie niełatwy.

– W jaki sposób możemy wam pomóc? – pytam, ale ona cmoka w reakcji i kręci głową.

– W żaden, absolutnie żaden. Mamy do dyspozycji dodatkowy personel. Lucas na to nalegał. Wy po prostu bawcie się dobrze. Niebawem wrócę do was z lunchem. Lubię gotować.

Posługuje się doskonałą angielszczyzną, a francuski akcent dodaje jej tylko uroku. Lucas odprowadza ją wzrokiem, po czym odwraca się do stołu z dumą malującą się na twarzy.

– A gdzie, do diabła, zgubił się Andrew? – pyta, zerkając przez ramię. – Nina przyniesie lunch, kiedy wszyscy się tu zgromadzimy. – Obraca się o trzysta sześćdziesiąt stopni i wzrusza ramionami. – No cóż, wszyscy wiemy, jak to z nim bywa. W końcu się pojawi. Pijcie. Musimy jeszcze chwilę zaczekać.

Mam wrażenie, że czeka nas kilka dni niepowściągliwości. Nick bierze sobie do serca polecenie picia i co kilka minut podbiega, żeby dolać do kieliszków.

W końcu siada obok mnie i patrzy mi w oczy.

– Cieszę się, że w końcu mam okazję cię poznać, Jemmo. Lucas mi o tobie opowiadał.

– Serio? – Nie wiedziałam, że Lucas cokolwiek wie na mój temat poza tym, że jestem żoną Matta.

– Oczywiście. Zapewne Matt nie mógł się ciebie nachwalić. Jesteś logopedą, prawda?

Przez kilka minut rozmawiamy o mojej pracy, a Nick kiwa głową, kiedy opowiadam mu o mojej fascynacji wszelkimi formami międzyludzkiej komunikacji ze szczególnym uwielbieniem dla mowy i posługiwania się językiem. Zdaję sobie sprawę, że potrafię godzinami opowiadać o swoim zawodzie, który dla mnie jest bezsprzecznie fascynujący, dla niego jednak jest to zapewne równie interesujące jak dla mnie bankowość.

– Jak poznałeś Lucasa? – pytam, starając się zmienić temat.

– Chodziliśmy razem do szkoły z internatem. Lucas dlatego, że miał tylko ojca, który okazjonalnie wyjeżdżał w ciągu tygodnia, a ja dlatego, że rodzice nie mogli ze mną wytrzymać.

Robię odruchowo zaskoczoną minę.

Nick śmieje się z nieco większym entuzjazmem, niż sugerowałby sam komentarz.

– Żartuję. Mój tata też chodził do szkoły z internatem i uważał, że wyrabia ona charakter i dyscyplinę, a poza tym pomoże utemperować moje kaprysy. Wcale nie chciałem tam chodzić, ale mnie zapewniali, że będzie super.

– I kto miał rację?

Uśmiecha się krzywo.

– Trudne pytanie. Chyba nieco zbyt trudne, jak na pogawędkę przed lunchem, i nawet nie jestem pewny, jak na nie odpowiedzieć. Tak czy inaczej, poznałem Lucasa i dzięki niemu znikałem rodzicom z oczu zarówno w weekendy, jak i w ciągu tygodnia. Wszyscy byli zadowoleni z takiego układu! – Odnoszę wrażenie, że chichot i uśmiechy kryją coś więcej niż tylko lekki ból. – Wtedy też poznałem Matta. Trzymaliśmy się wszyscy razem z Lucasem przez następne cztery lata, a szczególnie podczas wakacji. Robiliśmy różne głupoty, choć nie spodziewam się, żeby Matt zdradzał nasze mrocznych tajemnice.

Porusza brwiami i moment napięcia mija. Cieszę się, że Matt jako nastolatek miał okazję trochę podokazywać. Czasami traktuje życie zbyt poważnie.

Kiedy kończymy drugiego drinka i zaczynamy trzeciego, nadal nie ma śladu po Andrew i dopiero w tym momencie uświadamiam sobie, że jeszcze nikt nie wspomniał ani słowa o Alex.

Już mam o to zapytać, kiedy rozlega się krótki wiwat ze strony Lucasa i Nicka. Obracam się na krześle. Ścieżką biegnącą pomiędzy drzewami podąża ubrany w pomarańczowo-białe spodenki do pływania mężczyzna, który wyciera ręcznikiem mokre, sięgające ramion włosy. Kropelki wody wciąż kołyszą się na ciemnych włosach na jego torsie i płaskim brzuchu, chwytając światło słoneczne. Wygląda na nieco rozbawionego uwagą, którą przyciągnął.

– Co jest? O cholera. Spóźniłem się na lunch, prawda? Wybaczcie, proszę.

Wchodzi w cień i podsuwa sobie krzesło, zapominając najwyraźniej o mokrych spodenkach. Dopiero w tym momencie zdaje się zauważyć mnie i Matta.

– Cześć, jesteś zapewne żoną Matta. Jestem Andrew. – Wstaje i okrąża stół, żeby się pochylić i mnie pocałować, starając się przy tym mnie nie zamoczyć. – Co tam słychać, Matt? – Uśmiecha się do mojego męża, siada i wyjmuje butelkę piwa z wielkiej metalowej misy wypełnionej lodem.

Lucas odpycha się od stołu.

– Okej, pójdę po Ninę, która chyba wciąż dopieszcza swój lunch. Jedną z dobrych stron ożenku z Francuzką i posiadania gosposi z Włoch jest ich obsesja na punkcie jedzenia. Polewaj wino, Nick. To nie potrwa długo. – Odwraca się i znika za rogiem.

Tym razem nie zastanawiam się zbyt długo.

– Czy Alex do nas nie dołączy? – pytam.

Następuje chwila ciszy i czuję od razu, że powiedziałam coś bardzo niestosownego. W końcu na ratunek przybywa mi Andrew.

– Poznasz ją pewnie wieczorem, Jemmo. Chyba woli przebywać sama w ciągu dnia.

Chcę coś powiedzieć, ale napotykam spojrzenie Matta. Kręci lekko głową, więc odpuszczam. Temat Alex nie jest tu najwyraźniej chętnie poruszany.