Ulica Strachu. Zabójcze gry

Tekst
Z serii: Ulica Strachu
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wprowadzenie

CZĘŚĆ PIERWSZA

1. Zaproszenie

2. Ostrzezenie

3. Tajemnica otwartych drzwi

4. Czy mac to psychol?

5. Gra

6. Cos usłyszałem

7. Bój sie, rachel

CZĘŚĆ DRUGA

8. Luz

9. Krew w wodzie

10. Padlina

11. Superimpreza

12. Opowiesci o duchach

13. Bardzo zmartwiona

14. Wisielec

15. Ktos mi grozi

16. Kolejny list

CZĘŚĆ TRZECIA

17. Czy w domu grasuje Morderca?

18. Po ciemku

19. Morderca bawi sie nami

20. Nieproszeni goscie

21. Zaginiony

22. Kolejna gra

23. Potworne zaproszenie

24. Kolejny włamywacz

25. Jeszcze wiecej krzyków

26. Kolejna ofiara

27. Kurtyna w góre, Ostatni akt

28. Koniec imprezy

29. Zmiana zasad gry

CZĘŚĆ CZWARTA

30. Twój ojciec to swir

31. Wystrzał

32. Zły pomysł

33. Do lasu

34. Zagubiona i samotna

35. Masowy grób

36. Uwieziona

37. Mokra

38. Pomoc

39. Zdradzona

40. Nikt nie wezmie mi tego za złe

41. Ty rozpieszczony gówniarzu

42. Ciecie

43. Kolejny horror

Dziewczyna znikąd. Kolejna powieść R.L. Stine’a

O autorze

Tytuł oryginału PARTY GAMES

Party Games

Text Copyright © 2014 by Parachute Publishing, LLC

Published by arrangement with St. Martin’s Publishing Group.

All rights reserved.

Copyright © 2021 for the Polish translation by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt okładki, skład i łamanie

Andrzej Komendziński

Zdjęcia na okładce

Julien Jean Zayatz / Shutterstock

Oksana Shkarupa / Shutterstock

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8265-009-9

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24

61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Kat Brzozowski

i wszystkich znajomych z Twittera,

którzy namówili mnie

do powrotu na drogę horroru.


Po wschodniej stronie miasta Shadyside, przy Fear Street, rozciąga się ogromny las. Wysokie, kilkusetletnie klony o gęstych koronach i równie stare sykomory sprawiają, że nawet w najbardziej upalne dni panują tam chłód i półmrok.

To piękne, ciche i przepełnione pięknymi aromatami miejsce. Mimo to, mało który z mieszkańców Shadyside wybrałby się tam na spacer czy urządził tam piknik.

Może słyszeli o dwóch dziewczynkach, których ciała znaleziono w lesie – bez ani jednej kości.

A może zauważyli dziwne zachowanie ptaków, które nigdy nie zapuszczają się w tamte okolice i nie budują gniazd w gałęziach tamtejszych drzew. Większość ludzi traktuje takie rzeczy jako ostrzeżenie.

Może też dlatego, że wszyscy w mieście słyszeli niezrozumiałe i nieludzkie wycie – zawodzenie, które późną nocą rozlega się echem między drzewami.

Każdy mieszkaniec i mieszkanka spokojnego, sennego miasteczka Shadyside wiedzą o rodzinie Fearów – pierwszych mieszkańcach tych okolic, którzy praktykowali czarną magię i których losy naznaczone były niewypowiedzianym złem. Las – i kręta droga nazwana ich nazwiskiem – to miejsca, których należy unikać.

Uczennica ostatniej klasy lokalnej szkoły średniej całe życie spędziła w Shadyside. Powinna mieć dość rozsądku, by nie zadawać się z Brendanem Fearem, który zaprosił ją na całonocną imprezę urodzinową w letniej rezydencji rodziny na wyspie Fear Island. Powinna wiedzieć, że jakikolwiek kontakt z nim to ryzyko... ale czasem uczucia odbierają nam rozum.

Poza tym – te wszystkie straszne opowieści o rodzinie Fear – to przecież tylko stare bajki, prawda?

Prawda?

Rachel nie może się doczekać fantastycznego weekendu. Dopiero ma się przekonać, że ulica Fear Street to miejsce, gdzie mieszkają najgorsze koszmary. Ulica Strachu.

R. L. Stine



Kiedy do restauracji, w której pracowałam, z kilkorgiem znajomych wszedł Brendan Fear, nie mogłam przypuszczać, jak bardzo tamten wieczór zmieni moje życie. Wycierając do czysta blaty, dyskretnie obserwowałam, jak wąskim przejściem prowadzi kolegów do odgrodzonego oparciami stolika w narożniku z tyłu sali.

W jaki sposób tak zwyczajna sytuacja mogła stać się początkiem horroru? I zakończyć morderstwem?

Znałam chłopaków, którzy z nim przyszli. Nie trzymamy się w tej samej grupie, ale wszyscy chodzimy do ostatniej klasy w Shadyside High. No dobra. Ta sama grupa – bez żartów. Spójrzmy prawdzie w oczy: mam kilkoro znajomych, ale na pewno nie należę do żadnej grupy.

Nazywam się Rachel Martin i mam siedemnaście lat. Pracuję jako kelnerka w barze U Lefty’ego, kilka przecznic od naszej szkoły. I pewnie, czuję się trochę nieswojo, podając jedzenie ludziom, z którymi codziennie mijam się na przerwach.

 

Ale najwyraźniej tylko ja zwracam na to uwagę. Nikt z tego nigdy nie żartował ani tego nie komentował. Mimo wszystko czasem czuję się trochę skrępowana.

Chodzi o to, że po prostu chyba nie jestem najbardziej wyluzowaną laską na tej planecie. Mama mówi, że jestem spięta jak agrafka. Moja siostra Beth zawsze mnie broni i twierdzi, że wcale nie jestem spięta, tylko wrażliwa.

Rany, ale za nią tęsknię. W sensie za Beth. We wrześniu wyjechała do szkoły w Oberlin. Dostała stypendium, bo gra na flecie. Beth zgarnęła cały przydział na rodzinę, bo jest jednocześnie bystra i utalentowana.

Zawsze byłyśmy ze sobą blisko. Obiecała, że co wieczór będziemy rozmawiać przez Skype’a. Tyle że od tygodni się nie odzywa.

W kuchni zadźwięczał dzwonek, co oznaczało, że czyjeś zamówienie jest gotowe do podania. Zebrałam brudne naczynia z najbliższego stolika i przecisnęłam się przez tłum dzieciaków przy barze, żeby dostać się na zaplecze.

U Lefty’ego to mały lokal. Zawsze jest tu duszno i gorąco, niezależnie od pogody. Kiedy wracam po pracy do domu, długo stoję pod prysznicem, żeby zmyć z włosów i ze skóry zapach hamburgerów i tłuszczu po frytkach.

Ale to zdecydowanie najpopularniejsze miejsce spotkań uczniów z Shadyside High. Trochę dlatego, że znajduje się bardzo blisko szkoły. A trochę też dzięki temu, że U Lefty’ego to Oficjalny Lokal Podwójnego Cheeseburgera za Dwa Dolce!

Nie mam pojęcia, kto na to wpadł, ale pomysł jest genialny.

W drzwiach baru zobaczyłam moją przyjaciółkę Amy O’Brien. Pomachała mi, ale nie miałam czasu, żeby się z nią przywitać. Ellen, druga kelnerka, nie przyszła do pracy, więc wszystko było na mojej głowie.

Zaniosłam tacę cheeseburgerów gościom przy wejściu. Wracając, zgarnęłam cztery karty dań, żeby podać je do stolika Brendana. Wszyscy czworo pochylali się nad blatem i mówili jedno przez drugie. Rozglądali się przy tym uważnie, jakby bali się, że ktoś może podsłuchiwać. Bardzo podejrzane.

Kiedy podeszłam, umilkli jak na komendę.

Rozpoznałam Kerry’ego Reachera, który gra w reprezentacji stanu w koszykówce. Miał na sobie klubową koszulkę w biało-purpurowych barwach. Gość jest tak wysoki, że musiał wystawić nogi aż do przejścia, bo nie mieściły się pod stolikiem. Nosił białe buty sportowe w rozmiarze przynajmniej dwanaście albo raczej czternaście.

Obok niego siedziała Patti Berger. Patti to drobna szatynka o słodkiej buzi. Jest delikatna jak laleczka, mówi rozmarzonym głosikiem i ma dołeczki, za które można by zabić. Wygląda tak cudownie, że aż chce się ją zadusić na śmierć. Tylko że jest przy tym najserdeczniejszym, najprzyjaźniejszym i najcieplejszym człowiekiem na świecie.

Nasze mamy blisko się przyjaźnią, więc w zasadzie wychowywałyśmy się razem. Chociaż w szkole nie trzymamy się w tych samych kręgach, to jednak zawsze się cieszymy, kiedy na siebie wpadamy albo kiedy nasze rodziny się spotykają.

Patti jest wzrostu czwartoklasistki. Z podstawówki. Serio. Wygląda, jakby była dobre pół metra niższa od Kerry’ego, ale im to nie przeszkadza. Od zawsze są parą, choć utrzymują, że tylko się przyjaźnią. A przecież każdy widzi, jak trzymają się za ręce i ślinią się po korytarzach. Mam wrażenie, że z tą przyjaźnią to jakiś ich gryps, którego nie rozumie nikt oprócz nich.

Obok Brendana siedzi Eric Finn i dwoma palcami wybija na blacie jakiś rytm. Eric jest wielkim, kołyszącym się misiem. Ma falowane blond włosy, okrągłą, piegowatą twarz, dudniący głos i krzykliwy, prawie ośli śmiech. To jeden z tych gości, którzy na imprezach cały czas się śmieją.

Zawsze uważałam, że to kompletnie niesamowite, że on i Brendan Fear są takimi świetnymi kumplami. Skrajnie się różnią a jednak od początku podstawówki trzymają się razem.

Brendan ma gęste, falowane czarne włosy, bladą skórę i poważny wyraz twarzy. Ma ładny nieśmiały uśmiech, choć trudno go zobaczyć, bo rzadko się uśmiecha i mówi cichym głosem. Lubię jego oczy. Są łagodne, brązowe i ciepłe, otoczone delikatnymi zmarszczkami, a kiedy na kogoś patrzy, ma się wrażenie, że zagląda człowiekowi prosto do mózgu.

Mhm. Macie prawo teraz podejrzewać, że od ósmej klasy potajemnie podkochuję się w Brendanie. Domyśliliście się, prawda?

Ubrany był w czarne dżinsy i czarny T-shirt z kolorowym logo jakiejś gry. Brendan to nasz szkolny geniusz, co nie przeszkadza mu być maniakiem gier komputerowych.

On, Eric i jeszcze kilku jego znajomych spędzają całe godziny przed monitorami. Grają w World of Warcraft, Grand Theft Auto i najróżniejsze gry fantasy czy wyścigi samochodowe. W szkole rozmawiają tylko o tym. Słyszałam też, że Brendan samodzielnie tworzy gry, a teraz pracuje ze znajomymi nad stroną pozwalającą grać online.

Zbliżyłam się do stolika Brendana z kartami pod pachą, ubrana w strój kelnerki w biało-czerwoną szachownicę.

– Ups! – pisnęłam, bo potknęłam się o wyprostowane nogi Kerry’ego i wpadłam na blat.

Genialnie.

Brendan schwycił mnie za ramię i pomógł mi odzyskać równowagę.

– Wszystko w porządku, Rachel? – Świdrował mnie spojrzeniem ciemnych oczu.

Poczułam, że się czerwienię. Podobało mi się, w jaki sposób wypowiedział moje imię.

– Przesunąłbym się, gdybyś powiedziała, że chcesz się dosiąść – rzucił Eric. – Chyba że wolisz moje kolana?

Kerry i Patti zachichotali.

– Kusząca propozycja – zapewniłam go. – Ale znalazłbyś mi inną pracę, gdyby mnie zwolnili?

Uśmiechnął się przebiegle.

– Na pewno coś bym dla ciebie znalazł – zapewnił mnie.

– Daj Rachel spokój – zganiła go Patti. – Nie widzisz, że uwija się jak w ukropie?

– Moglibyśmy pouwijać się gdzieś razem. – Puścił do mnie oko.

Patti dała mu kuksańca w ramię.

– Eric, czy ty mógłbyś być czasem poważny?

– Przecież mówiłem śmiertelnie poważnie!

On i ja dogryzaliśmy sobie od pierwszej klasy szkoły średniej. Eric próbował ze mną flirtować – jak z każdą dziewczyną w zasięgu wzroku. I nikt nigdy nie brał go na poważnie, bo Eric nigdy nie był poważny.

Podałam im karty dań.

– Codziennie po szkole przychodzisz tu do pracy? – zapytał Brendan.

– Tak – potaknęłam. Odgarnęłam dłonią włosy z czoła. Czułam, że zaczynam się pocić i zdawałam sobie sprawę, że nie prezentuję się najlepiej.

– O której kończysz? – zapytał Fear. Patrzył na mnie uważnie.

– O dziesiątej wieczorem.

– Rany. Długi dzień. Kiedy znajdujesz czas na odrabianie zadań domowych?

– Jak się uda. – Wzruszyłam ramionami.

– Co to jest „zadanie domowe”? – zainteresował się Eric. – Dacie spróbować?

– Nie spodobałoby ci się. – Patti pokręciła głową.

Brendan dalej nie spuszczał ze mnie wzroku, jakby coś chodziło mu po głowie.

– Halo? Można rachunek? – Jakaś kobieta ze stolika za mną musnęła mnie w ramię. Nie spodziewałam się tego, wiec podskoczyłam ze strachu.

– Pewnie. Już lecę – obiecałam.

Skrzypnęły drzwi wejściowe i do lokalu weszła kolejna grupka dzieciaków z Shadyside. Robiło się naprawdę tłoczno.

Jeszcze raz spojrzałam na Brendana.

– Wiecie już, co chcielibyście zamówić? – zapytałam.

– Podajecie tu cheeseburgery? – zapytał Eric i obdarzył mnie szerokim, bezczelnym uśmiechem.

Idiotyczny dowcip.

– Pierwsze słyszę – odpowiedziałam. – Muszę zapytać kucharza.

Kerry i Patti zanieśli się śmiechem.

– Za kilka minut wrócę po zamówienie – powiedziałam. Odwróciłam się jeszcze i zauważyłam, że Brendan odprowadza mnie wzrokiem.

Podliczyłam stolik numer cztery i przygotowałam rachunek. Pierwszy musiałam podrzeć i wyrzucić, bo wypisując go, nie mogłam przestać myśleć o Brendanie, i drżały mi dłonie. Niewiele trzeba, żeby wprawić mnie w taki stan.

No co? Te jego spojrzenia bez dwóch zdań były znaczące – taksował mnie wzrokiem.

Rachel, on po prostu chciał ci poprawić samopoczucie po tym, jak prawie usiadłaś mu na kolanach! – pomyślałam.

Czy to możliwe, że tylko sobie wyobraziłam, że patrzył na mnie w szczególny sposób? Bądźmy szczerzy, nie należę do osób o najwyższej samoocenie. To znaczy, okej, nie wyglądam źle. Ale też nie jestem pięknością z okładek. Mam proste blond włosy, które zazwyczaj wiążę w zwykły koński ogon, jasnoniebieskie oczy i przyjemny uśmiech. I chyba trochę krzywy nos. Nieco kanciasty podbródek, którego nienawidzę. Czasem, kiedy mam doła, myślę, że wyglądam jak toporek z oczami.

Ale Beth uważa, że jestem naprawdę ładna. Twierdzi, że przypominam Reese Witherspoon. Ona zawsze potrafi mnie pocieszyć.

Obserwowałam Brendana i jego przyjaciół zatopionych w dyskusji. Nawet Eric miał poważny wyraz twarzy. O czym mogli rozmawiać?

Rozległ się dźwięk dzwonka. Szybkim krokiem podeszłam do lady w kuchni, żeby odebrać kolejne zamówienie. Lefty nachylił się i spojrzał na mnie uważnie. Miał wąską czerwoną twarz i ociekał potem. Nigdy nie rozstawał się z białą czapką z daszkiem założoną tyłem do przodu.

– Hej, Rachel, wszystko okej?

– Duży ruch – wyjaśniłam. – Ale daję radę. Ja...

Lefty nie czekał, co jeszcze mam do powiedzenia. Odwrócił się i podszedł do grilla.

Wróciłam do pracy. Na razie szło mi znośnie, bez większych wtop.

Ruch zdecydowanie zmalał, kiedy Brendan i jego znajomi zaczęli zbierać się do wyjścia. Wstali i ruszyli do drzwi, żegnając mnie uśmiechami i skinieniami głów.

– Powinienem zostawić napiwek? – zapytał Eric.

– Pewnie – potaknęłam.

– No nie wiem... na co go wydasz, na piwo? – Roześmiał się, zachwycony idiotycznym dowcipem.

Zdziwiłam się, bo Brendan puścił ich przodem i poprosił mnie na bok. Znów świdrował mnie wzrokiem, jakby chciał poznać moje myśli.

Może na każdego patrzy tak przenikliwie? Pewnie nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.

Poczułam szybsze bicie serca.

– Smakowało wam? – zapytałam.

– Jeszcze jak! – potaknął. Przestąpił z nogi na nogę. Nagle miałam wrażenie, że jest jakby zakłopotany. – Czyli co... Pracujesz tu codziennie?

– Nie, nie codziennie. To zależy, kto się zgłosi do grafiku. Czasem bywam tu w soboty. Muszę zarobić trochę pieniędzy, żeby pomóc rodzicom. Ostatnio mają trochę ciężej i chciałam... no wiesz... chciałam się dorzucić.

Zbyt dużo informacji, Rachel!

Potaknął i podrapał się po głowie.

– Chodzimy razem na zajęcia z World Government, prawda?

– Mhm – potaknęłam. – Z panią Rigby. Fajna jest. Lubię ją.

– Niektórzy mówią, że niezła z niej laska – powiedział. I uśmiechnął się nieśmiało.

Ktoś rozlał colę na stoliku przy barze. Słyszałam, jak szklanka spada na podłogę i się rozbija. Dzieci zaczęły się śmiać.

– Chciałem cię o coś zapytać – zaczął Brendan. Wsunął dłonie do kieszeni spodni. – W sobotę robię imprezę. To moja osiemnastka...

– O, wszystkiego najlepszego – powiedziałam szybko. Żenada.

– Do mojej rodziny należy ta duża letnia rezydencja na wyspie Fear. Kojarzysz? Jezioro i te sprawy? Przygotowujemy ją na przyjęcie. To będzie całonocna impreza. Chcemy bawić się do samego rana.

Rozległ się dzwonek z kuchni. Kolejne cheeseburgery do podania gościom.

Brendan nachylił się w moją stronę.

– Chciałabyś wpaść?

Najszczęśliwszy dzień w życiu?

– W tę sobotę? – zapytałam. Mój głos zabrzmiał trochę piskliwie.

Potaknął.

– W marinie przy Fear Street o drugiej po południu będzie czekał na gości jacht.

– Pewnie – powiedziałam. – Chętnie. I dzięki za zaproszenie.

– Będzie superimpreza – zapewnił. – Masa zabawy.

Lefty kilka razy z rzędu uderzył w dzwonek.

– Muszę wracać do pracy – mruknęłam.

Brendan potaknął.

– Super. To do zobaczenia w sobotę.

A potem uniósł dłoń i starł palcem kropelkę potu z czubka mojego nosa.

Z wrażenia opadła mi szczęka, on zaś odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.

Cały czas czułam jego dotyk na skórze. Musiałam jednak wrócić do roznoszenia posiłków.

Brendan Fear zaprosił mnie na swoje urodziny.

Podeszłam do baru, ale zanim sięgnęłam po cheeseburgery, ktoś chwycił mnie za nadgarstek i mocno pociągnął.

Usłyszałam szept:

– Rachel! Nie idź tam!


Odwróciłam się i szarpnięciem uwolniłam nadgarstek.

 

– Nie idź tam – powtórzyła Amy.

Zapomniałam, że cały czas była w restauracji. Amy O’Brien to moja najlepsza przyjaciółka od czasu, kiedy w drugiej klasie zgubiłyśmy się w lesie i musiał nas ratować pan Singletary, nasz wychowawca.

Biedny facet. Tamtej nocy przeżył chyba załamanie. Jeszcze kilka tygodni później nie potrafił opanować drżenia. Pewnie myślał, że zjadły nas wilki albo coś.

Zgubić się we dwie osoby w środku nocy w lesie to świetny sposób na rozpoczęcie przyjaźni. Człowiek od razu wie, że ta druga też jest beznadziejną idiotką. W każdym razie od tamtej chwili jesteśmy z Amy BFFs.

Amy jest niska i trochę przy kości, ma grzywę miedzianorudych loków, zielone kocie oczy i idealną cerę, za którą byłabym gotowa zabić. Uwielbia czerwień i często nosi na szyi chustę w tym kolorze, wkłada czerwony top albo kamizelkę. Do tego maluje usta jasnoczerwoną pomadką o barwie wildfire. Jej mama mówi wtedy, że wygląda jak prostytutka. Ale Amy twierdzi, że czerwień to jej znak rozpoznawczy i tyle.

Ponownie chwyciła mnie za nadgarstek i zacisnęła palce.

– Wszystko słyszałam. Rach. Proszę, nie idź tam!

– Amy, muszę zabrać te dania – powiedziałam i sięgnęłam po zamówienia, które czekały na blacie przy kuchni. Przy okazji zauważyłam, że Lefty spogląda na mnie znacząco. Odwróciłam się i ruszyłam z zamówieniem do klientów w boksie numer osiem.

Amy podreptała za mną, przeciskając się przez grupę facetów w niebieskich kombinezonach roboczych, którzy czekali na wolne miejsca.

– Rachel, co mu powiedziałaś? Zgodziłaś się przyjść na tę jego imprezę?

Odstawiłam talerze i ze stojaka dla obsługi podałam klientom keczup i musztardę. Potem spojrzałam na Amy, która czekała w przejściu i niecierpliwie skubała guziki sweterka z czerwonej wełny.

– A coś ty myślała, Amy, co? Oczywiście, że tak!

– No weź! Zgodziłaś się przyjść na nockę w domu rodziny Fear?

– To nie jest nocka, tylko impreza urodzinowa.

– Całonocna impreza urodzinowa, okej?

Westchnęłam.

– Amy. Nie mam teraz czasu. Dzisiaj sama obsługuję całą salę. A potem będę musiała pomóc Lefty’emy zamknąć lokal o dziesiątej wieczorem. Może wpadniesz, jak skończę, co?

– Zjem cheeseburgera i poczekam na ciebie. Musimy pogadać. Nie mogę uwierzyć, że przyjęłaś zaproszenie. – Wróciła na swoje krzesło przy barze i kręcąc głową, wdrapała się na siedzenie.

Wiedziałam, że Amy nie przepada za Brendanem, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Byłam pewna, że i tak w końcu mi powie, dlaczego nie chce, żebym poszła do niego na imprezę. Moja przyjaciółka nie należy do osób, które wolą przemilczeć swoje zdanie. Przyznaję, ma skłonności do oceniania innych. Ale jest przy tym bystra i zazwyczaj ma rację.

Zostało tylko pół godziny do zamknięcia, ale czas wlókł się, jakby te ostatnie trzydzieści minut trwało kilka godzin. W końcu wszyscy zapłacili i wyszli. Zaległa cisza, zakłócana jedynie odgłosami skrobania grilla. Posprzątałam stoły i zaniosłam ostatnie brudne naczynia na zmywak. Wychodząc z restauracji, wyjęłam telefon i sprawdziłam, która godzina. Zbliżało się wpół do jedenastej.

Był chłodny październikowy wieczór. Zimne, orzeźwiające powietrze muskało moją zgrzaną twarz. Odetchnęłam kilka razy głęboko, żeby oczyścić płuca po dusznej restauracji. Znad podłużnych szarych chmur spoglądał na mnie blady półksiężyc.

Amy czekała na mnie na rogu ulicy. Czerwony sweterek zapięła pod samą szyję. Naciągnęła na uszy czerwoną wełnianą czapkę i założyła rękawiczki. Uśmiechnęła się na mój widok.

– Rany. Pewnie padasz ze zmęczenia. Wyglądasz jak przejechany jeż. Albo pies.

– No dalej, śmiało. – Uśmiechnęłam się przekornie. – Dobrze usłyszeć, co naprawdę myślisz.

Ale miała rację. Byłam wyczerpana w ten szczególny, unikalny sposób, kiedy ze zmęczenia bolą cię nawet włosy. Moją skórę pokrywała warstwa zaschniętego potu i czułam unoszący się wokół mnie zapach frytury.

Poprawiłam pasek plecaka na ramieniu. Dziś wieczorem powinnam opracować dwa rozdziały z podręcznika do biologii.

Ale teraz nie mogłam o tym nawet pomarzyć. Nie liczyłam, że Amy ruszy się do domu przed północą.

Przeszłyśmy razem Division Street. Poza spóźnionym kurierem UPS ulica była pusta. Mieszkałam niedaleko restauracji, wystarczyło minąć trzy przecznice. Bolały mnie nogi i miałam zesztywniałe plecy. Nic dziwnego, skoro od czwartej cały czas byłam w ruchu.

Nie narzekaj, Rachel. Tylko w ten jeden wieczór zarobiłaś ponad sto dolców w napiwkach.

Planowałam oddać zdecydowaną większość tych pieniędzy rodzicom. Mieli teraz naprawdę ciężko. W zeszłym roku tata został zwolniony z dużej firmy inwestycyjnej, gdzie był dyrektorem. Długo szukał nowej pracy. Zahaczył się dopiero w Walmarcie w Waynesbridge, gdzie jest menedżerem zmiany.

Z kolei mama jeszcze nie wróciła do zdrowia po ciężkiej boreliozie. Od trzech miesięcy nie wychodzi z domu, a mimo to cały czas jest słaba i wyczerpana.

Mocny powiew wiatru pchnął nas w tył, kiedy przechodziłyśmy przez ulicę Front Street, a wokół naszych stóp zawirowały uschnięte liście.

– Czekam – westchnęłam. – Walnij mi wykład, dlaczego według ciebie nie powinnam iść na imprezę u Brendana, mimo że ma być epicka.

– Epicka? – Amy prychnęła głośno. – Szukałaś w sieci słowa geek? Jak wpiszesz je w Google, będziesz mogła poczytać o Brendanie.

– Moim zdaniem on jest... niezły. Serio.

Amy zamrugała z wrażenia.

– Niezły? Przecież ten gość to jakiś dziwak! On i ten głupkowaty Eric Finn cały czas tylko siedzą i grają w gry.

Potrząsnęłam głową.

– Amy, ty po prostu tego nie łapiesz. Czy w ogóle zauważyłaś, że jest już dwudziesty pierwszy wiek? No wiesz, geeki rządzą.

– Ale Rachel...

– Brendan nie tylko gra w gry, ale sam je tworzy. Słyszałaś, że pisze do nich oprogramowanie? Samodzielnie! To jakiś geniusz. Poza tym... nie podoba ci się, jak mruży oczy, kiedy się uśmiecha?

– Zapomnij o jego oczach – zaprotestowała Amy i poprawiła czapkę. – O czym my tu w ogóle mówimy, co? Nie obchodzi mnie, czy uważasz go za ciacho, czy nie. Nosi nazwisko Fear.

Strząsnęłam liść, który zaplątał mi się we włosy i zasłoniłam oczy, bo oślepił mnie przejeżdżający samochód.

– Nie, no po prostu nie wierzę, że wyciągasz teraz te bzdury o rodzinie Fearów. Skąd to nagłe zainteresowanie bajkami?

– To nie są żadne bajki, Rach. – W jej zielonych oczach pojawił się błysk. – Na ich rodzinie ciąży klątwa!

Wybuchnęłam śmiechem i zepchnęłam ją z chodnika.

– A w wampiry też wierzysz? Uważaj! W tym aucie jechały dwa zombiaki!

– Ale jesteś zabawna, Rachel, normalnie nie mogę. W naszym mieście wszyscy wiedzą o rodzinie Fearów. I każdy ci powie, że te historie są prawdziwe. A ulica, która została nazwana ich nazwiskiem... Fear Street... oni tam mieszkali. Musiałaś słyszeć o tych wszystkich strasznych rzeczach, które się tam zdarzyły.

– No pewnie, wszyscy przecież znają te legendy – jęknęłam, przewracając oczyma.

Amy postawiła kołnierz.

– Słuchaj, Rach. Wśród przodków Brendana Feara były wiedźmy i czarownicy. Władali złymi mocami.

Znów się roześmiałam.

– Amy, weź trochę wyluzuj. Naprawdę nie podejrzewam, żeby Brendan Fear był wiedźmą.

Dziewczyna wydęła pomalowane czerwoną szminką usta.

– Możesz się ze mnie nabijać, proszę bardzo. Ja tylko chcę być dobrą przyjaciółką. Myślisz, że jestem głupia, co? Tak myślisz, prawda? Śmiało. Powiedz to głośno. Nazwij mnie wariatką.

– Nie, wcale nie uważam, żebyś była wariatką – zapewniłam ją. – Tylko...

– Zapomniałaś już te wszystkie straszne historie o rodzinie Fearów, których słuchaliśmy w szkole? – przerwała mi, kiedy przechodziłyśmy przez ulicę. Byłam już blisko domu. – Nie mów, że zapomniałaś! Przecież to było w szóstej klasie!

– Amy, pan Gruder opowiadał je nam z okazji Halloween! Chciał nas nastraszyć!

– No i super, mnie nastraszył. I wiesz co? Ja mu wierzę.

Nie wiedziałam, jak to skomentować. Naprawdę chciałam, żeby dała już spokój. Znałam jej miłość do powieści fantasy i pamiętałam, że zawsze zaciągała mnie do kina na horrory. Ale do głowy by mi nie przyszło, że naprawdę w to wierzy!

W naszym mieście wszyscy znają straszne opowieści o rodzinie Fearów. Ale one dotyczą bardzo zamierzchłych czasów. Rany, przecież ojciec Brendana jest bankierem i inwestorem, a nie jakimś złym czarodziejem! Ma miliardy dolarów czy jakoś tak.

Zbudował sobie potężną rezydencję z kamienia. Wygląda mega, ma okna od ziemi do samego dachu i do tego fontanny i wodospady dookoła. Jego dom szybko stał się atrakcją turystyczną, a ludzie potrafią jechać tu wiele mil, żeby zaparkować przed fasadą i strzelić fotkę.

Księżyc skrył się za chmurami, kiedy znalazłyśmy się po drugiej stronie ulicy. Pochłonęła nas ciemność. Poczułam ciarki na plecach.

– Serio uważam, że przesadzasz z rodziną Fearów, Amy. Brendan jest nieśmiały, raczej zamknięty w sobie i naprawdę lubi gry komputerowe. Nie ma powodu...

– Mam złe przeczucia – przerwała mi. – Mam bardzo złe przeczucia, Rach, jeśli chodzi o tę imprezę. Naprawdę chcesz sama jak palec spędzić całą noc na wyspie z Brendanem Fearem i jego niedorozwiniętymi kumplami?

Wzruszyłam ramionami.

– Naprawdę. Co takiego może się stać?

Tym razem to Amy wzruszyła ramionami.

– Dobra, zmieńmy temat. Czy ty i Mac w końcu zerwaliście?

Westchnęłam ciężko. Na samą myśl o Macu Garlandzie poczułam ucisk w żołądku. Całymi tygodniami byłam przekonana, że mi na nim zależy. A teraz? Teraz ogarnia mnie przerażenie, kiedy ktoś wypowiada jego imię...

– Ja... wyraźnie mu to zasugerowałam.

Amy zmarszczyła brwi.

– Zasugerowałaś mu? Niby jak?

– No wiesz... zmieniłam na Facebooku status z „w związku” na „to skomplikowane”.

– Subtelnie!

– I nie odbieram, jak dzwoni, ani nie odpisuję mu na esemesy.

Wyciągnęła ramię i zmusiła mnie, żebym się zatrzymała.

– Okej, ale nie powiedziałaś mu tego wprost? Nie powiedziałaś mu wyraźnie: „Słuchaj, Mac, nie chcę z tobą chodzić”?

– No...

– Nie powiedziałaś mu, żeby spadał? Zrywał się? Nie życzyłaś mu udanego życia? Albo samobójstwa?

– Że co?! Oczywiście, że nie! – oburzyłam się. – Matko, Amy, ale jesteś dzisiaj agresywna!

– Musisz mu powiedzieć – oznajmiła. – Nie możesz wiecznie przed nim uciekać.

Potrząsnęłam przecząco głową.

– W zasadzie to nawet próbowałam, ale on... zmienił się tak, że się przestraszyłam. Zaczął walić pięścią w ścianę i przeklinał pod nosem. Naprawdę... naprawdę się bałam, że zrobi mi krzywdę.

– Mac to creep. Wiem, że już cię o to pytałam, ale przypomnij mi, proszę, dlaczego w ogóle zaczęłaś się z nim spotykać?

Wzruszyłam ramionami.

– Bo mnie o to poprosił?

Amy pokręciła głową.

– Podobała ci się wizja chodzenia z bad boyem. Łobuz kocha najmocniej, co?

– Może tak. Może byłam znudzona? Przyznaję się bez bicia.

– Nie przejmuj się. Po Johnnym Gruenie nie mogę ci niczego wyrzucać.

– Czekaj, teraz chcesz pojeździć po Johnnym?

– Gość jest zbyt nudny, żeby w ogóle o nim rozmawiać.

Roześmiałam się.

– To, że zbiera monety, nie czyni go nudziarzem.

– Masz rację, zbieranie monet nie czyni go nudziarzem. Mówienie o tym bez przerwy już tak. – Amy zmarszczyła czoło. – Czy my przypadkiem nie rozmawiałyśmy o Macu? To jak, serio tak bardzo się boisz, że nie chcesz mu powiedzieć, że z nim zrywasz?

– Może trochę... Znasz go. Kiedy się zdenerwuje... czasem traci nad sobą kontrolę.

Amy przewróciła oczyma.

– Nie zerwę z nim przecież za ciebie. Myślę...

Nie dałam jej skończyć, bo chwyciłam ją gwałtownie za ramię i krzyknęłam.

– Patrz! – zawołałam i wyciągnęłam rękę.

Amy przez chwilę wpatrywała się w ciemność.

– O co chodzi? Coś jest nie tak?

– Mój dom. Drzwi wejściowe. Amy, coś jest bardzo nie tak. Drzwi wejściowe są... otwarte!