Ulica Strachu. Dziewczyna znikąd

Tekst
Z serii: Ulica Strachu #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

PROLOG. SHADYSIDE 1950

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

CZĘŚĆ PIERWSZA. CZASY WSPÓŁCZESNE

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

CZĘŚĆ DRUGA. SHADYSIDE 1950

Rozdział 17

Rozdział 18

CZĘŚĆ TRZECIA. CZASY WSPÓŁCZESNE

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

CZĘŚĆ CZWARTA. CZASY WSPÓŁCZESNE

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Inne książki R.L. Stine’a

O autorze

Tytuł oryginału THE LOST GIRL

The Lost Girl

Text Copyright © 2015 by Parachute Publishing, LLC

Published by arrangement with St. Martin’s Publishing Group.

All rights reserved.

Copyright © 2021 for the Polish translation by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt okładki, skład i łamanie

Andrzej Komendziński

Zdjęcie na okładce

Kseniya Ivashkevich / Shutterstock

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8265-010-5

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24

61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Karen Feldgus.

Strzeż się głodnych koni.



Z tamtego popołudnia najlepiej zapamiętałam niebo jarzące się szkarłatem i żółcią, zupełnie jakby nieboskłon rozbłysnął specjalnie na nasze rodzinne święto. Refleksy słońca migotały na dwudniowym śniegu, który wyglądał jak usypany przy krawężniku stos diamentów.

Pamiętam chyba wszystko, co dotyczy tamtego dnia.

Wracałam do domu, biegnąc po topniejącym na chodnikach śniegu z mojej weekendowej pracy w pralni Clean Bee. Zapach krochmalu oraz środków chemicznych do prania na sucho nadal utrzymywał się na moim ubraniu i skórze. Pamiętam krew pulsującą mi w skroniach oraz uczucie, że wystarczy unieść wysoko ramiona, żeby oderwać się od zatłoczonych chodników Old Village i poszybować bez wysiłku ku mieniącym się na niebie barwom.

Jestem bardzo wrażliwa na kolory i światło. Srebrzysty blask księżyca ma nade mną szczególną władzę. Jasność słońca tchnie we mnie życie. Czasami wręcz fizycznie czuję, że przepływają przeze mnie ładunki elektryczne.

To miał być niezwykle szczęśliwy dzień dla rodziny Palmierich.

W moich wspomnieniach dziadkowie, Mary i Mario, stanowili tak idealnie dobraną parę, że nawet ich imiona brzmiały niemal identycznie. Przybyli do Stanów Zjednoczonych z Włoch, kiedy mieli dwadzieścia kilka lat, i aż do późnego wieku ciężko pracowali, żeby zacząć tu nowe życie oraz zapewnić rozwój rodzinie.

Jaka szkoda, że nie dożyli dnia, w którym mój ojciec, Angelo Palmieri – ich najstarszy syn – osiągnął największy sukces. Zaczynał jako chłopiec stajenny, a teraz został właścicielem stadniny i szkoły jeździeckiej. Wszyscy byliśmy z niego niezmiernie dumni.

Moim rodzicom od kilku tygodni towarzyszył radosny nastrój. Często przyłapywałam ich, kiedy chichotali i porozumiewawczo kiwali do siebie głowami z szerokimi uśmiechami na zwykle poważnych twarzach.

– Z czego tak się śmiejecie? – zapytałam.

– Po prostu jesteśmy szczęśliwi, Beth – odparł tata. – Termin otwarcia stajni jest coraz bliżej. Dlaczego mielibyśmy się nie cieszyć?

Trudno opisać, jak miło było widzieć ich takich radosnych i pełnych optymizmu. Nasze życie nie należało do najłatwiejszych. Rodzina Dooleyów nigdy nie okazywała szczodrości mojemu ojcu. Byli właścicielami Rancza Braci Dooleyów, wielkiej stadniny w North Hills.

Mając kilkanaście lat, tata pracował tam jako chłopiec stajenny. Wrócił do pracy przy koniach po dwóch latach nauki w państwowym college’u. Wspinał się po szczeblach kariery aż do stanowiska zastępcy kierownika. Dooleyowie jednak rządzili tym miejscem, jakby byli królami, on zaś – ich sługą.

Nie pozwalali mu zapomnieć, że zaczynał od przerzucania obornika łopatą. Martin Dooley, właściciel stadniny, na każdym kroku przypominał tacie, że powinien być mu wdzięczny, bo byłby nikim, gdyby nie hojność Dooleyów.

Z tej przyczyny dzisiejszy dzień – dzień otwarcia Stajni Palmierich – był tym bardziej ekscytujący. Symbolizował zwycięstwo, sukces, co więcej, triumf nad Dooleyami.

 

– Tato, czy to znaczy, że będziemy bogaci? – zapytałam przy kolacji w ubiegłym tygodniu.

Wyobrażałam sobie nowe swetry w szufladzie komody. Może nawet jeden z tych uroczych, przenośnych gramofonów. Możliwe, że nie musiałabym już pracować po szkole w pralni chemicznej.

Mama postawiła na stole salaterkę.

– Beth, masz szesnaście lat – powiedziała. – Powinnaś już wiedzieć, że nie zadaje się takich pytań.

Teatralnie przewróciłam oczami i wysunęłam szczękę.

– Czyżby?

Od tygodnia nie dogadywałyśmy się z mamą. Zabroniła mi pójść na szkolną potańcówkę oraz koncert Patti Page w Shadyside Pavilion tylko dlatego, że dostałam dwóję z testu z geometrii.

Przecież każdy wie, że dziewczyny nie są zbyt dobre z matmy. Dlaczego mama oczekuje, że będę wyjątkiem?

– Chcę wyjść za mąż i zajmować się domem tak jak ty, mamo – powiedziałam. – Nie potrzebuję do tego geometrii.

Mama zmarszczyła brwi. Jej ciemne oczy znieruchomiały, jakby strzelały laserami niczym Flash Gordon prosto w mój mózg.

– Beth, nie potrzebujesz geometrii, żeby zajmować się domem – powiedziała cicho. – Ale musisz być mądra.

Auć.

Pod wpływem impulsu miałam ochotę sprawić, żeby talerz mamy uniósł się i roztrzaskał na suficie nad jej głową.

Ale rodzice nie wiedzą o moich mocach – nazywam je trikami. Są moim małym sekretem. Zamierzam je dalej ukrywać, bo mama i tata już i tak uważają, że sprawiam zbyt wiele kłopotów.

Tata poderwał się z krzesła i włączył radio.

Nie lubi, kiedy urządzamy z mamą sceny.

– Dzisiaj ma przemawiać prezydent Truman – powiedział. – Wiedziałyście, że zaczynał jako farmer?

– Nie, tato – odparłam sarkastycznie. – Nigdy nam o tym nie mówiłeś. No, może jedynie jakieś tysiąc razy. O tym, jak to farmer został prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Mama wstała, złożyła serwetkę i zaczęła zbierać ze stołu naczynia.

– Angelo, czyżbyś zamierzał pierwszy pokonać drogę od chłopca stajennego do prezydenta?

Kiedy tata się śmieje, jego czarny wąs podryguje w górę i w dół.

– Tylko pod warunkiem, że pozwolą mi przyprowadzić moje konie – powiedział.

Jego uśmiech odbijał się w otoczonej żółtą łuną tarczy masywnego radia Philco – urządzenia, które było przedmiotem jego szczególnej dumy.

To się działo tydzień wcześniej. Obecnie znowu byłyśmy z mamą na przyjacielskiej stopie.

Kiedy idziemy ramię w ramię ulicą, wiele osób twierdzi, że wyglądamy jak siostry. Obie jesteśmy szczupłe, mamy mniej więcej metr osiemdziesiąt sześć centymetrów wzrostu, ciemne poważne oczy i czarne proste włosy. Uważam, że to komplement, kiedy ludzie mówią, że wyglądamy podobnie, bo moim zdaniem ona jest ładniejsza ode mnie. Moje usta są niesymetryczne i zbyt pełne, a podbródek wydaje się za mały.

Tak czy siak, mama przestała zawracać mi głowę i znowu się kumplujemy.

Dla rodziny Palmierich zaś jest to wielki dzień. Dzień otwarcia.

Śnieg został zgarnięty ze ścieżek i przejść. Stajnie pokrywa świeża warstwa farby, boksy wyścielono słomą, a worki owsa piętrzą się, czekając na pierwszych czworonożnych przybyszy. Tata powiedział, że gazeta pewnie przyśle reportera, bo to pierwsze otwarcie stadniny w Shadyside, odkąd Dooleyowie założyli swoją przed niemal czterdziestu laty.

Szalik powiewał za mną, kiedy galopem niczym koń wyścigowy pędziłam ulicą między ludźmi. Pomimo zimowego chłodu miałam rozpięty płaszcz. Z moich ust buchały obłoczki pary, serce waliło mi mocno, wyrywało się w kierunku domu.

Wiedziałam, że rodzice na mnie czekali. Tata pożyczył od pana Shawa, sąsiada z naszej ulicy, samochód kombi, żeby nas zawieźć do stajni.

Wysoki, chudy pies przywiązany do latarni obszczekał mnie, kiedy go minęłam. Niemal potknęłam się o dwóch chłopców w kraciastych kombinezonach, którzy ciągnęli za sobą sanki Flexible Flyer.

Skręciłam na rogu w Village Road – z moich ust wyrwał się ostry krzyk, kiedy czyjeś dłonie chwyciły mnie w pasie. Podeszwy moich butów ślizgnęły się na rozdeptanym śniegu. Dłonie jednak trzymały mocno i powstrzymały mnie przed upadkiem.

– Hej...! – Obróciłam się w miejscu i nabrałam gwałtownie powietrza do płuc. – Aaron! Puszczaj!

Zaskoczone serce wciąż waliło mi jak młotem, kiedy zamrugałam oślepiona słońcem i popatrzyłam na drwiąco uśmiechniętą twarz Aarona Dooleya. Miał na głowie czerwono-niebieską wełnianą czapkę, która zasłaniała jego długie, zmierzwione, czarne włosy. Pomimo zimna jego twarz była biała jak pianki marshmallow – jakby był wampirem, który nigdy nie wychodził na słońce. Jego błękitne oczy lśniły niczym szklane kulki zatopione w lodzie.

Nie lubiłam Aarona Dooleya. Prawdę mówiąc, nie znosiłam go.

To jednak nie powstrzymywało go przed uganianiem się za mną. Już kilkanaście razy powtarzałam mu, że nie jestem nim zainteresowana. On jednak w swojej próżności i zarozumialstwie sądził, że po prostu zgrywam przed nim niedotykalską i nieprzystępną.

Chodziliśmy razem na wiele zajęć w Shadyside High. Aaron gapił się na mnie z drugiego końca klasy, cmokał głośno i rozciągał wąskie wargi w uśmiechu, który chyba miał zmiękczyć moje serce. Jednak raczej przyprawiał mnie o mdłości.

Próbowałam mu się wyrwać, ale jego dłonie w rękawiczkach wdarły się pod mój rozpięty płaszcz i zacisnęły na talii.

– Aaron, puść mnie – warknęłam. – Zabieraj łapy! Śpieszę się.

W lodowato błękitnych oczach zapaliło się pożądanie. Aaron zacisnął mocniej palce i pociągnął mnie pod ścianę bloku mieszkalnego.

– Męczą mnie te twoje gierki – powiedział.

Zawsze mówił szorstkim, niskim głosem. Zdaje się, że starał się naśladować Johna Wayne’a w jego filmowych kreacjach.

– To nie są gierki, Aaron – odparłam. – Powiedziałam ci już wiele razy, żebyś zostawił mnie w spokoju. – Znowu próbowałam się wyrwać, ale nie mogłam się od niego uwolnić. – Więc odpuść. Naprawdę się śpieszę.

Przyciągnął mnie do siebie i przywarł zimnym policzkiem do mojego policzka.

– Musisz dać mi szansę, Beth.

– Nie – powiedziałam. Dotyk jego skóry sprawił, że żołądek podszedł mi do gardła. – Puść mnie. Odejdź. Mówię serio. Nie jestem zainteresowana...

Przerażający ryk wydarł mu się z gardła. Jego blada twarz pociemniała, stała się czerwona, a wargi napięły się, odsłaniając zęby niczym u wściekłego zwierzęcia.

– Nie odejdę! – krzyknął przez zaciśnięte zęby.

Pchnął mnie, aż straciłam równowagę. Zachwiałam się. Bezceremonialnie chwycił mnie znowu za ramiona i pociągnął do siebie.

– Aaron... – Zabrakło mi tchu. – Nie...!

Powlókł mnie w głęboki cień małego skweru między dwoma budynkami. Był to raczej zasypany śniegiem pusty plac z dwoma wysokimi drzewami przy ulicy.

Śnieg w tym miejscu utworzył zlodowaciałą skorupę, a moje buty ślizgały się po niej, kiedy Aaron ciągnął mnie za szeroki pień drzewa. Ciężko oddychał, świszczał, a wydmuchiwane powietrze układało się w obłoki pary przed jego błyszczącymi, błękitnymi oczami. Miał minę szaleńca – kompletnie stracił nad sobą kontrolę.

– Musisz dać mi szansę. Musisz – mamrotał, dysząc gorącym oddechem prosto w moje ucho.

A potem przycisnął swoją twarz do mojej. Jego wargi poruszały się niecierpliwie, dopóki nie znalazły moich ust. Przycisnął je mocniej i poczułam jego zęby.

Odchyliłam głowę, ale przytrzymał ją i przywarł z całej siły ustami, zmuszając mnie, żebym go pocałowała. Po chwili odepchnął mnie brutalnie. Straciłam równowagę, poślizgnęłam się i upadłam na wznak na zlodowaciałą, twardą ziemię.

Nie zdążyłam się ruszyć, a Aaron już znalazł się na mnie. Przytrzymał mi ręce i usiadł na mnie okrakiem. Pochylił się i zaczął gwałtownie całować mnie po policzkach.

– Nie! Proszę! – krzyknęłam. – Aaron... zejdź ze mnie! Złaź!


Nie przestał. Siedział dalej na mnie i przyciskał moje ręce do ziemi. Jego gorące usta uparcie błądziły po mojej twarzy.

Wiedziałam, że nie jestem wystarczająco silna, żeby go strącić.

Wiedziałam, że muszę działać. Nie miałam wyboru. Musiałam użyć moich mocy. Zamknęłam oczy. Skoncentrowałam się. Wypowiedziałam w myślach słowa. Powtórzyłam je cicho.

Po kilku sekundach gniewne, desperackie pocałunki Aarona nagle się skończyły. Uniosłam powieki. Patrzyłam, jak siada gwałtownie z oczami rozszerzonymi zdziwieniem. Oraz paniką.

Puścił moje ramiona i uniósł ręce do swojego gardła.

Z jego ust wydobył się przyprawiający o mdłości, zdławiony odgłos. Zaczął zwierzęco skomleć ze ściśniętą krtanią, kiedy zorientował się, że nie może złapać oddechu. Oczy wyszły mu z orbit. Jego twarz pociemniała i nabrała koloru głębokiego szkarłatu.

– Ojej, Aaron – powiedziałam. – Zdaje się, że połknąłeś własny język. Jak to się mogło stać?

Ześlizgnął się ze mnie. Dźwignął się na kolana. Wściekle uderzał dłońmi w szyję. Wydawał ohydny świszczący odgłos, walcząc o haust powietrza. Jego oczy patrzyły na mnie prosząco. Błagały, żebym jakoś mu pomogła.

Jednak mnie ten moment sprawiał zbyt dużą przyjemność, bym miała położyć mu kres.

– Zasłużyłeś na to – rzekłam. – Wiesz, że zasłużyłeś. – Wstałam i górując nad nim, obserwowałam, jak jego twarz sinieje. Słuchałam, jak Aaron piszczy i się dławi. Bezradnie machał rękami, jęczał i skrzeczał głośno żabim głosem. Widziałam jego spuchnięty, różowy język wywinięty w otwartych ustach. – Biedaczek – powiedziałam z udawanym współczuciem. – To musi być okropne uczucie. W ogóle nie możesz złapać tchu, prawda?

Pokręcił głową. Jego ciałem wstrząsnęły drgawki. Zerwał z dłoni rękawiczkę i wsunął palce do otwartych szeroko ust, starając się wyciągnąć język z gardła. Ten był jednak zaklinowany głęboko i blokował tchawicę.

Aaron słabł. Świszczenie dochodziło coraz rzadziej. Skóra chłopaka stała się niemal tak sina jak niebo. Uniósł do mnie w błagalnym geście obie dłonie.

– Dobrze, dobrze – powiedziałam. – Chcesz, żebym wyciągnęła ci język z gardła?

Pokiwał głową, a potem zwiesił ją na pierś. Kończyło mu się powietrze w płucach.

– Unieś rękę – rozkazałam. – Unieś prawą rękę i przysięgnij, że już nigdy więcej mnie nie dotkniesz.

Czekałam kilka sekund. W końcu znalazł w sobie dosyć siły, żeby unieść dłoń. Stęknął. Gałki oczne wywróciły mu się i skierowały w głąb czaszki.

Czyżbym zwlekała za długo?

Pochyliłam się, wsunęłam palce do jego ust i pociągnęłam język z powrotem na swoje miejsce.

Aaron ani drgnął. Czekałam. Dopiero po kilku sekundach jego pierś gwałtownie się uniosła. Otworzył oczy i kilka razy głośno zaciągnął się powietrzem. Jego twarz wolno odzyskiwała normalny kolor. Patrzył nieruchomo przed siebie, na pień drzewa. Gwałtownie zamrugał, starając się skupić wzrok. Cały czas pocierał szyję.

Stałam nad nim, zapinając płaszcz i napawając się strachem widocznym w jego oczach.

Tak, Aaron Dooley, bratanek wielkiego Martina Dooleya, bał się mnie. Chciało mi się śmiać, ale wciąż czułam zbyt wielki gniew, żeby pozwolić sobie na wesołość.

W końcu zaczął normalnie oddychać. Wciąż klęcząc na ziemi, uniósł wzrok do mojej twarzy i zrobił wściekłą minę.

– Wiedźma! – szepnął, wygrażając mi palcem. – Wiedźma! Jesteś wiedźmą!

Już dłużej nie mogłam się powstrzymywać. Odchyliłam głowę i wybuchnęłam śmiechem. Pewnie właśnie tak robią wiedźmy. Odwróciłam się tak zamaszyście, że obsypałam go śniegiem, i ruszyłam do domu.


Wpadłam do mieszkania w ostatniej chwili przed wyjściem z resztą rodziny na uroczyste otwarcie stajni. Moi rodzice i kuzynostwo już mieli na sobie płaszcze i czekali gotowi przy drzwiach.

Mama popatrzyła na mnie, a potem wymownie zerknęła na zegarek.

– Beth, jak mogłaś się spóźnić akurat dzisiaj, w dniu tak ważnym dla twojego ojca? – zapytała.

– Chcesz wiedzieć, dlaczego się spóźniłam?! Już byłam blisko domu, ale Aaron Dooley mnie złapał i nie chciał puścić. Zaciągnął mnie na pusty plac, przygniótł do ziemi i mnie napastował. Ale użyłam jednego z moich trików. Zmusiłam go, żeby połknął swój język. Myślę, że od tej pory Aaron będzie się zachowywał po ludzku. Lecz to właśnie z jego przyczyny się spóźniłam.

 

Czy powiedziałam to matce?

Oczywiście, że nie.

Po pierwsze, rodzice nie mają pojęcia o moich trikach. A po drugie, dlaczego miałabym psuć im wielki dzień? To było największe święto w naszej rodzinie. Gdybym powiedziała im o ataku Aarona, tata wpadłby w szał, wymachiwałby pięściami, mama zaczęłaby płakać i cały dzień byłby do kitu.

Tak więc... trzymałam język za zębami. Wzruszyłam ramionami i powiedziałam:

– Przepraszam. Kazali mi dłużej zostać w pralni. Całą drogę biegłam.

Mama zdawała się usatysfakcjonowana tym wytłumaczeniem. Podeszła do lustra i poprawiła głowę lisa w etoli, którą owinęła szyję.

Uściskałam moje kuzynostwo, Davida i Marianę. Peter, ich czteroletni synek, ukrył się za mamą, objął rękami jej nogi i nie chciał się ze mną przywitać. Jest bardzo nieśmiały.

– A gdzie ciocia Hannah? – zapytałam.

– Zabierzemy ją po drodze – powiedział tata.

Włożył na łysiejącą głowę beżową fedorę, która musiała być nowym zakupem, bo nigdy przedtem jej nie widziałam. Miała wetknięte za szarfę czerwono-żółte piórko oraz o wiele szersze rondo niż inne kapelusze, które tata zwykle nosił. Ładnie.

Tata włożył swój jedyny garnitur – czarny i błyszczący, nieco zbyt błyszczący, jednorzędowy z szerokimi klapami. Zawsze mu powtarzałam, że wygląda w nim jak filmowy gangster. No wiesz, Al Capone czy ktoś w tym rodzaju. Tacie chyba się podobało to porównanie.

Mama też się wystroiła – w satynową czerwoną suknię, którą nosi na przyjęcia i chrzciny, a także na Boże Narodzenie. Wyglądała bardzo ładnie z upiętymi wysoko czarnymi włosami, które przytrzymywała w miejscu opaska ze sztucznymi diamencikami.

Dzień był szczególny i wszyscy o tym wiedzieli. Mówiliśmy jedno przez drugie, wsiadając do kombi pana Shawa.

– To prawie nowiutki wóz – powiedział tata, sadowiąc się w swoim obszernym płaszczu za kierownicą. – Model z tysiąc dziewięćset czterdziestego ósmego roku. – Zachwalał samochód tak, jakby był jego właścicielem. – Packard Commodore. Bardzo pojemny.

Usiadłam między mamą i tatą na przednim siedzeniu i ruszyliśmy w krótką drogę. Stadnina znajduje się przy River Road, na łagodnym wzgórzu nad rzeką Conononką, mniej więcej piętnaście minut od domu.

Na tylnym siedzeniu kuzyn David parskał jak koń, starając się rozśmieszyć Petera. Ten jednak był naburmuszony jak zwykle i nie dał się porwać świątecznemu nastrojowi tego dnia.

– Bądź cicho – warknął na swojego ojca.

– Pozwalasz mu zwracać się do siebie w taki sposób? – zdziwił się tata.

Tata wierzy, że wszyscy rodzice powinni być surowi. Sam jednak nie należy do najtwardszych.

– Wujkowi Angelowi nie podoba się, że zwracasz się do mnie w taki sposób – David napomniał syna.

– Bądź cicho – odparł Peter.

David znowu zarżał.

– Wiesz, co zrobię? Ja też kupię konia i dam mu na imię Peter.

– Nie! – zaprotestował Peter.

– Dlaczego? – podpuszczał go David. – Będziemy mieli dwóch Peterów: chłopca i konia.

– Nie! Nie pozwalam! – jęczał Peter.

David nie przestawał droczyć się z chłopcem.

– Kupimy konia, a wujek Angelo będzie go dla nas trzymał w stajni za darmo, prawda Angelo?

Tata udał, że się krztusi. Skręcił długim samochodem w River Road.

– Będę go trzymać za darmo, David, lecz wpierw musiałbym stanąć na czworakach i wygrać Kentucky Derby.

Wszyscy uznali, że to było całkiem zabawne.

Patrzyłam przez przednią szybę i starałam się wykrzesać z siebie radosny nastrój. Nie mogłam jednak przestać myśleć o Aaronie Dooleyu. Co też mu strzeliło do głowy? Naprawdę sądził, że może mnie zdobyć, ciągnąc przemocą w odludne miejsce i rzucając się na mnie w taki sposób?

Hm. Zachował się jak nieokrzesany troglodyta.

Takie myśli krążyły mi po głowie. Czy Aaron kompletnie stracił panowanie nad sobą? Do czego by się posunął, gdybym nie użyła jednego z moich trików?

Czy powinnam się czuć zagrożona? Czy Aaron Dooley jest niebezpiecznym człowiekiem?

Koła ciężkiego kombi chrzęściły na długiej żwirowej drodze prowadzącej do stajni. Zobaczyłam flagę łopoczącą na maszcie przed budynkami. Czerwono-biało-niebieskie chorągiewki były udrapowane nad głównym wejściem do stajni.

Już zebrał się tłum ludzi. Dwoje dzieci w niebieskich zimowych kombinezonach tarzało się w śniegu. Fotograf w długim szarym prochowcu wycelował w ich kierunku obiektyw pudełkowego aparatu.

Rozpoznałam sześciu albo siedmiu moich kuzynów. Stali zbici w gromadkę niedaleko wejścia, uderzając o siebie dłońmi w rękawiczkach, żeby rozgrzać palce. Zobaczyłam też kilkoro nauczycieli z gimnazjum, w którym mama kiedyś pracowała jako bibliotekarka.

Ojciec zatrzymał samochód na końcu żwirowego podjazdu i wysypaliśmy się na zewnątrz. Tłum zaczął wiwatować, więc tata uniósł na powitanie kapelusz i ukłonił się lekko. Biły od niego duma i szczęście.

Ciesz się tym świętem, Beth – napominałam się w myślach. – Oczyść umysł. Przestań rozmyślać o Aaronie.

Udało mi się to zrobić podczas krótkiej, ale radosnej ceremonii otwarcia. A także podczas przemowy ojca, kiedy podziękował wszystkim za przybycie oraz wyraził wdzięczność wobec tych, którzy mu pomogli osiągnąć ten wspaniały cel.

Kiedy dziękował mamie, zobaczyłam, że w jej oczach zakręciły się łzy. Otarła je szybko palcem w rękawiczce, z drżącym uśmiechem na ustach. Mama nie pozwoliłaby sobie na to, żeby widziano jej emocje. Na końcu wszyscy poczęstowaliśmy się szampanem albo gazowanym cydrem i wznieśliśmy toast za nową stadninę.

Nareszcie byłam w stanie się wyluzować, cieszyć się uroczystością, rozmawiać z gośćmi i nie zawracać sobie głowy Aaronem Dooleyem.

Przynajmniej do czasu, gdy przybył stryj Aarona, Martin Dooley, i nasz szczęśliwy dzień zmienił się w horror.