Najlepsze opowiadaniaTekst

Z serii: Artefakty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Nie wspominając o Laffertym – Przedmowa dość osobista, Neil Gaiman

Nudna wtorkowa noc – Przedmowa, Michael Dirda

Wąska dolina – Przedmowa, Michael Swanwick

Ani wysp z wapienia – Przedmowa, Michael Bishop

Królowa międzymiastowa – Przedmowa, Terry Bisson

Tak oto się krzyżuje szyki Karolowi Wielkiemu – Przedmowa, Jack Dann

Na naszej ulicy – Przedmowa, Neil Gaiman

Podróż w blaszanej puszce – Przedmowa, Neil Gaiman

Dziewięćset babć – Przedmowa, Patton Oswalt

10  Kraj wielkich koni – Przedmowa, Harlan Ellison

11  Matka Euremy – Przedmowa, Robert Silverberg

12  Selenowe duchy lat 70. XIX wieku – Przedmowa, Kelly Robson

13  Szkoła podstawowa u camiroich – Przedmowa, Samuel R. Delany

14  Ciąg dalszy na następnym kamieniu – Przedmowa, Nancy Kress

15  Niebo – Przedmowa, Gwenda Bond

16  Urwiska, które się śmieją – Przedmowa, Gregory Feeley

17  Siedem strasznych dni – Przedmowa, Connie Willis

18  Boomer flats – Przedmowa, Cat Rambo

19  Dawno zapomniana stopa – Przedmowa, John Scalzi

20  Świat jako wola i tapeta – Przedmowa, Samuel R. Delany

21  Dziwopalce – Przedmowa, Andrew Ferguson

22  Planeta złodziejskich misiów – Przedmowa, Jeff Vandermeer

23  Dni trawiaste, dni słomiane – Przedmowa, Gary K. Wolfe

Tytuł oryginału: The Best of R. A. Lafferty

Copyright © 2019 R. A. Lafferty

Copyright for the Polish translation © 2020 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Anna Włodarkiewicz

Korekta: Elwira Wyszyńska

Projekt graficzny serii, projekt okładki oraz ilustracja na okładce: Dark Crayon

Nazwa serii: Vanrad

Redaktor serii: Andrzej Miszkurka

ISBN 978-83-7480-679-4

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 22 813 47 43

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Dressler Dublin sp. z o.o.

ul. Poznańska 91,

05–850 Ożarów Mazowiecki

tel. (+48 22) 733 50 31/32

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

www.dressler.com.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Nie wspominając o Laffertym – Przedmowa dość osobista, Neil Gaiman

nie wspominając o laffertym

PRZEDMOWA DOŚĆ OSOBISTA, NEIL GAIMAN

Obiektywizm to dobra rzecz. Wymagamy go od naszych krytyków, komentatorów, obserwatorów. Obiektywny krytyk to dobry krytyk, podobnie obiektywny recenzent. Mamy do nich zaufanie, kiedy mówią nam o książkach, filmach, muzyce i pisarzach.

Ale kiedy ja wam będę mówił o Laffertym, nie możecie liczyć na mój obiektywizm. To jak wymagać od struny nastrojonej na G obiektywnej opinii o strunie o oktawę niższej. Kiedy usłyszy drugie G, będzie radośnie rezonować razem z nim. Tak to już jest.

Kiedy miałem dziewięć lat, ktoś zostawił w naszym domu egzemplarz antologii SF-12 Judith Merril. Nie wiem kto. Możliwe, że mój ojciec. Ktokolwiek to był, przywłaszczyłem sobie zbiór i pozwoliłem, aby wywracał mi mózg na nice. William Burroughs, Samuel R. Delany, Carol Emshwiller, Kit Reed, Brian Aldiss, Harvey Jacobs, John Updike, Tuli Kupferberg, J. G. Ballard i Hilary Bailey, Sonya Dorman, Tommaso Landolfi – tych autorów by się dziewięciolatkowi automatycznie nie poleciło. Czytałem ich opowiadania i brałem z nich, co się dało. Zyskałem całą masę nowych ulubionych autorów. I nowe zasady, jak powinna wyglądać literatura. Opowiadanie Briana Aldissa Confluence było słownikiem. A jedno z dwóch opowiadań R. A. Lafferty’ego miało postać programu szkolnego.

Nosiło tytuł Szkoła podstawowa u Camiroich i było programem nauczania podstawowego u obcej rasy – uczniowie uczyli się tam, jak tworzyć życie i zarządzać planetami. Było naprawdę zabawne i trafiło w parę moich czułych punktów. Bo byłem przekonany, że i w naszej szkole powinni uczyć takich rzeczy.

Drugie opowiadanie, Wąska Dolina, było jednym z najlepszych w tym zbiorze i po dziś dzień zalicza się do moich ulubionych. To typowa historia niewiarygodna – o pięknej dolinie, która jest, no… wąska. Dowiedziałem się z niego wiele o Ameryce, o rdzennych Amerykanach, o naukowcach, o różnych sposobach patrzenia na świat, nawet o magii. Przemawiało to do mnie i sprawiało mi radość.

Gdy skończyłem dziesięć lat, tato kupił mi trzy tomy World’s Best Science Fiction Carra-Wollheima, ściągnięte prosto z Ameryki. Przeczytałem Dziewięćset babć i Na naszej ulicy. Oraz Tak oto się krzyżuje szyki Karolowi Wielkiemu. I zakochałem się.

Miałem też dużo szczęścia. Dotąd jest dla mnie zagadką, skąd biblioteka w małej mieścinie w Sussex, gdzie mieszkałem, miała wszystkie książki R. A. Lafferty’ego wydane w Wielkiej Brytanii. Ktoś, kto je zamawiał, miał dobry gust. Tak podejrzewam. No, ale były. Przeczytałem i polubiłem Fourth Mansions (historię o tajnych stowarzyszeniach, zwierzętach i ludziach o włochatych uszach), The Reefs of Earth (o rodzinie obcych-dzieci zagubionych na Ziemi) oraz Space Chantey (czyli kosmiczną wersję Odysei). (Wszystkie te opisy są w najlepszym razie niekompletne, a w najgorszym – mylące). Pamiętam, jak mój świat stanął dęba, kiedy dotarło do mnie, że spis treści The Reefs of Earth, czyli tytuły rozdziałów, rymują się i tworzą wiersz. To odkrycie sprawiło mi niezmierną radość.

Pierwszy własny zbiór opowiadań Lafferty’ego, Nine Hundred Grandmothers, kupiłem w księgarni Dark They Were And Golden Eyed na Berwick Street w Londynie1. I zmuszałem wszystkich znajomych do przeczytania go. W mojej opinii Lafferty był najciekawszym autorem na świecie, uwielbiałem to, co wyczyniał ze słowami, zachwycała mnie melodia jego zdań, to, jak śpiewały, tańczyły; podobała mi się radość, którą czerpał z zabawy nimi.

W roku 1978 na Gwiazdkę dostałem od rodziców Encyklopedię Science Fiction pod redakcją Petera Nichollsa i Johna Clute’a. Nie miałem wtedy pojęcia, że zarówno Peter, jak i John zostaną kiedyś moimi bliskimi i cenionymi przyjaciółmi. Ani że razem z Johnem będę autorem hasła o Laffertym do drugiego wydania tej encyklopedii. Dowiedziałem się za to o całej masie książek Lafferty’ego, których nie czytałem – bo nawet nie wiedziałem, że istnieją. Całe lata spędziłem na ich radosnym tropieniu, nie mając pojęcia, że wówczas większość z nich była nieopublikowana, co mocno dezorientowało Clute’a i Nichollsa.

Potem miałem dwadzieścia jeden lat i nie wiedziałem, co chcę robić i kim chcę być, choć podejrzewałem, że chciałbym być pisarzem. Jedyne opowiadanie, jakie dotąd ukończyłem, było pastiszem Lafferty’ego. Na tyłach tej samej biblioteki, w której znalazłem jego książki, było Pisarskie Who Is Who. Sprawdziłem go w nim, przekonany, że go tam nie będzie. Był podany jego adres, w Tulsie w Oklahomie. W życiu nie ośmieliłbym się napisać do agenta lub wydawcy, ale to wyglądało mi na adres domowy.

Napisałem do niego list i załączyłem swoje opowiadanie.

Adres był oczywiście nieaktualny, ale ktoś mu ten list przesłał, w każdym razie dotarł do niego, a on ku mojemu niebotycznemu zdumieniu odpisał, dziękując mi za „całkiem niezły szkic czy pastisz, czy coś takiego, ale jednakowoż nie opowiadanie, choć tak ma na stronie tytułowej. Może się udać je sprzedać, zależy to od klimatu rynkowego, kiedy będzie je pan wysyłał. Jak ktoś kiedyś powiedział, dobry kawałek budzi w każdym sercu iskrę uznania. A w tym przypadku iskra jest nie byle jaka”. Dodał też: „Może napisze pan kolejny kawałek albo dwa? Pisanie jest fajne i to wystarcza za cały powód”.

 

Mój ulubiony pisarz napisał mi, że powinienem pisać dalej, więc to zrobiłem.

Chciałem napisać o nim artykuł, ale w tamtym czasie nikt go nie chciał wydać. Mimo to korespondowaliśmy przez dłuższy czas. Zadawałem mu bezczelne pytania o pisanie, o jego pracę, a on odpowiadał na nie, najlepiej jak umiał.

Takich autorów, którzy po prostu budzą we mnie radość, jest zaledwie garstka. Są tacy, którzy dają mi do myślenia albo męczą, ale w pozytywny sposób, albo każą się przejmować losami swoich bohaterów. Lafferty robił to wszystko, i to bardzo sprawnie. Już zaczynając czytać jego opowiadanie, uśmiecham się radośnie. Raduje mnie sam sposób opowiadania, sam głos narratora.

Nie znam nikogo, z kim można by go było porównać – Avram Davidson pisał trudne do sklasyfikowania i wspaniałe opowiadania, wiedział też więcej o świecie, ale jego teksty nie miały klimatu opowieści niewiarygodnych, nie były też fantastyczną blagą opowiadaną z kamienną twarzą. Irlandzki powieściopisarz Flann O’Brien (vel Myles na Gopaleen, prawdziwe nazwisko Brian O’Nolan) pisał udatne opowieści niewiarygodne i kłamał z pokerową twarzą, ale nie zabierał nas w miejsca nie z tego świata. Gene Wolfe jest głęboki, ale rzadko równie śmieszny.

Przeczytałem wszystko Lafferty’ego, co dało się zdobyć. Śledziłem, jak robi się mroczniejszy, a potem bardziej osobisty, od dużych wydawnictw po mniejsze, a potem wydania broszurowe. Przeczytałem to, co rozumiałem, a potem to, czego nie rozumiałem (podejrzewałem, że pisze to sam dla siebie, ale i tak delektowałem się samymi zdaniami i przedstawieniem świata). Widziałem drzwi do jego gabinetu, wystawione w muzeum w Tulsie.

Co jeszcze chcielibyście wiedzieć? Kiedy piszę te słowa, przyszło mi do głowy, że pominąłem wszystkie te biograficzne informacje, ważne rzeczy, na pewno potrzebne w tego typu przedmowie.

Raphael Aloysius Lafferty, dla przyjaciół Ray, pochodził z Tulsy w Oklahomie. Wykształcił się na inżyniera elektryka i pracował w zakładzie energetycznym, dopóki nie zrezygnował z tej pracy w wieku 45 lat i nie został zawodowym pisarzem. Był nim, aż w końcu przestał pisać. Był katolikiem („Katolicyzm odgrywa w moim życiu bardzo wielką rolę. Bez niego znalazłbym się w rynsztoku. A tak jestem w nim tylko jedną nogą”) i alkoholikiem („Picie miało bardzo duży i zły wpływ na moje pisanie. Jestem alkoholikiem i w ogóle nie powinienem pić. Ale raz czy dwa razy na rok zapominam o tym, a skutki przeważnie są opłakane. Picie częściej rujnowało moje pisarstwo, niż je poprawiało. Ale ten króliczek musi gdzieś być, a gonienie go to cała kwintesencja gry. Gdzieś na świecie, nie wiadomo gdzie, musi być ten poszerzający umysł eliksir! Tego typu urojenia to samo życie. Gdy byłem młodszy, alkohol przynosił mi towarzystwo i przyjemność, ale raczej nie kreatywność”).

W czasie II wojny światowej był w armii, wysłano go na Południowy Pacyfik, ale twierdził, że w wieku 28 lat był o dziesięć lat za stary, by mieć z tego frajdę i to docenić.

W roku 1960 opublikował pierwsze opowiadanie fantastyczne, Day of the Glacier, w magazynie „Original Science Fiction Stories”. Miał wówczas 46 lat. „Odniosłem umiarkowany sukces”, mówił o swoim pisarstwie. „Wielkiego bogactwa się nie dorobiłem, ale niewielkiego – tak”.

W roku 1973 zdobył nagrodę Hugo za opowiadanie Matka Euremy, prawda, dobre opowiadanie, ale zdarzyło mu się nic nie dostać za lepsze, a najbardziej udanych tekstów ludzie nominujący do nagród w ogóle nie zauważyli. Zrezygnował z pisania w roku 1984, po wydaniu ponad dwustu opowiadań i ponad dwunastu powieści.

W roku 1994 miał udar, a pod koniec życia Alzheimera. Zmarł w roku 2002, w domu opieki w Broken Arrow w Oklahomie, dwadzieścia minut drogi od Tulsy.

W krótkiej notce, którą skreślił jako podpis pod swoim zdjęciem w roku 1985, do książki Patti Perret zatytułowanej Faces of Science Fiction, powiedział tak: „Kiedy miałem czterdzieści pięć lat, próbowałem zostać autorem. Zostałem najlepszym autorem opowiadań na świecie. Powtarzam to ludziom od dwudziestu lat, ale niektórzy mi nie wierzą”.

Ja wierzę.

Możliwe, że i wy uwierzycie po przeczytaniu tego zbioru.

Nudna wtorkowa noc – Przedmowa, Michael Dirda

nudna wtorkowa noc

PRZEDMOWA, MICHAEL DIRDA

R. A. Lafferty, choć przeważnie zaliczany do pisarzy science fiction, co jest trochę naciągane, był autorem jedynym w swoim rodzaju. Jego opowiadania, o surrealistycznej intrydze i szalonym tempie, lubują się w nadmiarze, obfitości dygresji i wszelkich możliwych dziwactwach. Wielbiciele Lafferty’ego rzadko mają pojęcie, dokąd te narracje zmierzają, ale komu to przeszkadza? Atrakcją jest sama jazda.

(…)

Ja zapoznałem się z Laffertym w latach 80., dzięki Gene’owi Wolfe’owi. Robiłem z nim wywiad z okazji wydania Księgi Nowego Słońca i zapytałem, jakich współczesnych autorów lubi. Natychmiast odpowiedział; „R. A. Lafferty”, więc zrozumiałe, że od razu kupiłem sobie zbiór Nine Hundred Grandmothers. Z jakiegoś powodu, może ze względu na tytuł, jako pierwszą przeczytałem właśnie Nudną wtorkową noc. I to wystarczyło. Czytałem ją z takim samym zachwytem, jak w latach nastoletnich opowiadania fantasy ze zbiorków Jorkens Remembers Africa lub The Most of S. J. Perelman lorda Dunsany’ego. Znacie to uczucie, kiedy śmiejecie się bezgłośnie i powtarzacie sobie: „Ale dobre!”?

Energii kipiącej z tego opowiadania nie odda żadne streszczenie. Lafferty miesza koturnowo-dworski styl z nazwiskami z komiksów, budzi oczekiwania i natychmiast je burzy, stopniowo odmalowując świat, który jest nam aż za dobrze znajomy. W roku 1965, gdy Nudna wtorkowa noc ukazała się pierwszy raz, w „Galaxy”, było to oczywiste wykorzystanie amerykańskiej obsesji na punkcie szybkości do krytyki naszego kultu bogactwa, statusu i sławy. Natomiast czytane dzisiaj, to opowiadanie w niepokojący sposób przepowiada wirusową internetową kulturę.

W otwierającej opowiadanie scenie do spacerującej pary podchodzi żebrak. „Szczęść Boże – mówi i uchyla kapelusza – czy dobrzy państwo nie przekazaliby mi tysiąca dolarów, żebym mógł odzyskać swoją fortunę?”. Fraza kojarzy się tu z oficjalnym językiem W. C. Fieldsa albo Wimpy’ego z Popeye’a. Ani żebrak, ani para nie uznają tego za dziwne, że prosi o tysiąc dolarów. I szybko dowiadujemy się dlaczego – po usunięciu z mózgów ludzi „blokady Abebaiosa”, ludzie odkryli, że „rzeczy, które kiedyś trwały miesiące i lata, zajmowały teraz zaledwie minuty i godziny”, a „w ciągu ośmiu godzin człowiek mógł zrobić jedną lub kilka całkiem skomplikowanych karier”.

I zaraz wszystko – absolutnie wszystko – zaczyna działać dużo, dużo szybciej, co oznacza też, że nic zbyt długo nie trwa. Ten żebrak, nazywający się Basil Bagelbaker, „za półtorej godziny miał zostać najbogatszym człowiekiem na świecie. Miał zdobyć – i stracić – cztery majątki w ciągu ośmiu godzin. I to nie były zwykłe majątki, jakich dorabiają się zwykli ludzie, ale te największe, przeogromne”.

Ildefonsa Impala, najpiękniejsza kobieta w mieście, w ciągu jednego wieczoru bierze kilka ślubów. Jej podróż poślubna ze świeżo wzbogaconym wynalazcą Freddym Fixico jest kiczowata do obłędu – „Recyrkulowana woda w słynnych wodospadach była barwiona na złoto; skały wokół nich projektował Rambles, a wzgórza – Spall”. Po tej pełnej przepychu godzinie Ildefonsa patrzy na „wskaźniki trendów” i widzi, że wynalazek Freddy’ego zaraz wyjdzie z mody, a z nim przepadnie jego bogactwo, więc natychmiast się z nim rozwodzi. „To z kim ja teraz wezmę ślub?”, pyta sama siebie w tę nudną wtorkową noc.

Tymczasem Basil kombinował na Rynku Pieniężnym. „Doprowadził do upadku pewne imperia przemysłowe, które powstały w ciągu ostatnich dwóch godzin, i sprawnie połączył ich masę upadłościową w jedną całość”. Jego żona, Judy, oczywiście jest „uznana za jedną z najlepiej ubranych kobiet w okresie, kiedy modny był styl frou-frou, jakoś koło drugiej”. W tak efemerycznym świecie sztuki i filmy trwają maksimum sześć minut, a Stanley Schwindel może zostać obwołany „topowym aktorem-imago środkowych godzin nocy”. Maxwell Mauser, postanowiwszy napisać arcydzieło filozoficzne, gotowy jest na to poświęcić siedem minut. Korzysta z „elastycznych konspektów oraz indeksów idei”, włącza „aktywator”, aby generował odpowiednie słownictwo, zapuszcza „mieszalnik do nowatorskich porównań”, kalibruje „stopień nasycenia autorskim stylem”. Powstała praca szybko zyskuje wirusową popularność jako „jedno z największych filozoficznych dzieł, jakie powstały podczas wczesnych i środkowych godzin tej nocy”, o świcie jednak zostaje zlekceważona i zapomniana.

W Nudnej wtorkowej nocy Lafferty – konserwatysta polityczny i gorliwy katolik – odmalowuje społeczeństwo bezsensownie płynne i nietrwałe, nieposiadające przywiązania do miejsca ani poczucia duchowości. Ludzie poddają się chwili, nic nie wydaje się ważne, żadne serce nie jest złamane na dłużej. Ale cały ten powierzchowny blichtr wynika tylko z jednego, za to wspaniałego spostrzeżenia – jeśli się odpowiednio przyśpieszy świat, wszystko zaczyna przypominać szaloną końcówkę farsy o policjantach i złodziejach.

W Siedmiu strasznych dniach Lafferty wspomina „zagracony apartament, wyglądający, jakby należał do pijanego sułtana”. To piękne porównanie, ale także niezły opis jego własnego chaotycznego stylistycznego bogactwa. W opowiadaniach Lafferty’ego uwielbiamy właśnie radosną narrację, zabawę słowami, szalone zwroty fabuły i porozumiewawcze mrugnięcia okiem. Spodziewać się po nich innej logiki niż bajkowa, to przegapić całą atrakcję. W końcu, jak mówi rabelaisowski bohater One at a time, jeśli upierasz się przy realizmie i zdrowym rozsądku, „narzucasz opowieści nienaturalne warunki”. Jestem przekonany, że jego twórca by się z tym zgodził.

NUDNA WTORKOWA NOC

Żebrak zastąpił drogę młodej parze spacerującej wieczorem ulicą.

– Szczęść Boże – powiedział, uchylając kapelusza – czy dobrzy państwo nie przekazaliby mi tysiąca dolarów, żebym mógł odzyskać swoją fortunę?

– Dałem ci tysiąc w piątek – powiedział młody człowiek.

– Istotnie – odparł żebrak – i przed północą oddałem panu dziesięć razy tyle, przez posłańca.

Młody człowiek dał mu zatem tysiąc dolarów, a on uchylił kapelusza z podziękowaniem i poszedł zająć się odzyskiwaniem swojej fortuny.

Gdy szedł na Rynek Pieniężny, minął Ildefonsę Impalę, najpiękniejszą kobietę w mieście.

– Cześć, Ildy, wyjdziesz za mnie dzisiaj wieczorem? – zapytał wesolutko.

– Nie wydaje mi się, Basil – odpowiedziała. – Wychodzę za ciebie całkiem często, ale dziś wieczorem wygląda, że nie mam żadnych planów.

Lecz kiedy poszedł, zapytała sama siebie:

– Ale za kogo ja wyjdę wieczorem?

Żebrak nazywał się Basil Bagelbaker i za półtorej godziny miał zostać najbogatszym człowiekiem na świecie. Miał zdobyć – i stracić – cztery majątki w ciągu ośmiu godzin. I to nie były zwykłe majątki, jakich dorabiają się zwykli ludzie, ale te największe, przeogromne.

Kiedy z umysłów ludzi usunięto blokadę Abebaiosa, ludzie zaczęli szybciej – i często lepiej – podejmować decyzje. Wcześniej było tak, jakby ich umysł się jąkał. Gdy zrozumieli, co to takiego, i że nie pełni żadnej użytecznej funkcji, zaczęto ją usuwać już w dzieciństwie, prostym zabiegiem metachirurgicznym.

Transport i produkcja stały się wtedy niemal natychmiastowe. Rzeczy, które kiedyś trwały miesiące i lata, zajmowały teraz zaledwie minuty i godziny. W ciągu ośmiu godzin człowiek mógł zrobić jedną lub kilka całkiem skomplikowanych karier.

Freddy Fixico właśnie wynalazł moduł manusowy. Freddy był Nyktalopem i ten moduł był typowy dla nich. Ludzie, zgodnie ze swą naturą i upodobaniami, podzielili się na Auroran, Hemerobian i Nyktalopów, zwanych też Świciarzami, bo ich najaktywniejsze godziny wypadały pomiędzy czwartą rano a południem, Dzienniakami, którzy zajmowali niszę od południa do ósmej wieczór oraz Ciemniakami, których cywilizacja rozkwitała od ósmej wieczorem do czwartej rano. Każda z tych grup miała nieco inną kulturę, inne wynalazki, inny rynek i inne upodobania. Freddy, jako Nyktalop, właśnie zaczął swój dzień pracy – o ósmej wieczorem w nudny wtorkowy wieczór.

Wynajął sobie biuro i kazał je umeblować. Zajęło to minutę, a negocjacje, wybór i instalacja nie trwały prawie nic. Potem wynalazł moduł manusowy, co zajęło kolejną minutę. Kazał go wyprodukować i rzucić na rynek; po trzech minutach był w rękach kluczowych nabywców.

 

I chwycił. Bo to był atrakcyjny moduł. Zamówienia zaczęły napływać po trzydziestu sekundach. O ósmej dziesięć każda licząca się osoba miała jeden moduł i pojawił się trend. Moduł zaczął się sprzedawać w milionach sztuk. Był jedną z najciekawszych mód tego wieczoru i nocy… a przynajmniej wczesnego wieczoru.

Moduły manusowe nie miały żadnego praktycznego zastosowania, nie bardziej niż wiersze ludu Sameki. Były atrakcyjne, miały psychologicznie satysfakcjonujący kształt i wielkość i można je było trzymać w dłoniach, postawić na stole albo włożyć do wnęki na moduły na ścianie.

Oczywiście Freddy stał się bardzo bogaty. Ildefonsa Impala, najpiękniejsza kobieta w mieście, zawsze interesowała się świeżo wzbogaconymi mężczyznami. Przyszła do Freddy’ego około wpół do dziewiątej. Ludzie szybko podejmowali decyzje, a ona przyszła, mając ją już podjętą. Freddy także szybko się zdecydował i rozwiódł się z Judy Fixico w Sądzie do Drobnych Spraw Cywilnych. Pojechali z Ildefonsą do kurortu Paraiso Dorado.

Było wspaniale. Wszystkie małżeństwa Ildy takie były. Sceneria była przepiękna i podświetlona. Recyrkulowana woda w słynnych wodospadach była barwiona na złoto; skały wokół nich projektował Rambles, a wzgórza – Spall. Plaża była idealną kopią plaży z Merevale, a najmodniejszym w tej części wieczoru drinkiem był niebieski absynt.

Lecz widok – obojętnie, widziany pierwszy raz czy powtórnie po jakimś czasie – porusza tylko przez krótką chwilę. Nie jest przeznaczony do dłuższego podziwiania. Jedzenie, wybrane i natychmiast podane, spożywa się z intensywną i szybką radością, a i absynt budzi wrażenia tylko swoją nowością. Miłość, dla Ildefonsy i jej ukochanych, była szybka i wszechogarniająca, a powtórzenia nie miały sensu. Poza tym wzięli sobie tylko godzinną luksusową podróż poślubną.

Freddy chciał kontynuować związek, lecz Ildefonsa zerknęła na wskaźniki trendów. Moduł manusowy utrzyma popularność tylko przez trzecią część nocy. Liczący się ludzie już się go pozbywali. Poza tym Freddy Fixico nie odnosił regularnych sukcesów – udawało mu się zrobić karierę może raz na tydzień.

Wrócili do miasta i do dziewiątej trzydzieści pięć rozwiedli się w Sądzie do Drobnych Spraw Cywilnych. Zapasy modułów zostały przecenione i upłynnione, a resztki trafiły do Świciarzy-łowców okazji, którzy kupią wszystko, co się rusza.

– To z kim ja teraz wezmę ślub? – zapytała sama siebie Ildefonsa. – Zapowiada się nudny wieczór.

– Bagelbaker kupuje – rozniosło się po Rynku Pieniężnym, ale zanim się na dobre rozniosło, Bagelbaker już sprzedawał. Uwielbiał robić pieniądze i aż miło się na niego patrzyło, kiedy dominował na parkiecie Rynku, i cedząc przez zęby, w okamgnieniu zatrudniał kompetentnych ludzi i chłopców na posyłki. Jednego od razu posłał, żeby dwudziestokrotnie więcej odpłacił młodej parze, która pożyczyła mu awansem tysiąc dolarów. Kolejnego – z o wiele hojniejszym prezentem – do Ildefonsy Impali, cenił sobie bowiem relacje z nią. Przejął kontrolę nad Centrum Wskaźników Trendowych i zainstalował w nim pewne falsyfikacje. Doprowadził do upadku pewne imperia przemysłowe, które powstały w ciągu ostatnich dwóch godzin, i sprawnie połączył ich masę upadłościową w jedną całość. Już od kilku minut był najbogatszy na świecie. Był tak ociężały od pieniędzy, że nie był już w stanie manewrować z elastycznością, jaką miał jeszcze godzinę temu. Stał się wielkim, tłustym zwierzem, już okrążanym przez stado wyspecjalizowanych wilków, czyhających, aby go powalić.

I bardzo szybko stracił tę pierwszą fortunę tego wieczoru. Jego sekretem było to, że kiedy napchał się pod pokrywkę, spektakularna utrata pieniędzy sprawiała mu radość.

Pewien myśliciel, Maxwell Mauser, właśnie wydał pracę z zakresu aktynicznej filozofii. Napisanie jej zajęło mu siedem minut. Do pisania dzieł filozoficznych używało się elastycznych konspektów oraz indeksów idei; ustawiało się aktywator na konkretne wyrażenia w każdym rozdziale, uczeń włączał zasilanie paradoksami oraz mieszalnik do nowatorskich porównań; potem kalibrowało się bilans konkret-ogół oraz stopień nasycenia autorskim stylem. Dzieło musiało być znakomite stylistycznie, bo to było automatyczne minimum dla tego typu tekstów.

– Dorzucę trochę rodzynek do ciasta – powiedział Maxwell i pociągnął za odpowiednią dźwignię. To rozsiało po tekście garść słów w rodzaju „chtoniczny”, „heurystyczny” i „prozymeides”, żeby nikt nie wątpił, że chodzi o dzieło filozoficzne.

Wysyłał gotowy tekst do wydawców i za każdym razem dostawał go z powrotem po trzech minutach – razem z analizą i uzasadnieniem odrzucenia. Przeważnie mówiło, że ktoś już coś podobnego zrobił, tylko lepiej. W ciągu trzydziestu minut dostał dziesięć takich odmów i zaczął się zniechęcać. A potem nastąpił przełom.

W ciągu ostatnich dziesięciu minut hitem stała się praca Ladiona i teraz już wszyscy widzieli, że monografia Mausera jest dla niej odpowiedzią oraz uzupełnieniem. Przyjęto ją i opublikowano w niecałą minutę później. Recenzje z pierwszych pięciu minut były ostrożne, a potem wybuchł prawdziwy entuzjazm. Uznano ją za jedno z największych filozoficznych dzieł, jakie powstały podczas wczesnych i środkowych godzin tej nocy. Niektórzy twierdzili nawet, że zyska sobie trwalsze miejsce i docenią je nawet Świciarze o następnym poranku.

Oczywiście Maxwell stał się bardzo bogaty i oczywiście około północy Ildefonsa przyszła się z nim zobaczyć. Jako filozof rewolucyjny myślał, że dogada się z nią na jakiś wolny układ, ona jednak upierała się przy małżeństwie. Maxwell rozwiódł się więc z Judy Mauser w Sądzie do Drobnych Spraw Cywilnych i poleciał za Ildefonsą.

Owa Judy, choć nie tak piękna jak Ildefonsa, podrywała najszybciej w mieście. Chciała mieć każdą gwiazdę chwili, tylko na chwilę, i zawsze docierała do nich przed Ildefonsą. Ildefonsa uważała, że podbiera Judy mężczyzn, Judy – że Ildy dostaje po niej spady i nic poza tym.

– Ja go miałam pierwsza! – drwiła Judy, przelatując przez sąd.

– Rany, co za wredota! – stękała Ildefonsa. – Ona nawet moje fryzury nosi przede mną!

Maxwell Mauser z Ildefonsą Impalą polecieli w podróż poślubną do ośrodka Górska Pozytywka. Było przepięknie. Szczyty były z zielonego śniegu, projektu Dunbara i Fittle’a. (A tymczasem na Rynku Pieniężnym Basil Bagelbaker zdobywał swoją trzecią i największą fortunę tej nocy, która mogła być nawet większa od jego czwartej fortuny z zeszłego czwartku). Domki alpejskie były bardziej szwajcarskie niż w Szwajcarii i w każdym pokoju miały żywe kozy. (A Stanley Schwindel właśnie okazywał się topowym aktorem-imago środkowych godzin nocy). Najmodniejszym drinkiem w tej części nocy był glotzenglubber z owczym serem i reńskim winem na różowym lodzie. (Liczący się Nyktalopi w mieście robili sobie tymczasem północną przerwę w klubie Elita).

Było wspaniale, jak w każdej podróży Ildefonsy, ale za filozofią nigdy nie przepadała, dlatego zaplanowała tylko specjalną trzydziestopięciominutową podróż. Dla pewności zerknęła na wskaźniki trendów i stwierdziła, że jej aktualny mąż wypadł już z obiegu, a jego wielkie dzieło określają teraz szyderczo mianem „Mausoleum Mausera”. Wrócili do miasta i rozwiedli się w Sądzie do Drobnych Spraw Cywilnych.

Członkostwo klubu Elita było płynne. Wymagany był do niego sukces. Basila Bagelbakera ze trzy do sześciu razy na noc przyjęto by, awansowano na prezesa i wykopano jako brudnego żebraka. Ale wstęp miały tylko osoby ważne albo cieszące się krótką chwilą ważności.

– Na Świciarzach ja chyba trochę się prześpię – powiedział Overcall. – Może przejdę się do tego nowego miejsca, Koimopolis, na godzinkę. Mówią, że nieźle tam jest. A ty, Basil, gdzie będziesz spał?

– W noclegowni.

– Ja chyba prześpię się godzinę Metodą Midiana – powiedział Burnbanner. – Mają świetną nową klinikę. I może jeszcze godzinę Procesem PRasenki i godzinę według Dormidio.

– Crackle codziennie śpi godzinę metodą naturalną.

– Niedawno spałem tak przez pół godziny – powiedział Burnbanner. – Ale godziny bym na to nie poświęcał, za dużo. Basil, a ty próbowałeś naturalnej metody?

– Ja? Zawsze. Naturalna metoda i butelka taniej whisky.

Stanley Schwindel od tygodnia był najbardziej meteorytowym aktorem-imago. Oczywiście dorobił się wielkich pieniędzy i około trzeciej nad ranem Ildefonsa Impala poszła go odwiedzić.

– Ja go miałam pierwsza! – poniósł się po sądzie drwiący głos Judy Schwindel.

A Ildefonsa i młody Stanley polecieli w podróż poślubną. Zawsze miło zakończyć dzień z aktorem-imago, akurat najbardziej rozchwytywanym w show-biznesie. Mają w sobie coś takiego młodzieńczego i prostackiego.

Liczył się też rozgłos. Ildefonsa go uwielbiała. Fabryki plotek. Wytrzymają dziesięć minut? Trzydzieści? Godzinę? Będzie to jedno z tych rzadkich małżeństw Nyktalopów, które trwają do końca nocy, albo i zachodzą na kolejny dzień? Może, jak niektóre, dotrwa do kolejnego wieczoru?

A naprawdę trwało około czterdzieści minut, czyli prawie do końca nocy.

Była to nudna wtorkowa noc. Niewiele się działo. Na rynku swój cykl życia zakończyło kilkaset nowych produktów. Było może z dziesięć spektakularnych przebojów, trzy- i pięciominutowych kapsułkowych dramatów i parę sześciominutowych długometrażowych. Wydawało się, że Na Nocnej dziewięć – wyjątkowo obrzydliwa sztuka, będzie przebojem całej nocy, chyba że zdarzy się jeszcze jakiś szalony hit nad ranem.

Po raz kolejny wzniesiono, zasiedlono, wysiedlono i wyburzono stupiętrowe budynki. Trzeba było zrobić miejsce na nowocześniejsze budowle. Tylko miernoty korzystałyby z tego, co zostało po Dzienniakach czy Świciarzach albo wręcz Nyktalopach z poprzedniej nocy. Podczas ośmiogodzinnej zmiany miasto trzy razy przebudowywało się praktycznie w całości.