Co się stało w 966Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przemysław Urbańczyk

Co się stało w 966 roku


ISBN: 978-83-65521-06-4



Copyright © by Przemysław Urbańczyk, 2016

All rights reserved


Redaktor: Karolina Kaczorowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Agnieszka Herman


Wydanie I


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Wstęp

Wątpliwości

Droga ku państwu

Pierwsze kontakty z chrześcijaństwem

Kim był Mieszko I?

Rok 966 czy 968?

Mały Kościół, wielka polityka

Chrześcijański książę pogan

Zakończenie

Literatura uzupełniająca


Kształt państwa wczesnopolskiego zadeklarowany przez Mieszka I w tekście Dagome iudex

Wstęp

Ulokowany tradycyjnie w 966 roku chrzest Mieszka I, nazywany na wyrost „chrztem Polski”, jest dzisiaj fundamentalnym elementem narodowej samoświadomości Polaków. Nic więc dziwnego, że wielkie obchody tysiąc pięćdziesiątej rocznicy tego wydarzenia, z kulminacją zaplanowaną na kwiecień 2016 roku, poprzedzane są licznymi konferencjami, wystawami i okolicznościowymi publikacjami. Nadano mu bowiem rangę początku historii narodowej, co skutecznie utrudnia racjonalną refleksję nad faktycznym stanem naszej wiedzy o tych odległych czasach. Okołorocznicowy entuzjazm podsycany przez intensywną kampanię medialną jeszcze bardziej zaciera granicę między informacją a interpretacją, między podstawą wnioskowania a wnioskami, czy też między wiedzą a narracją. Wszystko to zlewa się w jedną zmitologizowaną całość bez zachowania należnej dozy krytycyzmu badawczego.

Jubileuszowy przypływ zainteresowania tym, co się stało w 966 roku, prowokuje różne wypowiedzi. Swoje opinie formułują fachowcy od dziejów wcześniejszego średniowiecza, zawodowi popularyzatorzy wiedzy historycznej, jak też amatorzy, wśród których nie brak i polityków przeświadczonych, że znają się na wszystkim. Łączy ich wszystkich zbożna chęć umocnienia samoświadomości historycznej Polaków, którym skomplikowana przeszłość i teraźniejszość odbierają poczucie jedności. Szukanie jej w odległych czasach może się jednak okazać płonne, bo ówczesna jedność, choćby tylko religijna, jest tylko pięknym, lecz dalekim od prawdy mitem.

Zakorzenienie wspólnej drogi w pradziejach stwarza pozornie bezpieczne forum poszukiwania narodowej wspólnoty. Bardzo odległe czasy wydają się niekonfliktowym, bo dawno minionym światem, który nie powinien wzbudzać emocji prowokowanych przez współczesne debaty i podziały. Daleka przeszłość jawi się jako stabilna w swojej obiektywnej niezmienności. Wystarczy ją tylko sformatować odpowiednio do potrzeb percepcji współczesnych konsumentów strumienia informacji, karmionych na co dzień skrajnie uproszczonymi przekazami.

Jubileuszowe wzmożenie nie musi jednak znaleźć wyrazu tylko w akcji propagandowej. Skokowe zwiększenie zainteresowania rokiem 966 można bowiem wykorzystać do skłonienia mas czytelników, słuchaczy i widzów do refleksji nad kruchością dominującego obrazu przeszłości, której przecież nie znamy, lecz tylko mniej lub bardziej świadomie kształtujemy jej wizję na podstawie dostępnych nam dzisiaj strzępów informacji. Jako że wiadomości pewnych jest wśród nich bardzo mało, to rekonstruując dawne czasy, posiłkujemy się często domysłami o bardzo różnym stopniu prawdopodobieństwa.

Uczciwe „położenie na stole kart”, którymi teraz dysponujemy, powinno więc skłonić niektórych do refleksji nad trudną do uchwycenia wielowymiarowością przeszłości, której nie da się zredukować do jednej, kanonicznej i niezmiennej wizji. Skutki takiego zastanowienia będą dużo bardziej wartościowe od biernego skonsumowania gotowego dania — może niezbyt wyrafinowanego, ale łatwo przyswajalnego. Wielkie jubileusze powinny być nie tylko okazją do świętowania, ale też pretekstem do refleksji nad niepewną materią historii — również tej, którą uważamy za niepodważalną.

Spróbujmy więc zmierzyć się z „naszym” rokiem 966, przyglądając się jego rozmaitym uwarunkowaniom historycznym — zarówno tym poprzedzającym go, jak i późniejszym. Będzie to nie tyle udzielenie autorytatywnej odpowiedzi na pytanie: „Co się naprawdę stało?”, ile raczej autorska próba opowiedzenia: „Co mogło się wówczas stać?”.

Nie jest moim zamiarem zakwestionowanie fundamentalnego znaczenia decyzji o związaniu się dynastii piastowskiej z chrześcijaństwem łacińskim, co miało wymiar zarówno religijny, jak i polityczny i kulturowy. Wejście w krąg cywilizacji zachodnioeuropejskiej trzeba rozpatrywać nie tylko w kontekście historycznym X wieku, ale też w wymiarze jego ponadtysiącletnich skutków dla wszystkich późniejszych generacji mieszkańców kraju nazwanego u progu XI wieku Polską. Wybranie przez poza-rzymskich „barbarzyńców” chrześcijaństwa rzymskiego oznaczało przecież związanie się z cywilizacją po-rzymską, co miało długofalowe, odczuwane do dzisiaj konsekwencje geopolityczne i kulturowe.

Czas, okoliczności i przyczyny podjęcia tej decyzji są i będą jeszcze długo przedmiotem analiz specjalistów z różnych dziedzin, ale tysiącpięćdziesięciolecie 966 roku nieuchronnie owocuje mniej lub bardziej poważnymi publikacjami i mniej lub bardziej ciekawymi konferencjami, które podsumowują dostępną już wiedzę. Może przyniosą też nową wizję okoliczności tego wydarzenia, które wprowadziło państwo piastowskie na geopolityczną scenę chrześcijańskiej Europy? Nowe spojrzenie wymaga jednak wyjścia poza sztywne ramy obowiązującego kanonu interpretacyjnego. Nie chodzi o zastąpienie jednej interpretacji przez jej bezwzględną alternatywę, lecz o pogłębienie świadomości tego, jak trudno jest dotrzeć do przeszłości — tym trudniej, im bardziej jest odległa.

Niestety, okoliczności przystąpienia Piastów do świata chrześcijańskiego nie oświetla żadne ze źródeł, które zostały spisane przez współczesnych Mieszkowi I obserwatorów i komentatorów wydarzeń, jakie wówczas miały miejsce w Europie Środkowo-Wschodniej! Musimy więc sami konstruować ze strzępów mniej lub bardziej wiarygodnych informacji pośrednich wizję, która ma być spójna, przekonująca i jednoznaczna. Jej od dawna obowiązującą wersję zna każdy, kto przyswoił sobie wykładnię promowaną przez powszechnie obowiązujące podręczniki szkolne.

A zatem: Wielkopolanin Mieszko, książę Polan, zjednoczył ziemie wszystkich plemion prapolskich, tworząc państwo, które wprowadził następnie do cywilizowanej Europy przez ochrzczenie się w 966 roku. Następnie sprawnie skłonił swoich poddanych do przyjęcia nowej religii. Tym samym związał Polskę z chrześcijańskim Zachodem, czyniąc ją trwałym elementem europejskiej sceny geopolitycznej. Jeszcze krócej ujął to Jan Matejko, objaśniając swój słynny obraz: „Z przyjęciem wiary Mieczysław I zatknął na Polańskiej ziemi krzyż” (ryc. 1).


Ryc. 1. Obraz Jana Matejki Zaprowadzenie chrześcijaństwa

Ta prosta opowieść, znana każdemu uczniowi, który zapamiętał podstawowy kurs historii, ma jedną zasadniczą wadę — jest w znacznej części wątpliwa, a w niektórych punktach nawet nieprawdziwa! Dotyczy to głównie jej „plemiennego” początku, który jest utkany z domysłów o tak niskim poziomie wiarygodności, że co najwyżej możemy go nazwać wizją bajeczną. Podobny zarzut postawimy drugiemu zdaniu, które kreuje wiarę w szybkie schrystianizowanie całego Mieszkowego państwa. Na usprawiedliwienie zwolenników takich uproszczeń można powiedzieć, że źródła historyczne dotyczące tego okresu są nieliczne i niejasne. Tym bardziej jednak trzeba unikać nadinterpretacji przedstawianych jako historia jedynie prawdziwa i bezalternatywna.

Poniższe rozważania są próbą szerszego uzasadnienia tej krytyki, ale nie w celu jednoznacznego zaprzeczenia obecnej wykładni, lecz raczej ukazania wizji opartej na trochę innych lub zupełnie innych interpretacjach dostępnych nam źródeł informacji — zarówno historycznych, jak i archeologicznych. Nie chodzi mi o radykalne zastąpienie jednej wykładni całkowicie inną, lecz o zniuansowanie obrazu przez ukazanie niepewności lub wręcz luk informacyjnych, których przy dzisiejszym stanie naszej wiedzy nie da się usunąć. Można je wypełniać domysłami, ale ich niepewność powinna być jasno postawiona, a alternatywy ujawnione.

 

1
Wątpliwości

Wpolskiej tradycji chrzest Mieszka I został utożsamiony z „chrztem Polski”, wyznaczając początek polskiej państwowości. Taką interpretację utrwalił w powszechnej świadomości wielki program archeologicznych i historycznych badań „milenijnych”, uruchomiony oficjalnie przez Sejm PRL 25 lutego 1958 roku. Zaowocował on chyba największym w dziejach światowej archeologii programem badań wykopaliskowych, które całkowicie zmieniły nasz naukowy i popularny obraz tych odległych czasów. Jego propagandową kulminacją były zorganizowane z rozmachem w 1966 roku obchody Tysiąclecia Państwa Polskiego, uczczone nawet wybitą w srebrze piękną monetą z wizerunkami Mieszka I i Dąbrówki (ryc. 2).


Ryc. 2. Srebrna moneta jubileuszowa wybita w 1966 roku (zdjęcie z wcn.pl)

Dwie główne siły, które po drugiej wojnie światowej konkurowały ze sobą o rząd dusz Polaków, tj. Kościół katolicki i partia komunistyczna, odmiennie rozkładały akcenty przygotowań do obchodów tej rocznicy, alternatywnie podkreślając jej wymiar religijny albo polityczny. Obie zaangażowały w nie duży wysiłek — Kościół, oddolnie mobilizując masy wiernych, rząd, odgórnie inicjując programy badawcze. Obchody kościelne podsumowano w Gnieźnie w dniach 13-14 kwietnia 1966 roku, podczas gdy uroczystości państwowe powiązano z tzw. Świętem Odrodzenia Polski obchodzonym 22 lipca. Zorganizowaną wtedy z rozmachem okolicznościową defiladę poprowadzili piastowscy wojowie, co miało podkreślić ciągłość dziejów narodowych (ryc. 3).


Ryc. 3. Defilada „milenijna” 22 lipca 1962 roku na placu Defilad w Warszawie (fot. Lech Charewicz/EAST NEWS)

W ten sposób odległe wydarzenie nabrało po tysiącu lat zupełnie nowego znaczenia, stając się ważnym elementem całkowicie współczesnego konfliktu ideologicznego, mającego charakter walki politycznej. Dzisiaj już mało kto pamięta ten emocjonalny spór o polityczny wymiar symboliki historycznej, ale długotrwałe zaangażowanie obu stron w przekonywanie społeczeństwa do swoich racji utrwaliło powszechne przekonanie, że tak czy inaczej rok 966 był rokiem „pierwszym” w naszych dziejach narodowych. Nabrał więc cech kamienia węgielnego naszej kolektywnej tożsamości — wydarzenia początkowego, od którego „wszystko się zaczęło”.

Podobne mity założycielskie funkcjonują chyba we wszystkich krajach, spełniając pożyteczną funkcję unifikującą ludzi przez wskazanie wspólnego początku. Ta pożyteczność jednak niekoniecznie przekłada się na prawdziwość naukową, która funkcjonuje na innej płaszczyźnie poznawczej niż zbiorowe przekonanie o tym, jaka przeszłość powinna była być. Wiedza o tym, jak przeszłość prawdopodobnie wyglądała, i chęć tego, żeby przede wszystkim była ona jednoznaczna i chlubna, to dwie odrębne wizje, które nie muszą mieć ze sobą wiele wspólnego. Bo też pełnią zupełnie inne funkcje — jedna raczej naukowo-edukacyjną, a druga dydaktyczno-formującą. Problem pojawia się wtedy, kiedy chcemy je wzajemnie skonfrontować.

W obu tych sferach poznawczych ważną rolę odgrywa fascynacja „początkiem” — punktem, z którego można wyprowadzić stosowną narrację. Toteż kolejne pokolenia badaczy i interpretatorów przeszłości poszukują może już nie pierwszych, ale przynajmniej najstarszych przykładów zjawisk oraz tworów i wytworów powstałych wskutek aktywności naszych przodków. W razie braku przekonujących informacji o czasie i miejscu, gdzie najwcześniej pojawił się badany element, wskazuje się często początek symboliczny, który po obudowaniu go specyficzną tradycją dobrze odgrywa rolę tak pożądanego „początku”, od którego można zacząć zgrabną opowieść.

Tymczasem badania, których celem jest wskazanie jakiejś starożytnej „kolebki” (np. ludu czy państwa), należą na ogół do kategorii zadań niemożliwych do zrealizowania. Bo też pierwotna przyczyna i miejsce pierwsze większości zjawisk i procesów społeczno-kulturowych po prostu nie istniały. Historia ludzkości ma bowiem charakter ciągły i kumulatywny i zawsze można cofnąć rekonstruowany łańcuch zdarzeń o jeszcze jedno ogniwo logicznie poprzedzające już uchwycony „początek”. Nie inaczej jest z próbami wskazania na przykład pierwszego na danym terenie miasta czy pierwszego państwa. Pierwszeństwo jest bowiem zależne od kryteriów, według których je zdefiniujemy.

Te, wydawałoby się, oczywiste problemy nie powstrzymują interpretatorów przeszłości od pogoni za rozmaitymi „początkami”. Im bardziej są one starożytne, im bardziej heroiczne i im bardziej symboliczne, tym lepiej dla dydaktycznej narracji, która ma być perswazyjna przez swoją atrakcyjność i wyrazista przez swoją jednoznaczność. Wskazanie punktu, od którego „wszystko się zaczęło”, pozwala uniknąć konieczności zaczęcia przekazu od typowej dla opowieści bajecznych inwokacji „dawno, dawno temu”, która obnaża faktyczną niewiedzę autora. Dużo bardziej przekonujące jest wskazanie momentu przełomowego, który pozwala podzielić całą przeszłość na „przed” i „po”.

Takie założenie przyświecało już wczesnośredniowiecznym kronikarzom chrześcijańskim, którzy chętnie wyodrębniali z przeszłości dwie rozłączne epoki przedzielone wydarzeniami będącymi realizacją boskiego planu uporządkowania uprzedniego chaosu moralno-religijnego. Chrzest władcy doskonale się nadawał na taki punkt zwrotny. Toteż autor notatki wpisanej do Rocznika poznańskiego starszego jednoznacznie napisał: „Mieszko książę Polski, pierwszy Polak chrześcijanin” (Mesco dux Polonie, primus christianus Polonus). Umożliwiało to prostą periodyzację jednoznacznie rozdzielającą czasy pogańskiego barbarzyństwa i chrześcijańskiego oświecenia, które miało być właściwym początkiem historii narodowej, kroczącej prostą drogą od pierwszego historycznego władcy ku współczesności.

Z biegiem czasu widać eskalację znaczenia roku 966. Według najstarszych informacji, zapisanych w Polsce w XI wieku, to wtedy ochrzcił się piastowski władca. Te dość lakoniczne wzmianki sucho informowały tylko, że „książę Mieszko przyjmuje chrzest”. Ale na początku następnego stulecia Anonim Gall napisał już, że dzięki chrztowi Mieszka I cały „naród polski uratowany został od śmierci w pogaństwie”. Tym samym indywidualna decyzja o konwersji religijnej zyskała wymiar kolektywny. Później to wydarzenie nabierało sensu coraz bardziej mistycznego i dzisiaj powszechnie mówi się o „chrzcie Polski” rozumianej całościowo w symbolicznych kategoriach wspólnoty demograficzno-kulturowo-politycznej. W ten sposób decyzja jednego człowieka stała się kamieniem węgielnym narodu utożsamionego z państwem, a chrzest Mieszka stał się chrztem Polski, a więc i nas wszystkich.

Niestety, żadne z zachowanych do dzisiaj źródeł, które spisano w czasach Mieszka I, nie zanotowało jakiejkolwiek informacji o ochrzczeniu się naszego pierwszego historycznego władcy. Możemy się tylko dziwić, że to fundamentalne dla naszej historii wydarzenie nie zwróciło uwagi autorów zachowanych kronik i roczników. Można to tłumaczyć ich znacznym oddaleniem od ziem dzisiejszej Polski, gdzie z kolei nie było jeszcze środowiska intelektualnego zainteresowanego spisywaniem swojej wiedzy o świecie.

Dopiero po niemal półwieczu saski biskup Merseburga Thietmar, czujny obserwator początków drugiego tysiąclecia ery chrystusowej i komentator czasów dawniejszych, zapisał w swojej kronice dydaktyczną opowiastkę o okolicznościach nawrócenia Mieszka I na drogę jedynie słusznej wiary przez jego wierną chrześcijańskim ideałom żonę. Kronikarz przyznał się jednak uczciwie do niepewności, czy księżna Dąbrówka1/Dobrawa dzieliła łoże z poganinem i nie przestrzegała postów tylko przez jeden rok, czy aż przez trzy lata. Nie podał konkretnych lat, ale znając datę ich ślubu w 965 roku, możemy sami ocenić, czy Mieszko I dał się przekonać do porzucenia starych wierzeń już w 966, czy dopiero w 968 roku. Tę wcześniejszą datę wskazała większość przepisywaczy, którzy jakiś czas później zaczęli kompilować tzw. roczniki polskie, tj. wyliczenia najważniejszych wydarzeń politycznych z dziejów państwa piastowskiego. W jednym z nich, Roczniku dawnym, znajdziemy informację o tym wydarzeniu zapisaną pod rokiem 967 (DCCCCLXVII).

Zatem data powszechnie dziś uznawana za oczywistą bynajmniej nie ma charakteru bezalternatywnego pewnika. Wybrano ją chyba na zasadzie „głosowania”, ponieważ to ją wskazuje najwięcej źródeł. Jest też najbardziej atrakcyjna, bo najstarsza z trzech możliwości. Usuwa także ewentualne wątpliwości odnośnie do urodzin Bolesława Chrobrego, który powinien być owocem w pełni chrześcijańskiego związku. Współgra to z uwagą Thietmara, który specjalnie podkreślił zadowolenie Mieszka I i „jego szlachetnej żony z ich legalnego już związku”. Gwoli prawdy źródłowej trzeba jeszcze wspomnieć, że w Roczniku poznańskim starszym wymieniono nawet rok 960, ale ta informacja jest podawana w wątpliwość.

Z perspektywy ponad tysiąca lat nie ma to większego znaczenia historycznego, ale wybór 966 roku zdeterminował nasz kalendarz obchodzenia „okrągłych” rocznic, które nieodmiennie przyciągają uwagę opinii publicznej, a więc otwierają kasę z funduszami państwowymi, uaktywniają badaczy odległej przeszłości i wzmagają zainteresowanie mas konsumentów informacji, próbujących zachować orientację w zalewie oferowanych im wiadomości okolicznościowych.

Taka koncentracja uwagi na konkretnym roku skutecznie zaciemnia źródłową niepewność odnośnie do daty świętowanego wydarzenia. Sprawia to, że rok 966 stał się pewnikiem utrwalonym w powszechnej świadomości, a jako taki jest skutecznie chroniony przed kontestacją, która może być uznana wręcz za „szarganie świętości” i podejrzliwie potraktowana jako podważanie rangi początku historii narodowej.

Dla złagodzenia takiej reakcji obronnej można przypomnieć, że polski przypadek nie jest wyjątkowy. Nasi bliżsi i dalsi sąsiedzi mają bowiem podobne problemy z ustaleniem „kto, gdzie i kiedy?” się ochrzcił i jaki to miało skutek historyczny, czy też z ustaleniem początkowej daty wprowadzenia nowej religii. Również u nich wskazanie konkretnego momentu przełomowego jest utrudnione wskutek nieoczywistości dostępnych nam informacji źródłowych, które sugerują raczej długi proces zmian niż jednorazową rewolucję. Nie powinniśmy więc czuć się osamotnieni w naszych rozterkach historycznych.

Pewnej analogii można upatrywać w długo chrystianizowanej Danii. Według saskiego kronikarza Widukinda już przed oficjalnym chrztem króla Haralda Gormssona Sinozębego w 965 roku „Duńczycy byli od dawna chrześcijanami, ale mimo to służyli idolom według pogańskiego obyczaju”. Choć już wcześniej ochrzczeni i ewangelizowani, byli więc wciąż złymi chrześcijanami, którzy wymagali nie tyle nawrócenia, ile raczej ponownego zawrócenia na właściwą drogę. Toteż merseburski kronikarz Thietmar uważał, że misjonarz „Poppo dokonał odnowienia chrześcijaństwa, które znajdowało się w upadku… [gdyż Duńczycy] odstąpiwszy od wiary swoich przodków, bożkom służyli i demonom”. Wyrazistym symbolem powrotu do chrześcijańskiej ortodoksji i początku właściwej drogi stał się więc chrzest ich władcy w 965 roku.

Dawna szwedzka tradycja lokowała chrzest urodzonego około 987 roku króla Olofa Skötkonunga dopiero w 1008 roku w Husaby, chociaż jego polska matka była chrześcijanką. Kronikarze potwierdzają, że córka Mieszka I, Gunhilda/Świętosława2, wychowała go w wierze chrześcijańskiej, a on sam już w 995 roku wybił zaprojektowane według chrześcijańskich wzorców monety z wizerunkiem krzyża. Poza tym już dużo wcześniej przyjeżdżali do Szwecji frankijscy i angielscy misjonarze, ale ich próby nawrócenia tubylców spełzły na niczym wskutek oporu szwedzkich elit silnie zakorzenionych w tradycji pogańskiej. To wszystko uznano za okres wstydliwej niepewności, który nie oferował punktu jednoznacznie przełomowego, jakim mógł być konkretny, choćby tylko wymyślony rok ochrzczenia się króla, który podjął świadomą decyzję jako dorosły już mężczyzna.

Również na Węgrzech już przed objęciem w 997 roku władzy przez księcia Vajka, który później został świętym królem Stefanem, wśród Madziarów „przyjęło się chrześcijaństwo, lecz zmieszawszy się z pogaństwem, stało się religią skażoną, a to ospałe i trwożliwe chrześcijaństwo zaczęło być gorsze niż barbarzyństwo”. Tak to widział misyjny biskup Bruno z Kwerfurtu, który sam pojechał na Węgry, aby wesprzeć chrześcijańskiego króla w ewangelizacji jego poddanych uparcie trzymających się dawnych obyczajów. Wobec niepewności początku dużo atrakcyjniejszy, bo pewny, jest rok 1001, kiedy Stefan otrzymał koronę królewską, a Węgry arcybiskupstwo.

 

Podobnie na Rusi lokalna tradycja pomniejszyła znaczenie penetracji chrześcijaństwa przed oficjalną konwersją kijowskiego księcia Włodzimierza (Vladimira) Wielkiego dokonaną uroczyście w 988 roku. A przecież jego babka Olga-Helena już w 957 roku ochrzciła się w Konstantynopolu i rozpoczęła proces chrystianizacji kraju. Jednak dydaktyczny przekaz autora Powieści minionych lat ograniczył zasięg tej wcześniejszej konwersji religijnej tylko do elitarnego kręgu skandynawskich Waregów, którzy pływali do Bizancjum i tam zostali ochrzczeni. „Chrzest Rusi” skojarzono więc jednoznacznie z decyzją dorosłego już Włodzimierza, który został potem nagrodzony kanonizacją.

W historii Czech za punkt zwrotny uznaje się rządy księcia Wacława, kanonizowanego wkrótce po jego tragicznej śmierci w 929 albo 935 roku. Ale gorliwą chrześcijanką była już jego babka Ludmiła, która wychowała wnuka, próbując zniwelować wpływ pogańskiej matki, jego dziad zaś książę Bořivoi miał być ochrzczony przez samego świętego Metodego w 884 roku. A źródłowe początki wejścia Czechów w orbitę cywilizacji chrześcijańskiej można cofnąć przecież nawet do 845 roku, kiedy to czternastu książąt czeskich pojawiło się w Ratyzbonie/Regensburgu, prosząc wschodniofrankijskiego króla Ludwika II Niemieckiego o udzielenie im chrztu. Te wszystkie drobne kroki nie miały jednak rangi konkretnego przełomu, od którego można by zacząć dydaktyczną opowieść.

Te przykłady z sąsiednich krajów zdają się tworzyć wspólny horyzont średniowiecznych zabiegów propagandowych, które próbowały usunąć niepewność odnośnie do początków chrześcijaństwa w państwach, które w X wieku stopniowo dołączały do „cywilizowanej” Europy. Chodziło bowiem o wskazanie przełomowych dat włączenia każdego z nich do Kościoła powszechnego. Takie zabiegi pozwalały podzielić wczesne dzieje narodowe na dwa skontrastowane ze sobą okresy — „przed” i „po” oficjalnej konwersji utożsamionej z decyzją świadomie podjętą przez konkretnego, dorosłego już władcę — Haralda, Olofa, Włodzimierza, Bořivoia czy Mieszka. Zapisana około połowy XI wieku w polskich rocznikach sucha informacja, że „książę Polski przyjmuje chrzest”, ustanowiła właśnie taki moment jednoznacznego przełomu religijnego, który ulokowano w 966 roku.

Wobec braku informacji o wewnętrznych rozterkach Mieszka I, rozważając okoliczności tego wydarzenia, musimy uciec się do analizy kontekstu historycznego, w którym książę działał przed podjęciem najważniejszej decyzji swojego życia. Decyzji, która w dużym stopniu ograniczyła swobodę jego bieżących posunięć politycznych, a w dłuższej perspektywie zdeterminowała kierunek rozwoju jego państwa, włączając je w krąg cywilizacji zachodnioeuropejskiej, tj. tradycji wywodzącej się ze starożytnego cesarstwa i związanego z nią Kościoła łacińskiego z jego centrum ulokowanym w „apostolskim” Rzymie.

Analiza historycznego kontekstu tzw. chrztu Polski musi objąć pytania dotyczące początków państwa wczesnopiastowskiego, terytorialnego zakresu władzy, którą sprawował Mieszko I, oraz pochodzenia samego księcia. Jak tego dowodzi historia wielu państw, w których władzę zwierzchnią przejmowali przybysze z zewnątrz, książę wcale nie musiał być tubylcem. Niestety, próba odpowiedzi na niektóre z takich pytań może pozostawić więcej wątpliwości niż bezdyskusyjnych ustaleń. Tym bardziej że trzeba się odwołać nie tylko do źródeł historycznych, ale też i do świadectw archeologicznych, a taka konfrontacja nie zawsze prowadzi do jednoznacznych wniosków i raczej nie wszystkich zadowoli. Może też zaburzyć poczucie bezpieczeństwa historycznego, które wymaga pewności odnośnie do podstawowych wydarzeń.

Już proste pytanie: „Czy Mieszko I był Słowianinem?” wymagałoby zdefiniowania wczesnośredniowiecznej słowiańskości, co wcale nie jest łatwe, jeśli wyjdziemy poza powierzchowną identyfikację językową. Długie dziesięciolecia badań nad pochodzeniem przodków Polaków nie doprowadziły do uzgodnienia jednej wersji procesu historycznego. Archeolodzy, historycy i językoznawcy podzieleni są na dwa „wrogie obozy” zwolenników głęboko zakorzenionego w pradziejach autochtonizmu mieszkańców ziem położonych w dorzeczach Wisły i Odry oraz tych, którzy są przekonani, że Słowianie zachodni byli późnymi przybyszami ze wschodu, którzy dopiero w VI-VII wieku naszej ery wykorzystali chaos nazwany kiedyś okresem wędrówek ludów do zajęcia ziem opuszczonych przez ich wcześniejszych germańskich mieszkańców.

Nowy impuls do tej dyskusji mogą wnieść chyba tylko przeprowadzone na masową skalę paleogenetyczne badania aDNA (ancient DNA) pobranego z kości ludzi pochowanych we wczesnym średniowieczu w wielu częściach Europy. Może pozwoli to kiedyś ustalić przebieg procesów demograficznych i migracji oraz określić powiązania genetyczne pomiędzy mieszkańcami różnych części kontynentu. Dla tych rozważań te problemy nie mają jednak większego znaczenia, gdyż zamierzam się tu zająć sytuacją dużo późniejszą, tj. wejściem państwa wczesnopiastowskiego na scenę geopolityczną Europy Środkowo-Wschodniej w drugiej połowie X wieku.

Ale i rozważania nad wczesną państwowością roją się od pułapek. Wiele z nich wynika z intuicyjnego przyjmowania za punkt wyjścia obrazu państw nowożytnych, których charakterystyczne cechy niefrasobliwie przerzuca się w czasy wcześniejsze nawet o wiele stuleci. Nawet w państwach wczesnośredniowiecznych często poszukuje się zbyt nowoczesnych atrybutów państwowości, łącznie z wyraźnie wytyczonymi i międzypaństwowo akceptowanymi granicami oraz stałym centrum decyzyjnym, które sprawnie zarządzało infrastrukturą zawartego w tych granicach terytorium oraz systematycznie i skutecznie kontrolowało wszystkich jego mieszkańców, narzucając na całym obszarze pożądany porządek społeczny.

Państwo wczesnopiastowskie jest dobrym przykładem tego, że próby takie są skazane na porażkę. Nie można bowiem traktować dawnych organizacji terytorialnych jako wczesnych modeli dzisiejszych państw, a ich przywódcom nadawać naszą współczesną mentalność i przypisywać im dzisiejszą skuteczność nadzoru polityczno-gospodarczego. Takiej władzy z pewnością nie mieli nasi pierwsi władcy, którzy pojawili się w X wieku na scenie geopolitycznej, biorąc udział w lawinowym dzieleniu Europy Środkowej i Północnej na polityczne organizacje terytorialne, z których wiele przetrwało do dzisiaj. Poza tym nie widać wzorca, z którego Piastowie mieliby zaczerpnąć model państwa ściśle scentralizowanego, bo najbliższymi przykładami było usadowione we wschodnim Śródziemnomorzu Bizancjum, czyli cesarstwo wschodniorzymskie, oraz muzułmański kalifat kordobański, który zdominował zachodni kraniec Morza Śródziemnego.

To sprawia, że nie da się dzisiaj wskazać jednoznacznego początku polskiej państwowości ani też stabilnej stolicy w dzisiejszym rozumieniu skoncentrowania w jednym miejscu wszystkich struktur kontroli wyznaczonego ściśle terytorium. Dydaktyczne zabiegi kilku pokoleń historyków ukształtowały jednak przekonanie, że takie miejsce istniało. W literaturze dominowało porównywanie argumentów na rzecz pierwszeństwa jednego z dwóch ośrodków wczesnopiastowskich — Gniezna albo Poznania. Mimo emocjonalnego zaangażowania wielu autorytetów wciąż nie widać jednak możliwości ostatecznego rozstrzygnięcia sporu o „wyższość” któregoś z nich. I jedno, i drugie miasto ma swoich zagorzałych zwolenników (zarówno historyków, jak i archeologów), którzy od dawna, choć bezskutecznie, przerzucają się argumentami.

Oba te grody Anonim Gall umieścił na swojej liście „głównych siedzib królestwa”, która przecież wylicza jeszcze inne miejscowości. Nie można więc ograniczać rozważań tylko do tradycyjnej opozycji dwubiegunowej — Gniezno albo Poznań. Ta uproszczona alternatywa jest kontestowana przez część mediewistów, którzy odtwarzają obraz o wiele bardziej skomplikowany od wizji wskazującej konkretną „kolebkę” i jedno stabilne centrum kontroli politycznej, promując raczej organizację zarządzaną przez władcę, który systematycznie przemieszczał się po swoim terytorium, wykorzystując sieć wielu siedzib.

Determinowała to zarówno sfera polityczna, jak i administracyjna i gospodarcza. Personalistyczny charakter ówczesnych rządów wymagał bowiem częstych bezpośrednich interwencji władcy w coraz to innych częściach państwa. Jego dwór znajdował się więc w „ciągłym” ruchu, próbując przez mobilność przezwyciężyć naturalne ograniczenia logistyczne i zapobiec rozwojowi ciągle obecnych niebezpiecznych tendencji odśrodkowych grożących mu ze strony lokalnych konkurentów. Również trywialne kłopoty aprowizacyjne, powodujące problemy z zaopatrzeniem w żywność, wymuszały częstą zmianę miejsca pobytu dużej grupy ludzi przyzwyczajonych do ekskluzywnej konsumpcji. Niewielkie nadwyżki produkcyjne ówczesnego rolnictwa środkowoeuropejskiego, niedoskonałość metod konserwacji żywności (ograniczonych właściwie do wędzenia i suszenia), brak wyspecjalizowanych magazynów oraz oczywiste trudności transportowe powodowały, że żadna okolica nie wytrzymałaby gospodarczo stałego pobytu władcy i jego otoczenia.