Kamienne biografie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Elżbieta często odwiedzała swoją ciotkę, Klarę Batory, kobietę o skłonnościach lesbijskich, organizującą regularnie wyuzdane orgie. Zapewne właśnie podczas jednej z nich hrabina Nádasdy poznała Dorotheę Szantes, która podsyciła jeszcze jej sadyzm. Od przeistoczenia się w autentyczną wampirzycę dzielił ją już tylko mały kroczek…

Cierpiąca na chroniczne bóle głowy hrabina odkryła pewnego dnia, że ukojenie przynoszą jej okłady z krwi zwierząt. Od tej pory coraz częściej sięgała po to „lekarstwo”. Dostrzegła również jeszcze coś innego. Jako przedstawicielka magnaterii zajmowała się wychowaniem dziewcząt ze zubożałych rodów szlacheckich. W opisywanych czasach wychowanie oznaczało przede wszystkim żelazną dyscyplinę, wprowadzaną najczęściej za pomocą chłosty…

Batożenie młodych szlachcianek rychło stało się jej ulubioną rozrywką. Początkowo ograniczała się do bicia rózgą dłoni wychowanic, potem odkryła, że chłostanie ich nagich pośladków jest o wiele przyjemniejsze. Robiła to tak sumiennie i z takim zaangażowaniem, że dziewczęta musiały potem jadać na stojąco i spać na brzuchu.

* * *

Rankiem 4 stycznia 1604 roku zmarł nagle Ferenc Nádasdy, prawdopodobnie otruty przez swoją małżonkę. Jego śmierć okazała się początkiem jeszcze większych okrucieństw Elżbiety Batory. Już po czterech tygodniach wdowieństwa porzuciła żałobę i przeniosła się wraz z dziećmi do Čachtic, gdzie szał zadawania cierpień i zabijania wybuchł u niej ze zdwojoną siłą.

Ponieważ do realizacji swoich chorych planów potrzebowała pomocy, wkrótce wokół niej skupiło się towarzystwo wyjęte żywcem z sennego koszmaru. Prawą ręką Elżbiety stał się okrutny karzeł Jánosz Ujvári, zwany „Fritzko”. Sekundowały mu: lesbijka-sadystka, wspomniana już wcześniej Dorothea Szantes, Llona Joo – bezzębna starucha, biegła w najrozmaitszych technikach seksualnych – oraz leśna wiedźma, znachorka Anna Darvulia. Złowieszczą kompanię z piekła rodem uzupełniał jeszcze jeden czarownik, zwany Torko.

Darvulia – korzystając ze strachu hrabiny przed nadchodzącą starością – stała się najprawdopodobniej główną inspiratorką dokonywanych przez nią zbrodni. Pewnego razu Elżbieta Batory zapamiętała się w wymierzaniu batów do tego stopnia, że przypadkowo pochlapała sobie twarz krwią swoich ofiar. Spojrzawszy w lustro, zauważyła, że zmarszczki – które zaczęły się już gdzieniegdzie pojawiać – zniknęły z jej oblicza, a skóra w tych miejscach stała się jędrniejsza i bardziej gładka.

Zbliżała się przecież do pięćdziesiątki, martwiąc się wielce upływającym czasem i związanym z nim więdnięciem swej słynnej urody. Na upiększające mikstury i zdrowotne kąpiele wydawała od jakiegoś czasu ogromne pieniądze. Służące godzinami nacierały każdy kawałek jej ciała coraz nowszymi środkami do pielęgnacji, które przywoziła z licznych podróży. Ustawiczne spoglądanie w lustro w poszukiwaniu nowych zmarszczek i siwych włosów stało się niemalże obsesją. Tak bardzo pragnęła wyglądać znów świeżo i młodo jak przed laty.

Wnioski nasunęły się same – potrzebowała świeżej krwi, która uczyniłaby ją „piękniejszą”. W tym przekonaniu utrzymywała ją znachorka, twierdząc, że przez odebranie komuś krwi można zachować wieczną młodość oraz przejąć duchowe i fizyczne cechy tej osoby, szczególnie jej siłę, młodość i urodę. Zgodnie z opinią wiedźmy, najlepiej takiemu celowi służyć miały kąpiele we krwi młodych dziewcząt.

Dopiero wtedy zaczął się prawdziwy koszmar…

Zbrodniczy proceder ruszył pełną parą. W okolicach zamku w Čachticach pojawiła się czarna karoca, a gdziekolwiek ją widziano, znikały młode kobiety i dziewczęta. Część z nich po prostu porywano, inne zaś karzeł „Fritzko” zatrudniał jako służące swej pani. Wszystkie jednak czekał ten sam tragiczny los.

Szczegóły dotyczące tego, co czekało dziewczęta w podziemiach zamku, i jak przebiegały owe „kąpiele” hrabiny Batory, odnaleźć można w zachowanych do dzisiaj aktach z jej późniejszego procesu. W zamkowym lochu wybudowano specyficzną łazienkę. W rozjaśnionym światłem świecy pomieszczeniu, do którego sprowadzano niczego nieświadome, starannie umyte wcześniej panny, stała beczka, nad którą kazano się pochylić dziewczynie, niby dla nabrania wina. Wtedy z tyłu podchodził do niej karzeł „Fritzko”. Zadawał ofierze śmiertelny cios nożem i podcinał żyły i tętnice udowe w taki sposób, aby wykrwawiła się do beczki. Specjalną rynną krew spływała do sąsiedniego pomieszczenia, w którym stała wanna. W niej to właśnie hrabina Batory zażywała swych makabrycznych kąpieli. Zamordowaną rozbierano i nakłuwano jej ciało w wielu miejscach tak, aby krew szybciej wypłynęła z ciała. Chcąc napełnić wannę, pomocnice hrabiny zmuszone były wielokrotnie obracać wstrząsane konwulsjami zwłoki. W nocy służki nadal czuwały wokół łoża Elżbiety, nacierając swoją panią podczas snu stężał krwią zamordowanych i pilnując, by zaschnięte grudki nie spadały z jej ciała.

Zwykle przed zamordowaniem dziewczyny Elżbieta sprawdzała palcami, czy zachowała dziewictwo. Jeżeli tak, deflorowała ją potem za pomocą długiego sztyletu.

Hrabina szczególnie ceniła sobie dziewczęta dobrze urodzone, wierząc, że ze względu na lepsze odżywianie ich krew ma większą moc odmładzania i upiększania niż krew chłopek. W uprawianiu tego niecnego procederu znakomicie pomagała jej opinia świetnej wychowawczyni młodych panien z wyższych sfer, które miały pod jej okiem nabrać wytwornych manier i towarzyskiej ogłady. Ze względu na wysoką pozycję Elżbiety w węgierskim społeczeństwie chętnych kandydatek miała początkowo dużo więcej, niż potrzebowała do swoich „kąpieli piękności”.

Żadna jednak z wysłanych do Čachtic dziewcząt po zamieszkaniu w zamku nigdy nie odezwała się do rodziny. Zaniepokojonym o ich los krewnym morderczyni przesyłała listy z informacją, że zmarły na niebezpieczną chorobę i właśnie zostały pochowane. Przez długi czas nikomu nie przyszło nawet do głowy, żeby otworzyć trumnę i zobaczyć zwłoki. Kiedy te wyjaśnienia przestawały wystarczać i rodzina zaczynała się dopytywać, na jaką chorobę zmarła ich krewna i jaki lekarz ją leczył, odprawiała ją szorstko, mówiąc, że takie pytania są dla niej obraźliwe. To wystarczało.

Innym tłumaczyła, że dziewczyna zabiła się, skacząc z okna, przyłapana na próbie kradzieży, lub że wydarzył się wypadek na polowaniu i nieszczęsną okaleczył dzik. W takich wypadkach pokazywała nawet rodzicom zwłoki zmarłej, wyjaśniając, iż te okropne rany na ciele to ślady zębów zwierzęcia. Czasem po prostu zaprzeczała, że zaginiona kiedykolwiek pojawiła się na zamku.

Zadaniem „Fritzko” było ukrycie zwłok w jednym z licznych podziemnych przejść lub piwnicznych korytarzy. Wkrótce ciał było tak dużo, że nie było ich już gdzie grzebać. Karzeł zakopywał je więc w dołach lub wrzucał prosto do zamkowej fosy, skąd wyciągały je wygłodniałe psy. Po jakimś czasie smród rozkładających się zwłok zaalarmował mieszkańców wioski, jednak nikt nie śmiał oficjalnie oskarżyć o zbrodnie bogatej arystokratki o wielkich wpływach.

Pewnego razu odnaleziono na zamku straszliwie okaleczone zwłoki służącej, których „Fritzko” nie zdążył jeszcze ukryć. Zaskoczona hrabina Batory natychmiast wyznaczyła nagrodę w wysokości dwóch tysięcy guldenów dla tego, kto pomoże pojmać sprawcę śmierci dziewczyny. Karzeł rzucił podejrzenie na jednego z chłopaków ze wsi, którego widział jakoby poprzedniej nocy, jak zakradał się do pokoju zamordowanej. Chłopaka natychmiast aresztowano i poddano torturom, polegającym na łamaniu kołem. Przyznał się do wszystkiego. Obiecaną nagrodę „Fritzko” przekazał kościołowi, aby tym sposobem uśpić rodzące się wątpliwości duchownych.

* * *

Z czasem wśród węgierskich rodzin arystokratycznych zabrakło chętnych do oddawania swych córek na wychowanie mocno podejrzanej hrabinie. Elżbieta jednak dużo podróżowała, bywała w Czechach, na Morawach, w Austrii i Polsce. Wprost zasypywano ją zaproszeniami, a wszystkie bardziej znane rodziny arystokratyczne rywalizowały o to, by choć raz przyjąć ją w swych posiadłościach.

Tam znajdywała kolejne kandydatki. Wszędzie też kontynuowała zbrodniczy proceder, dając upust swym sadystycznym skłonnościom, i kąpała się we krwi ofiar. Gdzie tylko się pojawiła, ginęły młode kobiety, które odnajdywano potem na polach martwe i straszliwie okaleczone. Przez długi czas jednak nikt nie wiązał z tymi wydarzeniami powszechnie szanowanej hrabiny Batory, damy z wyższych sfer, która podróżowała wraz ze swoją świtą. Urzędnicy przeprowadzali śledztwo, ale jakimś dziwnym trafem nigdy nie udawało im się odnaleźć sprawcy.

Często odwiedzała swój zamek w Wiedniu. Pewnego razu gościła tam grupę węgierskich arystokratów, wśród której powszechną uwagę zwracała pewna młoda i urodziwa dziewczyna, jak się wkrótce okazało, zaręczona z jednym z Batorych. Ujrzawszy tę piękność, Elżbieta postanowiła wykąpać się w jej krwi, po której wiele sobie obiecywała. Zwabiła ją pod byle pretekstem do jednego z pokoi na tyłach zamku, gdzie jej pomocnicy obezwładnili, związali i zakneblowali ofiarę, a następnie niepostrzeżenie przenieśli do karocy i przewieźli do wynajętej przez hrabinę willi na przedmieściach Wiednia. Tam została wykąpana, rozebrana i pchnięta nożem przez szalonego karła. Kiedy tylko wanna wypełniła się świeżą krwią, hrabina wskoczyła do niej, czekając, aż w tajemniczy sposób odmłodzi jej skórę.

Elżbieta Batory mordowała nie tylko po to, aby zażywać „kąpieli piękności”. Bez wahania usuwała również ze świata tych, którzy byli do niej wrogo nastawieni lub z którymi miała jakiś zatarg, najczęściej o pieniądze. Najbardziej nienawidziła trzech osób: króla Węgier, Macieja II Habsburga, mającego u jej męża ogromne długi karciane, z których spłatą bynajmniej się nie spieszył, palatyna Węgier, sędziego Györgyego Thurzó oraz dawnego opiekuna jej zmarłego w dzieciństwie syna Pawła. Z czasem wpadła na pomysł, jak zgładzić wszystkie te trzy osoby naraz, a właściwie podsunęła jej go niezawodna Darvulia. Należało mianowicie wykąpać się w kadzi, wypełnionej tajemniczym płynem, którego recepturę znała jedynie sama znachorka. Następnie, korzystając z tego płynu, upiec na nim zatrute ciasto i poczęstować nim wymienionych, zaproszonych wspólnie na przyjęcie.

 

Elżbieta zrobiła dokładnie tak, jak nakazała jej wiedźma, ale widać nie była do końca przekonana o skuteczności „czarodziejskiej” mikstury. Chcąc przekonać się, jak działa, dała wcześniej wypiek do spróbowania kilku innym osobom. Ku jej wściekłości żadna z nich nie wyzionęła ducha, skończyło się jedynie na drobnym bólu brzucha.

Z czasem rytuał mordowania przybrał dużo bardziej wyuzdaną formę. Po wykąpaniu dziewczyny sprowadzano do lochu i zakuwano w kajdany. Niektórym otwierano brzuch, tak że wypływały z niego wnętrzności. Innym rozrywano piersi rozpalonymi do czerwoności obcęgami. Jeszcze innym wbijano w odbyt naostrzony sosnowy pal. Patrzące na te okropności panienki hrabina uspokajała i pieściła, czerpiąc z ich krańcowego przerażenia seksualną satysfakcję.

Żeby „zabawa” była jeszcze lepsza, Elżbieta zleciła zaufanemu kowalowi wykonanie „Żelaznej Dziewicy”. Było to metalowe pudło, którego wewnętrzne ściany jeżyły się od ostrzy. Rozmieszczano je zgodnie z budową anatomiczną kobiety, tak aby rozrywały intymne części ciała, nie zabijając jednakże ofiary. Często rozpalano pod nim ogień. Przyszpilone dziewczęta podkurczały nogi, co szczególnie podobało się ich katom. Mówili wtedy, że panny dobrze się bawią, skoro tańczą.

Ten sam kowal wykonał jeszcze ogromny metalowy członek, którym zboczona wampirzyca gwałciła swe ofiary, oraz klatkę w kształcie kuli, zbyt niską, żeby w niej stać i za wąską, żeby usiąść, wyposażoną w dziesiątki sterczących do środka kolców. Zawieszano ją pod sufitem na wielokrążku i kołysano w przód i w tył, w wyniku czego zamknięta w środku dziewczyna była rozdzierana między kolcami na kawałki.

Dla służących w zamku w Čachticach dziewcząt nastały zaiste ciężkie czasy. Hrabina karała je surowo za każde, nawet najdrobniejsze przewinienie: chłostała ciernistym biczem albo oszpecała nożem lub nożyczkami. Jednej z pokojówek, która – zdaniem Elżbiety – niedbale wyprasowała kryzę sukni swej pani, rzuciła prosto w twarz gorące żelazko. Inne za karę musiały rozbierać się i nago zbierać chrust. Kiedy nie dało się znaleźć żadnej winnej uchybienia, a hrabina była akurat w złym humorze, wybierała po prostu jedną z dziewcząt, kazała jej rozebrać się do naga, wiązała ręce na plecach i chłostała ofiarę do nieprzytomności. Ot tak, dla zabawy.

Kiedy któregoś dnia dowiedziała się, że jedna ze służących po raz kolejny leży w łóżku chora, rozkazała przynieść ją do swej komnaty. Związanej i zakneblowanej dziewczynie rozszarpała własnymi zębami piersi, zaś resztę ciała okaleczyła nożem. Jeszcze inną służącą, którą oskarżono o kradzież gruszki, poleciła zaprowadzić do pralni. Tam pomocnicy hrabiny rozebrali ją, związali i zaczęli smagać pejczem. Kiedy któregoś z oprawców zaczynały boleć ramiona, zmieniał go następny. Sama Elżbieta przysłuchiwała się krzykom dziewczyny z wielkim upodobaniem, napawając się widokiem posiniaczonego i krwawiącego ciała. Na koniec nakazała podciąć służącej pachy nożyczkami.

Akta procesu Elżbiety Batory zawierają dokładne opisy bardzo wielu tego typu okropności.

* * *

Wiosną 1609 roku na zamku w Čachticach pojawiła się, oddana tam „na wychowanie”, piękna jak kwiat siedemnastoletnia Margaretha.

Elżbieta uwielbiała zabijać swe niewolnice – bo przecież były to niewolnice, w końcu sama je wybierała, badała i karała. Kształtowała ich ciała i dusze tak, aby były w stanie zaspokoić jej najwymyślniejsze nawet zachcianki. Ale kochała również się z nimi „bawić”. Największą rozkosz dawały jej chwile spędzane z nowymi dziewczętami. A jeśli jeszcze dodatkowo były tak śliczne i ponętne, jak Margaretha…

– Zdejmij suknię i rzuć ją na podłogę – rozkazała. – Chcę, abyś była całkiem naga.

Z maskowanym starannie zadowoleniem obserwowała, jak młoda szlachcianka, drżąc na całym ciele, wykonuje jej polecenie. Przed każdym takim seansem polecała rozpalić ogień na palenisku i przysunąć do niego miękką sofę. Przepadała obserwować grę cieni na nagim młodym ciele.

Posadziła dziewczynę na swoich kolanach i kołysała ją z czułością. Zanim jeszcze dotknęła wychowanicy, lubiła popatrzeć na jej gładkie krągłości, miękkie, kuszące futerko pomiędzy udami i nerwowe trzepotanie rzęs. Potem rozkazała jej podłożyć ramię pod głowę, by móc widzieć, jak poruszają się piersi, a szczególnie – jak unosi się sutek. Czasami jednak odmawiała sobie tej przyjemności, by samo wyobrażenie zaostrzyło mękę pożądania.

– Rozewrzyj uda, moja czarnooka piękności – powiedziała zduszonym, chrapliwym głosem. – Otwórz się dla mnie.

Za każdym razem w takich wypadkach niewolnica słodko i niewinnie odwracała wzrok. Ciało Elżbiety przebiegały rozkoszne dreszcze. Pragnęła chwycić tę piękną twarz w swoje dłonie i pokryć ją pocałunkami. Ustami chciała dotknąć wstydliwie przymkniętych powiek. Po takiej chwili wstydu dziewczyna spoglądała wilgotnymi oczyma na swoją panią i spełniała każde polecenie.

Kiedy już niewolnica z własnej woli – nieprzymuszana batem, więzami lub obcymi rękami – poddawała swoje ciało „zabawie”, hrabinę ogarniało dziwne uczucie, jakby nierealności, jakiegoś oszołomienia. Dziewczęta prawie nigdy nie odmawiały wykonywania jej poleceń, lecz i w takiej sytuacji Elżbieta potrafiła znaleźć przyjemność, chociaż o nieco innym charakterze.

Kiedy dziewczyna leżała już rozwarta, čachticką panią opanowywało słodkie niezdecydowanie. Gdzie dotknąć najpierw? Niewolnica drżała w pełnym napięcia oczekiwaniu, jej piersi unosiły się i opadały kusząco. Lecz Elżbieta opanowywała się tak długo, aż jej podniecony oddech stawał się szybszy niż oddech dziewczyny. I wtedy mówiła głosem zduszonym z podniecenia:

– Otwórz się, moje kochanie… Obserwuj, jak twoja pani bawi się twoim ciałem.

W tym momencie zwykle nastawała, by dziewczyna rozszerzyła się jeszcze bardziej. Robiła to z dwóch powodów. Po pierwsze – tym niewielkim ruchem wychowanica czyniła gest głębokiego poddania. Drugi powód był bardziej praktyczny, lecz nie mniej podniecający. Skóra na złączeniu uda z pośladkami była tak napięta, że palec Elżbiety, wolno poruszający się w tym miejscu, wywoływał mimowolne ruchy nóg. Chociaż świetnie wiedziała, że jest to naturalna reakcja, napominała dziewczynę:

– Nie unoś kolan, moja słodka. Musisz pozostać otwarta dla moich pieszczot. Teraz otwórz usta i bardzo wolno wyciągnij język. Ja będę pieściła twoją fałdkę.

Już dawno temu odkryła, że taka mała szorstkość pomaga dziewczynom pozbyć się pewnych hamulców, a to z kolei stanowiło ważny element „zabawy”.

Wolała, kiedy dziewczyna ma wydatne płatki, chroniące jej kobiecość. Zdobywała wtedy większe pole do popisu. Wychowanice były różnie zbudowane. Ich szczególne zalety i braki czyniły je niepowtarzalnymi. Hrabina kochała bogactwo tych różnic, szczególną satysfakcję czerpiąc z badania i odkrywania ukrytych wad i zalet swych podopiecznych. Nigdy nie wyśmiewała wad cielesnych, oczywiście, jeśli tylko się nie zdenerwowała.

Jeżeli problemem były jakieś złe przyzwyczajenia czy braki emocjonalne, z pewną dozą cierpliwości można je było naprawić. Gorzej było w przypadku wad fizycznych. Najszczęśliwsza była, kiedy los tak zrządził, że dziewczę na jej kolanach było bogato obdarzone. Pozwalała jej chwilowo schować język, wyjaśniając:

– Chcę bawić się twoimi płatkami, by stały się pełne i nabrzmiałe. Teraz poproś mnie, abym to zrobiła. – W ten właśnie sposób uwielbiała okazywać swą przewagę.

– Pro… Proszę panią – dziewczyna wydobyła to w końcu z siebie zdenerwowanym głosem.

Elżbieta westchnęła zadowolona, słysząc to słodkie błaganie. Niezauważalne drżenie przebiegło jej ciało.

– Tak, moje kochanie? O co mnie prosisz? – Jej oczy się rozszerzyły, a wargi wydęły.

– Proszę… niech pani zro… niech pani zrobi to – dodała potulnie Margaretha.

– Co mam zrobić, moje kochanie? – głos hrabiny stał się ochrypły.

– Proszę… proszę niech pani ba… bawi się moim ciałem.

– Powiedz mi dokładnie, w którym miejscu chcesz, abym grała twym ciałem, kochanie. Nie wstydź się.

– W moich… moimi… – dziewczyna była tak radośnie zakłopotana.

– Tak? Gdzie? Nie bój się powiedzieć.

– W moich… ustach miłości, proszę pani.

Hrabina stała się jeszcze bardziej podniecona, słysząc tak odpowiednio dobrane słowo.

– A jak długo chcesz, by twoja pani pieściła twe słodkie i mięsiste płatki?

– Jak… jak długo pani sobie życzy.

Zabawa z kobiecymi płatkami mogła zabrać jej naprawdę dużo czasu, szczególnie wtedy, gdy były dobrze rozwinięte. Z reguły zaczynała od bardzo delikatnego dotyku, mającego za zadanie zbadać ich elastyczność. Kładła trzy palce po jednej stronie i delikatnie je wysuwała, przyciskając rozpalone płatki. Dziewczyna zwykle wzdychała w tym momencie, czując jak zimne palce przesuwają się po jej płonącym ciele.

Elżbieta czekała – ciało dziewczyny pod chłodnym dotykiem falowało lub wręcz odwrotnie – rozprężało się. Odkryła, że taka reakcja nie zależy od fizycznej budowy niewolnicy, lecz wiąże się bardziej z jej nastrojem. Tak więc nigdy nie mogła być pewna, co dokładnie się zdarzy. To ją fascynowało. Czasami była tak podniecona, że czuła, jak serce w niej zamiera.

* * *

Lubiła przeprowadzać te dziewczęce fałdki przez dwa etapy. Pierwszy zwała sztywnością. Oznaczało to stan, w którym stawały sztywno i dumnie, niczym grzebień koguta. W rzeczywistości często używała tych dokładnie słów, szczególnie w odniesieniu do dziewczyny, z której była bardzo zadowolona.

– Moje kochanie, masz taki piękny koguci grzebień – mówiła.

Te słowa powodowały czasami, że dziewczyna się czerwieniła. Wtedy kazała jej trzymać lusterko pomiędzy nogami i obserwować, jak porusza na boki jej płatkami.

– Zobacz – mówiła z satysfakcją – poruszają się jak prawdziwy grzebień u podnieconego koguta.

Zazwyczaj dziewczyna zamykała oczy zawstydzona.

– Ciekawa jestem, czy twój mały pręcik również jest taki sztywny? – pytała wtedy „wychowawczyni”.

Czym był drugi etap i jak do niego dochodziło, Elżbieta nie była całkiem pewna. Bywało tak, że bawiła się z wychowanicą bardzo długo, a czasami – bardzo krótko – i nagle oddech dziewczyny stawał się płytki, niewielkie drżenia przechodziły przez jej brzuch, napinały palce u nóg. Powieki stawały się ciężkie, a delikatne płatki były ciepłe, wilgotne i zwiotczałe do tego stopnia, że hrabina mogła je owijać wokół swoich palców.

Wiedziała wtedy, że nadszedł czas, by położyć dziewczynę na brzuchu. Masowanie płatków było bardzo użytecznym wstępem. Pomagało niewolnicy przyzwyczaić się do takich rzeczy, które wydawać się mogły, jeśli nawet nie przykre, to nieznane. Odkryła już dawno, że szczególnie wiejscy chłopcy mieli trochę problemów z tym, co teraz zamierzała zrobić. Prawdą było jednak, że część chłopców szybko uczyła się to lubić. Do tego stopnia, że gdy miała z nimi do czynienia, zwykle wdziewała fartuch, by uchronić się przed skutkami ich wytrysków. Wychowanice odnosiły się do tego z o wiele mniejszym entuzjazmem, co martwiło Elżbietę, ponieważ o wiele bardziej lubiła robić to z dziewczętami.

Kiedy wychowanica leżała już z uniesionym tyłeczkiem, hrabina dokonywała zwykle paru niezbędnych poprawek. Najważniejsze było, aby miała tak rozwarte nogi, żeby jej kobiecość naciskała na udo Elżbiety. Sięgając pod nią mogła rozewrzeć miękkie płatki, odkrywając mały pręcik miłości. Wstrzymując oddech, pozwalała sobie na jedno niewielkie dotknięcie, które wywoływało szarpnięcie ud i westchnienie rozkoszy. Ale zwykle trzymała rozwarte fałdki, pozwalając, by języczek rozkoszy pocierał o aksamit szaty.

– Możesz trzeć swoim pączkiem o mnie, ale tylko wtedy, gdy ja będę pieściła twój tyłeczek – powiedziała tak, wiedząc, że wprawi dziewczynę w zakłopotanie.

Przed rozpoczęciem pieszczot kładła poduszkę pod głowę dziewczyny. Nie po to bynajmniej – jak sądziły niektóre – aby ukryć ich twarz, aby nie być świadkiem pohańbienia, lecz żeby zmusić je do patrzenia, gdy leżały jednym policzkiem na poduszce. Dzięki temu w czasie intymnych pieszczot mogła spotkać wzrok swej podopiecznej.

Często w trakcie takich zabaw zmuszała dziewczynę, by opisywała swe doznania albo pieszczoty, których doświadczała. Ta rozkoszna gra dawała jej wiele radości. Zdarzało się, że podczas zwierzeń dziewczyna musiała użyć jakiegoś wulgarnego słowa – w takich momentach hrabina czuła, jak niewidzialna ręka zaciska jej się pomiędzy nogami.

 

Oprócz tego zawsze wymagała, aby wychowanica trzymała swe pośladki rozwarte. Miało to duże znaczenie – w ten sposób dziewczyna wykonywała nie tylko kolejny gest poddania, ale też odpowiednio napinała skórę. Wtedy to Elżbieta miała nieskrępowane ręce. Niektóre odmawiały swej pomocy, ale potrafiła je do tego zmusić…

Potem nie było już tak „słodko”. Kilka tygodni po pierwszej „zabawie”, znudzona swą kochanką hrabina Batory osobiście wlała jej do pochwy wrzący olej. Zaczęła się zupełnie inna „zabawa”.

Siedemnastoletnia Margaretha była jedną z ostatnich ofiar zboczonej, pewnej siebie i opętanej żądzą wiecznej młodości arystokratki. Ta zbrodnia stała się początkiem jej końca. Rodzina ofiary dotarła ze skargą aż na dwór cesarski.

Wiosną 1610 roku, na polecenie sędziego najwyższego, urzędnicy bratysławskiego sądu wszczęli tajne dochodzenie i rozpoczęli przesłuchiwanie świadków. Ich zeznania potwierdziły najgorsze obawy, dotyczące zbrodni o niewyobrażalnych rozmiarach, do których dochodziło na terenie posiadłości hrabiny Batory. Świadkowie mówili o straszliwych torturach i morderstwach dziewcząt, donosili również o przypadkach kanibalizmu. Jednej z kobiet hrabina wycięła podobno z pośladka kawałek ciała i zmusiła ją do jego zjedzenia. Służący spoza zaufanego kręgu hrabiny przysięgali na wszystkie świętości, że widzieli, jak jedna z zaginionych niedawno dziewcząt wchodzi do zamku, a potem wszelki ślad po niej ginie.

* * *

28 grudnia 1610 roku w kierunku Čachtic wyruszył oddział złożony z kilku chorągwi wojska, dowodzony przez kanclerza Królestwa Węgier, Györgyego Thurzó. „Wampirzyca” nawet nie próbowała stawiać oporu.

Jej proces rozpoczął się 2 stycznia 1611 roku, wywołując zrozumiałą sensację. Na salę rozpraw i w jej okolice ściągały każdego dnia nieprzeliczone tłumy. Na mocy decyzji hrabiego Thurzó Elżbietę sądzono jedynie za wielokrotne przestępstwa o naturze kryminalnej, natomiast o wampiryzm i czarnoksięstwo oskarżono jedynie jej sługi.

Nie było problemów z udowodnieniem jej winy. Czworo ze wspólników čachtickiej pani przyznało się na torturach do zamordowania od trzydziestu do sześćdziesięciu młodych kobiet, ale piąty oskarżony, „Fritzko”, powiedział o ukrytym w komodzie rejestrze zbrodni. Zapiski dotyczyły sześciuset pięćdziesięciu ofiar. Karzeł potwierdził również próbę zamachu na króla, sędziego oraz opiekuna Pawła Batorego. Chociaż hrabina do końca zaprzeczała swojemu udziałowi w zbrodniach, dziesiątki odnalezionych w podziemiach zamku, fosie i okolicy zwłok, sala tortur i zeznania świadków mówiły same za siebie. Podczas ekshumacji zwłok ofiar odkryto, że ciała noszą ślady okrutnych tortur.

Po krótkim procesie 7 stycznia 1611 roku czternastoosobowy sąd, któremu przewodniczył sędzia Thurzó, wydał wyrok. Psychopatycznym towarzyszom Elżbiety odrąbano prawe ręce, a następnie głowy. Prawą rękę odcięto również karłowi „Fritzko”, którego spalono później na stosie. Samą hrabinę Batory, jako wysoko urodzoną damę, należącą do jednego z najważniejszych węgierskich rodów, elity państwa, skazano na zamurowanie żywcem w jednym z lochów čachtickiego zamku. Zostawiono w nim jedynie wąski otwór, przez który podawano jej skromne posiłki.

W licznych, zachowanych do dzisiaj listach, Elżbieta Batory protestowała przeciwko wyrokowi, twierdząc uparcie, że jest niewinna. W ich rezultacie ówczesny król Węgier, Mateusz II zażądał ponownego zbadania sprawy oraz przeprowadzenia dalszych przesłuchań oskarżonych i świadków. Jednak pod wpływem krewnych hrabiny, którzy bali się, że mogą stracić lwią część jej majątku, sędzia zręczną taktyką i błahymi argumentami zdołał odsunąć w czasie ponowne rozpoczęcie śledztwa.

31 lipca 1614 roku hrabina podyktowała testament, w którym cały majątek zapisała dzieciom. Zmarła trzy tygodnie później, 21 sierpnia, w ciemności, unurzana we własnych odchodach, zażywszy truciznę, którą podała jej jakaś litościwa ręka. Pochowano ją w miejscowym kościele.

Nie wiadomo, czy przebito jej serce osikowym kołkiem, żeby nie zmartwychwstała. Nie wiadomo również, dlaczego ta piękna, drobna i delikatna kobieta była zdolna do okrucieństwa przekraczającego ludzkie wyobrażenie. Po jej śmierci szeptano we wsi, że zmarła z powodu braku dziewiczej krwi. Zgodnie z legendami, które długo jeszcze krążyły wśród ludu, zwłoki „największego wampira wszechczasów” wyglądały strasznie. Nie można już było rozpoznać hrabiny, z rąk i nóg bowiem wycięto kawałki ciała. Na przedramionach widniały ślady zębów, a ziemia wokół ciała pokryta była krwią.

* * *

Wielu współczesnych historyków kwestionuje część tego, co powyżej napisano, a niektórzy nawet wszystko. László Nagy dowodzi na przykład, iż Elżbieta Batory w rzeczywistości nigdy nie była żadną morderczynią, padła jedynie ofiarą spisku dążących do zagarnięcia Węgier Habsburgów oraz własnych krewnych, pragnących przejąć jej włości. Oba te rody – Habsburgowie i Batory – popadły w konflikt już w roku 1571, gdy wuj Elżbiety, Krzysztof Batory, stanął na czele pospolitego ruszenia przeciwko Habsburgom, a jego brat Stefan został księciem Siedmiogrodu. Po jego koronacji na króla Polski konflikt przybrał jeszcze na sile.

W wyniku prowadzonej w latach 1567–1602 wojny cesarz Rudolf II Habsburg zagarnął Siedmiogród, jednak już kilka lat późnej w kraju wybuchło powstanie i władzę przejął Gabriel Batory. Ponieważ w Wiedniu obawiano się, że zamożna wdowa Elżbieta wesprze swego kuzyna, postanowiono ją usunąć. Dla urobienia opinii publicznej rozkręcono machinę propagandową i oskarżono pozostającą bez męskiej opieki Elżbietę o najobrzydliwsze zbrodnie, jakie tylko współcześni mogli sobie wyobrazić. Nadzór nad sprawą powierzono ambitnemu i chciwemu kuzynowi Elżbiety, Györgyemu Thurzó, któremu następnie – jako jej krewnemu – przypadła znaczna część wielkiego majątku skazanej.

W 1613 roku kampania wojenna przeciwko Batorym dobiegła końca, a Habsburgom udało się zlikwidować kolejną – po Luksemburgach i Jagiellonach – dynastię, stojącą im na drodze do opanowania Środkowo-Wschodniej Europy.

Mąż Elżbiety, Ferenc Nádasdy, był zręcznym politykiem i znakomitym wodzem, istniało więc realne niebezpieczeństwo, że może zechcieć sięgnąć po koronę świętego Stefana i zjednoczyć Węgry, co bardzo niepokoiło Habsburgów. Według niektórych źródeł młoda szlachcianka nikogo ponoć nie zamordowała, stawała jedynie w obronie wieśniaków, chroniła ich w czasie wojny i opowiadała się po stronie pokrzywdzonych kobiet. Jeżeli dać wiarę tym materiałom historycznym, nie miała także nic wspólnego ze śmiercią męża, który po dwudziestu dziewięciu latach małżeństwa zmarł wskutek odniesionej w bitwie rany.

Zdaniem węgierskiego historyka, za „czarną” legendę hrabiny Batory odpowiada głównie jezuita László Turóczi, który w roku 1729 wydał drukiem dzieło zatytułowane Ungaria suis cum regibus compendio data. Opisał w nim proces Elżbiety, wymyślając przy okazji sporo szkalujących ją historyjek – w tym odmładzające kąpiele w krwi młodych dziewcząt – które odtąd na stałe weszły do powszechnego obiegu. Wersję tę podawano w wątpliwość już na początku XIX wieku, dowodząc, że w znalezionych zeznaniach świadków nie ma ani jednej wzmianki o zamiłowaniu hrabiny Batory do krwawych ablucji.

Za przyczynę jej zwyrodnienia Turóczi uznał przejście hrabiny na luteranizm. W ten właśnie sposób doszło do narodzin bzdurnej legendy, która z czasem – zmieniana i upiększana – przekształciła się w historię o Draculi. Prawdziwa historia pięknej arystokratki nikogo w gruncie rzeczy nie interesuje, literaci i filmowcy ukochali sobie obraz hrabiny jako rozpustnej wampirzycy i kobiety pragnącej wiecznej młodości.