Kamienne biografie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zrozpaczona rodzina Klary bezskutecznie usiłowała przemocą porwać ją z klasztoru Benedyktynek, gdzie początkowo mieszkała. Tymczasem państwa di Offreduzzo spotkał jeszcze jeden srogi cios. Czternaście dni po ucieczce Klary „zwiała” z domu również jej siostra Katarzyna, którą z powodu jej delikatności Franciszek nazywał „Agnes” („Jagniątko”). Uciekła, by wspólnie z Klarą żyć modlitwą, ciszą i ubóstwem.

Rodzina nie zamierzała przejść nad tym do porządku dziennego i – jak głosi tradycja – do klasztoru San Angelo di Panzo, położonego wysoko u podnóża Subasio, z zamiarem uprowadzenia dziewczyny wtargnęło dwunastu uzbrojonych pachołków, pod wodzą stryja obu sióstr, Monalda di Offreduzzo. Stanęły naprzeciw siebie dwie siły: siła ducha i siła miecza, i – jak to już nieraz w historii bywało – duch zwyciężył.

Porywaczom wprawdzie udało się uprowadzić Agnes z klasztoru, ale kiedy uciekali krętymi górskimi ścieżkami, musieli się zatrzymać, gdyż nie mogli unieść młodej dziewczyny, która „stała się nagle tak ciężka, jak z żelaza”. Wuj Monaldo próbował uderzyć Agnes, lecz jego ramię nagle zesztywniało jak kamień. Przerażeni tym faktem porywacze uciekli.

W parę lat później, do obu uciekinierek dołączyła ich trzecia siostra, Beatrycze, a na koniec również matka – Ortolana. Za nimi pospieszyły dziewczęta z różnych rodzin i z różnych środowisk społecznych. Wszystkie zostały serdecznie przyjęte i tak powstał Zakon Ubogich Pań, dla których Franciszek otrzymał od ojców benedyktynów kościółek i klasztor Świętego Damiana.

* * *

Franciszek wychodził często na zewnątrz, podczas gdy Klara była jakby uwięziona u Świętego Damiana. Pragnęła porozmawiać z tym, którego nazywała „swoim ojcem i swoim oparciem”. On jednak trzymał się z daleka od żeńskiego klasztoru. Nie chciał gorszyć ludzi swoją częstą bytnością wśród kobiet.

Szczególnym pragnieniem Klary było spożyć z nim kiedyś wspólny posiłek. Nie ma przyjaciela czy bliskiego, który nie chciałby zasiadać przy stole z kimś, o kim często myśli. Człowiek musi się odżywiać, co poniża go i nawet najbardziej uduchowionego upodabnia do zwierzęcia. Jednak ucztowanie w towarzystwie staje się obrzędem, który zbliża i uszlachetnia ludzi. Sam Chrystus przecież zgodził się siedzieć i jeść z celnikami. Swoim uczniom zaś zostawił siebie samego na wspólny posiłek przy Stole Eucharystycznym.

Klara pragnęła chociaż raz spożyć posiłek razem z Franciszkiem, ale on wciąż odkładał spotkanie na później. Jego towarzysze współczuli kobiecie, robili mu nawet z tego powodu wymówki:

– Ojcze – mówili – nie wydaje się nam, aby twoje postępowanie było zgodne z miłością. Klara porzuciła wszystkie bogactwa świata. Ona jest sadzonką w tym duchowym ogrodzie. Czemu więc nie zaspokoisz jej pragnienia w tak małej rzeczy, jak wspólny posiłek?

Franciszek wiedział, że jest zbyt surowy, ale szukał rady u przyjaciół. Bał się, aby jego uczucie do Klary nie wpłynęło na decyzję.

– Czy uważacie, że powinienem ją wysłuchać? – zapytał.

– Tak, ojcze – padła odpowiedź. – Klara zasługuje na tę i na inne pociechy.

– Hm, jeżeli wy tak sądzicie, to i ja również tak sądzę – zdecydował w końcu.

Nie poszedł jednak do Świętego Damiana, lecz zaprosił Klarę do siebie.

– Ona już bardzo długo przebywa u Świętego Damiana – rzekł troskliwie. – Dobrze jej zrobi, jeśli trochę się przejdzie i zobaczy w dzień to miejsce, gdzie jej nocą ostrzyżono włosy. Jeść będziemy w lesie, w imię Jezusa Chrystusa.

Klara mogła wreszcie przyjść do Porcjunkuli. Uklękła przed ołtarzem Matki Bożej, a potem Franciszek pokazał jej miejsce wśród drzew, zabudowane szałasami. Obeszła boso kamienne ścieżki. Widziała niskie płoty wyznaczające granice. Zatrzymała się u brzegu potoku. Słońce oświetlało las, wiatr szumiał między gałęziami, a ptaki wysławiały wiosnę.

Do posiłku zasiedli na ziemi, wokół czystego kamienia. Towarzysze Franciszka podali kromki chleba i naczynie z zimną wodą. Zanim jednak rozpoczęli jeść, Franciszek zaczął mówić o Panu i o Jego miłości. A ta miłość, o której mówił, była jak płomień ogarniający dusze gości i wprawiający ich w zachwyt. Następnie – jak głosi legenda – rozprzestrzenił się ów ogień po lesie z takim blaskiem, że aż słońce pobladło. Porcjunkula cała tonęła w blasku. Ludziom w Asyżu wydawało się, że las płonie.

Przybiegli więc z daleka, szukając ognia, ale w oświetlonym lesie nic się nie paliło. Idąc w kierunku najsilniejszego światła, znaleźli wreszcie Klarę i Franciszka oraz ich towarzystwo zgromadzonych w zachwycie wokół kamiennego stołu. Otaczał ich krąg niematerialnego ognia. Cały las milczał w podziwie, a ptaki siedziały na drzewach oczarowane i nieruchome.

Światłość zaczęła się powoli zmniejszać, aż wreszcie zgasła zupełnie. Ludzie rozeszli się z uszanowaniem; drzewa znowu lekko zaszumiały, potok zaczął szemrać, a ptaki swobodnie odleciały.

Na koniec podnieśli się Klara i Franciszek wraz ze swymi gośćmi, tak weseli i nasyceni duchowym pokarmem, że nie skosztowali nawet okruszynki swego materialnego pożywienia.

Klara pragnęła częściej widywać Franciszka; mogła się obyć bez pokarmu dla ciała, ale nie mogła żyć bez pokarmu duchowego, jaki niosły jej słowa mistrza. Franciszek natomiast przeciwnie, trzymał się z dala od niej. „Wystrzegajcie się słodkiej trucizny, jaką jest przyjaźń z kobietami” – pouczał swych braci. Klara nie była żadną trucizną, ale mogła przecież stanowić pokusę, nawet dla tak wielkiego pokutnika. Stronił więc od Świętego Damiana, unikając rozmów z „ubogimi paniami”.

Klarę to bardzo bolało. Jej skargi docierały do zainteresowanego.

– Nie wierzcie, że ja jej nie kocham doskonałą miłością – tłumaczył. – Chcę tylko dać wam przykład, abyście mnie w tym naśladowali.

Franciszek kochał wszystkie „ubogie panie”, najbardziej jednak miłował Klarę. Modlił się za nią, aby wytrwała w wierności Chrystusowi i ubóstwu. Klara była Jego arcydziełem; była najjaśniejszą gwiazdą na Jego niebie. Należało ją więc, jak gwiazdę, podziwiać z daleka.

W końcu podjął decyzję o odwiedzinach kościoła Świętego Damiana. Zjawiał się tam na krótko, pukał do drzwi i pozdrawiał słowami: „Pokój wam i dobro!”. Rozglądał się wokoło i widział, że klasztor jest „wieżą warowną doskonałego ubóstwa”. Nie widział tu niczego zbytecznego, niepotrzebnego czy luksusowego. Nie widział jednak także nic smutnego ani przygnębiającego. Tylko radosne i czyste ubóstwo oraz pociągająca pogoda ducha. Gdzie była Klara, tam wszystko było jasne; gdzie była łaska Boża, tam wszystko było pełne uroku.

Pewnego zimowego dnia – jak głosi legenda – chciał odejść tak, jak przyszedł, nie posiliwszy się niczym poza satysfakcją z doskonałego ubóstwa i radości młodych zakonnic. Skierował się ku drzwiom. Na zewnątrz gwizdał wiatr, wyginając gwałtownie gałęzie oliwek. Śnieżyca szalała przed kościołem. Franciszek szedł boso po śniegu. Klara wyszła za nim kilka kroków. Chciała go zatrzymać. Chciała, aby przynajmniej obiecał jej rychłe następne odwiedziny.

Franciszek naciągnął kaptur na głowę.

– Siostro Klaro, ze względu na ludzi rozejdźmy się lepiej.

Klara na śniegu pokrywającym ziemię poczuła się zagubiona.

– Co ja zrobię bez ciebie? Kieruj mną i oświecaj mnie – poprosiła.

– Pan cię będzie prowadził. – Wzniósł oczy ku szaremu niebu.

– I nie zobaczymy się więcej?

Rozejrzał się wokoło i zobaczył krzak cierniowy, cały pokryty śniegiem.

– Zobaczymy się znowu, gdy zakwitną róże.

Był początek zimy, a róże – jak wiadomo – zakwitają dopiero późną wiosną. Tym sposobem umieścił pomiędzy sobą a Klarą całą porę roku.

– Niech będzie twoja wola i wola Pana – odpowiedziała Klara, skłaniając głowę.

Franciszek chciał odejść, ale zatrzymała go niespodziewana czerwień. Na krzaku w cudowny sposób zakwitł bukiet róż. Klara uśmiechnęła się pod swoją zasłoną, a kiedy jej ukochany zniknął w śnieżnej zamieci, wróciła do Świętego Damiana z naręczem róż, które złożyła u stóp Ukrzyżowanego.

* * *

W 1218 roku Franciszek opuścił Italię, by przez Hiszpanię i Maroko dotrzeć do Ziemi Świętej. Pod koniec lipca następnego roku wraz z kilkoma innymi braćmi dotarł do Egiptu. Pod miastem Damiet natknął się na obóz oblegających je krzyżowców. W obozie szerzyło się pijaństwo i rozpusta, a okrucieństwo żołnierzy zupełnie zaprzeczało wzniosłości ich misji. Usiłował nawoływać ich do opamiętania, ale tylko śmiali się z niego. 29 sierpnia 1219 roku rozegrała się wielka bitwa, w której krzyżowcy ponieśli dotkliwą klęskę. Sześć tysięcy wojska zginęło lub dostało się do arabskiej niewoli.

Tymczasem Franciszek, niepomny na ostrzeżenia życzliwych – „zanim wypowiesz jedno słowo, już cię zabiją, oni nie znają litości” – podążył w kierunku obozu Saracenów. Przedarł się aż do samego sułtana Al-Kamila i zaproponował mu prosto z mostu, by porzucił Mahometa i przyjął Chrystusa. Dostojnikom sułtańskim włosy stanęły na brodach, bowiem propozycja taka była zwykłym świętokradztwem. Wtedy sułtan zapytał go, co może uczynić, aby dowieść, że to jego wiara jest prawdziwa.

– Rozpal, sułtanie, wielki ogień – odpowiedział mu Franciszek – i każ wejść w niego mnie i swoim derwiszom. Niech Bóg uczyni sąd. Jeśli zechce, przejdę nietknięty.

Żaden z arabskich dostojników nie chciał poddać się tej próbie. Nastawali natomiast na sułtana, by kazał ściąć zuchwałego giaura. Jednak sułtan spojrzał uważnie w oczy tego dziwnego człowieka i nie tylko wypuścił go na wolność, lecz ujęty prostotą i szczerością obdarował hojnie i wręczył glejt na drogę, aby nikt w zasięgu jego władzy nie uczynił mu krzywdy.

W roku 1224 Franciszek otrzymał w prezencie dziką górę w Apeninach, otoczoną stuletnimi drzewami. Ofiarodawcą był pewien bogaty szlachcic, nazwiskiem Orlando z Chiusi, a góra nazywała się Alvernia. Na szczycie znajdowała się grota, w której chronił się, gdy było mu ciężko i trudno, i kiedy chciał być sam. Tam też ujrzał podczas medytacji ukrzyżowanego Chrystusa pod postacią anioła wysyłającego ogniste promienie, które otworzyły na ciele Franciszka pięć chrystusowych ran. Pod koniec życia oślepł.

 

Zdając sobie sprawę, że Siostra Śmierć jest blisko, poprosił braci o przeniesienie go do ukrytej wśród lasów góry Subasio kapliczki – Porcjunkuli – „aby życie ciała zakończyło się tam, gdzie rozpoczęło się życie duszy”. Mówi się, że gdy opuszczał Asyż, udając się w tę swoją ostatnią podróż, rzekł, spoglądając na miasto: „Bądź błogosławione przez Boga, święte miasto, jako że przez ciebie wiele dusz zbawionych będzie”. Umierając, śpiewał Psalm 141: „Wracam do pana. Wyprowadź, o Panie, duszę moją z więzienia, abym mógł wielbić imię Twoje”. Z tym śpiewem przeniósł się do wieczności. Było to 4 października 1226 roku.

Ciało Franciszka złożono najpierw w kościele Świętego Damiana, gdzie pożegnała go Klara wraz ze wszystkimi siostrami. Stamtąd, przy udziale licznej rzeszy wiernych, niosących pochodnie i gałązki oliwne, kondukt pogrzebowy skierował się do kościoła Świętego Grzegorza w Asyżu.

W XVI wieku wokół niewielkiej Porcjunkuli wzniesiono bogato zdobiony kościół Santa Maria degli Angeli. Ten wielki, budowany przez sto lat gmach z pewnością szokuje świętego, który uważał, że Dom Pański powinien wyglądać ubogo. Wspaniałość zbudowanej na jego cześć bazyliki, gdzie 12 grudnia 1818 roku odnaleziono jego ciało, pewnie także wprawia go w zakłopotanie. Tam, gdzie jest teraz, niejednemu z możnych nieba, przystrojonych w połyskujące płaszcze i klejnoty, robi się głupio na widok jego podartego z powodu zbyt długiej służby habitu. Madonna łata go i ceruje, mówiąc, że podarowanie Franciszkowi nowego odzienia mijałoby się z celem, bo z pewnością oddałby je natychmiast bardziej potrzebującemu.

Klara żyła w klasztorze Świętego Damiana przez czterdzieści dwa lata. Śmiertelnie chorą odwiedził papież Innocenty IV. Dwa dni przed jej śmiercią zatwierdził regułę napisaną przez Klarę na wzór reguły świętego Franciszka, a nie świętego Benedykta. Zmarła 11 sierpnia 1253 roku. Dwa lata później, 15 sierpnia 1255 roku, została kanonizowana. Ciało świętej Klary złożono w kościele Świętego Jerzego, a po wybudowaniu ku jej czci bazyliki z różowego i białego marmuru, umieszczono w niej w roku 1260, gdzie spoczywa po dzień dzisiejszy. Świątynia ta jest nieodłącznym symbolem Asyżu, podobnie jak Bazylika Świętego Franciszka – Sacro Convento. Prawie osiemset lat opowiada o przedziwnej historii tych dwojga świętych, których nie sposób rozłączyć.

26 września 1997 roku silne trzęsienie ziemi spowodowało zawalenie się części sklepienia Bazyliki. Zginęło czterech zakonników, wśród nich jeden Polak. Dzisiaj jest już odrestaurowana, ale fragmentów fresków sklepienia nie udało się odtworzyć.

Asyż znany jest także jako miejsce pojednania międzynarodowego, religijnego i pokoju na świecie. W mieście odbywają się zapoczątkowane przez papieża Jana Pawła II modlitewne spotkania wszystkich religii. Pierwsze miało miejsce 27 października 1986 roku. Wspólnie modlili się wówczas chrześcijanie, żydzi, muzułmanie, buddyści, hinduiści, sintoiści, dżiniści, wyznawcy religii afrykańskich oraz indiańskich religii plemiennych. W sumie przedstawiciele stu trzydziestu wyznań.

ZAMEK W ČACHTICACH

Čachtice, Słowacja


Zamek w Čachticach. Współczesny widok ruin.

Zamek w Čachticach, wraz z pobliskim zamkiem Beckov, wzniesiony został w pierwszej połowie XIII wieku, w celu ochrony zachodniej granicy ówczesnego państwa węgierskiego. Ulokowany jest na wapiennym wzgórzu, wysokim na trzysta siedemdziesiąt pięć metrów nad poziomem morza, pomiędzy miejscowościami Čachtice i Višňové.

Na miejsce można dojść kilkoma szlakami: z miejscowości Čachtice szlakiem żółtym spod przystanku autobusowego lub niebieskim spod kościoła albo też z miejscowości Višňové szlakiem zielonym. Niezależnie od tego, którą trasę się wybierze, na dotarcie do zamku potrzeba około trzech kwadransów, chyba że idącym jest akurat Robert Korzeniowski, czterokrotny mistrz olimpijski, trzykrotny mistrz świata i dwukrotny mistrz Europy w chodzie sportowym.

Archeologiczne znaleziska w postaci różnych przedmiotów wykopanych bezpośrednio na dziedzińcach zamku albo w pobliżu murów obronnych dowodzą, że čachtickie wzgórze zamkowe było zamieszkane już w epoce przedhistorycznej. Pierwsza wzmianka pisemna o nim pochodzi z roku 1276, gdy wciąż należał do królewskich twierdz pogranicznych. W 1273 roku został zdobyty i uszkodzony przez czeskiego króla Przemysła Ottokara II. Przez krótki okres jego właścicielem był węgierski możnowładca Matúš Čáka Trenczyński, a od roku 1392 rządził nim arystokrata polskiego pochodzenia, nazywany niekiedy w Królestwie Węgierskim „małym królem Słowacji”, Ctibor z Ctiboríc (Ścibor ze Ściborzyc) herbu Ostoja – starosta brzeski, wojewoda siedmiogrodzki, książę halicki i komes komitantów górnowęgierskich (słowackich), w tym Bratysławy. W sumie był on panem trzydziestu jeden zamków i ponad dwustu innych posiadłości, jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych arystokratów średniowiecznej Europy, jednym z pierwszych członków Zakonu Smoka, a także najbliższym i najbardziej wpływowym doradcą i przyjacielem Zygmunta Luksemburskiego, późniejszego cesarza rzymskiego. Jego majątek obejmował połowę zachodniej Słowacji, w tym całą dolinę Wagu.

Po nim zamek często zmieniał właścicieli, stając się na koniec własnością rodu Nádasdy. Ferenc Nádasdy przekazał go swojej żonie, Elżbiecie Batory, zwanej „Krwawą Hrabiną z Čachtic”, która zamieszkała w nim na stałe po śmierci męża w 1604 roku. Za jej rządów został przebudowany w stylu renesansowym.

Swój mroczny przydomek hrabina Batory zawdzięczała okrutnym torturom, którym poddawała młode kobiety w celu pozyskania ich krwi, mającej dać hrabinie wieczną młodość, chociaż niektórzy historycy twierdzą, że to jedynie mrożąca krew w żyłach legenda. Do dziś nie wiadomo, ile w tej historii prawdy, jednak krwawe opowieści przylgnęły do zamku chyba już na zawsze. Według jednej z nich hrabina wciąż żyje – zamurowana gdzieś w warowni. Inne podanie głosi, że Elżbieta ukazuje się turystom, aby zaprowadzić ich do węża, który ma umożliwić im odnalezienie ukrytego skarbu.

Na początku XVIII wieku, podczas antyhabsburskiego powstania, warownia została zdobyta przez wojska Franciszka II Rakoczego. W roku 1708 przekształcono ją w więzienie, a w 1715 spalono. Po tym wydarzeniu zamek został opuszczony i popadł w ruinę, nigdy nie doczekując się odbudowy. Obecnie opustoszałe, ale malownicze ruiny dostępne są dla zwiedzających, stanowiąc nie lada atrakcję tego słowackiego regionu. Na podzamczu znajduje się renesansowy pałac, Draškovičovský kaštieľ, mieszczący muzeum krajoznawcze związane z zamkiem i jego okrutną właścicielką.

* * *

Kiedy Henryk Walezy nie spełnił obietnicy powrotu do Polski, uznano tron za opustoszały i zapowiedziano nową elekcję. Odbyła się ona w grudniu 1575 roku, prawie półtora roku po ucieczce Henryka. Większość senatu i Litwinów opowiedziała się za cesarzem Maksymilianem II Habsburgiem i jego też – wbrew woli zgromadzonej na polach podwarszawskiej Woli szlachty – ogłosił królem prymas Jakub Uchański. Na wieść o tym podburzone przez Jana Zamoyskiego masy szlacheckie dokonały dwa dni później własnego wyboru, osadzając na tronie córkę Zygmunta I Starego, Annę Jagiellonkę. Wybrano jej też męża, księcia Siedmiogrodu, Stefana Batorego. Ta ostatnia decyzja okazała się jedną z najlepszych i najmądrzejszych, jakie naród polski podjął w całej swej historii.

Aby podkreślić prawomocność elekcji Anny i Stefana oraz strzec Krakowa przed Habsburgiem, zwolennicy Batorego zwołali walny zjazd szlachty w Jędrzejowie, skąd wyruszyli tłumnie do stolicy. Tam zamierzali poczekać na elekta, po którego udało się do Siedmiogrodu uroczyste poselstwo.

16 lutego 1576 roku książę zaprzysiągł w Meggeszu pacta conventa, a 16 marca przekroczył granicę Polski, witany uroczyście przez swoich zwolenników. 1 maja biskup kujawski Stanisław Karnkowski udzielił w katedrze wawelskiej czterdziestotrzyletniemu Batoremu ślubu ze starszą o dziesięć lat i brzydką jak noc Anną, koronując go jednocześnie na króla Polski. Elekcja i koronacja Batorego były ogromnym sukcesem średniej szlachty, skupionej wokół zasłużonego przywódcy ruchu egzekucyjnego, Mikołaja Siennickiego. Potwierdziły zarazem polityczną rolę tego środowiska.

Nowy władca musiał przede wszystkim uspokoić wzburzone nastroje – podwójna elekcja groziła wybuchem wojny domowej. Wierne Habsburgom pozostało Wielkie Księstwo Litewskie i Prusy Królewskie, do zbrojnej interwencji, popierającej Maksymiliana, gotów był też car Iwan IV, zwany Groźnym. Dopiero pokaz siły wojsk królewskich zmusił opozycję do uznania nowego władcy. 24 maja siły te zdobyły zamek w Lanckoronie, który wojewoda sieradzki Olbracht Łaski zamierzał uczynić punktem oparcia dla sił prohabsburskich w Małopolsce. Wkrótce Batory został uznany zarówno przez Litwę, jak i Prusy, a przysięgę wierności złożył mu książę pruski Albrecht Fryderyk Hohenzollern. Wpuszczenia nowego monarchy odmówił Gdańsk. Batory pobił gdańszczan w bitwie pod Lubiszewem, a 16 grudnia 1577 roku wjechał uroczyście do miasta, przyjmując od rady miejskiej przysięgę wierności.

Pragnąc skłonić szlachtę do nowych podatków na wojsko zaciężne, Batory utworzył w 1578 roku Trybunał Koronny, czyli najwyższy sąd odwoławczy (apelacyjny) od wyroków sądów ziemskich, grodzkich i podkomorskich w sprawach cywilnych, kryminalnych i sporach granicznych, czego od dawna domagał się ruch egzekucyjny. Przejmując kompetencje władcy, Trybunał stał się najwyższym sądem apelacyjnym dla Korony. Trzy lata później powstał Trybunał Litewski, posiadający takie same kompetencje. Batory doprowadził również do uznania przez episkopat polski uchwał soboru trydenckiego i zrównał prawa kolegium jezuickiego w Wilnie z Akademią Krakowską, tworząc Akademię Wileńską. Stworzył piechotę wybraniecką i odebrał dla nas Moskwie Inflanty. Ustanowił w protestanckich Inflantach biskupstwo katolickie i sprowadził do tamtejszych miast zakon jezuitów (co jednak wywołało zatargi między miejscową ludnością a nie zawsze tolerancyjnymi zakonnikami).

Panowanie Stefana Batorego zapoczątkowało militarną ekspansję Polski i Litwy. Trzy wielkie wyprawy na Połock, Wielkie Łuki i Psków, znakomicie przygotowane pod względem wojskowym, przyniosły sukcesy dowodzonej przez króla i Jana Zamoyskiego armii. W wyniku zawartego w Jamie Zapolskim w 1582 roku pokoju wojska rosyjskie zmuszone zostały do wycofania się z Inflant, a Szwecja i Rzeczpospolita tak rozgraniczyły swój stan posiadania w tej prowincji, że Rosja nie miała dostępu do Bałtyku. Po krótkotrwałym konflikcie zbrojnym, 20 kwietnia 1585 roku, Rzeczpospolita przejęła od Danii, po wpłaceniu odszkodowania, ziemię plityńską.

Całkowicie odmiennie zapisała się w historii (na szczęście już nie polskiej) siostrzenica Stefana, Elżbieta Batorówna (po węgiersku Báthory Erzsébet), opisywana jako najsłynniejsza seryjna morderczyni w dziejach i nazywana czasami „Wampirem z Siedmiogrodu”.

* * *

Do dzisiaj nie wyjaśniono dokładnie, czy powieściowy wampir Dracula, opisany przez Abrahama (Brama) Stokera, istniał naprawdę. Wielu znawców literatury i historyków twierdzi, że Stoker zainspirował się postacią rzeczywistego władcy Wołoszczyzny, Wlada Palownika, żyjącego w XV wieku i słynącego z rzekomego okrucieństwa – głównie nabijania na pal swoich wrogów. Podobnie jak Palownik, powieściowy Dracula mieszkał na wschodzie Europy, nieznanym zupełnie społeczności Zachodu. Niektóre fakty z życia Wlada zgadzają się również z wydarzeniami z życia wampira, między innymi wielokrotne wyprawy wojenne jego przodków do Turcji, a także fakt posiadania brata, który okazał się zdrajcą.

Najmniejszych natomiast wątpliwości nie ma co do tego, że Elżbieta Batory, zwana przez wielu „Lady Dracula”, żyła naprawdę i była człowiekiem z kości i krwi. Przede wszystkim z krwi. Jak wieść niesie, była kobietą nie tylko wielkiej urody, lecz także wyjątkowej inteligencji, umiejącą pisać i czytać, płynnie posługującą się kilkoma obcymi językami, w tym niemieckim i łaciną, co w jej czasach, nawet wśród kobiet z rodzin arystokratycznych, należało do rzadkości.

 

Historia świata zna jednak niewiele osób równie okrutnych, szalonych i zboczonych jak ona. W Wiedniu nazywano ją Die Blutgräfin2, ponieważ gdy przyjeżdżała tu z Węgier, pod drzwiami jej pałacu przy Weihburgstrasse płoszyły się konie. Przechodnie słyszeli z wnętrza budynku przerażające krzyki mordowanych młodych kobiet, a bracia franciszkanie, których klasztor sąsiadował z domem Elżbiety, rzucali w jego ściany skorupami doniczek, aby odpędzić szatana.

Przyszła na świat 7 sierpnia 1560 roku w Nagyecsed, leżącym obecnie w północno-wschodnich Węgrzech, niedaleko granicy z Rumunią. Należała do jednego z najbogatszych i najpotężniejszych rodów magnackich Siedmiogrodu, który wydał wielu słynnych wodzów, władców, członków władzy sądowniczej, jak również wybitnych kościelnych i świeckich urzędników.

Ród ten wywodził się ze szlachty węgierskiej, a jego protoplastą był niejaki Hun Gutkeled, którego władza obejmowała dzisiejsze tereny Polski, Węgier, Słowacji i Rumunii. W XIII wieku, w nagrodę za zasługi wojenne, przedstawiciele rodu otrzymali od króla Władysława IV majątek Bátor, od którego przyjęli potem nazwisko3. Wkrótce wyodrębniły się najważniejsze gałęzie rodu – Somlyó (z której wywodzili się potem książęta Siedmiogrodu) i Ecsed (z której pochodziło wielu dostojników państwowych i kościelnych na Węgrzech), a także Simolin i Szaniszlófi.

Ich siła ciągle rosła, osiągając szczyt potęgi w XV wieku. Stefan III z gałęzi Ecsed był palatynem Węgier i zginął w 1444 roku w bitwie pod Warną, jako chorąży wojsk króla Władysława Warneńczyka. Spośród jego synów Stefan V został wojewodą siedmiogrodzkim, a Mikołaj III biskupem Sremu i Vác. Z kolei wnuk Stefana III, Stefan VII, podobnie jak dziadek, pełnił funkcję palatyna Węgier i walczył w bitwie pod Mohaczem 29 sierpnia 1526 roku, która zadecydowała ostatecznie o upadku Królestwa Węgier.

Linie Ecsed i Somlyó wygasły ostatecznie w XVII wieku, dłużej przetrwali jedynie przedstawiciele rodu Batorych noszący nazwisko Simolin, którzy przenieśli się do Prus i Kurlandii, służąc między innymi jako rosyjscy dyplomaci. W XIX wieku przedstawiciele tej rodziny powrócili do nazwiska rodowego, przyjmując tytuł książąt Batory.

Ojciec Elżbiety, György Batory, był w Nagyecsed pastorem. W roku 1559 poślubił swoją daleką kuzynkę Annę Batory z Szilágysomlyó (siostrę polskiego króla) i z tego związku urodziła się bohaterka tej historii. Zapewne właśnie wskutek ciągłych małżeństw pomiędzy członkami nieznacznej liczby tamtejszych możnych rodów, w tym o bliskim pokrewieństwie, wiele osób z rodziny Batorych cierpiało na różne choroby psychiczne. Historycy podejrzewają na przykład, że Stefan Batory cierpiał na epilepsję.

O wczesnej młodości Elżbiety wiadomo tylko tyle, że lubiła ubierać się jak mężczyzna, świetnie jeździła konno i chętnie brała udział w polowaniach. Od najmłodszych lat uchodziła za osobę skłonną do napadów gniewu. Krwawa legenda głosi, że urodziła się wręcz z gruntu zła. Być może istotny wpływ na jej psychikę i na obudzenie w niej zamiłowania do sadyzmu wywarło pewne wydarzenie, którego świadkiem była, mając zaledwie sześć lat. Jednego z miejscowych Cyganów, zajmującego się dostarczaniem mieszkańcom zamku różnych rozrywek, oskarżono o sprzedawanie dzieci Turkom. Został uznany za winnego i skazany na śmierć. Egzekucję wykonano przez łamanie kołem, a następnie zaszycie skazanego mężczyzny w rozciętym brzuchu konia, by się tam udusił. Podobny wpływ na Elżbietę mogła wywrzeć sytuacja, która miała miejsce siedem lat później – jeden z jej kuzynów, ówczesny książę Siedmiogrodu, nakazał obciąć nosy i uszy pięćdziesięciu czterem zbuntowanym chłopom.

W wieku trzynastu lat puszczana przez rodziców samopas dziewczynka zawitała któregoś dnia do dworskich stajni. Zaprzyjaźniła się tam z jednym z parobków, który obiecał jej obejrzenie podniecającego widowiska – kopulacji ogiera i klaczy. Dla znudzonej nastolatki była to nie lada atrakcja. Niestety, gdy było już po wszystkim, koniuch sam poczuł się ogierem i zgwałcił szlachciankę na kupie gnoju. Co prawda Elżbieta zaciekle się broniła, przynajmniej na początku, potem jednak nowe doświadczenie najwyraźniej wielce przypadło jej do gustu. Od tej pory była częstym gościem w stajni, gdzie bez przeszkód mogła uprawiać seks z brzuchatym parobkiem.

Dzikie figle dziewczyny na sianie skończyły się zajściem w ciążę. Gdy rzecz się wydała, winowajcę obdarto ze skóry i przybito gwoździami do żłobu. Dziecko zmarło podobno tuż po urodzeniu, najprawdopodobniej przy wydatnej pomocy rodziców Elżbiety. Chcąc uniknąć skandalu, młodą pannę o wybujałym temperamencie zaręczono ze starszym o pięć lat magnatem Ferencem Nádasdym, synem najwyższego sędziego królewskiego i dowódcy wojsk Tomasza Nádasdyego.

Inna wersja mówi, że dziecko oddano na wychowanie pewnej wiejskiej rodzinie, niektórzy zaś historycy w ogóle powątpiewają w opisany wyżej przebieg wydarzeń, dowodząc, że zgodnie z ówczesną obyczajowością związek hrabianki z chłopem w najlepszym razie skończyłby się wysłaniem Elżbiety do klasztoru.

* * *

8 maja 1575 roku we Vranowie nad Toplą odbyła się pełna przepychu ceremonia ślubna Elżbiety i Ferenca. Młodzi małżonkowie zamieszkali na Węgrzech w zamku Sárvár. Już wtedy równowaga psychiczna Elżbiety była mocno zakłócona i ciążyła coraz wyraźniej w stronę obłędu. Brutalnie pozbawiona dziecka i kochanka piętnastolatka stała się jeszcze bardziej zamknięta w sobie, a przy tym nieczuła na zaloty męża, który w końcu zaczął szukać satysfakcji w wojaczce i obozowych burdelach. W swoim pięknym zamku bywał nader rzadko, większość czasu spędzając u boku króla na walkach z Turkami. Jego bohaterskie czyny przedstawione na plafonach w zamku Sárvár przyniosły mu przezwisko „Rzeźnika Turków”.

Pierwsze dziecko z Nádasdym – córka Anna – urodziło się dopiero w 1585 roku, po dziesięciu latach małżeństwa. W ciągu następnych dziewięciu lat na świat przyszła jeszcze trójka dzieci: Urszula, Katarzyna oraz jedyny syn, Paweł. Dwoje z nich zmarło we wczesnym dzieciństwie, co także mogło się przyczynić do rozwoju choroby psychicznej u hrabiny.

Tymczasem w Elżbiecie narastała furia i szaleństwo. Samodzielnie zarządzająca majątkiem młoda kobieta zasłynęła okrucieństwem wobec sług, a także utrzymywaniem kontaktów z licznymi kochankami obojga płci. Katalog wymyślnych tortur, jakim poddawała swe służące, szwaczki czy pokojówki, był zaiste przebogaty. Dziewczętom, które nie dość starannie obrębiły jej suknię, wbijała szpilki pod paznokcie, zaszywała usta lub kaleczyła je nożyczkami. Krnąbrne pokojówki oblewała zimą wodą i wystawiała na mróz. Latem kazała je smarować miodem i zostawiać na dworze, by pokąsały je owady. Chłosty, okaleczanie i bicie do nieprzytomności stanowiły „zwyczajny” dzień zamkowej służby. Pewnemu służącemu, który cierpiał na epilepsję, włożyła między palce u nóg zanurzone w oleju kawałki papieru, które następnie podpaliła. Po okolicznych wioskach zaczęły krążyć mrożące krew w żyłach opowieści, jak to pani na zamku Sárvár potajemnie torturuje i morduje młode dziewczyny.

Jedynym człowiekiem, który odważył się napiętnować niecne czyny Elżbiety, był miejscowy ksiądz István Magyari. Podczas jednej z wizyt hrabiego Nádasdy w zamku poprosił go, aby powstrzymał żonę przed dalszym okrucieństwem. Nie wiedział biedak, że mąż hrabiny, kiedy wraca do domu w przerwach pomiędzy jedną a drugą wojną, sam z ochotą bierze udział w tych sadystycznych zabawach, rozbudzając w niej jeszcze bardziej mroczną naturę, zachęcając do okrucieństwa i podsuwając coraz bardziej pikantne pomysły. Hrabia wyśmiał księdza, który przy okazji najbliższej mszy zarzucił małżonkom w obecności wiernych, że dwie służące u nich dziewczyny zmarły w niewyjaśnionych okolicznościach. Pozycja Ferenca Nádasdyego i Elżbiety była jednak zbyt mocna, aby tego typu oskarżenie mogło im uczynić jakąkolwiek krzywdę.