To nie przypadek

Tekst
Z serii: Kryminał
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Prolog

7 kwietnia, Niedziela Wielkanocna

8 kwietnia, Poniedziałek Wielkanocny

9 kwietnia, wtorek

10 kwietnia, środa

11 kwietnia, czwartek

12 kwietnia, piątek

13 kwietnia, sobota

14 kwietnia, niedziela

15 kwietnia, poniedziałek

Prolog

BURZA ŚNIEŻNA ROZSZALAŁA SIĘ NA DOBRE. Początkowo wyglądało to na mocną śnieżycę, ale po jakimś czasie zerwał się też silny wiatr. Po godzinie białe płatki, zamiast spadać, poruszały się już z ogromną prędkością poziomo. Jednocześnie porywiste podmuchy unosiły śnieg z podłoża, tworząc wiry. Chwilami wydawało się, że śnieg pada w górę.

Szalik zasłaniający twarz nie wystarczał. Odkryte fragmenty skóry szczypały cięte uderzeniami lodowych noży. Oczy bolały od ciągłego mrużenia. Do tego pełny plecak utrudniał marsz w głębokim śniegu. Normalnie dziesięć kilogramów nie stanowiłoby problemu, ale w tych warunkach ciężar stał się nieznośny. Mocno utrudniał utrzymanie równowagi podczas przedzierania się przez coraz głębsze zaspy. Z kilku kolejnych mężczyzna musiał się wygrzebywać na czworakach, zanim trafił na twardsze, zlodowaciałe podłoże.

Przykucnął plecami do wiatru, by złapać oddech.

– Tylko na parę chwil – powiedział do siebie, ale wichura zagłuszyła słowa.

Zdjął rękawiczkę i pogrzebał w kieszeni na piersi. Wyjął niewielki harcerski kompas i osłaniając ręką oczy, spojrzał na strzałkę. Wskazywała północ z zupełnie innej strony, niż się spodziewał. Odchylała się w prawo od kierunku, w którym podążał. Brnąc w zaspach, musiał skręcić na zachód z obranego kursu. Powinien iść cały czas na północ, aż teren zacznie lekko opadać. Z pewnością stracił orientację przez zmianę kierunku wiatru, który teraz przy prawidłowym kursie miał za plecami. To go trochę uspokoiło, bo wiatr w plecy ułatwiał każdy krok. Sytuacja wcale nie była taka zła, jak oceniał jeszcze przed chwilą.

Szybko schował kompas i podźwignął się. Ruszył w lepszym nastroju, mając nadzieję, że teren zaraz zacznie opadać. Dalej wystarczyło odnaleźć wysokie tyczki oznaczające szlak i dojść do rozdroża, a potem cały czas w dół do Strzechy Akademickiej. Byle nie zgubić drogi. Jeśli wystarczy mu sił, miał zamiar zejść do Samotni. Dalsza wędrówka, do Karpacza, raczej nie wchodziła w grę. Trasę znał doskonale, bywał tu wiele razy podczas studenckich wypadów. Ale teraz trzeba było dotrzeć do schroniska i przeczekać, aż pogoda się poprawi.

Minęło kolejne pół godziny, jednak teren wciąż biegł płasko. Mężczyzna nie miał pojęcia, jaką drogę pokonał, bo w burzy śnieżnej przebycie kilku metrów wymagało nadludzkiego wysiłku. Jeszcze raz przysiadł i sprawdził kompas. Teraz strzałka wskazywała w lewo od kierunku wędrówki.

– Kurwa mać! Co jest? – zaklął dość głośno, ale wiatr i śnieżyca tak tłumiły głos, że sam ledwie dosłyszał swoje słowa.

Na dodatek zaczęło się robić ciemno. Słabe światło coraz bardziej się rozpraszało w mlecznej bieli. Sytuacja zrobiła się dramatyczna. Stało się jasne, że w tych warunkach nie odnajdzie drogi do schroniska. Jedyną szansą było wykopanie jamy i przeczekanie, aż burza osłabnie.

Mężczyzna rozpaczliwie zaczął rozgarniać śnieg. Zdjął plecak i zrobił z niego niewielką osłonę. Potem wcisnął się w zagłębienie i zakrył twarz.

* * *

Saszko usiadł przy stoliku pod oknem. Z przyzwyczajenia. Lubił widzieć, co się dzieje, a tu miał najlepszy punkt obserwacyjny z widokiem na całą salę i prowadzącą do biblioteki galeryjkę. Chciał zaś wszystko widzieć, bo nie lubił się spotykać ze swoimi klientami. Choć akurat kasyno wojskowe w Klubie Garnizonowym nie było miejscem, do którego zaglądali przemytnicy. Woleli unikać celników, policjantów i pograniczników, którzy najczęściej wpadali na obiad do wojskowych. Kiedyś trzy wieczory w tygodniu grywała tu kapela. Organizowano dancingi i huczne bale sylwestrowe. Teraz Klub Garnizonowy lata świetności miał już dawno za sobą. Ludzie woleli bawić się w modnych miejscach. Zostały kuchnia i biblioteka na piętrze. Dancing dla stałych bywalców organizowano tylko w soboty.

Do sali wszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w czarnym rozpiętym płaszczu i trochę staromodnym, ale eleganckim kapeluszu. Saszko na krótką chwilę przestał obserwować salę, bo kelnerka przyniosła mu herbatę. To wystarczyło, żeby facet znalazł się przy jego stoliku. Wokół było sporo wolnych miejsc, więc nieprzypadkowo doszedł aż tu, pod samo okno. Jego twarz wydawała się znajoma.

– Można? – zapytał mężczyzna, zaciągając z rosyjska.

Saszko gorączkowo szukał w pamięci, skąd zna tego faceta. Twarz gdzieś już widział, ale nie mógł sobie przypomnieć, gdzie i kiedy. Z pewnością nie na granicy. Rosjanie przekraczający przejście nie nosili takich garniturów. Nawet on, zarabiający ledwie tysiąc złotych, potrafił rozpoznać Hugo Bossa. Taki gang stanowił równowartość rocznych zarobków celnika.

– Dzień dobry, Aleksandrze Iwanowiczu – powiedział mężczyzna po rosyjsku, po czym nie czekając na zaproszenie, odsunął krzesło i usiadł.

Teraz Saszko był całkiem zbity z tropu. Tamten znał nie tylko jego imię, ale i otczestwo. A tak Saszko się przedstawiał, tylko gdy mieszkał w Moskwie. Po prostu musiał. Mieszkając w stolicy Związku Radzieckiego przez sześć lat, trzeba było się stosować do tamtejszych reguł kulturowych. Rosjanie między imieniem a nazwiskiem używali imienia ojca, czyli otczestwa. Pamiętał ulubioną zabawę polskich studentów, którzy nie podając otczestwa, natychmiast prowokowali odruchowe pytanie wykładowców. Na prośbę o podanie otczestwa odpowiadali: U mienia niet otczestwa. To od razu wywoływało kolejne pytanie, czy nie mają ojca. Wtedy mówili, że ojca mają, ale otczestwa nie. Doprowadzali tym Rosjan do szału, po prostu trafiał ich szlag. Przybysz kontynuował po rosyjsku:

– Pewnie mnie nie pamiętacie? Nazywam się Jewgienij Daniłowicz. Spotkaliśmy się w Moskwie podczas obchodów Nowego Roku w 1987. Piliśmy polską wódkę Żytnią. – Na wspomnienie wódki uśmiechnął się szeroko, ukazując dwa złote zęby.

Teraz Saszce wróciła pamięć. Jasne, że go znał.

Skąd on się tu wziął? – pomyślał, podając rękę mężczyźnie. To nie przypadek. Tu na granicy przypadki się nie zdarzają. Odpowiedział w tym samym języku:

– Dzień dobry, Jewgieniju Daniłowiczu. Pamiętam, oczywiście, że pamiętam. Wypiliśmy wtedy dużo wódki. Przyszliście w gości z Andriejem Kramerowem, z którym mieszkałem w akademiku Moskiewskiego Państwowego Uniwersytetu. Byliście kolegami z Afganistanu. Myślę jednak, że w tym kraju lepiej rozmawiać po polsku, a wiem, że znacie nasz język.

Saszko doskonale pamiętał Andrieja Kramerowa. Trzy lata mieszkał z nim w jednym pokoju. Radzieckie władze nie wiedziały, co zrobić z weteranami wojny w Afganistanie. Ci, którzy zostali w jednym kawałku i którym nie brakowało rąk ani nóg, tylko pozornie nie byli kalekami. Ich stan psychiczny był kiepski. Najczęściej trafiali do psychuszek, a jak im się polepszyło, wysyłano ich na studia. Żeby tylko czymś ich zająć. Większość tych chłopaków nie nadawała się do nauki. Zresztą po tym, co przeszli, do niczego się nie nadawali.

Andriej na pierwszy rzut oka wyglądał na zwykłego dwudziestoparolatka. Ale zwykły nie był. Nie rozstawał się z dużym wojskowym nożem. Nawet podczas snu nie wypuszczał go z ręki. Po prostu się bał, że oni przyjdą w nocy. Tak jak wtedy. Wtedy miał szczęście: był tak zmęczony, że spadł z hamaka na ziemię. A gdy się obudził, wokół było pełno krwi. Mudżahedini zabili wszystkich w namiocie. Bez jednego strzału. Wyrżnęli ich jak prosięta. Dziesięciu ludzi. Przeżył tylko on, bo leżał na ziemi. Andriejowi do końca służby został jeszcze rok, więc przenieśli go do innego plutonu. Pierwszego dnia na patrolu idący obok niego kolega wszedł na minę. Dosłownie eksplodował. To, co z niego zostało, Andriej musiał sprać ze swojego munduru. Nazajutrz zapakowano go na pokład samolotu i wrócił do Związku Radzieckiego. Tak skończyła się jego wojna.

Dobrze było studiować z Andriejem. Nawet w Moskwie, gdzie zaopatrzenie było o niebo lepsze niż gdzie indziej, trzeba było stać w kolejkach. A i tak nie było gwarancji, że się coś wystoi. Andriej stać nie musiał. Czy chodziło o kiełbasę czy o kolorowy telewizor, wyciągał legitymację kombatanta i ludzie natychmiast wołali: „Towariszcz afganiec, przechodź do przodu”. I mówili to z szacunkiem, mimo że był młokosem.

Saszko zupełnie zapomniał o Andrieju i wielu wspólnych popijawach. Aż nagle Andriej przypomniał o sobie tutaj, w Zgorzelcu. Tysiąc siedemset kilometrów od Moskwy, po niemal dziesięciu latach.

Wpatrywał się w oczy Jewgienija, jakby chciał w nich wyczytać, o co mu chodzi.

Konieczno. Ale z Andriejem Kramerowem nie byliśmy, a jesteśmy towarzyszami. Teraz prowadzimy wspólne interesy. – Mężczyzna odłożył kapelusz na krzesło obok.

 

– Andriej jest w Polsce?

– Bywa od czasu do czasu.

– Nie widzieliśmy się ładnych kilka lat. Proszę pozdrowić go ode mnie – powiedział z grzeczności i natychmiast pożałował tych słów. To mogła być furtka do spotkania albo, co gorsza, prośby załatwienia czegoś po starej znajomości. Unikał takich sytuacji jak ognia. – A co was sprowadza do Zgorzelca, Jewgieniju Daniłowiczu?

– Jak wspomniałem, interesy.

Czyli na sto procent to nie przypadek. Saszko uśmiechnął się z zakłopotaniem.

– A jak się robi interesy, to czasem są kłopoty.

– Z tego, co pamiętam, wy, ze Sołncewa, potraficie rozwiązywać swoje kłopoty.

Jewgienij nawet nie drgnął na wspomnienie o Sołncewie. Tym samym tonem ciągnął, jakby nie usłyszał tej uwagi:

– Czasem potrzebne są inne, prostsze rozwiązania. A wy, z tego, co wiem, jesteście teraz celnikiem.

– Niestety kłopoty to moja specjalność. Tyle że ja ich nie rozwiązuję. Ja je sprawiam. I z tym akurat nic się nie da zrobić. – Podniósł szklankę i upił herbaty.

– Spokojnie, nie gorączkuj się, chłopcze.

– Nie jestem dla ciebie chłopcem – odpowiedział ze złością Saszko.

– O! Choroszo, znowu jesteśmy na ty. To dobrze.

Saszko nie odpowiedział. Już się domyślał, dokąd prowadzi ta rozmowa. Trzeba pewnie przymknąć oko, żeby ktoś przejechał przez granicę. A tacy ludzie jak Jewgienij nie przewozili jednego magnetowidu. Raczej ciężarówkę sprzętu albo dwie. To by go zresztą nie zdziwiło. Gorzej, jeśli chodziło o coś poważniejszego.

– Pewnie myślisz, że ja czegoś od ciebie chcę. Przeciwnie. Ja chcę ci pomóc, Saszko.

Saszko zastanawiał się przez chwilę. Albo Jewgienij miał dobrą pamięć, albo dobrze się przygotował do tego spotkania. Powiedział: Saszko, a nie Sasza. Zwyczajowo to drugie było rosyjskim zdrobnieniem imienia Aleksander. Ale w Moskwie mówili do niego Saszko, po ukraińsku, bo mimo że był Polakiem, nosił typowe ukraińskie nazwisko. Nie wiedział, jakim cudem jego urodzony pod Lwowem ojciec nazywał się Daniluk. Dla Rosjan nie miało to znaczenia. Dla nich Polacy byli takimi samymi obywatelami jednej z radzieckich republik, jak Ukraińcy, Litwini, Estończycy czy Łotysze. Mawiali: kurica nie ptica, Polsza nie zagranica.

– Chcesz mi pomóc tak po starej znajomości? – zadrwił, ale to nie wywołało żadnej reakcji. – Dlaczego myślisz, że potrzebuję pomocy?

– Może dlatego, że ta twoja wódka tak mi wtedy smakowała. Może dlatego, że wy, Polacy, tak łatwo się upijacie. A może dlatego, że cię lubię. Albo mam w tym interes. Ty zrobisz coś, co do ciebie należy, i obaj na tym skorzystamy. Wybieraj, co chcesz.

To ostatnie zdanie Jewgienij wypowiedział dużo ciszej. Tak że Saszko musiał się wysilić, by je usłyszeć. Poza tym nie zaproponował łapówki. Powiedział, że ma zrobić coś, co do niego należy, a do niego należało łapanie przemytników. Nie brał od nich w łapę, tylko ich łapał. Ta drobna subtelność go zaciekawiła.

– Do rzeczy.

– Jeśli chcesz, będzie krótko. – Mężczyzna nachylił się, by móc mówić cicho. – W poniedziałek 8 kwietnia przez most będzie jechał samochód. Nowiutka czarna toyota land cruiser J90 na polskich blachach ze Zgorzelca. Kierowca, wysoki, szczupły blondyn, ma na imię Janek. Nazwiska nie znam. Numery będą prawdziwe, tylko dokumenty lewe. Dopiero gdy przejedzie przez granicę i zwrócą kluczyki, Niemiec zgłosi kradzież i dostanie zwrot z ubezpieczenia.

Saszko patrzył prosto w oczy Jewgienija. Informacje, jeśli były prawdziwe, miały ogromną wartość. Nie rozumiał tylko, jaki interes ma w tym Rosjanin. Ten, zdaje się, wyczuł jego wątpliwości, bo zaczął mówić dalej:

– Znasz Andrieja i mnie. U nas przyjaciel droższy od pieniędzy. Kiedyś się spotkamy, powspominamy stare dobre czasy, napijemy się wódki. A może i ty, Aleksandrze Iwanowiczu, będziesz potrzebował naszej pomocy. My nie zapominamy przyjaciół. – Wyprostował się i rozejrzał po sali. Widząc kelnerkę z talerzem zmierzającą do stolika, szybko się podniósł. Włożył kapelusz na głowę. – Na mnie pora. Bywaj zdrów. – Podał Saszce rękę na pożegnanie, odwrócił się i zniknął w holu.

Kelnerka postawiła na stole schabowego z ziemniakami. Saszko spojrzał na nią beznamiętnie.

Job twoju mat’, czto eto za chuj!

Kobieta wytrzeszczyła oczy i już chciała coś powiedzieć, gdy Saszko uniósł dłoń.

– Nie, nie, to nie do pani.

* * *

Czarny mercedes Geländewagen zatrzymał się przed wejściem zgorzeleckiego domu kultury. Majestatyczny budynek łączący styl neoklasycystyczny i neobarokowy powstał na przełomie wieków XIX i XX jako Górnołużycka Hala Chwały. Od 1904 roku mieściło się tu Kaiser-Friedrich-Museum. Po wojnie, gdy ta część Görlitz znalazła się w Polsce, stał się siedzibą Powiatowego Domu Kultury. Jednak największą sławę przyniosło mu wydarzenie propagandowe z 1950 roku. To tu premier Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej Józef Cyrankiewicz i premier Niemieckiej Republiki Demokratycznej Otto Grotewohl podpisali Układ zgorzelecki, dokument potwierdzający granicę ustaloną na Odrze i Nysie Łużyckiej. Mimo to wielu Niemców, szczególnie tych zachodnich, nie mogło się pogodzić z utratą Dolnego Śląska na rzecz Polski.

Witold Paluszyński zamknął wóz i bez pośpiechu wszedł po szerokich kamiennych schodach. Rozejrzał się po ogromnym holu zwieńczonym wysoką witrażową kopułą. Nie było nikogo. Tylko z sali po lewej stronie dobiegała dyskotekowa muzyka. Nacisnął klamkę wysokich czarnych drzwi i wszedł do środka. Poraził go blask świateł odbijających się od efektownej kuli z malutkich lusterek. Cała sala tonęła w kolorowych refleksach świetlnych i muzyce. Ale w lożach i przy stolikach siedziało zaledwie kilka osób. Jego miejsce, w pierwszej loży pod oknem, najbliżej baru, było oczywiście puste. Nikt tam nigdy nie siadał, bo na stole stała tabliczka z napisem „miejsce służbowe”. Brzmiało trochę po dawnemu, ale działało.

W 1991 roku jedną z sal domu kultury wynajął artysta estradowy, a zarazem lokalny biznesmen Nikos Rusketos. Urządził tam Night Club Palace, lokal gastronomiczno-rozrywkowy, jakiego Zgorzelec dotąd nie widział. Dancingi organizowane w Klubie Garnizonowym czy restauracji Barbara nie były dla Palace żadną konkurencją. Owszem, było drogo, ale to był prawdziwy powiew zachodniego świata. Rusketos potrafił przyciągać ludzi. Nauczył się tego, pracując przez kilka lat w showbiznesie w Holandii. Kusił przepychem, muzyką, jedzeniem i programem artystycznym. Codziennie o północy odbywał się pokaz. Czasem był to iluzjonista, czasem kobieta z gumy, czasem popis wokalny samego Nikosa, a najczęściej striptiz. Nieważne, czy lokal był pełny po brzegi, czy w tygodniu świecił pustkami. Dyskoteka grała pełną parą, a striptizerka pokazywała wdzięki kelnerom i barmanom. Miało to sens. Nikos uważał, że jeśli ktoś zajrzy do pustego, głuchego lokalu, to ucieknie, mówiąc: tu się nic nie dzieje. A jeśli zobaczy, że w pustej sali trwa impreza, to zostanie. Dlatego od poniedziałku do czwartku dokładał do interesu, żeby w czasie weekendu odbić to sobie z nawiązką.

Night Club Palace idealnie trafił w potrzeby nowych mieszkańców Zgorzelca: handlarzy, hurtowników i cinkciarzy, którzy tłumnie zjechali z całej Polski. Przy okazji pojawiły się prostytutki i cwaniacy szukający okazji do przekrętu. Wszyscy ciężko pracowali, żeby wieczorami przepuszczać forsę w luksusowym lokalu. Paluszyński też polubił Palace. Nawet traktował to miejsce jak swoje biuro. Choć akurat on nie był podobny do typowych tutejszych gości. Nie nosił złotego łańcucha ani sygnetu, typowych atrybutów biznesmenów, którzy handlując na lokalnym targowisku, szybko zrobili duże pieniądze. Tak wyglądali ludzie, którzy dla niego pracowali. On wolał skromną elegancję, która nie rzucała się w oczy. Zresztą ze światem, w którym się teraz obracał, miał do czynienia dopiero od niedawna. Biznesmenem, jak zwykł się nazywać, został przypadkiem.

Do Zgorzelca przyjechał w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Z powodu kobiety. Niestety była mężatką i nie miała zamiaru zostawić rodziny. Nie chciała zaczynać wszystkiego od początku i to z piętnem rozwódki, które w tak małym mieście ciążyło jak kula u nogi. Paluszyński liczył, że z czasem uda mu się ją jednak przekonać. Długo czekał na odpowiedni moment. A gdy już miał nadzieję, że lada dzień rozpoczną razem nowe życie, stracił ją na zawsze.

W Zgorzelcu był obcy, nie znał nikogo. Ale w tamtych czasach to nie stanowiło problemu. Pracę dostał od ręki. W komunie wystarczyło chcieć. Rzecz jasna niektórzy powtarzali, że lepsze pięć deko prywaty niż kilogram państwowego, ale Paluszyński miał na ten temat inne zdanie. Na państwowej posadzie też dało się dostatnio żyć. Należało się tylko ustawić we właściwym miejscu i trzymać z odpowiednimi ludźmi. W tym mieście nie było to trudne, szczególnie dla fachowca od kultury, który ukończył szkołę teatralną na kierunku scenografii. Przy wsparciu rady zakładowej i Podstawowej Organizacji Partyjnej dostał służbowe mieszkanie na Wyspiańskiego i etat w FAMAGO, Fabryce Maszyn Górniczych. Po kopalni Turów, w której pracowało niemal pół miasta, był to największy zakład przemysłowy i to podlegający pod resort górnictwa. Nawet na stanowisku kaowca przysługiwały mu trzynastki, czternastki, premie z okazji Barbórki i deputat węglowy. Oczywiście przysługujących mu pięciu ton węgla nie odbierał. Sprzedawał przydział i miał dodatkową premię.

Niestety wygodne życie skończyło się wraz z upadkiem komuny. Paluszyński miał jednak łeb na karku i szybko zmiarkował, że w kapitalizmie kultura niebawem zniknie z zakładów przemysłowych. Ale wtedy pojawiła się nowa szansa. Na granicy podniesiono szlabany i zarówno Polacy, jak i Niemcy mogli swobodnie przechodzić z jednej strony na drugą. Ci odważniejsi natychmiast się zorientowali, że można na tym zarobić. Niemieckie sklepy, ale tylko te w Berlinie Zachodnim, przypominały polskie pewexy, w których za komuny kupowało się za dolary. To z Berlina ciągnęły do Polski całe busy proszków do prania, pasty do zębów, pachnącego mydła, nutelli i bananów. I oczywiście elektroniki.

Tymczasem sklepy w dawnej NRD wyglądały tragicznie. W Görlitz większość nawet pozamykano. Nie były potrzebne. W krótkim czasie prawie połowa mieszkańców opuściła miasto. Z blisko stu tysięcy ludzi zostało pięćdziesiąt tysięcy. Wyjechali szukać lepszego życia. Teraz były już tylko jedne Niemcy, ale w dawnych zachodnich i tak żyło się lepiej. Miasto wyglądało koszmarnie, w centrum straszyły opustoszałe, chylące się ku upadkowi kamienice. Puste okna ziały ciemnością i chłodem. A na osiedlach z wielkiej płyty zdarzały się budynki, w których na dziesięć mieszkań lokatorów miały dwa lub trzy.

Ci, którzy zostali, woleli robić zakupy w Polsce. Bo po tej stronie granicy były lepsze chleb, kiełbasa, masło i jajka. Właściwie wszystko było lepsze, a do tego znacznie tańsze. Niemcy kupowali w Zgorzelcu nie tylko produkty spożywcze. Powodzeniem cieszyły się tureckie dżinsy i swetry, ortalionowe dresy w pastelowych kolorach, wiklinowe meble, dywany i ogrodowe krasnale. Te ostatnie były prawdziwym przebojem. Jednak najważniejszym towarem, na którym dawało się najwięcej zarobić, były alkohol i papierosy.

W Görlitz paczka marlboro kosztowała pięć marek, w Zgorzelcu niecałą markę. Tak duża różnica umożliwiała zarabianie naprawdę ogromnych pieniędzy. Był tylko jeden haczyk: przekraczając granicę, jedna osoba mogła przenieść dziesięć paczek, czyli sztangę. Niemcy kupowali papierosy na własny użytek. Polacy przenosili je na drugą stronę Nysy, żeby zarobić. Ale co zrobić z jednym wagonem papierosów? Stać na ulicy i sprzedawać? Za to ścigała niemiecka policja. Dlatego szybko znaleźli się tacy, którzy po drugiej stronie granicy odbierali towar od detalistów nazywanych mrówkami, płacąc im parę groszy za przeniesienie. Dalej handlarze organizowali transport w głąb Niemiec, gdzie sprzedawali je z ogromnym zyskiem. Czasem papierosy jechały nawet do Włoch, Francji albo Hiszpanii.

Chętnych do mrówczej pracy nie brakowało. Także Niemcy dorabiali w ten sposób. Rano szli po zasiłek do Arbeitsamtu, a potem kursowali przez granicę po dziesięć razy dziennie. Za zarobione pieniądze robili po polskiej stronie zakupy i tak upływał im dzień za dniem. W drugą stronę, czyli do Polski, też można było coś przenieść. Jeden telewizor albo magnetowid. Czyli na własny użytek. Tyle że własne potrzeby zaspokojono bardzo szybko. A potem towar wędrował już tylko na handel.

Oczywiście praca mrówek nie była wcale prosta. Na przeszkodzie stali im celnicy i Straż Graniczna. Wyłapywali takich, którzy chcieli przenieść więcej niż przepisowe dziesięć paczek fajek. Poza tym przy każdym przekroczeniu granicy wbijali do paszportu pieczątkę. Po paru dniach paszport był zapełniony i wymagał wymiany. A to trwało nawet dwa miesiące. Można było co prawda dostać tak zwaną wkładkę paszportową, czyli doklejone dodatkowe strony. Jednak i to wystarczało na dwa lub trzy dni mrówczej pracy. W tym miejscu zaczynała się szara strefa. Przy odrobinie znajomości i pieniędzy można było uniknąć i kontroli, i przybicia pieczątki. Część celników i strażników szybko się połapała, że mogą w ten sposób dorobić do marnych pensji. Poza tym do służby trafiało sporo żółtodziobów, którzy nie dość, że słabo znali przepisy, to jeszcze łatwo dawali się przekabacić przemytnikom.

 

Paluszyński trafił na granicę i przez kilka dni pracował jako mrówka. To nie było jednak jego przeznaczenie. Dostrzegł, że biegających wte i wewte ludzi należy zebrać i zorganizować. Po kilku dniach miał już sprawnie działającą grupę. Struktury zaczęły się rozrastać. Byli księgowi i żołnierze zarządzający poszczególnymi biznesami. Bo poza przemytem zaczęło się wymuszanie haraczy od przedsiębiorców wszelkiej maści. Wszyscy musieli płacić za ochronę. Interes szedł świetnie, pieniądze płynęły strumieniem. Ale też przybywało kłopotów. Czasem ktoś wpadał. Czasem ktoś myślał, że zarobi na boku. Albo szedł na współpracę z psami. Do tego, jak w każdym biznesie, z dnia na dzień pojawiła się konkurencja.

Początkowo Paluch próbował walczyć o wpływy z grupą Babicza. Ale po pewnym czasie obaj doszli do wniosku, że szkoda się tłuc między sobą. Lepiej było podzielić teren i interesy. A nawet wspierać się nawzajem w imię obopólnych korzyści. Do porozumienia doszli bez trudu. Po prostu nie byli gangsterami. Przynajmniej nie zawodowo. Paluch był kaowcem z FAMAGO, a Babicz nauczycielem w liceum w Lubaniu. Ale wtedy nazywano ich już mafią zgorzelecką.

Ledwie Paluch zajął swoje miejsce w loży przy oknie, do stolika od razu podbiegł kelner, Maciek Szuwalski.

– Cześć, Paluch.

Gość nie odpowiedział, machnął tylko ręką. Ustawił na parapecie motorolę associate 2000 i odchylił się do tyłu, zamykając oczy. Był wykończony.

– To co zawsze?

– A odwieziesz mnie? – zapytał, trąc kciukami powieki.

– Ma się rozumieć, firma dba o swoich najlepszych gości. – Maciek się ukłonił, a długie, falujące, zaczesane do tyłu włosy opadły mu na czoło. Odwrócił się i już bez zbędnych pytań pobiegł do baru.

Chwilę później na stole stał pokal z bursztynowym płynem i kostkami lodu. Paluch wychylił całą zawartość jednym haustem i skinął głową. Maciek znał doskonale przyzwyczajenia stałego bywalca, z którym jako jeden z nielicznych miał przywilej bycia na ty. Dlatego podawszy pierwszą whiskey, zaczekał przy stoliku. Mógł właściwie od razu przynieść podwójną albo dwie szklanki, ale to był element rytuału, który wypracowali przez lata znajomości. Potwierdził, że rozumie, i odszedł. Tym razem spokojnym krokiem. Wiedział, że z drugim drinkiem nie musi się spieszyć, nawet powinien go podać za kilka minut.

Paluch siedział, bębniąc palcami po stole, i co jakiś czas spoglądał na swój telefon. Nie byle jaki: motorola ważyła przeszło dwa kilogramy i była wielkości pudełka po butach. Nie dało się jej przeoczyć. Kosztowała też niemało. Dwa i pół tysiąca złotych, równowartość trzech średnich krajowych pensji. Przy cenie nowego seicento wynoszącej siedemnaście tysięcy telefon był wart fortunę. Do tego trzeba było doliczyć aktywację – kolejne pięćset złotych. To i tak nic w porównaniu z kosztami rozmów. Centertel, jedyny polski operator, naliczał dwa i pół złotego za każdą rozpoczętą minutę połączenia. Tyle samo kosztowała paczka zagranicznych papierosów. Za pięciominutową rozmowę trzeba było zapłacić tyle co za butelkę pięćdziesięcioprocentowej wódki Polonez. Mało kogo było na to stać. Ale Paluch mógł sobie pozwolić na luksus. Przede wszystkim telefon oznaczał prestiż. Ale co ważniejsze, zapewniał stały kontakt i dostęp do informacji. A branża, w której pracował Paluch, ponad wszystko wymagała bycia na bieżąco. To pozwalało szybko reagować. A szybka reakcja była na wagę złota.

Chodziły słuchy, że za kilka miesięcy Centertel ma wprowadzić nowe, dużo mniejsze telefony. Takie, które zmieszczą się w kieszeni kurtki. Ale Paluch nie był pewien, czy chce taki. Schowanego telefonu nie widać. A tym samym nie da się robić na ludziach wrażenia. Motorola, owszem, była nieporęczna i nie wszędzie dało się ją zabrać. Ale nie można było jej nie zauważyć. Stanowiła obiekt ogólnej zazdrości i pożądania.

Minęły ponad dwie godziny. Paluch wypił już kilka drinków i zaczynał mieć dosyć czekania. Głośna muzyka stawała się uciążliwa, a od siedzenia bolał go zadek. Z niecierpliwością spoglądał na drzwi za każdym razem, gdy ktoś wchodził.

Drzwi otworzyły się kolejny raz i w progu stanął mężczyzna w zielonej kurtce wojskowego kroju. Rozejrzał się po sali, osłaniając oczy dłonią. W końcu dostrzegł Palucha i ruszył w jego stronę. Usiadł naprzeciw bez słowa, plecami do sali. Nie widział, co się dzieje za nim, ale nie raziło go błyskające światło dyskotekowej kuli i mógł patrzeć rozmówcy w oczy.

– Nie spieszyło ci się – rozdrażniony Paluch zaczął od wymówki.

– Ty masz interes, nie ja. Zresztą dobrze wiesz, że byłem w pracy.

– Pracę skończyłeś o siódmej. – W głosie wyraźnie dało się wyczuć zniecierpliwienie.

– Zmiennik się spóźnił…

– Wiktor, kurwa, nie rób sobie jaj. Jesteśmy dorośli. A to jest biznes… – Nie było mu dane skończyć.

– Twój biznes. A ja do twoich biznesów nic nie mam. Powiem więcej, mam twoje biznesy w dupie. Żyję spokojnie i chcę, żeby tak zostało.

Paluch podniósł szklankę i dopił whiskey. Potem się odwrócił i odszukał wzrokiem Maćka. Kiwnął na niego, opuścił głowę i głęboko westchnął.

– Kurwa, jaki ty jesteś uparty – powiedział, nie patrząc na Wiktora.

– Co panom podać? – zapytał entuzjastycznie Maciek i poprawił długie włosy.

– Napijesz się?

– Z tobą? Nigdy – odpowiedział z drwiną Wiktor.

Po twarzy Maćka przebiegł nerwowy uśmiech. Jeszcze nigdy nie słyszał, żeby ktoś tak się odezwał do Palucha. No, może w żartach różnie gadano, ale to nie wyglądało na żart.

– To może herbatę podam? – przerwał niezręczną ciszę.

– Spierdalaj! – warknął Paluch przez zęby.

Maciek natychmiast usunął się na bok. Oparł się o bar kilka metrów od stolika, żeby w razie czego być gotowym na wezwanie.

– Posłuchaj, Wiktor. Potrzebuję twojej pomocy. Wiesz, że gdybym nie musiał, tobym cię nie prosił – chrząknął, bo wypowiedzenie słowa „prosił” sprawiło mu trudność – ale nie mam wyjścia. Nie mam nikogo, kto się na tym zna.

– Nie, to ty posłuchaj. To jest za grube gówno. Nie wiem, w co się wpakowałeś ani z kim. I nie chcę wiedzieć. Ale nie zrobię tego za żadne pieniądze. Nawet za dwa razy tyle.

– Pięć razy! – rzucił Paluch bez namysłu. Wiktorowi nawet nie drgnęła powieka na tak desperacką propozycję. – Będziesz ustawiony do końca życia.

– Nawet za dziesięć razy tyle nic dla ciebie nie zrobię. – Pokręcił głową, uśmiechając się przy tym bezczelnie.

– Jak wolisz, nie chciałem tego robić. Umowa to umowa, ale nie mam wyboru. – Paluch się wyprostował, nagle pewny siebie. – Masz córkę. Tylko ona ci została. I zrobisz to, a ja zapomnę o jej istnieniu. Słowo honoru.

Wiktor uśmiechnął się szeroko i nachylił do Palucha.

– Ty, skurwysynu, nie masz honoru – powiedział na tyle głośno, żeby Paluch usłyszał wyraźnie mimo walącej z głośników muzyki. – Właśnie tego dowiodłeś. Bo coś mi obiecałeś, a teraz zmieniłeś zasady tej umowy. A skoro tak, to teraz masz dwa problemy. Ich i mnie. Pytanie tylko, kto pierwszy cię dopadnie. – Wiktor wstał i wyszedł.

Paluch siedział jeszcze chwilę, nie mogąc uwierzyć, że ta rozmowa tak się potoczyła. Był potwornie wkurwiony. Miał ochotę dać w ryj temu tępemu trepowi, ale wiedział, że to on jemu mógłby dokopać. Poza tym nie zamierzał wszczynać awantur. Zwłaszcza z cieciem z parkingu. Od lat dbał o reputację, zawsze był czysty. Owszem, groził ludziom, zastraszał, podpalał budy na targowisku, posuwał się nawet do pobić. Ale nigdy nie robił tego własnymi rękami, miał innych od brudnej roboty. On tylko wydawał polecenia. Tak samo jak Babicz.

Wstał od stolika i sięgnął po stojący na parapecie telefon. Nie miał już ochoty na niczyje towarzystwo. Chciał odpocząć. Ale siadanie za kółkiem po alkoholu było jeszcze gorszym pomysłem niż bójka. Wiedział o tym doskonale. Nigdy by sobie nie pozwolił wpaść na takim gównie. Policja tylko czekała na podobne potknięcie. Nie żeby mu zabrać prawko, na to by się nie odważyli. Po prostu czyhali na okazję zarobienia łatwej forsy.