Tak będzie prościej

Tekst
Z serii: Kryminał
Z serii: Komisarz Ciszewski #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

* * *

Drzwi klatki schodowej uderzyły o ścianę, robiąc sporo hałasu. Mężczyzna w sportowej kurtce zatrzymał się na chodniku przed blokiem i zastygł w bezruchu. Podciągnął mankiet i przez chwilę wpatrywał się w zegarek. Przekręcił nadgarstek, żeby światło ulicznej latarni oświetliło cyferblat. Potem włożył rękę do kieszeni. Po chwili pstryknął zapalniczką. Patrząc z boku, można było odnieść wrażenie, że chce zapalić papierosa, ale chodziło tylko o to, żeby oświetlić szkiełko zegarka. Była dwudziesta druga.

Mężczyzna wyprostował się i spojrzał w okna dwupiętrowego poniemieckiego domu o spadzistym dachu krytym dachówką. W latach trzydziestych dziewięć bliźniaczo podobnych budynków stanęło wzdłuż prostopadłych do siebie ulic, które wtedy nazywały się Schlageterstrasse i Herbert-Norkus-Strasse. Po wojnie, gdy Bad Warmbrunn zmieniło nazwę na Cieplice Śląskie, ulice przemianowano na Orlą i Wita Stwosza.

Niemcy nie budowali w tej okolicy zbyt wiele domów ze względu na znajdujące się płytko pod powierzchnią ziemi źródło geotermalne. Gorąca woda o dużej zawartości siarki i magnezu miała lecznicze działanie, ale ludzie mieszkający tu dłużej zaczynali chorować na reumatyzm. Dlatego przestrzegano zasady, żeby najdalej po pięciu latach wyprowadzać się w inne miejsce. Po wojnie nikt jednak o tym nie myślał. Ziemie Odzyskane, bo tak propagandowo nazywano tereny dawnych Niemiec, żeby podkreślić ich piastowską przeszłość, zasiedlili repatrianci. Nie tylko ci ze Wschodu, których na skutek porozumienia Stalina z aliantami wyrzucono z domów. Na teren Jeleniej Góry, Cieplic i całej kotliny zjechało sporo ludzi z różnych stron Polski.

Magnesem przyciągającym na Dolny Śląsk były opuszczone niemieckie domy. Jedni przyjeżdżali na szaber, a inni, żeby w nich zamieszkać. Dla tych drugich ważny był tylko dach nad głową. Wolnych miejsc jednak szybko zabrakło. Małe, ciasne mieszkanie, takie jak w jednym z owych dziewięciu domów u zbiegu Wita Stwosza i Orlej, było marzeniem. Dlatego w 1976 roku, po połączeniu Cieplic z Jelenią Górą, władze podjęły decyzję o budowie nowoczesnego osiedla mieszkaniowego. W krótkim czasie małe poniemieckie domki zniknęły pośród czteropiętrowych bloków z wielkiej płyty. Osiedle Orle stało się jedną z większych sypialni miasta.

Mężczyzna przez chwilę patrzył w okno na pierwszym piętrze domu przy Orlej 3. Potem przeszedł na drugą stronę ulicy i otworzył drzwi zielonego opla kadetta. Auto miało już sześć lat, ale on wciąż był z niego dumny. Kupił je jeszcze za czasów poprzedniej Polski, tej, którą nazywano Ludową. Jako były milicjant wykorzystał układy, dzięki którym otrzymał zgodę na wyjazd do RFN. Miał tam wielu znajomych. Poznał ich, pracując dorywczo jako przewodnik górski. Oprowadzał po Karkonoszach zagranicznych turystów, czasem tych gorszych z NRD, a czasem lepszych, którzy płacili twardą walutą. Dzięki temu odłożył sporą sumkę, która podczas pobytu w Niemczech znacznie się powiększyła, bo udało mu się zaczepić na czarno. Za uciułane piętnaście tysięcy marek zachodnich w jednym z bawarskich autohausów kupił wymarzonego nowiutkiego kadetta. W Polsce za równowartość tej sumy mógłby wybudować solidny dom. Ale domy nie miały wtedy takiej wartości. Szczególnie dla kogoś, kto miał ładne mieszkanie w samym centrum Jeleniej Góry. Ważny był samochód, najlepiej zagraniczny, ale nie łada czy wartburg. Liczyło się zachodnie auto, mercedes, volkswagen albo opel. Nawet teraz, gdy wszystko się zmieniło, dobry wóz był symbolem pozycji społecznej i luksusu. Ludzie wydawali ostatnie pieniądze, zapożyczali się, byle tylko kupić piętnastoletniego passata albo przechodzonego mercedesa 190. Na tym tle sześcioletni kadett wciąż błyszczał nowością.

Mężczyzna wsiadł do samochodu i przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zaskoczył od razu. Włączył światła. Przed maską przeszedł ktoś w mocno zabrudzonej kurtce. Nie widział twarzy, tylko jasne potargane włosy.

Pijus, pomyślał, wrzucając wsteczny bieg.

Spokojnie wycofał i ruszył w stronę ulicy Rataja. Po chwili skręcił i wóz znikł za rogiem. Ciszę styczniowego wieczoru przerwał hałas przejeżdżającego pociągu. Skład ze Szklarskiej Poręby do Warszawy zatrzymał się na chwilę na przystanku Cieplice Orle. Mimo że był to pociąg dalekobieżny, na tym odcinku chętnie korzystali z niego okoliczni mieszkańcy.

* * *

Pociąg ze Szklarskiej Poręby zatrzymał się na stacji Wałbrzych Miasto. Olek szarpnął drzwi i zeskoczył na peron. Zegar wskazywał kilka minut po pierwszej. Było zimno i mokro. Parę stopni powyżej zera, ale wiatr i deszcz potęgowały chłód. Poprawił kołnierz kurtki, zarzucił na ramię ortalionową torbę i ruszył w stronę budynku dworca. Liczył, że kogoś spotka i znajdzie metę na dzisiejszą noc. Nocowanie w poczekalni nie należało do najprzyjemniejszych. I niosło ryzyko niepotrzebnego spotkania z policją. W nocy patrole regularnie sprawdzały dworzec i spisywały każdego, kto wydawał się podejrzany. A zwykle wszyscy byli podejrzani, bo funkcjonariusze chcieli się wykazać, zapełniając notatnik służbowy. Im więcej osób spisali, tym bardziej byli chwaleni.

W hali głównej nie zobaczył nikogo znajomego. Ruch był niewielki jak na tę porę. W nocy na dworcu zazwyczaj kręci się sporo różnych ludzi. Jedni chcą znaleźć schronienie, inni szukają towarzystwa, a jeszcze inni przygód. Teraz ledwie paru podróżnych przysiadło na ławkach w oczekiwaniu na pociąg. Ktoś przy kasie wykłócał się o zwrot pieniędzy za niewykorzystany bilet. Olek szybko połapał się, o co chodzi.

Przy kiosku Ruchu dwóch sokistów stało opartych o ścianę. Swoją obecnością skutecznie odstraszali wszystkich stałych bywalców, którzy spędzali tu całe popołudnia i wieczory. Olek też nie miał ochoty na rozmowy z mundurowymi i spisywanie personaliów. Wolał udać, że przypadkiem przechodzi przez dworcową halę i dokądś się spieszy. Szybko minął rząd ławek i wyszedł na zewnątrz.

– A niech mnie, Czarny we własnej osobie – zawołał przeciągle chłopak w zielonej kurtce i podbiegł, podskakując radośnie.

– Roleta? – Olka zaskoczył widok kolegi. Rzucił torbę na ziemię i przywitał się serdecznie ze starym kumplem. – A ty skąd tutaj?

– Wpadłem ze Szparagiem w odwiedziny do Biedrony. Biedrona ma tu niedaleko metę. Wbijasz do nas?

– Się wie.

Nie tracąc czasu, ruszyli ulicą, wzdłuż odrapanych kamienic pamiętających jeszcze czasy Trzeciej Rzeszy, gdy Wałbrzych był przyzwoitym niemieckim miastem górniczym noszącym nazwę Waldenburg. Przez lata komuny podupadł, a gdy zawitał tu kapitalizm, po krótkim oddechu wolności zaczął się zupełnie zapadać. Do niedawna doskonale prosperujące kopalnie nagle zaczęły umierać. Popyt na węgiel spadł, a reformy Balcerowicza w pierwszym rzędzie dopadły górnictwo w Wałbrzychu i pobliskiej Nowej Rudzie. Bezrobocie w krótkim czasie sięgnęło niemal trzydziestu procent i skutecznie zachęciło do emigracji nawet tych, którzy spędzili tu całe życie. Sporo ludzi ruszyło za chlebem za granicę. Głównie do Niemiec pracować na czarno. Ci, którzy zostali, klepali biedę na kuroniówce.

– Co cię tu przywiało, Czarny? Ty, światowy chłopak, na tym zadupiu? – dopytywał Roleta z zaciekawieniem.

– Byłem w Jeleniej Górze. Chciałem się rozejrzeć, obczaić, co słychać.

– I co słychać?

– Gówno. Pokręciłem się po dworcu, wpadłem do Galer, ale chujowo było. Brak frajerów do skrojenia, to się zwinąłem, bo nawet nie miałem się u kogo przekimać.

– Z nami nie zginiesz. Tylko trzeba skombinować coś do picia, bo u nas bieda.

– Damy radę – powiedział Olek z warszawskim akcentem. – Mam dwie flaszki i trochę grosza, więc na dzisiaj wystarczy. A jutro muszę gdzieś opylić wideo.

– Da się zrobić. Biedrona ma jednego kolesia od takich interesów. Jesteśmy na miejscu – mówiąc to, pchnął ciężką, wysoką bramę wejściową.

Kamienica z pewnością pamiętała jeszcze pierwszą wojnę. Korytarz śmierdział kocimi szczynami, a schody skrzypiały tak, że strach było na nie wejść. Mimo to wdrapali się na ostatnie piętro i Roleta wystukał Legię, uderzając pięścią w szybkę w drzwiach.

Po chwili w korytarzu zapaliło się światło. Usłyszeli kroki. Ktoś przekręcił zamek i uchylił lekko drzwi.

– Biedrona! Bez jaj, otwieraj! – Zniecierpliwiony Roleta pchnął drzwi. – Patrz, pedale, kogo prowadzę. Czarny! Król dworcowych żuli we własnej osobie. – Wepchnął Biedronę w głąb przedpokoju i zaczął zdejmować kurtkę.

Biedrona patrzył przez chwilę, jakby nie poznawał gościa.

– Czarny? Kopę lat.

– Nie przesadzaj, Biedrona. – Olek się skrzywił. – Co jest? Syf ci mózgownicę wyżarł? Latem baletowaliśmy razem w Lublinie. Raptem pół roku.

– Pamiętam. Co mam nie pamiętać? Wesoło było.

– Serce i strzała! – krzyknął Olek do kumpli.

– To znak pedała! – odpowiedzieli chórem i roześmiali się serdecznie.

– Wbijaj, Czarny, na jamę. Właśnie zrobiliśmy ze Szparagiem kolację. Tylko flaszki nie ma – dodał Biedrona markotnie.

– Już jest. Czarny wam dzisiaj dupy uratował! – Olek z dumą wydobył z torby dwie butelki koszernej.

– To pijemy! – Biedrona odzyskał wigor. Klasnął i zatarł dłonie z radości, a potem wskazał im drogę do pokoju.

Widok flaszek i Czarnego chyba najbardziej ucieszył Szparaga. Marnie wyglądał. Od miesiąca męczyła go jakaś choroba. Ale po wódeczce szybko mu się poprawiło.

Przy wspominkach alkohol skończył się błyskawicznie. Roleta skoczył do nocnego i za forsę Olka kupił jeszcze trzy butelki wyborowej i kilogram kiełbasy na zagrychę. W tym czasie chłopaki podłączyli wideo. Znalazła się kaseta z filmem Powrót do przyszłości. Gapiąc się w ekran i popijając wódkę, gadali o dawnych czasach.

– Czarny, dalej cwelujesz po dworcach? – Szparag zagadnął w końcu na tematy osobiste.

– Skończyłem z tym. – Olek nalał sobie wódki i szybko wychylił kieliszek, nie czekając na kolegów. – Mam już dość pedalenia. Pamiętasz ten numer, co zrobiliśmy latem? – Spojrzał w oczy Szparagowi.

 

– Jasne. – Chłopak zaśmiał się wymownie. – Obrobiliśmy ciotę. Trochę se za jego szmal pożyliśmy.

– Właśnie. – Olek potwierdził, zagryzając kiełbasą. – To ja teraz tak kombinuję. Na pikiecie bez trudu można trafić pedzia, który chce wyhaczyć jakieś gejątko na szybki numerek. Udaję prawiczka i wybieram takiego, co nie będzie fikał. Trochę postraszę, biorę, co się da, i znikam.

– A jak fika? – Szparag zmarszczył brwi. – Wtedy byliśmy we trzech, to łatwo poszło.

– Jak fika, to do piachu. – Olek przeciągnął palcem po szyi, pokazując, jak załatwia sprawę.

– Zalewasz, Czarny! – Biedrona włączył się do rozmowy.

– Nie zalewam. Musiałem się zmyć ze stolycy, bo sprawiłem tam jednego dziadka. Wpadło trochę fantów i grosza. Ale wszystko poszło, bo musiałem waletować u jednego herbatnika w Szczecinie.

– I co teraz? – zapytał z troską Biedrona.

– Do Warszawy na razie nie wracam, musi przycichnąć. Zmieniam klimat. Polska północna mi służy. Pojadę do Trójmiasta, tam na pikiecie łatwo podłapać towar. Albo do Olsztyna. Tam też znam paru chłopaków, jeszcze z Centralnego.

– Wiesz, tu, na zadupiu, taki numer nie przejdzie. Wszyscy się znają i jakby coś, to zaraz jest poruta. – Szparag pokiwał głową.

– To co, pijemy, panowie? Bo późno i trzeba się trochę przekimać. – Szparag złapał Roletę za ramię. – Roleta, wstawaj, do roboty. – Próbował go obudzić, ale chłopak był zamroczony alkoholem.

– Daj mu spokój. Niech śpi. – Olek stuknął kieliszkiem w ich szkło i uniósł go. – To za spotkanie, chłopaki.

DZIEŃ DRUGI
Wtorek, 12 stycznia 1993

GARBUS ZAPALIŁ po kilku dłuższych próbach piłowania rozrusznika. Silnik pracował nierówno, co jakiś czas dławił się i strzelał z rury wydechowej.

– Nie ma rady, toczymy się do Grubego, staruszku. Gruby sprawdzi, co ci dolega – Ciszewski przemówił z troską do samochodu, a potem wrzucił wsteczny i ostrożnie wycofał. Zmienił bieg na jedynkę i mocno dodał gazu, aby nie zgasić silnika podczas ruszania.

Żeby dotrzeć na Bankową, powinien wyjechać w prawo i zrobić spore kółko uliczkami. Ale z prychającym silnikiem nie było sensu kręcić się po mieście. Akurat paliło się zielone, więc poczekał, aż ze skrzyżowania zjadą samochody, a potem wrzucił kierunkowskaz i łamiąc zakaz, skręcił w lewo.

Auto potoczyło się gładko w dół placu Wyszyńskiego, który jeszcze niedawno był placem Bohaterów Stalingradu. Na skrzyżowaniu z Sobieskiego też było zielone, więc trzymając mniej więcej równe obroty, Paweł skierował się w stronę mostu na Bobrze.

Na szczęście do VWeterana nie było daleko. Wystarczyło przejechać przez mostek i minąć skrzyżowanie. Warsztat znajdował się zaraz na początku Grunwaldzkiej w starej hali vis à vis żeńskiego internatu szkoły handlowej. W tym miejscu Krzysztof Zarzycki, przez znajomych nazywany Grubym, naprawiał wyłącznie samochody. Tak mówił tylko o volkswagenach. Całą resztę, szczególnie wozy francuskie, określał mianem wyrobów samochodopodobnych.

Pierwszy warsztat Grubego działał na tyłach jeleniogórskiego teatru animacji, gdzie pracował jako złota rączka. Zajmował się wszystkim, od budowania scenografii i przygotowywania rekwizytów, po naprawy centralnego ogrzewania. A po pracy, pod wiatą za budynkiem biurowca, zaczął naprawiać samochody. Najpierw swoją zdezelowaną brasilię model 1303.

Był jedynym w okolicy fachowcem, który znał się na garbusach. Wieść o warsztacie rozeszła się szybko i zaczęli się pojawiać właściciele starych volkswagenów. Wpadali, nawet gdy nie mieli konkretnej sprawy. Żeby posiedzieć i pogadać. Drugą grupę stanowili harleyowcy, którzy harleyowcami byli tylko z nazwy, bo jeździli na starych junakach, dekawkach, a w najlepszym razie pamiętających wojnę bmw zundappach.

Codzienne zloty samochodowo-motocyklowe zwróciły uwagę Wacława Kiszki. Kiszka miał aspiracje na aktora, ale w teatrze pełnił tylko funkcję dyrektora administracyjnego. Nie był lubiany i miał opinię wyjątkowej szui. A że wśród aktorów byli i garbusiarze, i motocykliści, postanowił całe towarzystwo z teatru przepędzić. Najprostszym sposobem było pozbycie się Grubego. I tak warsztat przeniósł się na ulicę Grunwaldzką, tyle że już pod oficjalnym szyldem VWeteran.

Ciszewski jeszcze raz zignorował podwójną ciągłą. Skręcił w lewo, przecinając przeciwległy pas ruchu, i zatrzymał się przed warsztatem. Dwóch mężczyzn stojących przed drewnianą bramą hali przyglądało się, jak wyłącza silnik i wysiada z wozu. Jeden miał na sobie czarny jednoczęściowy kombinezon, który uwydatniał okrągły brzuch. Twarz drugiego przypominała księżyc w pełni. Tyle że bardzo zarośnięty księżyc.

– Ładnie tak łamać przepisy, panie komisarzu? – zapytał Gruby z ironią. Wytarł czarną od smaru dłoń w kombinezon i przywitał się z Ciszewskim.

– A ty się, Dziobak, nie śmiej – skarcił Ciszewski drugiego kolegę.

– To gaźnik – zawyrokował Dziobak, nie czekając na opinię Grubego. Jacek Maksymowicz znał się na garbusach, choć z zawodu był aktorem teatru animacji.

– Znowu jakiegoś gówna nalałeś i dysze się zapchały – zdiagnozował problem Gruby, jeszcze zanim komisarz zdążył powiedzieć, z czym przyjechał.

– Zrobisz? – zapytał Paweł z nadzieją.

– Nie teraz. Muszę busa zrobić jednemu gościowi z targowiska, bo ma jechać w południe po towar do Wrocławia.

– Gruby, zlituj się, do roboty muszę.

– Weź mojego.

– E, patrzcie. – Dziobak przerwał tę wymianę zdań, wskazując na dziewczynę przechodzącą chodnikiem. Mimo chłodu miała na sobie bardzo krótką spódniczkę.

– Fajna – skwitował Ciszewski, gapiąc się na jej nogi.

– E tam. – Gruby podrapał się w głowę. – Wiesz, Cichy, dlaczego fajna?

– No? – Komisarz wiedział, że Gruby jak zwykle znajdzie jakieś oryginalne wytłumaczenie.

– Bo nie nasza!

Wszyscy trzej wybuchli śmiechem. Dziewczyna odwróciła się i spłonęła rumieńcem. Uznała, że śmiech musiał wywołać jakiś dowcip na jej temat. Ale wyprostowała się jeszcze bardziej i szła dumnym krokiem.

– A wiecie, dlaczego kochanka jest lepsza od żony? – Dziobak jak zawsze musiał dorzucić swój żarcik.

Gruby i Cichy wzruszyli ramionami i czekali na puentę.

– Z kochanką zawsze można ponarzekać na żonę, ale spróbuj ponarzekać z żoną na kochankę!

Salwa śmiechu znowu skłoniła dziewczynę, żeby się odwróciła.

– A wiecie, czym się różni seks małżeński od pozamałżeńskiego? – Teraz Cichy postanowił zrewanżować się kolegom. – Pozamałżeński jest jak delikatesy: wybór ogromny, ale ograniczone godziny otwarcia. A małżeński jest jak sklep nocny: wybór niewielki, ale coś dostaniesz o każdej porze.

Gruby klepnął Ciszewskiego w ramię, a Dziobak ze śmiechu chwycił się za brzuch.

– Chłopaki, muszę lecieć, bo zaraz mamy odprawę u naczelnika i nie chcę się spóźnić. Dziobak, jak zobaczysz Mozesa, to mu powiedz, że mam dla niego dwa przeguby do trajki. A Gary niech coś zrobi z tłumikiem, bo drogówka się na niego szykuje. Pół miasta wkurwia tym warkotem.

Gruby bez słowa poszperał w kieszeni kombinezonu i podał Pawłowi kluczyki.

– Papierów nie daję i tak masz to w dupie. – Spojrzał na niego pobłażliwie.

– Bóg zapłać, Gruby.

– Dobra, dobra. Rachunek tym razem dostaniesz! – zawołał za oddalającym się komisarzem.

Ciszewski już nie słuchał. Biegł czym prędzej w stronę stojącej obok warsztatu czarnej brasilii.

Wilgotna biel pochłonęła szczyt Śnieżki. Mikroskopijne kropelki wody płynęły wolno w powietrzu. Poruszanie się w takiej mgle było bardzo niebezpieczne. Zwykły turysta nie odważyłby się wyjść na szlak, ale Antoni Madejek nie był zwykłym turystą. Wyszedł z budynku obserwatorium meteorologicznego. Przez chwilę stał, poprawiając czapkę i żółte gogle narciarskie. Choć nic nie było widać, rozejrzał się wokół. Wreszcie gwizdnął przeciągle i czekał, nasłuchując.

Uśmiechnął się, gdy z białej otchłani wyłonił się niewielki brązowy kundel. Pies podbiegł i zamerdał ogonem.

– Idziemy, Adamek. Do pracy trzeba – powiedział, klepiąc go po grzbiecie.

Ściana obserwatorium przypominała kolczastego jeża. Niesione wiatrem śnieg, lód i woda tworzyły grubą warstwę szczelnie okrywającą budynek. Na tym tle tylko plamy okien czerniały jak puste oczodoły.

Po kilkudziesięciu metrach teren zaczął opadać. Zarys trzech ogromnych dysków przypominających latające talerze zniknął gdzieś z tyłu. Antoni znał tu każdy kamień i każdy słupek podtrzymujący łańcuchy biegnące wzdłuż szlaku w dół zbocza góry. Znał nawet wiatr. Mieszkał na Śnieżce już blisko dwadzieścia lat. Był jedynym człowiekiem, któremu w dowodzie osobistym wpisano adres zamieszkania „Karpacz Śnieżka 1”. Tym samym wyznaczając tu adres pocztowy.

Madejek trafił w Karkonosze na początku lat sześćdziesiątych. Pracował jako konserwator w schronisku na Hali Szrenickiej, później Pod Łabskim Szczytem i wreszcie w Odrodzeniu. Robota była monotonna. Każdego dnia robił to samo. Dlatego postanowił szukać przygód. Gdy na szczycie Śnieżki rozpoczęto budowę nowego obserwatorium, zgłosił się na ochotnika.

Pomysł był nowatorski. Nowoczesna konstrukcja przypominała UFO, które wylądowało na najwyższym szczycie Karkonoszy. Nawet w normalnych warunkach zbudowanie trzech kosmicznych talerzy nie należałoby do prostych zadań. A co dopiero na czubku góry.

Zanim rozpoczęto budowę nowego obserwatorium, należało wybudować drogę. Zakładano, że najdalej w ciągu trzech lat solidny kamienny szlak połączy Karpacz ze Śnieżką, zahaczając też o schroniska Samotnia i Strzecha Akademicka. Prace ruszyły w czerwcu 1964 roku. Przypominały bardziej pospolite ruszenie niż prawdziwą budowę. Główny wykonawca, Powiatowy Zarząd Dróg Lokalnych, nie posiadał nawet ciężarówek. Materiały dowożono samochodami wypożyczonymi z Lasów Państwowych, PKS-u, a nawet kopalni uranu w Kowarach. Kamienny trakt układało zaledwie dwudziestu robotników i żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Po niemal dwóch latach z planowanych dziesięciu kilometrów oddano do użytku zaledwie dwa krótkie odcinki. Trzysta metrów od Świątyni Wang i osiemset na Równi pod Śnieżką. Już wtedy projekt nazywano drogą przez mękę. Wkrótce po tym z powodu awarii samochodów wycofały się przedsiębiorstwa wspomagające budowę. Wykonawcy pozostały jedynie dwie wysłużone ciężarówki. Głównymi narzędziami były kilofy i łopaty. Sprzęt nie był jednak największym zmartwieniem. Ze względu na koszmarną pogodę roboty ograniczano zaledwie do czterech miesięcy w roku. Mimo to nie dało się znaleźć chętnych do pracy. W 1967 roku zbliżał się planowany termin ukończenia budowy. Niestety droga była rozgrzebana na całej długości, a koszty transportu i napraw dwóch zdezelowanych ciężarówek pochłaniały jedną trzecią budżetu.

Drogę oddano do użytku cztery lata po terminie, w 1971 roku. Dopiero wtedy tak naprawdę ruszyły prace budowlane na Śnieżce. Ale tempo nie było imponujące. Najbardziej brakowało rąk do pracy. Nie pomagały nawet dodatek górski, pięć złotych na godzinę, i całodzienne wyżywienie. Ludzie nie wytrzymywali fizycznie i psychicznie. Wiatr, deszcz, zimno i śnieg, który mógł zaskoczyć także w środku lata, łamały nawet największych twardzieli.

Robotnicy mieszkali w starym, niemal stuletnim schronisku, które było w opłakanym stanie. Przy każdej wichurze groziło, że wiatr zdmuchnie drewniany budynek ze szczytu. Z tego powodu prowizorycznie przypięto go stalowymi linami do skalnego podłoża. Niewiele to dało. Zdarzało się, że po wietrznej nocy kilka osób rzucało pracę. Ale najgorsza była mgła. Przychodziła nagle, w ciągu paru minut pochłaniając cały szczyt. Robotnicy gubili się na placu budowy, zaledwie kilka metrów od miejsca, w którym pracowali.

Madejek był jednym z nielicznych, którzy dali radę. Poza tym nie miał rodziny i nic nie ciągnęło go na dół, do miasta. Dlatego pod koniec budowy, w 1974 roku, zapytał świeżo mianowanego kierownika obserwatorium meteorologicznego, czy nie znajdzie się dla niego jakaś praca.

– I owszem – odrzekł uradowany naukowiec. – Przyda się złota rączka, a pan, panie Tośku, zna ten budynek jak własną kieszeń.

Na początku praca była lekka. Owszem, zdarzały się awarie, jak to w górach. Ale obserwatorium było nowe i doskonale wyposażone. W najwyższym, a zarazem najmniejszym dysku umieszczono aparaturę badawczą. W średnim ulokowano pokoje dla obsługi, a w dolnym, największym, mieściła się spora restauracja. Projektanci zadbali, żeby budynek był samowystarczalny jak stacja polarna. Głęboko w skale osadzono ogromne zbiorniki na olej opałowy. Pięćdziesiąt tysięcy litrów wystarczało, by ogrzewać obserwatorium niemal przez cały rok. Nie był to kaprys, lecz konieczność, bo tylko raz w roku, latem, dojeżdżała tu cysterna i uzupełniała zapas paliwa. Był też spory zbiornik wody, agregaty prądotwórcze, a nawet piece do pieczenia chleba i magazyny żywności. Od jesieni do wiosny dało się przeżyć, nie schodząc ze szczytu.

 

Wszystko zmieniło się po roku 1989. W instytucie zabrakło pieniędzy na olej opałowy i zapasy. Madejek spuścił wodę z kaloryferów, a w całym budynku ustawiono piece akumulacyjne. Magazyn żywności opustoszał, a restaurację przejął ajent, Piotr Krywko, który w Karpaczu prowadził knajpę. Od tej pory to on musiał się martwić o zaopatrzenie. Szybko znalazł proste i – jak się okazało – wydajne rozwiązanie. Był nim Antoni Madejek.

Konserwator dwa razy dziennie schodził ze Śnieżki do Kaczego Dołka, poniżej Domu Śląskiego, sporego budynku, który w połowie zajmowała Straż Graniczna, a w połowie bufet będący przy okazji schronieniem dla turystów. W Kaczym Dołku znajdowała się przepompownia wody. Madejek musiał zamknąć zasuwy, odcinając Dom Śląski, i uruchomić pompy kierujące wodę na Śnieżkę. Potem wracał do Domu Śląskiego po plecak z żywnością. Chleb, masło, mięso, kiełbasa, a nawet zapakowany w pojemniki bigos i fasolka po bretońsku. Z takim ładunkiem ruszał na Śnieżkę.

Nie było to nowe rozwiązanie. Przez niemal sto lat tragarze w ten sposób dostarczali zaopatrzenie dla schroniska i restauracji. Tyle że wtedy na Śnieżce serwowano dania z karty, w tym ryby. Nawet opał wnoszono na plecach.

Wejście na szczyt z prowiantem zajmowało Madejkowi niespełna godzinę. Był na miejscu, akurat gdy do zbiornika zaczynała napływać woda. Przez następne kilka godzin wykonywał swoją normalną robotę. Około drugiej po południu schodził ponownie do Kaczego Dołka. Wyłączał pompy i spuszczał wodę z rury, żeby w nocy nie zamarzła. A wracając, zabierał kolejny transport żywności. Tylko latem chodził na pusto, bo co kilka dni ciężarówką dostarczano większe zapasy dla restauracji.

Niezależnie od pogody każdy dzień Antoniego Madejka wyglądał podobnie. Czasem musiał iść we mgle, czasem w śnieżnej zadymce albo podczas wichury. Przez lata przywykł do tej wędrówki. Turystom opowiadał, że szlakiem do Domu Śląskiego może chodzić z zamkniętymi oczami.

Wieczory na Śnieżce też były do siebie podobne. Co można robić na szczycie góry, gdy znikają turyści? Oglądać telewizję albo czytać książki. Książek Madejek nie lubił. Lubił za to czeskie piwo. I becherovkę, likier na bazie trzydziestu dwóch ziół, nazywany trzynastym źródłem uzdrowiska w Karlowych Warach. Nie pogardzał też tuzemakiem. Rum Tuzemský był rumem tylko z nazwy. Prawdziwy karaibski rum robi się z trzciny cukrowej. Czesi jednak trzciny nie mieli i jeszcze w XIX wieku, za czasów monarchii austro-węgierskiej, wpadli na pomysł, żeby produkować rum z ziemniaków. W czasach komunistycznych zastąpiono je melasą cukrową, która nadawała trunkowi odpowiedni kolor. Dzięki temu łudząco przypominał oryginalny rum Captain Morgan.

Wszystkie te alkoholowe specjały można było dostać w Czechach. A do Czech Madejek miał blisko. Z całą pewnością bliżej niż inni. Przez sam szczyt Śnieżki, zaledwie dwadzieścia metrów od budynku obserwatorium, przebiegała granica państwa. Rzecz jasna przechodzenie na drugą stronę było surowo wzbronione. W PRL-u nie było tu przejścia granicznego. Byli za to żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza, którzy pilnowali, żeby nikt nie robił sobie nielegalnych wycieczek. Ale po zmroku wopiści znikali. Mieszkali w strażnicy w Domu Śląskim i na Śnieżkę przychodzili tylko za dnia. Po czeskiej stronie znajdowała się górna stacja wyciągu krzesełkowego. Z Pecu przez stację pośrednią na Růžovej horze można nim było wjechać na sam szczyt. To ułatwiało zaopatrywanie małego bufetu nazywanego Piernikową Chałupką. Był to zarazem najwyżej położony punkt pocztowy w Czechach.

W Piernikowej Chałupce Madejek spędzał całe popołudnia. Zacieśniał przyjaźń z sąsiadami. Miało to niestety opłakane skutki. Grosz się go nie trzymał. Co zarobił, to przepił. Dlatego po dwudziestu latach pracy jedynym jego lokum był skromny pokoik w budynku obserwatorium meteorologicznego na Śnieżce.

Mimo mgły zejście szlakiem wzdłuż łańcuchów zajęło Madejkowi tylko dwadzieścia minut. Dom Śląski minął, nie zaglądając do środka. O dziewiątej był już na Kaczym Dołku. Przestawił zasuwy i uruchomił pompę. Potem przysiadł na drewnianej wojskowej skrzynce, w której trzymał narzędzia na wypadek awarii, i zapalił papierosa. Palił tylko takie bez filtra, najchętniej ekstramocne. Te zagraniczne, których teraz było w sklepach pod dostatkiem, brał do ust rzadko. Głównie gdy ktoś go poczęstował. Nie dlatego, że były droższe, ale zwyczajnie mu nie smakowały. Przez lata przyzwyczaił się do mocnego tytoniu. A te nowe były za delikatne, nawet pachniały, jakby je ktoś wyperfumował.

Paląc, wpatrywał się w manometr, który wskazywał ciśnienie w rurociągu. Wskazówka ledwo drgała w okolicy zera. Pełne ciśnienie wskaże dopiero po godzinie, gdy woda wypełni rurę na całej długości aż po sam szczyt Śnieżki. Madejek nie miał jednak czasu, żeby siedzieć tu tak długo.

Poprawił czapkę i ruszył w drogę powrotną. Czasem udawało mu się dojść na Śnieżkę, zanim woda zaczynała wpadać do zbiornika. Zwykle była jednak szybsza, bo on, odbierając prowiant z Domu Śląskiego, lubił wypić herbatę i pogadać z kierownikiem bufetu Heńkiem Czarskim i jego żoną Anią. Tym razem nie miał czasu. Czekało go sporo pracy przy rozdzielni prądu. Kilka dni wcześniej wichura uszkodziła kabel i teraz obserwatorium korzystało z awaryjnego zasilania od strony czeskiej. Musiał znaleźć usterkę, bo czeski prąd był trzykrotnie droższy, a rachunek przysyłano przez MSZ w Warszawie. Dlatego wpadł tylko na chwilę, zapakował plecak i zostawił paczkę, którą otrzymał od Vaszka, pracownika czeskiego wyciągu. Z Domu Śląskiego miał ją zabrać znajomy przewodnik. Tosiek nie pytał, co w niej było. Nie lubił wtykać nosa w cudze sprawy. Po prostu robił swoje.

Srebrny polonez zatrzymał się przed starym budynkiem z czerwonej cegły przy ulicy Orlej. Niewysoki mężczyzna wysiadł z wozu i starannie zamknął kluczykiem drzwi. Rozejrzał się wokół. Na osiedlu panował niewielki ruch. Było już parę minut po dziewiątej, dzieciaki dawno siedziały w szkole, a dorośli w pracy. Emerytów pogoda zniechęcała do spacerów. Temperatura była co prawda na plusie, ale mocno wiało i mało kto decydował się choćby na wyjście do sklepu.

Marcin Zawada stał jeszcze przez chwilę przed wejściem do klatki, dopalając papierosa. Niedopałek rzucił w krzaki i nacisnął klamkę. Stare, zdezelowane drzwi, pamiętające jeszcze niemieckie czasy, skrzypnęły przeraźliwie. W korytarzu panował mrok. Mimo to Zawada nie zapalił światła. Drewniane schody mógł pokonać po omacku. Każdy stopień wydawał inny odgłos i po tym bez trudu orientował się, ile mu jeszcze zostało do pierwszego piętra.

Od pięciu lat kilka razy w tygodniu chodził tymi schodami. Na pierwszym piętrze mieszkał Tadeusz Steć. Zawada pomagał mu w codziennych sprawach. Robił starszemu panu zakupy albo zawoził go do lekarza. To, co akurat było trzeba.

Steć był bardzo znaną osobą. Najsłynniejszym w okolicy przewodnikiem sudeckim. Przez kilkadziesiąt lat, w czerwonym swetrze, z przewodnicką odznaką na piersi, w berecie z antenką na głowie i ze starym wojskowym plecakiem, wędrował po górach, oprowadzając wycieczki. Głównie zagraniczne, najczęściej z Niemiec, i to tych lepszych, zachodnich. Co prawda od dwóch lat były już tylko jedne Niemcy, ale on i tak nie brał grup z dawnego NRD. Słabo płacili, a on miał tylko jeden cel: dobrze zarobić. A dobrze zarabiał na Niemcach z Zachodu.