Tak będzie prościej

Tekst
Z serii: Kryminał
Z serii: Komisarz Ciszewski #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

WARSZAWA, 22 GRUDNIA 1992 ROKU

DZIEŃ PIERWSZY

DZIEŃ DRUGI

DZIEŃ TRZECI

DZIEŃ CZWARTY

DZIEŃ PIĄTY

DZIEŃ SZÓSTY

DZIEŃ SIÓDMY

DZIEŃ ÓSMY

DZIEŃ DZIEWIĄTY

Od autora

NEWSWEEK 3/2010

Pamięci

Artura Pająka

WARSZAWA, 22 GRUDNIA 1992 ROKU

Mimo późnej pory na ulicy panował spory ruch. Przechodnie mijali się, nie patrząc na siebie. We wtorkowy wieczór, na dwa dni przed Wigilią, ludzie myśleli już tylko o świętach.

Tramwaj zatrzymał się na przystanku przy Sadach Żoliborskich. Na chodnik wysypała się grupa obładowanych siatkami pasażerów. Tylko dwóch mężczyzn nie niosło nic w rękach. Starszy, na oko po czterdziestce, ubrany w popielatą kurtkę i kaszkiet z grubego materiału, wskazał drogę nieznacznym ruchem podbródka. Młodszy, ledwie dwudziestolatek, z długimi włosami, lekkim wąsem, ubrany modnie, ale nie krzykliwie, podążył za tamtym. Przeszli na drugą stronę ulicy i ruszyli wzdłuż Broniewskiego. Sto metrów dalej wstąpili do pawilonu handlowego, żeby na stoisku monopolowym kupić butelkę wódki. Potem w milczeniu przeszli jeszcze kawałek wzdłuż torów tramwajowych i skręcili między bloki.

Osiedlową uliczkę oświetlała zaledwie jedna latarnia. Wątła plama światła odbijała się od mokrego asfaltu. W mroku w zaparkowanym samochodzie siedział człowiek palący papierosa.

Mężczyźni minęli rząd stojących na parkingu samochodów i weszli na klatkę schodową z numerem 13a. Starszy nacisnął przycisk windy. Guzik rozświetlił się, a dźwig ruszył z głośnym stuknięciem. Kabina musiała być wysoko, bo długo czekali, zanim się pojawiła. Zatrzymała się wreszcie, oświetlając korytarz przez wąski pasek szkła umieszczony w metalowych drzwiach.

Przyciski z numerami pięter były nadpalone. Ściany pokrywały setki napisów. Niektóre wyryto nożem, inne nasmarowano pisakami. Po lustrze zostały tylko cztery śruby i resztki w narożnikach. Żarówka nie miała klosza.

Winda szybko jechała w górę. Szarość przesuwała się przed oczami mężczyzn. Wreszcie kabina zatrzymała się na rzymskiej trójce.

Korytarz na piętrze był wąski. Po jednej stronie znajdowały się schody, a po drugiej metalowe drzwi ze zbrojonymi szybami.

Starszy mężczyzna podszedł i wyjął klucze.

– Na każdym piętrze mamy dodatkowe drzwi. Trzeba było wstawić, bo w dzisiejszych czasach różny element się kręci – wyjaśnił, otwierając, i z uprzejmym uśmiechem przepuścił młodzieńca przodem. – Tu mieszkam. Po prawej, trzydzieści osiem. – Zatrzymał się przed szarymi drzwiami.

Otwarcie trzech solidnych zamków zajęło mu dłuższą chwilę. Wszystkie były przekręcone na dwa razy. Wszedł pierwszy i zapalił światło w przedpokoju.

– O, ładnie tu pan ma – pochwalił młodzieniec, rozglądając się uważnie.

– Daj spokój! – Tamten klepnął chłopaka w ramię. – Jestem Władysław. Dla przyjaciół Władek.

– Olek – powiedział krótko chłopak.

– To co, Olek, zapraszam na pokoje. Siadaj! Włącz sobie telewizor, a ja szybciutko zrobię coś do jedzenia. Mam flaki. Mogą być?

– Pewnie, umieram z głodu – odpowiedział chłopak, z zadowoleniem kiwając głową.

Pokój był urządzony drogo. Meblościanka na wysoki połysk, ładny dywan, wygodne fotele, ława. Wszystko nowe i eleganckie. W rogu stała choinka z mrugającymi wesoło kolorowymi lampkami. Była to nowość i mało kto mógł sobie pozwolić na taki bajer.

Uwagę Olka zwrócił telewizor, japoński Panasonic. Obok na półce stał odtwarzacz wideo i kilkanaście ułożonych rzędem kaset VHS. Wśród tytułów wypisanych na grzbietach, poza Rambo i Top Gun, można było znaleźć kilka takich, które dość jednoznacznie kojarzyły się z pornolami. Na kolejnych półkach stało trochę książek i kilka zdjęć w ramkach. Bez wątpienia zrobiono je gdzieś za granicą, w egzotycznych krajach. W tle widać było pustynię albo jakieś fabryki. Niemal z każdego uśmiechała się rozpromieniona twarz Władka. Olek wziął jedną z fotografii do rąk i zaczął się przyglądać.

– To z budowy cementowni koło Mosulu.

Władysław zaskoczył chłopaka, który aż się wzdrygnął. Zamyślił się i nie słyszał, gdy gospodarz cicho wszedł do pokoju z tacą, na której stały butelka wódki i kieliszki.

– Wiesz, gdzie to jest?

– Nie mam pojęcia. – Pokręcił głową.

– W Iraku. – Władek postawił tacę na ławie i podszedł do półki. Wskazał na kolejne zdjęcie. – To zrobiłem w Karbali. A tamto – sięgnął po fotografię, na której stał na tle lokomotywy – w Libanie. Kawał świata zwiedziłem. Pracowałem w handlu zagranicznym. A teraz jestem szczęśliwym emerytem. Zaraz ci wszystko opowiem. Daj mi jeszcze pięć minut – mówiąc to, dotknął dłoni Olka, a potem wyszedł do kuchni, skąd zaraz dobiegły odgłosy stukania garnków, sztućców i talerzy.

Olek odstawił zdjęcie i włączył telewizor. Na pierwszym programie nadawano właśnie Wiadomości. Spiker mówił coś o partiach politycznych, Porozumieniu Centrum i odwołanym pół roku wcześniej rządzie Jana Olszewskiego. Polityka go nie interesowała. Sprawnie odnalazł na pilocie przycisk wideo i uruchomił odtwarzacz. Przez chwilę przeglądał tytuły na grzbietach kaset, aż wreszcie z pudełka TDK wydobył tę, na której flamastrem napisano Lody na patyku. Włożył ją do magnetowidu i nacisnął przycisk PLAY. Mechanizm buczał przez chwilę.

Na ekranie panasonica pojawił się obraz. Coś jednak było nie tak. Olek znał ten film doskonale. Widział go kilkanaście razy. I nie było w nim takiej sceny.

Jeden z mężczyzn stał, na jego twarzy malowała się rozkosz. Drugi klęczał przed nim, obciągając mu kutasa i delektując się zadowoleniem partnera.

Olek patrzył na tę scenę, zastanawiając się, co zrobić. Ponownie nie zauważył, że Władek wszedł do pokoju.

– Oo, doskonale wybrałeś. To mój ulubiony – powiedział miękkim głosem, po czym postawił na ławie drugą tacę z herbatą, cukierniczką i kruchymi ciastkami. – Na flaki trzeba jeszcze trochę poczekać, ale skoro już się rozgościłeś, to może zjemy później?

Olek milczał. Władek domyślił się, o co chodzi. Znowu delikatnie dotknął jego dłoni.

– Tak jak się umówiliśmy? Trzydzieści dolarów? Ale zostajesz do jutra? I pieniądze dostaniesz rano? – zadawał kolejne pytania, nie odrywając oczu od chłopaka.

– No jasne – potwierdził Olek z uśmiechem. – Tylko skorzystam z ubikacji.

– Dobrze, to te drzwi po prawej obok kuchni. – Władek poklepał go po ramieniu. – Tylko się pospiesz.

Olek wyszedł do przedpokoju i nacisnął włącznik światła przy drzwiach łazienki. Złapał za klamkę, otworzył je i po chwili zamknął, nie wchodząc do środka. Najciszej jak mógł zrobił krok w stronę kuchni. Na blacie dostrzegł nóż z pomarańczową rączką i kilka kromek chleba. Szybko go chwycił, obracając ostrze tak, że schowało się w rękawie swetra. Potem ostrożnie uchylił drzwiczki szafki i sprawdził jej zawartość. Nic poza talerzami. Uchylił kolejne i jeszcze jedne. Wreszcie obok szklanek, pomiędzy torebkami z cukrem, dostrzegł słoik po kawie, a w nim zwitek banknotów. O to mu chodziło.

Z tym pedałem pójdzie łatwo, pomyślał, wkładając rękę do szafki. Trochę go postraszę, ciota się popłacze, a ja zniknę.

Ten numer miał doskonale przećwiczony. Już wiele razy w taki sposób okradał pederastów. Władysław nie różnił się od innych. Wyglądał na ciepłą kluchę. Łaził po placu Trzech Krzyży, szukając zdesperowanego żula, który zgodzi się na szybki numerek. Ale Olek wcale nie miał zamiaru obciągać za parę groszy w miejskim szalecie. Zaproponował coś więcej. Facet od razu się napalił, a teraz wyglądało na to, że wszystko pójdzie jak po maśle.

– Co ty robisz, gówniarzu?!

Olek cofnął rękę, która już prawie trzymała słoik. Odwrócił się do drzwi. Władysław stał całkiem goły. W jego oczach widać było zawód i rozczarowanie. Kutas mu opadł, żegnając się z marzeniami o przeleceniu młodego, ładnego chłopca.

– Nie będę tolerował w domu złodziei! – Głos Władysława był teraz stanowczy. – Wynoś się! – Wskazał ręką w stronę przedpokoju.

– Oj, dobrze, dobrze, tylko szukałem czegoś zimnego do picia. – Olek improwizował.

Władysław chyba kupił to kłamstwo, bo opuścił rękę. A może był tak napalony, że mimo wszystko zdecydował się zaryzykować i zaliczyć numerek, dopiero potem pozbyć się niewygodnego gościa.

– Naleję sobie wody i pójdziemy do pokoju. – Olek uśmiechnął się, patrząc na mężczyznę.

 

Wyjął z szafki szklankę i nalał do niej wody ze stojącego na blacie dzbanka. Władysław wycofał się i przepuścił chłopca przodem. Weszli do pokoju, w którym gospodarz zdążył już pościelić wersalkę.

Mimo wszystko atmosfera była nieprzyjemna i Olek był pewny, że teraz musi coś zrobić. Nie miał zamiaru dawać dupy temu obleśnemu pedałowi. Stał i patrzył na niego, wciąż uśmiechając się przyjaźnie. Władysław też mu się przyglądał, ale z pewną nieufnością.

Niezręczną sytuację rozproszyły odgłosy dobiegające z telewizora. Olek obrócił głowę i zobaczył, że tamci już skończyli. Na zbliżeniu było widać, jak ten, który robił loda, teraz masuje sobie twarz zwiotczałym członkiem partnera. Sperma spływała mu po brodzie, a on ją zlizywał.

Zrobiło mu się niedobrze na ten widok. Ale kątem oka dostrzegł, że Władysławowi film sprawia przyjemność. Jego członek ponownie był we wzwodzie. Twarz przybrała błogi wyraz.

Olek upuścił szklankę, która roztrzaskała się o podłogę. Uniósł rękę i zadał cios tak błyskawicznie, że Władysław nawet nie zdążył się zasłonić.

Nóż wszedł miękko pomiędzy obojczykiem a żebrami. Krew trysnęła obficie, ochlapując Olkowi rękaw swetra. Wąska strużka pociekła w dół, przecinając brzuch Władka ciemną czerwienią.

Twarz mężczyzny momentalnie zrobiła się biała jak papier. Chłopak natychmiast wyszarpnął ostrze i pchnął kolejny raz, trochę niżej. To uderzenie nie było już tak płynne. W desperackim akcie obrony Władysław próbował jeszcze unieść dłonie, ale Olek popchnął go na wersalkę, jednocześnie wyciągając nóż z ciała. Potem klęknął i uderzył jeszcze kilka razy. Na oślep, bo krew bryzgała i zalewała wszystko wokół.

– Pierdolony pedał! – warknął i przykrył kołdrą drgające w konwulsjach ciało.

Zakrwawiony nóż rzucił na ławę, a ręce wytarł w serwetę. Patrzył przez chwilę na pieprzących się na ekranie facetów. Teraz ten drugi rżnął tamtego od tyłu.

Skrzywił się z odrazą. Podszedł i wyłączył film. Wyjął kasetę z magnetowidu, rzucił ją na podłogę i przydepnął z całej siły. Kawałki plastiku z trzaskiem rozsypały się wokół.

– Nareszcie! – powiedział do siebie, ciężko opadając na fotel. Trzęsącymi się dłońmi podniósł kieliszek wódki, którą gospodarz zdążył nalać, gdy on myszkował w kuchni. Wychylił na raz.

Była ciepława, ale to mu ani trochę nie przeszkadzało. Złapał drugi kieliszek i też wypił. Otarł dłonią usta i spojrzał na wersalkę. Spod kołdry wystawały dwie gołe, już bezwładne nogi.

– Twoje zdrowie, pedale – powiedział, nalewając sobie kolejny kieliszek.

Wypił. Chciał nalać jeszcze jeden, ale uznał, że to niepotrzebne zawracanie głowy. Uniósł butelkę i pociągnął solidny łyk z gwinta. To go trochę uspokoiło.

Nie planował, że zabije. Chciał tylko postraszyć. Ale od dawna wiedział, że za którymś razem ta zabawa może się tak skończyć. Niejedno widział i niejedno słyszał. Od pięciu lat był na gigancie. Choć teraz to już nie był gigant, lecz styl życia, który wybrał.

Pierwszy raz uciekł z domu, gdy miał piętnaście lat. W pierwszej klasie zawodówki. Złe towarzystwo, a w domu brak silnej ręki. Ojciec jeździł na tirach w PKS-ie. Dużo pracował i dużo zarabiał, aby zapewnić Olkowi i matce dostatnie życie. A gdy wracał, musiał zapić stres monotonnej codzienności. Dla syna po prostu nie starczało czasu.

Stan wojenny zaskoczył go we Francji. Został. Przez rok przysyłał pieniądze i paczki, więc niczego nie brakowało. Potem nagle kontakt się urwał. Matka była pewna, że znalazł sobie kogoś i zapomniał o rodzinie. Aż wreszcie przyszedł list z Czerwonego Krzyża. Zawiadamiali, że ojciec zginął w wypadku na autostradzie pod Madrytem.

Matka szybko poukładała sobie życie na nowo. Znalazła innego faceta. Ten nie pił. Był konduktorem wagonu sypialnego WARS. Jeździł na linii międzynarodowej do Wiednia i zazwyczaj nie było go w domu. Wracał zmęczony i kładł się spać. Dla Olka był dobry, ale nie potrafił nad nim zapanować. Zresztą nawet nie próbował.

Najpierw zaczęły się wagary i wino z kolegami w parku Skaryszewskim. A potem pierwsza ucieczka i kilka dni spędzonych na Centralnym. Był głodny, zmarznięty i nie bardzo wiedział, co robi. Obciągnął za pieniądze jakiemuś zagranicznemu marynarzowi. Tamten był zachwycony, gdy się zorientował, że to Olka pierwszy raz. Dał mu pięćdziesiąt baksów. To była kupa forsy, dwie pensje zwykłego robotnika.

Olek kupił sobie za to w Peweksie nowe dżinsy i kilka kaset magnetofonowych. Zostało jeszcze na balety z dziewczynami. Wystarczyło im kupić jakąś błyskotkę albo zagraniczny tusz do rzęs w komisie. W ten sposób zaliczył trzy jednego dnia. Tak dla zabicia wyrzutów sumienia i potwierdzenia, że nie jest ciotą. A jak forsa się skończyła, poszło już szybko.

Był świeżą twarzą. Nie brakowało chętnych na jego tyłek. Chociaż nie lubił dawać. Wolał obciągać. Brał dużo, nawet dwadzieścia dolarów za numerek. Ale z czasem się opatrzył i stawka zaczęła spadać. Znowu brakowało mu pieniędzy. Nieraz głodny nocował w tunelach za Centralnym. Wtedy zaczęły się pierwsze kradzieże, poprawczak i kolejne coraz dłuższe ucieczki. W końcu matka zorientowała się, że ją okrada, żeby mieć pieniądze na wódkę. I wyrzuciła go z domu.

Jeździł po całym kraju. W każdym mieście miał kumpli, znali go niemal na każdym dworcu. Najbardziej lubił Trójmiasto. Z czasem przestał się puszczać, głównie kradł. Gdzie się dało i co się dało. A jak nie było co kraść, to szedł na dworzec albo na pikietę w parku Skaryszewskim czy na placu Trzech Krzyży, podłapywał jakiegoś pedała i obrabiał mu chatę. Po upadku komuny frajerów było pod dostatkiem. Homoseksualiści wyszli z ukrycia i bez trudu można było złapać kogoś, kto dotąd tylko marzył, żeby zaliczyć takiego ślicznego chłopaczka jak on.

Olek otrzeźwiał po kilku minutach.

– Trzeba się zbierać, bo jeszcze ktoś przylezie i będzie bigos – powiedział sam do siebie i zaczął przetrząsać szafki w meblościance.

Znalazł trochę pieniędzy. Niewiele tego było, ledwo pięć milionów i pięćdziesiąt dolarów. W słoiku w kuchni były tylko dziwne banknoty. Domyślił się, że chyba arabskie, i zostawił. Z szafy w przedpokoju wyjął dwie walizki. Do jednej spakował magnetowid i kilka kaset. Do drugiej upchał z trudem dwa kożuchy i kosmetyki znalezione w łazience: wodę Old Spice, jednorazowe maszynki Gillette i kilka kostek mydła Fa. Umył ręce i ogarnął ubranie. Potem wrócił do kuchni. Spokojnie podgrzał sobie flaki i zjadł cały talerz. Niedopitą butelkę wódki włożył do kieszeni kurtki, pogasił światła i wyszedł, zamykając drzwi tylko na klamkę.

Jazda windą wydała mu się zbyt ryzykowna. Mógł się napatoczyć któryś z sąsiadów. Dlatego wybrał schody. Szybko zbiegł na dół, ostrożnie się rozejrzał, czy nikogo nie ma na klatce, i wyszedł z budynku.

* * *

Na widok chłopaka z dwiema walizkami mężczyzna siedzący w aucie zgasił papierosa.

Szybko się uwinął, pomyślał, patrząc, jak tamten prawie biegiem ruszył w stronę Broniewskiego. Trzeba się pospieszyć. Teraz pewnie poszedł do łazienki, więc łatwiej będzie go zaskoczyć.

Wysiadł z wozu i podszedł do wieżowca. Spojrzał w górę i ze zdziwieniem stwierdził, że w oknach na trzecim piętrze jest zupełnie ciemno.

Drzwi na klatkę były otwarte, a winda stała na parterze. Skorzystał z okazji, bo nie miał zamiaru przed robotą gnać po schodach. Na wszelki wypadek poluzował żarówkę w kabinie, żeby zapewnić sobie osłonę mroku, w razie gdyby natknął się na kogoś z mieszkańców.

Gdy winda zatrzymała się na trzecim piętrze, mężczyzna wyszedł pewnym krokiem. Lewą ręką chwycił klamkę drzwi prowadzących na korytarz, a prawą włożył do zamka małą blaszkę i zaczął poruszać. Zapadka puściła natychmiast.

W korytarzu było ciemno. Z mieszkań dobiegały głosy lokatorów, bawiących się dzieci i muzyki. W mieszkaniu trzydzieści osiem było zupełnie cicho. Żadnego szumu wody czy dźwięków telewizora.

Dziwne, pomyślał, lekko naciskając klamkę. A to jeszcze bardziej…

Ku jego zaskoczeniu drzwi nie były zamknięte. Ostrożnie wszedł do przedpokoju. Nie zapaliwszy światła, stał w zupełnym bezruchu, czekając chwilę, aż oczy przywykną do ciemności.

W powietrzu unosił się zapach flaków i czegoś mdłego. Znał tę woń bardzo dobrze. Zrobił krok i zajrzał do pokoju po prawej. Na wersalce ktoś leżał, przykryty razem z głową. Wystawały tylko nogi.

W ułamku sekundy zrozumiał, co zaszło. Ale nie mógł wyjść, nie mając pewności. Podszedł do wersalki i nachylił się. Zsunął kołdrę z głowy leżącego. Wszystko wokół było umazane krwią. Nawet w ciemności dało się dostrzec, że Władek nie śpi. Miał otwarte oczy, a jego twarz była biała.

Zarzucił kołdrę z powrotem i rozejrzał się po pokoju. Typowe ślady plądrowania. Podobny bałagan widział już nieraz. Zresztą najczęściej sam taki robił.

Sprawdził jeszcze drugi, mniejszy pokój, zajrzał do kuchni i do łazienki. Tym razem jednak włączył światło, bo tu było zupełnie ciemno. Schylił się i zaczął szperać pomiędzy stojącymi przy wannie butelkami ze środkami czystości. Rozsunął je i włożył rękę głębiej.

Przez chwilę dłoń błądziła na ślepo. Wreszcie wymacał małą paczkę. Wyjął ją i zważył w ręce. Była ciężka. Nie sprawdzając zawartości, schował ją do kieszeni. Poprawił butelki, wyszedł z łazienki i zgasił światło.

Znowu zaczekał, aż oczy przyzwyczają mu się do ciemności. Tym razem trwało to znacznie dłużej. Tymczasem nasłuchiwał przy drzwiach, czy nikt z sąsiadów nie wpadł na pomysł wieczornego spaceru z psem albo wycieczki do piwnicy po ziemniaki. Uchylił drzwi i wyjrzał ostrożnie. Gdy się upewnił, że ma wolną drogę, szybko wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Winda nadal stała na piętrze. Wolał jednak zejść schodami, które teraz były bezpieczniejsze. Szedł wolno, żeby nie robić hałasu. Na każdym półpiętrze zatrzymywał się, nasłuchując, czy ktoś nie idzie. Nie chciał nikogo spotkać.

Po minucie był już na dole. Wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i spokojnie wyjechał z parkingu. Wiedział, że w takiej chwili pośpiech tylko niepotrzebnie przyciąga uwagę. Przez parę minut kluczył pomiędzy blokami, aż wreszcie wyjechał na główną ulicę. Na skrzyżowaniu Broniewskiego i Krasińskiego dostrzegł chłopaka z dwiema walizkami, który akurat pakował się do taksówki.

Gówniarz odwalił za mnie robotę, pomyślał z satysfakcją. A do tego zostawił mnóstwo śladów. To jego będą szukać. Nawet nie muszę się martwić.

DZIEŃ PIERWSZY
Poniedziałek, 11 stycznia 1993

MUZYKA ROZBRZMIEWAŁA GŁOŚNO z trzeszczących głośników. Kilkanaście par równym krokiem przemierzało środek sali. Brzegi parkietu szczelnie wypełniał tłum odświętnie ubranych młodych ludzi. Dziewczyny w czarnych sukienkach z misternie ułożonymi fryzurami. Mocny makijaż, pomalowane na czerwono paznokcie i brokatowy lakier do włosów zdradzały, że włożyły sporo wysiłku, żeby wyglądać jak najładniej. Chłopcy też byli odpicowani, ale większość z nich wyglądała dziwacznie w zbyt dużych, niedopasowanych garniturach.

– Ale pięknie chodzą. – Chłopak w turkusowej marynarce z sarkazmem odezwał się do ściśniętych wokół niego koleżanek i kolegów.

– Przestań! – skarciła go stojąca najbliżej dziewczyna, szarpiąc za rękaw.

– Polonez Ogińskiego. Co za makabra! – Wciąż drwił, nie zwracając na nią uwagi. – Obowiązkowy punkt każdej studniówki. Tradycja! A raczej tradycyjna okropność!

Po chwili muzyka z magnetofonu ucichła. Głos zabrała pani dyrektor cieplickiego liceum. Przemówienie było pełne wspomnień i wzruszeń. Dzisiejsi maturzyści ledwie przed chwilą zaczynali szkołę, a już za niecałe cztery miesiące mieli pisać egzamin dojrzałości. Gdyby powiedziała to samo na studniówce w innej szkole, zapewne nikt by nie zauważył różnicy. Zresztą mało kto jej słuchał. W tej chwili uczniowie mieli w nosie maturę. Myśleli tylko o dobrej zabawie i alkoholu, który ze sobą po kryjomu przynieśli.

Oficjalnie obowiązywał zakaz spożywania napojów alkoholowych. Wódka stała tylko na stole grona pedagogicznego. Na stołach uczniowskich były wyłącznie napoje chłodzące. Ale pod nimi ukryto butelki z podejrzanie jasną coca-colą. Bardziej zapobiegliwi już w domu wypili po kilka drinków, żeby zjawić się na studniówce w lekko podrasowanych humorach.

Około dwudziestej podano półmiski z kotletami schabowymi, pieczone udka kurczaka i fury ziemniaków. Jeszcze trzy lata wcześniej nikt by nie marzył o takim przepychu. Studniówkowe bale były skromne. Licealiści musieli się zadowolić słonymi paluszkami i samodzielnie upieczonym ciastem. Teraz tylko pieniądze stanowiły barierę ograniczającą atrakcyjność balu.

 

Trzy godziny później zabawa trwała w najlepsze. Zamówiony na wieczór zespół muzyczny Kołbud rżnął z całych sił przebój Czerwonych Gitar Już za rok matura. Zgodnie z nazwą kapelę tworzyli muzycy na co dzień zajmujący się budowlanką. Firma Budowlana Kołtowski w tygodniu stawiała domy, a od święta chałturzyła pod kotleta na weselach i chrzcinach. Tym bardziej bez żalu młodzież ryczała, niemal zagłuszając muzykę.

Przy jednym ze stołów nikt nie zwracał uwagi na to, co się dzieje na parkiecie. Obrażone dziewczyny z ukosa patrzyły na swoich partnerów, którzy mimo kilku opróżnionych butelek coca-coli siedzieli smętnie w milczeniu. Atmosfera bardziej przypominała stypę niż studniówkowy bal.

– Rusz się wreszcie. – Dorota trąciła Marka, dając mu do zrozumienia, że chce zatańczyć.

– Daj mi spokój. – Chłopak rzucił jej zniecierpliwione spojrzenie.

– Jak chcesz! Ja idę się bawić – powiedziała wyraźnie rozzłoszczona blondynka z krótko obciętymi włosami. Wstała od stolika i kiwnęła na koleżanki.

Gdy tylko odeszły kilka kroków, Marek odezwał się do kolegów:

– Dobra, pozostaje ustalić, który z nas wejdzie i go ogłuszy.

Po minach było widać, że żaden z chłopców nie kwapi się, żeby zgłosić się na ochotnika. Wreszcie niski grubasek zapytał wystraszonym głosem:

– A co, jak on się będzie bronił? Ja nie dam rady, przecież wiecie. Ja się do tego nie nadaję.

– Wyluzuj, Gumiś. Wszyscy wiemy, że to nie możesz być ty. – Marek poklepał go po ramieniu i podniósł szklankę, pokazując kolegom, że czas się napić.

– No skoro nie ja, to po co pytasz? – Grubasek łyknął zawartość swojej literatki jednym haustem. Trochę się skrzywił i dodał: – Jest nas trzech. W takim razie ty albo Michał. Poza tym – ciągnął – coś może pójść nie tak. Wiesz, to stary facet. Palnie się go za mocno i może kopnąć w kalendarz.

– Gumiś, palnąć to go trzeba dość mocno. Lepiej, żeby potem nie opowiadał, kto do niego przyszedł. Póki co nie ma sensu tracić czasu na gdybanie – Marek uciął rozważania. – Gumiś, trzeba znaleźć zbyt na te znaczki i monety. Pogadaj ze swoim starym, tylko dyskretnie. Zorientuj się, gdzie jest jakiś sklep we Wrocławiu albo nawet dalej, w Warszawie. Bo u nas w filatelistycznym nie ma się co pokazywać z takim towarem. Od razu wpadniemy – mówiąc, rozlewał do literatek zawartość kolejnej butelki, tym razem rozjaśnionej mirindy.

– Nie da się ukryć – wtrącił wreszcie Michał. – Ale gotówkę, znaczy te marki, to będziemy mogli zaraz wymienić? Na miejscu, w kantorze? – dopytywał nerwowo z wyraźną nadzieją w głosie. – Bo wiecie, chłopaki, ja pilnie potrzebuję forsy. – Spojrzał w stronę bawiących się na parkiecie dziewczyn.

– Tak. Ale bez przesady. Jak przyjdziesz z kilkunastoma tysiącami, to się zaraz pokapują. Bo niby skąd szczeniak może mieć taką kupę szmalu?

– A jesteś pewny, że tam tyle będzie? – Gumiś z niewyraźną miną patrzył na Marka.

– Jestem! – potwierdził chłopak zdecydowanie i uniósł ponownie szklaneczkę. – Gadałem z kumplem z Orlego. Był parę razy u niego w mieszkaniu. On zaprasza chłopaków i puszcza im pornole. Jak któryś zrobi sobie przy nim dobrze, to płaci nawet po pięć marek. Skoro tak, to chyba musi mieć forsę? – Przerwał nagle, bo kelner zaczął zbierać tuż koło niego brudne talerze.

W tej samej chwili muzyka ucichła i do stołu wróciły dziewczyny. Marek uśmiechnął się ciepło do Doroty.

– Chyba jednak zatańczymy – powiedział. – Jak tylko zaczną znowu grać.

Dorota nic nie odpowiedziała. Posłała mu jedynie pełne wyrzutu spojrzenie.

Przy stole pojawił się facet z kamerą. Miał do niej przyczepioną lampkę z dużą białą żarówką. Ostre światło raziło w oczy. Było tak mocne, że prześwietlało na wylot jak rentgen.

– Co jest? Uśmiech proszę. – Kamerzysta upomniał smutne towarzystwo.

Wszyscy wyszczerzyli zęby, udając, że się świetnie bawią. To wystarczyło, żeby dał im spokój i poszedł dalej, filmując kolejne kreacje, uśmiechy i radosne miny.

* * *

Tłum ludzi kłębił się przed szatnią Regionalnego Centrum Kultury. Ludzie śmiali się i powtarzali żarty, które chwilę wcześniej słyszeli na występie Kabaretu Paka i Jacka Ziobry. Mimo że kabareciarze pochodzili z Jeleniej Góry, ich występ zawsze był atrakcją. Bilety wyprzedano do ostatniego już na miesiąc z góry.

Minęło kilka minut, zanim Pawłowi udało się dopchać do kontuaru i odebrać płaszcze. Przecisnął się przez napierający tłum i wzrokiem odnalazł Wiktorię. Stała z boku, rozmawiając z jakimś mężczyzną. Tamten był odwrócony tyłem i Paweł nie mógł się zorientować, czy go zna.

– Już jestem – powiedział, podchodząc.

Mężczyzna się odwrócił. Był szczupły, niskiego wzrostu. Zaczesana na bok ciemna grzywka zsuwała mu się na czoło. Miał na sobie jasną lnianą marynarkę i gładką kremową koszulę. Spojrzał na Pawła z rozbawieniem i zawołał trochę za głośno:

– O, pan komisarz! – Po czym wybuchnął gromkim śmiechem, jakby wciąż był na sali i bawił się, słuchając skeczów.

– O, pan redaktor – odpowiedział Paweł bez entuzjazmu.

– To wy się znacie? Znasz Adama? – zapytała zaskoczona Wiktoria.

– Kto by nie znał komisarza Ciszewskiego? – Adam nie pozwolił mu odpowiedzieć i znowu wybuchnął salwą śmiechu.

Paweł podał Wiktorii płaszcz i skinął głową na znak, że wychodzą.

– Do jutra, Adam. – Wiki cmoknęła dziennikarza w policzek i chwyciła Pawła pod rękę.

Przed budynkiem stało sporo ludzi. Wszyscy w doskonałych humorach, wciąż gestykulowali i rozmawiali, śmiejąc się głośno. Paweł zupełnie stracił humor. Milczał.

Przeszli na drugą stronę ulicy. Na niewielkim parkingu obok banku otworzył drzwi volkswagena garbusa i pomógł Wiktorii wsiąść. Potem usiadł za kierownicą i włożył kluczyk do stacyjki.

– Skąd znasz Adama? – zapytała, gdy on próbował uruchomić silnik.

– Z pracy – bąknął zdawkowo, kolejny raz naciskając włącznik startera. Rozrusznik kręcił przez chwilę, ale silnik nie chciał zaskoczyć.

– Jak to z pracy?

Paweł westchnął ciężko i odpuścił na chwilę, bo się bał, że zamęczy akumulator.

– Przychodzi czasem na komendę. – Jeszcze raz spróbował odpalić.

Rozrusznik kręcił przez kilka sekund, a potem wyraźnie zwolnił.

Puścił przycisk i zaklął pod nosem. Był wściekły, że akurat teraz garbus odmówił posłuszeństwa. A tak się starał, żeby wszystko wypadło dobrze. Przez kilka dni układał sobie w głowie plan. Najpierw kawiarnia, potem kabaret w erceku, a teraz miał ją odwieźć i liczył, że ona zapyta, czy wejdzie.

Wiktoria patrzyła na niego z rozbawieniem. Chyba wiedziała, o czym myśli.

A potem się pokochamy, dokończyła w duchu, śmiejąc się z jego misternego planu.

– Już się nie denerwuj. – Wzięła go za rękę. – Przecież mogę wrócić taksówką.

Znowu westchnął ciężko i spojrzał w jej czarne oczy.

Teraz albo nigdy, pomyślał i nachylił się, żeby ją pocałować.

Ich usta się spotkały. Wiktoria przechyliła głowę i pozwoliła na namiętny pocałunek. Jednocześnie objęła Pawła.

Czuł, że robi mu się gorąco. Nawet garbus stracił znaczenie. I w tej chwili rozległo się pukanie w szybę.

– Co znowu? – Paweł odwrócił się raptownie. Nie dość, że po występie napatoczył się ten redakcyjny bawidamek, garbus padł, to teraz jeszcze ktoś się dobija w kluczowym momencie. Pokręcił kilka razy korbką, opuszczając szybę.

– Może popchnąć? – Salwa śmiechu podsumowała pytanie, które w tych okolicznościach było czystą złośliwością.

– Dziękuję. – Pawłowi pulsowało w skroniach. Tego już było za wiele. – Jakoś sobie poradzimy.

– To pewnie potrwa, więc może ja podrzucę Wiktorię do domu? I tak jadę w tamtą stronę. – Adam znowu zaśmiał się głośno, co doprowadziło Pawła prawie do wrzenia.

Już chciał się odezwać, ale Wiktoria ścisnęła mu mocniej dłoń.

– Pawełku, było cudownie. Jestem strasznie zmęczona i chciałam się położyć. Wrócę z Adamem, a ty zajmij się garbusem. Jutro do mnie przyjdziesz – zniżyła głos – na kolację. Przygotuję coś dobrego i posiedzimy sobie dłużej.

Nie czekając, aż się zgodzi, nachyliła się i pocałowała go. Usta miała ciepłe i wilgotne. Poczuł, że całe napięcie ucieka w jednej chwili jak powietrze z przebitego balonu. Było mu już wszystko jedno.

Wiktoria mu pomachała, idąc za Adamem do białego malucha. Wsiedli do auta. Paweł słyszał, że silnik zaskoczył szybko, a potem samochód zaczął się toczyć, rzężąc na pierwszym biegu. Zamrugał awaryjnymi i skręcił w lewo w ulicę Bankową, lekceważąc zakaz. Przeciął podwójną ciągłą i zniknął za zakrętem w kierunku Zabobrza.

– Bezczelny typ – powiedział Paweł do siebie i wysiadł z auta.

Uniósł maskę i zaczął się zastanawiać, czy to kondensator czy przerywacz. Teraz nie był w stanie tego stwierdzić. Dlatego tylko poprawił zapinki na aparacie zapłonowym i sprawdził, czy nie poluzował się któryś kabel łączący aparat ze świecami. Potem jeszcze raz spróbował odpalić. Bez skutku. Wreszcie się poddał, zamknął auto i ruszył, żeby złapać taksówkę.