Zapiski z królestwaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Od autora

Książę dry­ble­rów

Syn Albionu

Happy Jack

Pies ratow­nik

Mecz widmo

Sześć goli. Mało!

Wat­ford w kosmo­sie

Karu­zela z emo­cjami

Nawi­ga­tor

Ostatni taniec Lau­riego

Chiń­czyk

Sędzia naj­wyż­szy

Do utraty tchu

Szok, wstyd i voodoo

Zmiana szyldu

Powi­taj­cie mistrzów świata

Dłu­go­wieczni

Fan­ta­zje o fut­bolu

Graj­cie, bo się ściem­nia

Lily

Lata­jący król pud­dingu

Finał wygrał biały koń

Nie­zły agent

Sir Stan

Puchary pełne absurdu

Szkocki nauczy­ciel

Rany koguta!

Fut­bol + pop = miłość

Coraz mniej ary­sto­kra­cji

Gole spod znaku kape­lu­sza

Kocham cię, Pol­sko

Pił­karz z kasety VHS

Dzień wstydu

Mene­dżer na chwilę

Plotka

Pio­nier

Nie­ty­kalni

W szatni nie ma wojny

Nie­dziela będzie dla nas

Piw­nica pełna skar­bów

Drin­king club

Czołgi strze­la­jące fun­tami

Pie­kło w Brad­ford

Liga na die­cie

Cichy front

Impe­rium gada­ją­cych głów

Szczę­śliwa trzy­nastka

Rok lisa

Ciarki

Pobudka, pano­wie, zaraz gra Chel­sea!

Rafał Nahorny, dzien­ni­karz Canal+

Źró­dła

Copy­ri­ght@ Rin­gier Axel Sprin­ger Pol­ska Sp. z o.o.

Pro­jekt okładki: Mate­usz Sadow­ski/sadow­ski­draws

Pro­jekt typo­gra­ficzny i skład: INSATSU Michał Żele­znia­ko­wicz

Redak­cja: Rafał Sarna

Korekta: Alek­san­dra Śló­sar­ska

Koor­dy­na­tor wydaw­ni­czy: Kata­rzyna Dro­sio

Zdję­cia: Imago/East News (1), Forum (1), PA Ima­ges/East News (4), BE&W (1), AP/East News (1), Getty Ima­ges (5), NAC (1), ZUMA­PRESS.com (1), archi­wum pry­watne (4)

Wydawca:

Rin­gier Axel Sprin­ger Pol­ska Sp. z o.o.

ul. Doma­niew­ska 52, 02-672 War­szawa

ISBN: 978-83-8091-818-4

War­szawa, 2019

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Książkę tę dedy­kuję moim przy­ja­cio­łom z dziu­pli komen­ta­tor­skiej w Canal+, z któ­rymi co week­end ruszamy w piękną podróż: Rafa­łowi Nahor­nemu, Mar­ci­nowi Rosło­niowi, Andrze­jowi Twa­row­skiemu i Prze­mkowi Pełce. To naprawdę wiel­kie szczę­ście móc z Wami pra­co­wać. Jeste­ście dla mnie jak rodzina. Przez lata nauczy­łem się od Was wielu war­to­ścio­wych rze­czy na temat tego fascy­nu­ją­cego zawodu, jakim jest komen­to­wa­nie meczów. Mam nadzieję, że teraz Wy dowie­cie się cze­goś ode mnie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Od autora

W chwili, gdy reali­za­tor tele­wi­zyjny poka­zał na tablicy świetl­nej twarz Raya Wil­kinsa, uświa­do­mi­łem sobie coś kom­plet­nie absur­dal­nego. Kibice na sta­dio­nie Chel­sea wła­śnie wstali, by okla­skami oddać hołd zmar­łej legen­dzie klubu, a ja – sie­dząc w dziu­pli komen­ta­tor­skiej w War­sza­wie – bez pro­blemu odtwo­rzy­łem z pamięci nie tyle widok czło­wieka, któ­rego spo­tka­łem dosłow­nie dwa tygo­dnie wcze­śniej w pubie przy­le­ga­ją­cym do Stam­ford Bridge, roz­ma­wia­ją­cego z kibi­cami i robią­cego sobie z nimi sel­fie, ale wygląd mojego pokoju w Cze­la­dzi, przy ulicy Mic­kie­wi­cza.

I choć nie mam poję­cia, dla­czego na ścia­nie, którą pokry­wała tapeta mająca imi­to­wać boaze­rię (o matko!), przy­kle­iłem wtedy aku­rat pla­kat byłego gra­cza The Blues, jest to bez cie­nia wąt­pli­wo­ści jedno ze wspo­mnień dobit­nie uświa­da­mia­ją­cych mi, że liga angiel­ska i ja two­rzymy zwią­zek, który los już od dawna zapla­no­wał.

Inne posta­cie spo­glą­da­jące z pla­ka­tów – Matt Le Tis­sier, David Platt, Paul Gasco­igne czy Lee Dixon – były dla mnie przy­by­szami z kosmosu. Ni­gdy nie widzia­łem żad­nego z nich w akcji ani nie mia­łem oka­zji oglą­dać ich goli, ale z jakie­goś zupeł­nie nie­zna­nego mi powodu uwie­rzy­łem, że oni i ja to coś wię­cej niż tylko zdję­cie na ścia­nie w pokoju 13-let­niego chłopca. Chyba po pro­stu uwie­rzy­łem, że są warci zaist­nie­nia we wnę­trzu miesz­ka­nia na pol­skim blo­ko­wi­sku. Dali­śmy sobie kre­dyt zaufa­nia spła­cony wiele lat póź­niej.

Ni­gdy nie pró­bo­wa­łem nawet ukry­wać, że liga angiel­ska jest moją obse­sją. Są trzy rze­czy, bez któ­rych nie potra­fił­bym żyć: kawa, piwo i Pre­mier League. Ta ostat­nia wiele lat temu stała się inte­gralną czę­ścią mojego świata. Jeste­śmy nie­roz­łączni i muszę Wam wyznać w tajem­nicy, że naprawdę ni­gdy jej nie zdra­dzi­łem. Gdy­bym miał do wyboru: pole­cieć na raj­ską wyspę czy obej­rzeć na żywo mecz Ever­tonu z Southamp­ton na Goodi­son Park, bez waha­nia wybrał­bym to dru­gie i jeśli myśli­cie teraz, że ble­fuję, to chyba tylko dla­tego, że mnie nie zna­cie i nie wie­cie, jak jestem szur­nięty.

W fut­bo­lo­wych mene­dże­rach na moich pierw­szych kom­pu­te­rach typu Atari, Com­mo­dore i Amiga 500 pró­bo­wa­łem zbu­do­wać potęgę Ley­tonu Orient (zapewne ze względu na piękny herb i dostojną nazwę), wpro­wa­dzić Sun­der­land do euro­pej­skich pucha­rów czy ścią­gać do Aston Villi gwiazdy Milanu i Realu. Moja pierw­sza pił­kar­ska koszulka miała na ple­cach tajem­ni­czy i nie­moż­liwy wów­czas do wypo­wie­dze­nia napis: GASCO­IGNE. Dla­czego tak było? Nie umiem tego wyja­śnić, wybacz­cie.

Pomysł napi­sa­nia książki, którą trzy­ma­cie teraz w rękach, tak naprawdę wziął się z… kina. Za każ­dym razem, kiedy oglą­dam jakiś film oparty na auten­tycz­nych wyda­rze­niach, muszę zgłę­bić histo­rię boha­te­rów, więc czy­tam wszystko, co się da, aż uznam temat za wyczer­pany. Po sean­sie Jak zostać kró­lem z Coli­nem Fir­them czy­ta­łem sporo na temat króla Jerzego VI. Chcia­łem dowie­dzieć się nieco wię­cej na temat jego pro­ble­mów z wysła­wia­niem się. To nie­sa­mo­wita histo­ria, a zara­zem genialna w swo­jej pro­sto­cie: oto władca wiel­kiego kraju nie potrafi prze­ma­wiać publicz­nie. Jąka się i stre­suje, gdy spada na niego taki obo­wią­zek. Wynaj­muje więc nauczy­ciela, który pomaga mu prze­ła­my­wać bariery. The King’s Spe­ech (tak brzmi ory­gi­nalny tytuł filmu) to cudowna opo­wieść o czło­wieku, który wła­ści­wie nie chciał wła­dzy, lecz został posta­wiony w trud­nej sytu­acji po abdy­ka­cji brata, Edwarda VIII. Na tro­nie zasia­dał w trud­nych oko­licz­no­ściach, nad­cią­gała bowiem II wojna świa­towa i rodacy szu­kali otu­chy w prze­mo­wach władcy. Czyż to nie genialny para­doks?

 

Zasko­czyło mnie mocno, że w anglo­ję­zycz­nej Wiki­pe­dii, świet­nie zresztą roz­wi­nię­tej, na temat jąka­nia się Jerzego VI pada zale­d­wie jedno zda­nie: „Miał pro­blemy z wysła­wia­niem się”. Kropka. Z tej jakże krót­kiej infor­ma­cji sce­na­rzy­sta David Seidler i reży­ser Tom Hooper stwo­rzyli fun­da­ment pod znacz­nie waż­niej­szy temat: zma­ga­nie się ze swo­imi sła­bo­ściami, trudy bycia wiel­kim władcą wobec faktu, że jest się tylko czło­wie­kiem.

Tam­tego wie­czoru wpa­dłem na pomysł. A gdyby tak przej­rzeć losy klu­bów i pił­ka­rzy z Anglii, by poszu­kać tego jed­nego zda­nia? Następ­nie zła­pać się go i na nim wspiąć wyżej? Mia­łem jed­nak świa­do­mość, jak żmudne poszu­ki­wa­nia mnie cze­kają. Mało tego, byłem prze­ko­nany, iż wymaga to wizyty w Anglii i spę­dze­nia dłu­gich godzin w biblio­tece. Porzu­ci­łem więc pomysł na jakiś czas. Któ­re­goś dnia jed­nak wró­cił.

Spraw­dzi­łem, czy histo­ryczne archiwa angiel­skiej prasy są dostępne online. Oka­zało się, że Bri­tish New­spa­per Archive za naprawdę nie­wielką opłatą udo­stęp­nia ludziom z całego świata swe prze­pastne zasoby się­ga­jące XVII wieku! Jesz­cze tego samego dnia poło­ży­łem córkę spać i na kilka godzin uto­ną­łem w lek­tu­rze. Ta fascy­nu­jąca podróż stała się dla mnie zara­zem lek­cją tam­tego spo­sobu pisa­nia i tego, jak się zmie­niała prasa dru­ko­wana. Odkry­wa­łem kolejne i kolejne histo­rie. Wtedy już wie­dzia­łem, że książka powsta­nie, potrzebne były tylko mobi­li­za­cja i deadline.

Dostar­czył mi ich czwart­kowy doda­tek do „Prze­glądu Spor­to­wego” – „PS Histo­ria”. Z batem w postaci ter­minu wysyłki do dru­karni, wiszą­cym nade mną co sie­dem dni, pra­co­wało się dużo łatwiej. Tema­tów szybko zro­biło się tyle, że musia­łem je zacząć sta­ran­nie selek­cjo­no­wać. Rekordy, tre­ne­rzy, pił­ka­rze, nie­sa­mo­wite mecze. Nie ma dru­giej tak boga­tej kul­tury fut­bo­lo­wej jak angiel­ska.

Chciał­bym, żeby to była dla Was cie­kawa podróż. Nie pla­no­wa­łem trasy, nie trzy­ma­łem się chro­no­lo­gii. Inte­re­so­wały mnie po pro­stu cie­kawe osoby i zda­rze­nia, nie­które poru­sza­jące, inne śmieszne. Przede wszyst­kim takie, które miały duży wpływ na to, co działo się potem. Szu­ka­łem odpo­wie­dzi na różne pyta­nia. Dla­czego zaczęto tyle pła­cić pił­ka­rzom? Skąd się wzięło gra­nie w nie­dzielę? Kiedy na koszul­kach poja­wili się spon­so­rzy? Jak wyglą­dała piłka nożna w cza­sie wojny? Każda z tych opo­wie­ści jest cząstką, która two­rzy całość nie­po­wta­rzal­nego kli­matu cha­rak­te­ry­zu­ją­cego angiel­ski fut­bol od ponad stu lat.

W cza­sach, kiedy piłka nożna stała się bez­dusz­nym, bru­tal­nym biz­ne­sem, warto przy­po­mnieć sobie, gdzie się to wszystko zaczęło, jak bar­dzo było kie­dyś roman­tyczne, a także zro­zu­mieć, że ważne histo­rie nie zawsze muszą doty­czyć wiel­kich klu­bów i sław­nych pił­ka­rzy. Jeśli po prze­czy­ta­niu tej książki choć jedna osoba zako­cha się w angiel­skiej piłce tak, jak ja przed laty, uznam to za wielki suk­ces. Sam dowie­dzia­łem się tak wielu fascy­nu­ją­cych rze­czy, że poczu­łem, jak­bym na nowo poznał swoją wielką miłość. To była podróż warta każ­dego prze­czytanego i napi­sa­nego wersu. Dzię­kuję temu, kto wymy­ślił angiel­ską piłkę, ponie­waż spra­wił zara­zem, że moje życie zawo­dowe stało się fascy­nu­jącą przy­godą. Teraz chciał­bym zapro­sić Was na kilka godzin do tego świata.

Prze­my­sław Rudzki

War­szawa, 24 kwiet­nia 2019 r.

1

Książę dry­ble­rów

Jak wyglą­dał świat przed powsta­niem rynku trans­fe­ro­wego

Oto opo­wieść o fut­bolu, który dopiero zaczy­nał być psuty przez pie­nią­dze, z pogry­wa­jącą w tle wio­lon­czelą. Więk­szość histo­ry­ków uważa, że pierw­szy trans­fer łamiący barierę dwóch zer to prze­no­siny Wil­liego Gro­vesa z West Brom­wich Albion do Aston Villi za 100 fun­tów. Praw­dziwa wielka licy­ta­cja na racz­ku­ją­cym rynku trans­ferowym w Anglii zaczyna się fak­tycz­nie w 1893 roku, ale od innego gra­cza – Jacka South­wor­tha. To jego histo­ria jest godna uwagi.

Powie­trze w Man­che­ste­rze było rześ­kie. W piąt­kowy, wrze­śniowy wie­czór 1895 roku ulice zaczęły się wypeł­niać prze­chod­niami spie­szą­cymi w kie­runku cen­trum, gdy z dużego budynku wyszła grupa roz­en­tu­zja­zmo­wa­nych osób i zlała się z tłu­mem. Wyraź­nie prze­ży­wali coś, co stało się kilka chwil wcze­śniej. To był dobry kon­cert, nic więc dziw­nego, że ekipa The Halle, zado­wo­lona z wytrwa­łej, wie­lo­ty­go­dnio­wej pracy pod­czas prób, uznała teraz zgod­nie, iż wszy­scy zasłu­żyli na piwo lub kie­li­szek moc­niej­szego trunku.

Ele­gancko ubrani, roze­śmiani, ide­al­nie wpi­sy­wali się w to, czym stało się mia­sto Man­che­ster – kosmo­po­li­tyczną metro­po­lią, która przy­cią­gała ludzi. Prze­ży­wa­jącą swój naj­lep­szy czas. Dobrze znali sens hasła: „Co Man­che­ster robi dziś, reszta świata zrobi jutro”.

Wąsaty męż­czy­zna w ele­ganc­kim kape­lu­szu pozo­sta­wał lekko w tyle. Cza­sem bolała go noga. Było to efek­tem daw­nych zda­rzeń, o któ­rych nie chciał już pamię­tać. Oddzie­lił je grubą kre­ską. Naj­waż­niej­sze było to, że dziś nie zawiódł, a wio­lon­czela słu­chała go i sta­no­wili pod­czas całych dwóch godzin wyjąt­kowo zgrany duet.

Kochał ten instru­ment. Piękny z zewnątrz, a przy tym wyda­jący cudowne dźwięki. Dzię­ko­wał w duchu Luigiemu Boc­che­ri­niemu za to, że ten tak bar­dzo uwie­rzył w moc wio­lon­czeli, iż uczy­nił ją godną naj­pierw ary­sto­kra­cji, a potem hal kon­cer­to­wych. Spra­wił, że została gwiazdą wśród instru­mentów. Wło­ski lut­nik Stra­di­va­rius nadał jej zaś formę nie­mal dosko­nałą. Nie­któ­rzy twier­dzili, że kobie­tom dla­tego nie pozwala się grać na wio­lon­czeli, bo taki widok mógłby roz­pa­lić nie­po­trzebne żądze. Wio­lon­czela była więc dla męż­czyzn.

Od jakie­goś czasu czuł na sobie wzrok jed­nego z mło­dych skrzyp­ków. Po pró­bach w zeszłym tygo­dniu miał go nawet zapy­tać, dla­czego tak bacz­nie mu się przy­gląda, ale kiedy zoba­czył, jak chło­pak wer­tuje wni­kli­wie spor­towe strony „Liver­pool Echo”, zro­zu­miał. Dziś rów­nież dostrzegł, że skrzy­pek odstaje od reszty grupy, spe­cjal­nie zwal­nia­jąc tempo mar­szu, by wresz­cie zrów­nać się z nim i iść tak chwilę w mil­cze­niu.

– Coś cię gry­zie, chłop­cze? – zapy­tał wąsaty wio­lon­cze­li­sta z ojcow­ską tro­ską w gło­sie.

– Sły­szał pan? W Bir­ming­ham ukra­dli Puchar Anglii! Nie dalej niż wczo­raj, dasz pan wiarę? Z witryny sklepu! Nie­po­jęte! – eks­cy­to­wał się skrzy­pek.

– Dla­czego mi o tym mówisz?

– Myśla­łem, że to pana zain­te­re­suje – spło­szył się młody czło­wiek.

– Uwa­żasz, że zagi­niony puchar Anglii to cie­kawa infor­ma­cja dla wio­lon­cze­li­sty? – spy­tał wąsacz.

– Panie South­worth, pan wyba­czy śmia­łość. Prze­cież ja wiem dobrze, kim pan jest. Ja… Ja muszę poznać pań­ską histo­rię. Ja chcę wie­dzieć wszystko o piłce noż­nej. Ja wiem, że pan nie lubi…

– No cóż, trzeba było po pro­stu zapy­tać. Patrzysz na mnie od tygo­dnia, jak­bym coś ci ukradł. – Jack South­worth przy­sta­nął na chwilę, by dać odpo­cząć nodze. Tej samej, któ­rej kon­tu­zja prze­rwała jego wielką karierę pił­kar­ską.

Pozwo­lili resz­cie orkie­stry iść dalej, sami zaś znik­nęli po angiel­sku, skrę­ca­jąc do pubu Mar­ble Arch. Wio­lon­cze­li­sta pomy­ślał, że po raz pierw­szy od dłuż­szego czasu ma ochotę wró­cić do tam­tego świata. Przy­naj­mniej w opo­wie­ściach. Zbu­do­wany w 1888 roku pub przy­wi­tał ich gwa­rem i cudow­nie zim­nym piwem.

W trzy­gwiazd­ko­wym hotelu w Che­ster sto­ją­cym przy City Road nikt już tego pew­nie nie pamięta. Prze­cież ściany nie potra­fią przy­po­mnieć gościom, że jesz­cze w tym stu­le­ciu stał w tym miej­scu inny obiekt. Nazy­wał się The Roy­alty The­atre. W koń­cówce XIX wieku wysta­wiono na jego deskach adap­ta­cję Ala­dyna, opo­wie­ści o magicz­nej lam­pie, z któ­rej wyła­niał się dżin. Kró­lew­ski Teatr poja­wił się i znik­nął dokład­nie tak jak on.

Cha­rak­te­ry­styczny biały budy­nek ozdo­biony ciem­no­brą­zo­wymi bel­kami prze­trwał ponad 120 lat, osta­tecz­nie prze­gry­wa­jąc bez­po­śred­nie star­cie z komer­cją. Dzie­dzic­two kul­tu­rowe liczą­cego ponad 100 tysięcy miesz­kań­ców mia­sta legło dosłow­nie w gru­zach. Miej­scowi żalili się w listach do lokal­nych gazet na taki stan rze­czy a wśród nich byli nawet mło­dzi ludzie, któ­rzy nie mieli prze­cież prawa pamię­tać jedy­nego występu grupy The Beatles w tym zacnym przy­bytku.

30 grud­nia 1893 roku Jack South­worth strze­lił sześć goli w meczu Ever­tonu z West Brom­wich Albion. Pił­karz pocho­dzący z rodziny, która od poko­leń była prze­siąk­nięta muzyką, grał na wio­lon­czeli, bez trudu radził sobie także z instru­men­tami dętymi, a debiut sce­niczny zali­czył w wieku 14 lat. Jego pra­dzia­dek był zako­chany w melo­diach do tego stop­nia, że zor­ga­ni­zo­wał w Roy­alty The­atre występ Nic­colo Paga­ni­niego, wło­skiego wir­tu­oza skrzy­piec z Genui.

„Ojciec Jacka, Robert, łączył pracę sto­la­rza z gra­niem na kor­ne­cie i dyry­go­wa­niem Black­burn Boro­ugh Band. Robert i jego żona Mar­tha cie­szyli się posia­da­niem dzie­wiątki dzieci, z któ­rych każde prze­ja­wiało muzyczny talent” – wspo­mina w tek­ście poświę­co­nym Jac­kowi South­wor­thowi, zaty­tu­ło­wa­nym Maestro, Rob Sawyer z www.tof­fe­eweb.com.

Doko­na­nia South­wor­tha prze­trwały, o czym za chwilę, w prze­ci­wień­stwie do Roy­alty The­atre, gdzie miał oka­zję wystę­po­wać. I nie cho­dzi by­naj­mniej o rekor­dową liczbę kon­cer­tów. Bo choć więk­szość jego rodzeń­stwa zro­biła karierę w branży muzycz­nej, z powo­dze­niem wystę­pu­jąc w róż­nych orkie­strach, Jack naj­le­piej jed­nak grał w piłkę.

W pracy nauko­wej sprzed ponad 20 lat, napi­sa­nej przez nie­ja­kiego Johna Sim­kina, można zna­leźć nie­zwy­kle inte­re­su­jące wątki. Na przy­kład taki, że dwa lata po trans­fe­rze South­wor­tha Ever­ton kupił świet­nego bram­ka­rza, Jacka Hil­l­mana (o jego korup­cyj­nej dzia­łal­no­ści znaj­dzie­cie osobny roz­dział Zapi­sków). Poka­zuje to, że klub, będący jed­nym z zało­ży­cieli Foot­ball League, szedł z duchem czasu, już wtedy bowiem dzia­ła­cze rozu­mieli, że wydatki prze­kła­dają się na kon­kretne wyniki. The Tof­fees mieli zresztą oso­bliwą przy­pa­dłość – się­gali po tytuły mistrzow­skie mię­dzy innymi w latach, w któ­rych wybu­chały dwie wiel­kie wojny świa­towe, w 1914 i 1939 roku.

Pił­kar­ska cen­trala naka­zała w 1893 roku obo­wiąz­kową reje­stra­cję wszyst­kich gra­czy w kraju. Nie mogli oni rów­nież zmie­niać barw bez zgody kra­jo­wej fede­ra­cji. Pił­karz, który chciał prze­nieść się do innego klubu, musiał uzy­skać akcep­ta­cję swo­jego macie­rzy­stego. Tak kła­dziono pod­wa­liny pod rynek trans­fe­rowy. Usta­lono choćby to, jak opi­sy­wał Sim­kin, że „jeśli pił­karz odrzu­cił ofertę pod­pi­sa­nia nowego kon­traktu na początku sezonu, nie mógł pod­pi­sać umowy z żad­nym innym klu­bem, do kiedy nie uzy­skał zgody obec­nego pra­co­dawcy”.

Kluby pró­bo­wały się bro­nić przed finan­so­wym pędem. Na przy­kład przed­sta­wi­ciele Derby County wyszli z pro­po­zy­cją, by mak­sy­malna tygo­dniówka dla zawod­nika wyno­siła 4 funty. Jed­nak naj­lepsi mogli zaro­bić około 10 fun­tów i taki pomysł ude­rzał w ich dochody. Trans­fery miały się stać roz­wią­za­niem pro­ble­mów finan­so­wych klu­bów, szcze­gól­nie tych, które chciały roz­wi­jać infra­struk­turę. Tak było w przy­padku South­wor­tha. W koń­cówce sezonu 1893/94 klub z Black­burn prze­stał być wypła­calny w wyniku złego osza­co­wa­nia zysków z bile­tów na Ewood Park. Sta­dion chciano roz­bu­do­wy­wać, ale to pochła­niało dużo środ­ków. Pozby­cie się rodo­wego klej­notu przez Rovers stało się nie­unik­nione.

 

Czte­ry­sta fun­tów, tyle wyno­siła cena za ten pił­kar­ski dia­ment – pew­nie zasta­na­wia­cie się, ile to by było dzi­siaj. Otóż siła nabyw­cza tych czte­rech setek z 1893 roku to mniej wię­cej rów­no­war­tość około 50 tysięcy fun­tów w obec­nym świe­cie. Za tyle Ever­ton pozy­skał więc gra­cza kom­plet­nego, który nazy­wany był „Księ­ciem Dry­ble­rów”. Dla Black­burn strze­lił 97 goli w 108 meczach ligo­wych, do tego dorzu­cił 22 tra­fie­nia w pucha­rach. Wciąż do niego należy klu­bowy rekord – pięć hat tric­ków w jed­nym sezo­nie (1890/91). Łącz­nie uzbie­rał ich aż 13.

Wśród fanów Ever­tonu szybko stał się kul­tową posta­cią. A prze­cież zagrał na Goodi­son Park tylko jeden cały sezon. Zdo­był w nim jed­nak 27 bra­mek.

W „Black­burn Stan­dard” z 9 wrze­śnia 1893 roku zna­la­złem list, który Jack napi­sał do redak­cji (co za piękne czasy!). Nosi on nagłó­wek: Jack wresz­cie prze­mó­wił. South­worth wysłał jak zwy­kły czy­tel­nik list, w któ­rym chciał uciąć wszel­kie spe­ku­la­cje doty­czą­cego jego odej­ścia z Black­burn. Zarzu­cano mu bowiem chci­wość i nie­spor­tową postawę. Pod­kre­ślał, że przez dwa lata jako środ­kowy napast­nik zara­biał funta tygo­dniowo, podał dokład­nie swoje roczne zarobki i popro­sił, by zro­zu­miano, że kiedy już prze­sta­nie grać w piłkę, Liver­pool jako mia­sto będzie lep­szym miej­scem do kon­ty­nu­owa­nia kariery muzycz­nej. Zazna­czył też, że ni­gdy nie był chciwy, a w innym klu­bie spo­koj­nie zaro­biłby nie­mal dwu­krot­ność tego, co w Black­burn (460 fun­tów przez 6 lat!). „Chciał­bym zoba­czyć, ilu spo­śród tych, któ­rzy tak gorzko wypo­wia­dają się w mej mate­rii, odrzu­ci­łoby pokusę ofert” – spu­en­to­wał.

Paskudna kon­tu­zja wkrótce zmu­siła go do wyco­fa­nia się z fut­bolu. South­worth kochał piłkę, ale jego naj­więk­szą miło­ścią zawsze była wio­lon­czela. Do gry na tym instru­men­cie wró­cił po zakoń­cze­niu kariery pił­kar­skiej. Po trans­fe­rze do nie­bie­skiej czę­ści Liver­po­olu został po kres życia w tym mie­ście, co poka­zało, że w liście sprzed lat był szczery. Gry­wał mię­dzy innymi kon­certy dla tury­stów. Przez pięć lat zwią­zany był z orkie­strą BBC w Man­che­ste­rze, a jego syn Harry także zako­chał się w wio­lon­czeli, co poka­zał, gra­jąc w kilku liver­po­ol­skich zespo­łach muzycz­nych.

John „Jack” South­worth odszedł w 1956 roku w wieku 89 lat. Jak napi­sano w dużym skró­cie w „Echo”: „Zjadł śnia­da­nie i umarł…”.

Miał dobre życie. Zosta­wił po sobie tysiące zagra­nych melo­dii i trzy gole w trzech meczach repre­zen­ta­cji Anglii, choć w koń­cówce XIX wieku klub mógł się wszak wypiąć na fede­ra­cję i zwy­czaj­nie nie pozwo­lić pił­ka­rzowi wyje­chać na mecz kadry, 156 bra­mek dla Black­burn i Ever­tonu, choć ich też mogło być wię­cej. Strzel­ców 10 goli z cza­sów jego gry w Rovers do dziś nie ziden­ty­fi­ko­wano. Ist­nieje bar­dzo duże praw­do­po­do­bień­stwo, że wśród nich mógł być Jack.