SforaTekst

Z serii: Igor Brudny #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sfora
Sfora
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Sfora
Sfora
Sfora
Audiobook
Czyta Marcin Hycnar
39,99  34,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Beata Wójcik

Projekt okładki: Piotr Cieśliński (Dark Crayon)

Przygotowanie do druku: Magda Kuc

Redaktor inicjujący: Bartłomiej Nawrocki


Copyright © by Przemysław Piotrowski, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020


Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.


Wydanie I


ISBN 978-83-8143-605-2



Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Kochanej siostrze Ani



PROLOG

– Tnij ją!

Dziewczyna krzyknęła, a krew trysnęła, plamiąc wszystko wokół. Pełen niewyobrażalnego bólu jęk poniósł się echem w korytarzach starych katakumb, po czym jak każdy poprzedni uwiązł w zimnych murach ponurych piwnic.

Kobieta w habicie odłożyła nożyce na blaszany stolik. Chwyciła biały ręcznik i wytarła przedramiona i twarz. Krew wsiąkła w materiał, zabarwiając go na brunatny w tym świetle kolor.

– Na Boga, zrób coś, bo jeszcze ją usłyszą! – syknęła, jej twarz wykrzywiła się w skrajnej pogardzie.

– Udusi się – odparł mężczyzna w sutannie.

– Jeśli Bóg tak chce…

– Nie bluźnij. Bóg nigdy nie chciałby jej śmierci. Ani żadnego człowieka…

– Po prostu zrób coś. Ta grzesznica zaraz się nam tu wykrwawi!

Mężczyzna rzucił rozmówczyni wymowne spojrzenie i sięgnął po leżącą na stoliku szmatę. Poprawił zaparowane okulary, po czym wepchnął gałgan do ust dziewczyny leżącej na szpitalnym łóżku. Była unieruchomiona pasami, ale nawet nie zareagowała. Nie miała siły walczyć. Była zupełnie wyczerpana. Sięgnął po kolejny łachman, odgarnął z twarzy posklejane strąki i wytarł jej spocone czoło.

– Jesteś już blisko – rzekł ojcowskim tonem. – Bóg jest z tobą, córko. Bóg jest z nami…

Niewielką piwnicę wypełniały tańczące światła świec. Ich blask rzucał na surowe, ceglane mury pokraczne cienie, które malowały się na ścianach niczym bohomazy szalonego dekadenckiego artysty. Pomimo naturalnego chłodu atmosferę rozgrzewały emocje. Powietrze było gęste, lepkie, niemal galaretowate.

Mężczyzna w okularach rozpiął guziki i ściągnął sutannę. Spojrzał na kobietę w habicie i podwinął rękawy koszuli.

Kolejny skurcz.

– Przyj! – rozkazał.

Twarz dziewczyny wykrzywiła się w bolesnym grymasie. Na skroniach i szyi wybrzuszyły się niebieskie żyły. Przez moment wyglądały, jakby zaraz miały eksplodować, mimo to cienka, biała jak pergamin skóra w sobie tylko znany sposób zdołała utrzymać je w ryzach. Ponurą piwnicę znów wypełnił przeciągły, zdławiony krzyk.

– Wychodzi – syknęła kobieta w habicie.

– Nie przestawaj przeć. Jeszcze tylko chwila. Już go widzę – zachęcał mężczyzna.

Unieruchomiona dziewczyna oddychała z coraz większym trudem. Jej przekrwione oczy i potargane włosy upodobniły ją do opętanej przez demona. Błagalnie spojrzała na mężczyznę w okularach, który zrozumiał jej intencje. Wyciągnął dziewczynie szmatę z ust. Niemal natychmiast z nosa i ust trysnął pęcherzykowaty śluz, mocząc podwiniętą pod nabrzmiałe piersi koszulę nocną. Odetchnęła głęboko. Kilkakrotnie. Z kącików oczu popłynęły łzy. Wtedy przyszedł kolejny skurcz.

– Teraz! Przyj! Przyj jak najmocniej!

Ponure korytarze po raz ostatni rozdarł potworny krzyk cierpiącej. Chwilę później młoda kobieta dała nowe życie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

Księżyc był w pełni.

Siostra Teresa czuła, że grabieją jej palce. Żałowała, że przed wyjazdem do chorego brata nie sprawdziła prognozy pogody. Gdy krótko po południu wsiadała na rower i opuszczała teren kościoła, temperatura oscylowała w granicach dziesięciu stopni Celsjusza, a silne promienie słoneczne tylko potęgowały uczucie ciepła. Droga do nieodległej Raculi minęła więc szybko, czas przy pysznym cieście i aromatycznej kawie u Macieja jeszcze prędzej. Rozmawiali o tym co zwykle: sprawach przyziemnych, zdrowiu, przemijaniu. Maciej, choć nigdy nie należał do ludzi przesadnie bogobojnych, coraz częściej wspominał o Bogu. Siostrę Teresę bardzo to smuciło, bo wiedziała, że trawiąca go choroba prawie nigdy nie odpuszcza, a brat od zawsze był jej najbliższym członkiem rodziny. Co wieczór modliła się do Pana o jego zdrowie, ale z każdym kolejnym tygodniem coraz mniej wierzyła w cud.

Czas u Macieja minął jak z bicza strzelił i gdy wybiła dziewiąta, siostra Teresa musiała wracać do parafii. Dziś nie miała żadnych dodatkowych obowiązków, ale ponieważ od dziesiątej w domu zakonnym panowała cisza nocna, utarło się, że później niż o dziewiątej trzydzieści siostry, poza wyjątkowymi przypadkami, nie wracały. Dlatego siostra Teresa pożegnała się z Maciejem, włożyła ciepłą kurtkę i wyszła na ganek. Zorientowała się, że temperatura powietrza znacznie spadła, ale rozgrzana ciepłą herbatą z miodem z początku nie odczuła tej zmiany tak mocno. Dopiero gdy wyjechała na ścieżkę rowerową i poczuła na odsłoniętych policzkach mroźne podmuchy, zdała sobie sprawę, że tym razem chyba przeholowała.

Siostra Teresa miała sześćdziesiąt jeden lat i, jak na swój wiek, znakomitą kondycję oraz końskie zdrowie. Była też kobietą roztropną i odpowiedzialną, zdawała więc sobie sprawę (a choroba brata tylko utwierdziła ją w tym przekonaniu), że nic nie trwa wiecznie i prędzej czy później będzie musiała bardziej o siebie zadbać. W żadnym razie z próżności, wszak grzechem wobec Pana byłoby nie troszczyć się o własne zdrowie, dlatego gdy tylko zauważyła, że niespodziewanie nabrała pełniejszych kształtów, postanowiła, że będzie korzystać z roweru częściej niż zwykle. Cotygodniowe wycieczki do Macieja stały się więc swoistym rytuałem, który bardzo lubiła i z którego nie musiała się spowiadać, nawet jeśli – w jej mniemaniu – pojadła słodkości w nieprzyzwoitych ilościach.

Teraz jednak była na siebie zła, bo czuła, że zachowała się nieodpowiedzialnie, a każdy kolejny mroźny podmuch dobitnie jej o tym przypominał. Pal licho, że warunki pogodowe mogły utrudnić jej powrót do domu. To potraktowałaby jeszcze jako karę i pokutę zarazem. Gorzej, gdyby przez swoją lekkomyślność przeziębiła się albo – co gorsza – poważnie rozchorowała. Nie dość, że mogłaby zarazić pozostałe siostry, to jeszcze najpewniej zostałaby zmuszona do czasowego zrezygnowania z posługi. A przecież święta Bożego Narodzenia zbliżały się wielkimi krokami, w związku z czym obowiązków nie brakowało.

Pedałowanie przychodziło siostrze Teresie z coraz większym trudem. Właśnie opuściła Raculę i czekał ją najtrudniejszy odcinek trasy wzdłuż ruchliwej ulicy Wrocławskiej, gdzie akurat urywała się ścieżka rowerowa. Śliskie i nierówne pobocze pełne zamarzniętych kałuż nie ułatwiało zadania, a wzmagający się wiatr dodatkowo przywiał ciężkie chmury, z których spadły pierwsze krople.

Siostra Teresa pomyślała, że naprawdę zachowała się nieodpowiedzialnie. W pewnym momencie poczuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa, i postanowiła, że najbardziej wymagający fragment drogi pokona pieszo. Gdy w końcu wspięła się na wzniesienie na wysokości hotelu For Rest i z powrotem wsiadła na rower, wiatr niespodziewanie wzmógł się, zamieniając niegroźny kapuśniak w deszcz zmrożonych igiełek.

– Za jakie grzechy, mój Boże, za jakie grzechy…? – zamruczała pod nosem siostra Teresa i natychmiast skarciła się w myślach za przywoływanie imienia Pana nadaremno.

Na szczęście na horyzoncie ukazało się rondo, przy którym znów zaczynała się ścieżka rowerowa, dodatkowo dłuższy odcinek prowadził z górki. Fakt ten przyjęła z nieskrywaną ulgą i zmieniwszy bieg przerzutką, lekko przyspieszyła. Deszcz lodowych igieł zmienił się w zadymkę w momencie, gdy skręciła w mniej uczęszczaną ulicę Pileckiego prowadzącą do osiedla Słowackiego, nad którym górował cel jej podróży – kościół Parafii Podwyższenia Krzyża Świętego.

Opanował ją mrok. Ze zdziwieniem przyjęła ten fakt, gdyż zwykle ta trasa była dobrze oświetlona, ale jak na złość dzisiejszego wieczoru żadna z latarni nie działała. Czyżby awaria? Jak pech to pech. Nieszczęścia chodzą parami, pomyślała.

Siostra Teresa kontynuowała podróż, choć postanowiła jechać ostrożnie i zbytnio się nie rozpędzała. Ulica Pileckiego wbijała się klinem w zalesioną część południowo-zachodnich obrzeży miasta. Stosunkowo nowa trasa przebiegała pośrodku starego sosnowego lasu, w związku z czym wobec awarii latarni i schowanego za chmurami księżyca zrobiło się wyjątkowo ciemno. Sytuację ratowały reflektory sporadycznie przejeżdżających samochodów i słabej jakości przednia lampka, której wymianę siostra Teresa wiecznie odkładała. Teraz tego żałowała, zwłaszcza że zadymka nie odpuszczała i widoczność jeszcze spadła.

Pomyślała, że miło byłoby zrobić sobie teraz gorącej herbaty z miodem i wskoczyć pod ciepły koc. Nieświadomie nieco przyspieszyła, choć wciąż asekuracyjnie trzymała prawą dłoń zaciśniętą na hamulcu ręcznym. Wiedziała, że jest ślisko i niebezpiecznie, a w jej wieku o połamanie kości nietrudno.

Gdy tylko o tym pomyślała, z mroku wyłoniła się postać. Siostra Teresa gwałtownie zahamowała, próbując ją ominąć, straciła panowanie nad kierownicą i wjechała wprost w przeszkodę.

– Auuuu! – wrzasnął młody mężczyzna, który wyciągnąwszy dłonie przed siebie, w ostatniej chwili zdołał zredukować impet uderzenia. Przednie koło zahaczyło o jego lewe kolano, a kierownica wbiła się pod żebro. Mimo to utrzymał się na nogach, w przeciwieństwie do siostry Teresy, która straciła równowagę i padła na ziemię. – Czy pani jest normalna? Kto uczył panią jeździć, do jasnej cholery? – ryknął zdenerwowany nieznajomy.

 

– O Jezu, Jezu, Jezusieńku – jęczała siostra Teresa, próbując wydostać się spod roweru.

Mężczyzna dostrzegł, że kobieta nosi habit. Pomógł jej wstać. Zrobił to z niebywałą łatwością. Było mu wstyd, że zachował się wobec zakonnicy tak ordynarnie.

– Ja przepraszam siostrę. Nie wiedziałem, że… – Mężczyzna zmienił ton.

– To ja bardzo pana przepraszam. Och… – jęknęła siostra Teresa, chwytając się za łokieć.

– Pomogę siostrze – rzekł mężczyzna i chwycił zakonnicę pod ręce. – Czy jest siostra cała?

– Chyba tak. Trochę boli, ale chyba nic nie złamałam…

– Pomóc siostrze? Zadzwonić po karetkę?

– Nie, nie. Dzięki Bogu, chyba nic mi nie jest. Zresztą nie śmiałabym pana prosić. Przecież to ja spowodowałam ten wypadek. – Siostra Teresa otrzepała rękaw ze zmrożonych płatków śniegu.

– Małą stłuczkę, powiedzmy… – Mężczyzna próbował nieco rozluźnić atmosferę.

– A panu nic się nie stało?

– O mnie proszę się nie martwić. Kilka siniaków jeszcze nikogo nie zabiło.

– To dobrze. To dobrze… – Siostra Teresa ponownie otrzepała kurtkę i poprawiła nieco przekrzywiony kornet. – Raz jeszcze bardzo pana przepraszam.

– Naprawdę nie trzeba. Jest siostra pewna, że nie potrzebuje pomocy?

– Dziękuję. Jestem cała. Jak już Pan Bóg wystawia mnie na próbę, to chyba muszę sama podjąć to wyzwanie. A swoją lekkomyślność pewnie odchoruję w następnych dniach.

Mężczyzna podniósł jednoślad i poświeciwszy latarką z telefonu, sprawdził, czy nie doszło do poważniejszych uszkodzeń.

– Rower też wygląda na cały – ocenił.

– Dziękuję i jeszcze raz bardzo pana przepraszam. Wstyd mi, że taka ze mnie fajtłapa – odparła siostra Teresa.

– Nic się nie stało. Ale że siostra wybrała się na rower w taką pogodę…?

– Ech… stara a głupia. Szkoda gadać.

– Jeśli siostra pozwoli…

– Oczywiście, nie zatrzymuję pana. Jest pan młody, ma swoje sprawy. A ja wystarczająco już nabroiłam.

– Proszę na siebie uważać, siostro.

– Pan również. Z Bogiem.

– Z Bogiem.

Siostra Teresa uśmiechnęła się i kurczowo trzymając kierownicę roweru, odprowadziła wzrokiem mężczyznę, który potruchtał w mrok. Postanowiła, że pomodli się dziś przed snem za tego młodego człowieka, aby Bóg mu wynagrodził. Gdy tylko o tym pomyślała, usłyszała coś, co zmroziło ją do szpiku kości.

Świst wirującego wiatru? Zniekształcony dźwięk odległego klaksonu? A może zmęczony umysł zaczynał płatać jej figle?

– Siostro! – usłyszała za plecami.

Odwróciła się. Mężczyzna był już kilkanaście metrów dalej.

– Niech siostra nie błąka się po lasach, bo podobno w okolicy grasują wilki. Z Bogiem.

Nieznajomy uniósł rękę na znak pożegnania i rozpłynął się w mroku. Wtedy siostra Teresa zrozumiała, że to wcale nie był ani świst wiatru, ani klakson. Gdzieś, i to całkiem niedaleko, krążyła sfora. Przeciągły skowyt poniósł się echem, sprawiając, że lodowaty dreszcz spłynął jej po kręgosłupie.

Siostra Teresa wsiadła z powrotem na rower i zaczęła pedałować. Po kilku minutach dotarła do miejsca, z którego na osiedle Słowackiego odbijała wydeptana ścieżka. To właśnie tędy zawsze skracała sobie drogę, która normalnie byłaby dobre dwa kilometry dłuższa. Przez moment zastanawiała się, czy aby na pewno powinna opuścić szlak rowerowy. Chciała jak najszybciej znaleźć się w ciepłym pokoju, a skrót przez zalesiony odcinek nie był dłuższy niż dwieście metrów. Zresztą nawet stąd, pomiędzy drzewami, z łatwością można było dostrzec światła domostw.

Uznała, że tylko traci czas i wyraźnie przesadza. Przecież wilki nie zapuszczają się tak blisko ludzkich osiedli, zwłaszcza w mieście. I nawet jeśli w gazetach pisali, że kilkanaście sztuk dobrało się do zwierzęcego inwentarza w okolicznych wioskach, to człowieka podobno unikają jak ognia.

Siostra Teresa zsiadła z roweru i weszła do lasu. Ogarnął ją jeszcze gęstszy mrok. Wiatr się uspokoił. Płatki śniegu przestały szaleńczo wirować przed oczami, tylko wolno opadały na zmrożone runo i bezlistne gałęzie. Zniknęły odgłosy ulicznego zgiełku. Nastała niemal głucha cisza.

Wtedy przeszła jej przez głowę niechciana myśl. Że ta cisza ma w sobie coś złowieszczego. Jakby właśnie wkroczyła do innego, pełnego cieni świata. Nieprawego i plugawego. Świata, w którym osoby zajmujące się jej profesją nie są mile widziane.

– Głupia jesteś – mruknęła pod nosem. – Stara a głupia – powtórzyła i mocniej chwyciwszy kierownicę, przyspieszyła kroku.

Trzask gałązki sprawił, że gwałtownie się odwróciła. Serce zaczęło bić mocniej, oddech stał się szybki i płytki. Gdy przywódca stada znów zawył gdzieś w oddali, poczuła, że zaczyna ogarniać ją realny strach. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa chwilę później, gdy za plecami usłyszała kolejny odgłos.

Jakby warczenie. Nienaturalnie złe. Prymitywne, wściekłe. Instynktownie wykonała znak krzyża. Kolejny trzask gałązki. Tym razem jeszcze bliżej.

Siostra Teresa wyciągnęła z kieszeni różaniec. Kurczowo trzymając go w dłoni, przeżegnała się raz jeszcze.

– Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

Kolejne pękające gałązki. Szuranie. Dyszenie.

– Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje…

Chmury rozstąpiły się i blade światło księżyca znalazło ujście. Strzelista smuga przebiła się przez konary i rozjaśniła pobliskie krzewy. Po tym, co czaiło się w mroku, pozostał tylko obłok pary. Pokraczny cień błyskawicznie zniknął z pola widzenia. Znów skrył się w mroku.

– Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi…

Kolejny trzask. Tuż za plecami. Ciepły i cuchnący oddech na karku.

– Boże chroń…

Chwilę później siostra Teresa z przerażeniem patrzyła, jak chlusta krew z rozpłatanego gardła.

ROZDZIAŁ 2

Inspektor Romuald Czarnecki wcisnął hamulec i poczuł, jak traci przyczepność z podłożem. Parking przy prosektorium był pokryty cienką warstwą białego puchu, pod którym najwyraźniej kryła się gołoledź, bo nowe opony przez chwilę sunęły po podłożu, jakby w ogóle nie miały bieżnika. Tylko dzięki systemowi ABS samochód zdołał wyhamować tuż przed bramą.

– Co ty robisz, Romek? – skarcił się pod nosem. Chciał dodać coś jeszcze, ale to nie byłoby w jego stylu. Wulgaryzmami gardził i ich nie tolerował. Nawet w samotności.

Przez chwilę czekał, aż brama rozsunie się i będzie mógł wjechać na teren przycmentarnego prosektorium, w którym mieli na niego czekać podinspektor Grzegorz Zimny i patomorfolog Robert Krzywicki. Nie był zadowolony, że tak szybko znów ujrzy ich twarze, ale telefon od tego pierwszego zmienił wszystkie dotychczasowe plany. Urlop musiał poczekać, a żona wybaczyć. Jak przez ostatnie trzydzieści lat.

Brama nie chciała nawet drgnąć, mimo to inspektor cierpliwie czekał. Wycieraczki miarowo ściągały z przedniej szyby pojedyncze płatki śniegu. W radiu właśnie zaczęły się poranne wiadomości. Czarnecki nieco pogłośnił. Był zmęczony i najchętniej położyłby się do łóżka. Cztery godziny w trasie dały mu w kość i marzył o mocnej kawie.

Gdy już miał chwycić za telefon, brama nieznacznie drgnęła. Nadmiar białego puchu zsunął się z wprawionej w ruch stalowej konstrukcji i opadł na podłoże. Dwa siedzące na płocie kruki poderwały się do lotu i zniknęły gdzieś w oddali. Czarnecki powoli puścił sprzęgło i wcisnął gaz. Koła delikatnie zabuksowały w miejscu, ale po chwili złapały przyczepność i samochód powoli ruszył.

Czarnecki przejechał kilkanaście metrów i skręcił w kierunku budynku prosektorium. Ostrożnie zaparkował i wysiadł z pojazdu. W drzwiach czekał na niego jego najbardziej zaufany podwładny.

– Dzień dobry, Grzegorz – przywitał się inspektor.

– Cześć, Romek.

Mężczyźni podali sobie dłonie i weszli do środka.

– Jak droga? – zapytał Zimny, zamykając za sobą drzwi.

– Długa i męcząca. Do tego drogowcy znów dali ciała i od połowy „trójki” jezdnia prawie w ogóle nie była odśnieżana.

– Zima znów ich zaskoczyła…

– Jak zwykle.

Czarnecki znał wnętrze budynku i od razu udał się do miejsca, gdzie mógł spodziewać się gospodarza. Doktor Robert Krzywicki siedział przy biurku z kubkiem parującej kawy w jednej i papierosem w drugiej dłoni. Inspektor z zaskoczeniem stwierdził, że patomorfolog zgolił charakterystyczną długą siwą brodę, która upodabniała go do świętego mikołaja.

– Cześć, Romek. – Doktor przywitał się chłodniej niż zwykle.

– Cześć, Robert – odparł inspektor i wyciągnął dłoń w kierunku doktora. – Na ulicy bym cię chyba nie poznał – dodał bez większych emocji w głosie.

– Sam siebie nie poznaję. Gdy wczoraj rano zaspany spojrzałem w lustro, to prawie wyjebałem się do kabiny prysznicowej.

– Jest aż tak źle?

– Ech… – Krzywicki machnął ręką. – Zaraz sam zobaczysz.

Robert Krzywicki był jego ulubionym patomorfologiem, którego nie zamieniłby na żadnego innego specjalistę na świecie, chociaż ten miał osobliwe i momentami nieprzystające do wykonywanego zawodu poczucie humoru. Kiedy jednak oddawał mu ciało do sekcji, mógł być pewny, że doktor znajdzie przyczynę śmierci albo w ekstremalnie ciężkich przypadkach wskaże tę najbardziej prawdopodobną. Tak jak on miał dobre trzydzieści lat doświadczenia w swoim fachu i niejedno widział. W istocie łatwiej byłoby spytać, czego nie widział, bo jak kiedyś rachował, w czasie kariery przebadał około pięciu tysięcy ciał. Łatwo więc policzyć, że częściej miał kontakt z martwymi niż żywymi, co zresztą regularnie podkreślał.

– A właśnie, Romek… – zagaił w swoim stylu, wskazując na stojący na biurku drugi kubek z kawą. – Gdy myślałem o tobie, to sądziłem, że zobaczę trupa, a widzę, że jesteś w świetnej formie.

– Trupa…? – Czarnecki skrzywił się, jakby zjadł nieświeżego pomidora.

– A po tej całej akcji żona jeszcze cię nie zamordowała?

Tak, to było w stylu doktora. Inspektor tylko westchnął i sięgnął po kubek. W sumie Krzywicki był nawet całkiem bliski prawdy. Znów poczuł ukłucie wyrzutów sumienia. Gdy żegnał się z żoną, ona jak zwykle nic nie dała po sobie poznać. Zrobiła mu kanapki na drogę, dała buziaka i uściskała. Rozejrzał się z niesmakiem po zadymionym pomieszczeniu i upił łyk kawy.

– Pokażcie mi tę rękę – polecił.

Krzywicki zrozumiał, że nie ma sensu dalej dowcipkować. Znał inspektora nie od dziś. Czarnecki nigdy nie był skory do żartów w pracy, ale dziś pod jego spojrzeniem każdy mógłby paść trupem.

Doktor zaprowadził policjantów do prosektorium. Po drodze nie natknęli się na żadnego pracownika i Czarnecki dopiero po chwili zorientował się, że o tej porze, nawet w poniedziałek, budynek jest przecież zwykle zamknięty.

W korytarzu panował odczuwalny chłód, a z ust wydobywały się obłoczki pary.

– W ogóle tu nie ogrzewacie? – zagaił inspektor, racząc się gorącą kawą.

– Wiesz, Romek… Wczoraj nikt nie pracował, a szefostwo oszczędza jak może. Zwłaszcza że truposzkom to nie przeszkadza.

– Ech… Robert…

– Dobra już. Nie patrz tak na mnie. Zmarłym to nie przeszkadza. Nieboszczyki lubią, jak…

– Robert…! – Czarnecki nie chciał wysłuchiwać kolejnych niewybrednych żartów.

– Aleś ty dziś podminowany…

– Robert, proszę cię. Naprawdę nie mam sił na te bzdety.

Krzywicki odpuścił i ostatnie kilkanaście kroków mężczyźni pokonali w milczeniu. Otworzył drzwi do sali sekcyjnej i przepuścił Czarneckiego i Zimnego. W pomieszczeniu było jeszcze chłodniej niż w pozostałej części budynku. Doktor zapalił światło, następnie zbliżył się do stojaka lampy punktowej, która nakierowana była na niewielki przedmiot leżący na samym środku stołu. Obiekt prezentował się raczej skromnie.

– Wyobrażałem to sobie trochę inaczej – rzekł po chwili zastanowienia Czarnecki, spoglądając na Zimnego.

– Początkowo też się tym specjalnie nie przejąłem, ale gdy oficer dyżurny poinformował mnie o tym znalezisku, to postanowiłem przyjrzeć się bliżej. Jego podejrzenia okazały się trafne. Sam widzisz, że nawet zupełny ignorant dostrzegłby te ślady.

Czarnecki nachylił się i obejrzał obiekt. Przy pierwszym kontakcie można by go pomylić z jakąś wysłużoną pomocą dydaktyczną dla studentów medycyny, ale przy bliższych oględzinach wątpliwości znikały. Na stole leżały poharatane kości przedramienia: promieniowa, łokciowa oraz kości śródręcza bez czterech palców. Zachował się jedynie, choć bez ostatniego paliczka, palec wskazujący.

– Znasz już przybliżony czas… – Czarnecki urwał w pół zdania. – Chciałem powiedzieć zgonu ofiary, ale my przecież nawet nie mamy pewności że właściciel tej ręki nie żyje, prawda?

 

– Właścicielka – odparł Krzywicki. – A przynajmniej z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę twierdzić, że kości należą do kobiety.

– Dobrze. Ale wracam do pytania. Czy mamy pewność, że ta osoba nie żyje? – Czarnecki skierował uwagę na podinspektora Zimnego.

– Wiesz, że nie, Romek. I nie patrz tak na mnie. Zadzwoniłem do ciebie, ponieważ uznałem, że chciałbyś o tym wiedzieć. A te kilka dziwnych zgłoszeń…

– Dobra. Konkretnie, panowie. Co tak naprawdę udało się ustalić? Robert?

Krzywicki postawił kubek z kawą na skraju stołu. Wyciągnął papierosa z kieszonki fartucha i zapalił.

– Po pierwszych oględzinach mogę stwierdzić, że kości z dużą dozą pewności należą do kobiety i są stosunkowo świeże. Bez badań laboratoryjnych nie umiem dokładnie określić, ale kolor, gęstość, spoistość czy śladowe pozostałości po innych tkankach sugerują, że mogą mieć maksymalnie kilka dni. Jeśli mówimy o ofierze, to powinniśmy jej szukać w ciągu ostatniego tygodnia.

– Kiedy zaginęła ta zakonnica?

– Trzy dni temu.

– Zatem to możliwe?

– Jak najbardziej.

Czarnecki przez chwilę analizował słowa swoich ludzi. Upił kolejny łyk kawy.

– No dobrze… – Zawahał się przez moment. – A te ślady?

– Sam widzisz, Romek. – Doktor wymownie machnął ręką, w której trzymał tlącego się papierosa. – Są dosłownie wszędzie. Kości są podziurawione jak sito. To wygląda, jakby ten ktoś chciał dobrać się do szpiku.

– I nie masz najmniejszych wątpliwości, że to…

– Zawsze możesz poprosić o opinię stomatologa albo jakiegoś protetyka, ale obaj powiedzą ci to samo. To ludzkie zęby. Spójrz tutaj… – Krzywicki wskazał palcem wyraźnie umiejscowione zagłębienia – …albo tutaj. Albo tutaj. Ludzki zgryz jak w mordę strzelił, choć siła nacisku jak u pitbulla, tak swoją drogą…

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Że ktoś musiał być bardzo zdesperowany i głodny, aby tak potraktować te kilka kostek.

– Pomyślałem o jakimś bezdomnym, ale wobec zniknięcia tej zakonnicy i tych dziwnych zgłoszeń… – Zimny sprawiał wrażenie, jakby się tłumaczył. – Dlatego wolałem zadzwonić do ciebie, Romek. Chyba nikt nie chce mieć w mieście kolejnej psychozy, zwłaszcza przed świętami.

Czarnecki odstawił kubek na szafkę obok i potarł dłońmi zmęczoną twarz. Odetchnął głębiej, wypuszczając z ust obłoczki pary. Spojrzał po twarzach swoich ludzi.

– Chciałbym wierzyć, że to jakaś bzdura, ale… – Inspektor przez moment zastanawiał się co powiedzieć, ale uznał, że ostatnią myśl zachowa dla siebie. – Dobra, panowie. Prześpijcie się. Spotkajmy sie w moim biurze o… – Spojrzał na zegarek, dochodziła szósta. – W południe może być?

Mężczyźni zgodnie pokiwali głowami. Chwilę później wszyscy rozjechali się do swoich domów na zasłużony odpoczynek.

Tymczasem kilkanaście kilometrów dalej, na skraju sosnowego lasu i miejskiego wysypiska, pierwsze promienie słońca przebiły się przez ośnieżone konary i spoczęły na zmrożonych szczątkach siostry Teresy. Ostatnie wilki już się nasyciły i sfora śladami samca alfa ruszyła w kierunku legowiska.