Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pakiet: Piętno\/Sfora\/Cherub
Pakiet: Piętno\/Sfora\/Cherub
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 154,98  123,98 
Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub
Audio
Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub
Audiobook
79,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 5

Na dwo­rze padał deszcz, a w salo­nie jed­nej z willi w podzie­lo­no­gór­skim Jędrzy­cho­wie sie­działa kobieta o dłu­gich blond wło­sach i tępo gapiła się przed sie­bie. Czuła się, jakby orbi­to­wała na skraju czar­nej dziury, a wszystko, co znała i kochała, było bez­pow­rot­nie zasy­sane do jej mrocz­nego wnę­trza.

Anna Tro­chan nale­żała do kobiet dum­nych i twardo stą­pa­ją­cych po ziemi. Po stu­diach we Wro­cła­wiu, na któ­rych poznała Filipa, oboje wró­cili w rodzinne strony. To była ich wspólna decy­zja, bo od zawsze wszyst­kie decy­zje podej­mo­wali razem. Ceniła to w narze­czo­nym, z któ­rym rok póź­niej zło­żyli sobie śluby miło­ści i wier­no­ści. Kochali się na zabój, ale przez następne trzy lata odwle­kali decy­zję o poczę­ciu potomka. Uzgod­nili, że naj­pierw muszą sku­pić się na karie­rze, a gdy już osią­gną pułap pozwa­la­jący im na spo­kojne i dostat­nie życie, pomy­ślą o spło­dze­niu dziecka.

W wieku trzy­dzie­stu lat Anna zaszła jed­nak przy­pad­kiem w ciążę. Z początku miała mie­szane uczu­cia, prze­cież dopiero co wystar­to­wała z pry­watną prak­tyką. Nie prze­stała jed­nak pra­co­wać i pra­wie do dzie­wią­tego mie­siąca przyj­mo­wała pacjen­tów, a po uro­dze­niu Lenki szybko odsta­wiła ją od piersi i wró­ciła do gabi­netu. Z przy­jem­no­ścią i nutką zazdro­ści przy­glą­dała się w tym cza­sie, jak jej mąż buduje i roz­wija swoją kli­nikę, która po dzie­wię­ciu latach dzia­łal­no­ści stała się jedną z wizy­tó­wek mia­sta, a z sze­roko poję­tymi pro­ble­mami stopy zwra­cali się do dok­tora Tro­chana znani i lubiani w Pol­sce i za gra­nicą. Choć Anna była bar­dzo ambitna, w pew­nym momen­cie pojęła, że ten mikro­wy­ścig szczu­rów nic dobrego nie przy­nie­sie, zwłasz­cza że oboje wyraź­nie zanie­dbali czas, który powinni poświę­cić córeczce. Odpu­ściła więc i choć wciąż z powo­dze­niem pro­wa­dziła swoją prak­tykę, sku­piła się na urzą­dze­niu i pie­lę­gno­wa­niu rodzin­nego gniazda. I na sobie.

Do tej pory szło jej cał­kiem dobrze. Nauczyła się świet­nie gospo­da­ro­wać cza­sem, w związku z czym nawet w mocno napię­tym gra­fiku mogła zna­leźć chwilę na kawę z kole­żanką, pój­ście do fry­zjera i na mani­kiur. Choć zawsze uwa­żała się za uro­dziwą i wycho­dziła z zało­że­nia, że niczego jej nie bra­kuje, rozu­miała, że w życiu każ­dej kobiety nad­cho­dzi czas, w któ­rym musi bar­dziej o sie­bie zadbać. Filip rze­czy­wi­ście ostat­nio rza­dziej zwra­cał na nią uwagę, póź­niej wra­cał do domu i coraz czę­ściej wyjeż­dżał na zagra­niczne sym­po­zja. Wąt­piła, aby miał kochankę, nie odwa­ży­łaby się też prze­glą­dać jego tele­fonu bądź skrzynki pocz­to­wej. Posta­wiła więc sobie za punkt honoru, że znów roz­bu­dzi w nim pożą­da­nie, a gdy spę­dzą upojną noc, poroz­ma­wia z nim szcze­rze o tym, aby tro­chę odpu­ścił i wię­cej czasu poświę­cił rodzi­nie.

Miała plan, który chciała zre­ali­zo­wać w śro­dowy wie­czór. Wcze­śniej niż zwy­kle uło­żyła do snu Lenkę, następ­nie przy­go­to­wała kola­cję z owo­ców morza i otwo­rzyła dro­gie wino. Wło­żyła sek­sowną i – w jej prze­świad­cze­niu – mocno per­wer­syjną bie­li­znę i cze­kała na niego w peł­nej goto­wo­ści. Chciała go zasko­czyć już w progu, spra­wić, aby jego libido eks­plo­do­wało, a potem żeby dziko i namięt­nie kochali się całą noc. Nie miała poję­cia, że Filip też miał taki plan…

Cze­kała do dzie­sią­tej. Do tej pory zdą­żyła wypić pół butelki. W końcu zadzwo­niła, ale tele­fon Filipa był poza zasię­giem. Pół godziny póź­niej spró­bo­wała raz jesz­cze, potem za kolej­nych pięt­na­ście minut, dzie­sięć, pięć. Wście­kła się, bo pomy­ślała, że robi z sie­bie wariatkę, a on pew­nie pie­przy wła­śnie jakąś tanią ździrę. Uspo­ko­iła się dopiero o pół­nocy, ale obawy o zdradę zmie­niły się w lęk przed czymś jesz­cze gor­szym. Bo choć Filip potra­fił się spóź­nić, to zawsze wra­cał do domu przed dwu­na­stą, chyba że wcze­śniej Annę uprze­dził, że będzie ina­czej.

Nie spała całą noc, a nad ranem, gdy Filip wciąż nie odbie­rał, zgło­siła sprawę na poli­cję. Przez trzy dni drżała o jego życie i zdro­wie, miała do sie­bie pre­ten­sję, że w irra­cjo­nal­nym gnie­wie coś sobie uro­iła, przy­wo­ły­wała nawet Boga. Pró­bo­wała nawią­zać kon­takt z mężem, wyko­nała kil­ka­set tele­fo­nów, zosta­wiła dru­gie tyle wia­do­mo­ści. Filip zapadł się jed­nak pod zie­mię, a mun­du­rowi byli bez­radni.

Minęły kolejne trzy dni, a ona sie­działa w pół­mroku, bez­sil­nie obser­wu­jąc, jak dzien­ni­kar­skie hieny roz­ry­wają jej męża, rodzinę i życie. Jej piękne, uło­żone i sta­bilne życie, które legło w gru­zach, a ona, cho­lerna dok­tor psy­cho­lo­gii, nie miała poję­cia, jak sobie z tym pora­dzić.

Gdy się­gnęła po następ­nego papie­rosa, po raz kolejny zadzwo­nił tele­fon. Zablo­ko­wała już ze dwa­dzie­ścia nume­rów, głów­nie natręt­nych dzien­ni­ka­rzy, ale nie wyłą­czyła apa­ratu. Chciała być w sta­łym kon­tak­cie ze świa­tem, prze­cież w każ­dej chwili mogły poja­wić się jakieś nowe infor­ma­cje na temat jej męża. Przy­pa­liła papie­rosa, nie odry­wa­jąc wzroku od wyświe­tla­cza smart­fona. Ten zamilkł, ale za chwilę znów zadrżał. Ten sam numer. Ode­brała.

– Słu­cham?

– Pani Tro­chan?

– Jeśli jesteś dzien­ni­ka­rzem albo inną hieną, to suge­ruję, żebyś wypierd…

– Komi­sarz Igor Brudny ze sto­łecz­nej poli­cji.

– Tym bar­dziej!

Roz­łą­czyła się, ale zanim zdą­żyła odło­żyć smart­fon, ten zabrzę­czał jej w dłoni.

– Nie dzwo­nię ofi­cjal­nie. Mam dla pani ważną infor­ma­cję – oznaj­mił głos po dru­giej stro­nie. Tym razem Tro­chan nie odwa­żyła się prze­rwać połą­cze­nia.

– Czy coś wia­domo? Czy mój mąż…? – spy­tała nie­pew­nie, ale urwała w poło­wie, Brudny usły­szał jej przy­spie­szony oddech. – Pan ze sto­łecz­nej poli­cji?

– Chciał­bym się z panią spo­tkać. To bar­dzo ważne.

– Ma pan jakieś nowe infor­ma­cje? Co z moim mężem? – Komi­sarz wyczuł, że roz­mów­czyni jest roz­trzę­siona.

– Mogę być u pani za pięć minut. Jest pani w domu?

– Tak.

– W takim razie do zoba­cze­nia za chwilę.

Brudny roz­łą­czył się i pstryk­nął nie­do­pał­kiem w kałużę. Wsiadł za kie­row­nicę, włą­czył sil­nik i ska­so­wał nawi­ga­cję. Nie była mu już potrzebna, bo zdą­żył spraw­dzić adres, ale zawró­cił z pro­stej przy­czyny – zabra­kło mu papie­ro­sów. A gdy już wszedł do osie­dlo­wego skle­piku, pomy­ślał, że kupi też jakąś cze­ko­ladę dla małej. Bądź co bądź był jej wuj­kiem. I chyba już nie mógł nic z tym zro­bić.

W tym samym cza­sie dok­tor psy­cho­lo­gii zasta­na­wiała się, czy aby na pewno dobrze zro­biła. Zorien­to­wała się, że nie był to zwy­kły tele­fon z poli­cji, dopiero gdy odło­żyła komórkę na stół. Pode­szła do okna i deli­kat­nie uchy­liła zasłonę. Zmru­żyła oczy, bo przez ostat­nie dni pra­wie w ogóle nie wyglą­dała na dwór. Żyła w pół­mroku jak wam­pi­rzyca, którą chciały z niej zro­bić dzien­ni­kar­skie sępy. Obser­wo­wała przez moment drogę dojaz­dową, która pro­wa­dziła do jej rezy­den­cji na skraju lasu. Stała tak w zawie­sze­niu przez dłuż­szy moment, cof­nęła się dopiero wtedy, gdy popiół z papie­rosa spadł jej na przed­ra­mię. Strzą­snęła resztki ze swe­tra i poszła do łazienki. Spoj­rzała w lustro.

Anna Tro­chan z przy­kro­ścią odno­to­wała, że naprawdę wygląda jak wam­pi­rzyca. Prze­tarła dłońmi dolne powieki i się­gnęła do kosme­tyczki. Kil­koma wpraw­nymi ruchami popra­wiła zanie­dbany maki­jaż, następ­nie spięła w kitkę zmierz­wione włosy. Gdy koń­czyła, usły­szała zbli­ża­jący się samo­chód. Sil­nik cho­dził na niskich obro­tach i brzmiał jak pod­ra­so­wany trak­tor. Pode­szła do drzwi i spoj­rzała przez wizjer.

Męż­czy­zna nosił czapkę i duże ciemne oku­lary. Miał zdrowy, kil­ku­dniowy zarost i koł­nierz płasz­cza posta­wiony na sztorc.

Wtedy coś ją tknęło. To było tak gwał­towne, że aż odsko­czyła od drzwi i potrą­ciła nogą opartą o ścianę para­solkę, która upa­da­jąc, wydała głu­chy odgłos. Chwilę póź­niej roz­le­gło się puka­nie.

Tro­chan oddy­chała szybko i płytko. Zwy­kle była w sta­nie się opa­no­wać, jako że ludz­kie emo­cje były obiek­tem jej codzien­nych badań. Tym razem kom­plet­nie zgłu­piała.

– Pani Tro­chan?

Anna raz jesz­cze spoj­rzała przez wizjer, który nie­mal w cało­ści przy­sło­niła poli­cyjna odznaka.

– Pani Tro­chan, czy wszystko w porządku?

– Tak, już otwie­ram – odparła, po czym prze­krę­ciła zamek.

Brudny wszedł do środka. W przed­po­koju pano­wał pół­mrok, a w powie­trzu uno­sił się zna­jomy zapach dymu papie­ro­so­wego i wczo­raj­szej pizzy. Tro­chan gestem zapro­siła go do salonu, ale wciąż trzy­mała się za jego ple­cami.

– Mam nadzieję, że ma pan dobre wie­ści, panie komi­sa­rzu…

– Brudny, komi­sarz Igor Brudny.

Brudny odwró­cił się i ścią­gnął oku­lary, a potem czapkę. Tro­chan pod­nio­sła wzrok i w jed­nej chwili jej oczy zro­biły się wiel­kie jak piłeczki ping­pon­gowe.

– Chry­ste Panie… – wymam­ro­tała i pobla­dła, jakby cała krew odpły­nęła jej z twa­rzy. – Filip…?

– Nie, nie. Nie jestem Fili­pem. Wyglą­dam jak on, ale…

Nie zdą­żył dokoń­czyć, gdy dok­tor Tro­chan rzu­ciła mu się na szyję i zaczęła cało­wać jak długo nie­wi­dzia­nego kochanka. Wtedy chwy­cił ją za ramiona i ode­pchnął. Nie tak to sobie zapla­no­wał, ale liczył się z tym, że będzie musiał impro­wi­zo­wać.

– Filip, no coś ty?

– Nie jestem pani mężem, pani Tro­chan! – Potrzą­snął nią lekko acz zde­cy­do­wa­nie.

– Filip, co oni ci zro­bili? – Kobieta znów pró­bo­wała zbli­żyć się do Brud­nego, ale jej na to nie pozwo­lił.

– Jesz­cze raz powta­rzam, pani Tro­chan. Nie jestem pani mężem. Nazy­wam się Igor Brudny i jestem komi­sa­rzem sto­łecz­nej poli­cji.

 

Tro­chan spoj­rzała na niego przy­tom­niej. Omio­tła go wzro­kiem, chwilę dłu­żej zatrzy­mała się na bliź­nie, która prze­ci­nała w poło­wie jego lewą brew. Uspo­ko­iła się nieco, choć jej źre­nice wciąż sza­lały. W pew­nym momen­cie oczy zaszły jej łzami.

– O co tu cho­dzi? Kim pan jest, do jasnej cho­lery?

– Powtó­rzę raz jesz­cze. Nazy­wam się Igor Brudny i pra­cuję w poli­cji. Praw­do­po­dob­nie jestem też dotąd nie­zna­nym bra­tem bliź­nia­kiem pani męża.

– Czy to jest, kurwa, jakiś kiep­ski żart? Czy ja jestem, kurwa, w jakiejś zasra­nej ukry­tej kame­rze? – Tro­chan zupeł­nie się roz­kle­iła.

– Pani Tro­chan, pro­szę się uspo­koić. Jestem tu po…

Brudny nie zdą­żył dokoń­czyć, gdy na jego głowę spadł grad cio­sów. Kobieta biła na oślep i łajała przez łzy, była roz­ju­szona i kom­plet­nie roz­bita emo­cjo­nal­nie. Komi­sarz w końcu chwy­cił ją za przed­ra­miona i przy­ci­snął do sie­bie. Pomy­ślał, że córka nie może zoba­czyć matki w takim sta­nie.

– Co to ma być, do jasnej cho­lery?

– Pomogę pani.

– To jest jakiś hor­ror, to…

– Pro­szę usiąść, naleję pani wody.

Brudny usa­do­wił gospo­dy­nię na kana­pie i rozej­rzał się po kuchni, która szczę­śli­wie była połą­czona z salo­nem. Instynk­tow­nie otwo­rzył pierw­szą z gór­nych sza­fek i chwy­cił kubek, który napeł­nił wodą z kranu. Podał go roz­trzę­sio­nej kobie­cie.

– Gdzie pani córka?

– U matki. – Tro­chan mach­nęła dło­nią. – Nie chcia­łam, aby oglą­dała mnie w takim sta­nie. Podobno dzieci wyczu­wają emo­cje doro­słych…

– Nie mam dzieci, ale przy­nio­słem tę cze­ko­ladę. Dla córki.

Brudny wycią­gnął zza pazu­chy tabliczkę mlecz­nej z orze­chami i wrę­czył ją wycie­ra­ją­cej oczy Tro­chan.

– Dzię­kuję, ale i tak nie mogłaby zjeść. Jest uczu­lona na orze­chy. – Tro­chan przy­jęła upo­mi­nek, a Brudny poczuł się jak głu­pek. Uwa­żał się za zim­nego sukin­syna, ale ta sytu­acja prze­ro­sła nawet jego.

– Pan naprawdę jest bra­tem Filipa? – spy­tała i zmę­czo­nymi oczami powio­dła po twa­rzy komi­sa­rza.

– Jesz­cze tego nie wiem na pewno, ale chyba tak. Sama pani widzi. Wyglą­damy iden­tycz­nie, a takie podo­bień­stwa w przy­ro­dzie raczej się nie zda­rzają.

– Mój Boże… Filip ni­gdy nie mówił, że ma brata bliź­niaka.

– Wąt­pię, żeby o mnie wie­dział.

– Jak to?

– Ja dowie­dzia­łem się o nim z kamer miej­skiego moni­to­ringu.

Tro­chan się­gnęła po papie­rosa, a Brudny go jej przy­pa­lił. Zacią­gnęła się i wypu­ściła dym.

– Znów zaczę­łam – bąk­nęła pod nosem. – Ale ta sytu­acja mnie dobija. A teraz jesz­cze to. To zna­czy pan.

– Ta sytu­acja mnie też skom­pli­ko­wała życie.

– Skom­pli­ko­wała… – żach­nęła się Tro­chan.

– Prze­pra­szam, nie to mia­łem na myśli.

– Pro­szę nie prze­pra­szać. Nie po to pan tu przy­szedł. Czego pan chce?

– Infor­ma­cji.

– Przez te lata chyba sporo się nazbie­rało. – Tro­chan wstała i lekko chwiej­nym kro­kiem skie­ro­wała się do kuchni. – Zapa­rzę kawę. Może być z eks­presu?

Brudny przy­tak­nął, przy­naj­mniej od godziny cho­dziło za nim podwójne espresso. Lubił i pił dużo kawy, od kiedy pamięta. Zawsze czarna, mocna, bez grama cukru.

– Pro­szę mi wyba­czyć moje zacho­wa­nie – rze­kła Tro­chan, cze­ka­jąc, aż kawa zacznie się nale­wać. – Pew­nie pan wie, że jestem psy­cho­lo­giem, ale chyba kiep­skim, skoro nie potra­fię zapa­no­wać nad samą sobą.

– To nor­malne, pani Tro­chan. Nie ma powodu czy­nić sobie wyrzu­tów.

– Czło­wiek żyje, pla­nuje, stara się dbać o dom, rodzinę, pracę, a tu nagle „bam” i wszystko szlag tra­fia. A na koniec ze wszyst­kim zostaje sam.

To nie była pierw­sza roz­mowa tego typu, jaką Brudny prze­pro­wa­dził pod­czas swo­jej kariery. Tak naprawdę dobry glina musiał być też dobrym psy­cho­lo­giem, bo świad­ko­wie zbrodni rzadko kiedy byli przy­pad­ko­wymi ludźmi z ulicy. Zwy­kle nale­żeli do rodziny bądź przy­ja­ciół zabójcy lub ofiary, naj­czę­ściej ich obojga. Ni­gdy jed­nak nie prze­słu­chi­wał jesz­cze dok­tor psy­cho­lo­gii, w dodatku swo­jej bra­to­wej.

Brudny pozwo­lił wyga­dać się Tro­chan, pocze­kał też, aż wrę­czy mu kawę i wygod­nie usią­dzie w fotelu. Gdy uznał, że nad­szedł dobry moment, wycią­gnął notat­nik i prze­szedł do ofen­sywy.

– Mówiła pani, że dok­tor Tro­chan ni­gdy nie wspo­mi­nał o bra­cie bliź­niaku. Czy w ogóle opo­wia­dał o prze­szło­ści?

– Raczej rzadko. Nie lubił o tym roz­ma­wiać, bo Filip jest dość zamknięty w sobie. Uwa­żam, że to z powodu domu, w jakim się wycho­wał. Jego ojciec Olgierd był takim surowo cio­sa­nym typem, rozu­mie pan… Od kiedy pamię­tam, Filip sta­rał się mu zaim­po­no­wać i zdo­być jego sza­cu­nek, ale ni­gdy się nie docze­kał. Ojciec zmarł na zawał jesz­cze przed naszym ślu­bem, tuż po tym, jak mąż zain­we­sto­wał w kli­nikę. Myślę, że Olgierd ni­gdy nie obda­rzył go praw­dziwą miło­ścią, a przy­naj­mniej nie potra­fił jej oka­zać, przez co Filip też ma z tym pro­blem.

– Ufa­li­ście sobie?

– Tak, bez­gra­nicz­nie.

– Wątpi więc pani, aby mógł ukry­wać przed panią taką infor­ma­cję?

– O bra­cie bliź­niaku? W życiu. Filip był intro­wer­ty­kiem, ale nie kłamcą.

– A jego rodzice? Dobrze ich pani znała?

– Ojca słabo, tak jak mówi­łam, był raczej nie­przy­jem­nym czło­wie­kiem. Do tego nie lubił mnie i chyba ni­gdy nie zaak­cep­to­wał. Z matką zła­pa­łam jakiś kon­takt, choć nie nale­żymy do psiap­sió­łek, rozu­mie pan…

– Ale cza­sem się spo­ty­ka­cie…

– Same ni­gdy. Kie­dyś mi powie­działa, że trudno by jej było natu­ral­nie roz­ma­wiać z synową, która każde jej zda­nie roz­kła­da­łaby póź­niej na czę­ści pierw­sze i ana­li­zo­wała w zaci­szu swo­jego gabi­netu. Odczy­ta­łam to jako sygnał, że nie chce utrzy­my­wać bliż­szych sto­sun­ków, i chyba się nie pomy­li­łam. Powiedzmy, że nasze rela­cje są neu­tralne, a spo­ty­kamy się zwy­kle w rodzin­nym gro­nie pod­czas świąt czy z innych oka­zji.

– Ma pani jakieś albumy ze zdję­ciami z dzie­ciń­stwa męża?

– Tak, mogę je panu poka­zać. Był naprawdę słod­kim szkra­bem.

– Nie chciał­bym zabie­rać pani zbyt wiele czasu i był­bym wdzięczny, gdyby mi je pani poży­czyła na dzień lub dwa.

– Dobrze. I tak tylko się tu kurzą. Zresztą chyba ma pan do tego prawo…

Brudny usły­szał to dziś już po raz drugi. I sam nie był pewny, co o tym myśleć.

– Pani mąż uro­dził się w Zie­lo­nej Górze? – zapy­tał, choć kiep­sko czuł się, pogry­wa­jąc z kimś, kto teo­re­tycz­nie mógł nale­żeć do rodziny, któ­rej ni­gdy nie miał.

– Skoro jeste­ście bliź­nia­kami, to chyba powi­nien pan wie­dzieć, czyż nie? – Tro­chan nie dała się podejść.

– No wła­śnie to wszystko nie jest teraz takie oczy­wi­ste. Może pani odpo­wie­dzieć?

– Mogę. To żadna tajem­nica. – Wymow­nie mach­nęła ręką. – Filip przy­szedł na świat w Moskwie. Mówi­łam panu, że jego ojciec był nie­przy­jem­nym typem, ale nie wiem, czy wspo­mi­na­łam, że nale­żał do par­tii. Nie wni­ka­łam w szcze­góły, bo na tym polu w ogóle się nie doga­dy­wa­li­śmy. Zawsze mia­łam i mam do dziś kom­plet­nie odmienne poglądy na te sprawy. – Tro­chan zga­siła papie­rosa i na moment zawie­siła się, jakby szu­kała cze­goś głę­boko w pamięci. – Wie pan… Temat uro­dzin i moskiew­skiego życia tak naprawdę ni­gdy nie poja­wiał się we wspo­min­kach rodzin­nych. W albu­mach Filipa nie ma też żad­nego zdję­cia z Rosji. Tro­chę to chyba dziwne, prawda?

– Nie­ko­niecz­nie, prze­cież…

– A pan ma jakieś zdję­cia z tam­tych cza­sów?

– Chyba panią roz­cza­ruję. Wycho­wa­łem się w sie­ro­cińcu.

– Oj, prze­pra­szam. Nie chcia­łam…

– Pro­szę nie żar­to­wać. Jeste­śmy doro­śli. Podobno moja matka nie była gotowa mnie wycho­wać, cokol­wiek by to miało zna­czyć…

– To naprawdę przy­kre i… bar­dzo dziwne. Aku­rat matce Filipa niczego w życiu nie bra­ko­wało. Cho­ciaż po tym wszyst­kim, co pan opo­wiada, po tym, co się teraz dzieje, już nie jestem pewna cze­go­kol­wiek tyczą­cego się mojego męża, a zwłasz­cza jego rodziny.

– Myśli pani, że mógłby zro­bić coś złego innemu czło­wie­kowi?

– Ma pan na myśli „zabić”? – Anna unio­sła wzrok i spoj­rzała Brud­nemu głę­boko w oczy. – Nie, Filip nie byłby w sta­nie nikogo zamor­do­wać. A już na pewno nie wypa­tro­szyć i poroz­rzu­cać jego flaki po cen­trum mia­sta. Dla mnie to w ogóle jakiś absurd. – Tro­chan upiła kolejny łyk kawy. – A pan, panie komi­sa­rzu? Co pan o tym myśli?

– Też nie wie­rzę w jego winę, jeśli o to pani pyta.

– Dobrze mieć kogoś po swo­jej stro­nie.

Roz­mowa zaczęła zmie­rzać w kie­runku, który Brud­nemu prze­stał się podo­bać. Wąt­pił, aby roz­mów­czyni robiła to spe­cjal­nie i korzy­stała z wyuczo­nych umie­jęt­no­ści, w każ­dym razie nie sko­men­to­wał jej ostat­niej wypo­wie­dzi, zamiast tego upił łyk kawy i wró­cił do zada­wa­nia pytań.

– Czy pani mąż mógł mieć jakichś wro­gów?

– Nie przy­po­mi­nam sobie. Ni­gdy nie wcho­dził innym w drogę, zwy­kle uni­kał jakich­kol­wiek starć.

– A może jakieś długi? Nie­spła­cone kre­dyty?

– Nic mi o tym nie wia­domo. Filip trzy­mał rękę na domo­wym budże­cie, ale nie zauwa­ży­łam jakichś dra­stycz­nych ruchów finan­so­wych na naszym kon­cie. W ostat­nim cza­sie naprawdę niczego nam nie bra­ko­wało. Przy­naj­mniej pod wzglę­dem finan­so­wym.

– A konta fir­mowe?

– Do nich dostępu nie mia­łam. Ale naprawdę wąt­pię. Filip nie nale­żał do ryzy­kan­tów czy jakichś spe­ku­lan­tów. Każdą zło­tówkę oglą­dał dwa razy, zanim ją wydał, a na suk­ces pra­co­wał naprawdę ciężko.

Brudny dopił kawę i zama­szy­stym ruchem pod­kre­ślił coś w swoim notat­niku. Następ­nie zamknął go i scho­wał do wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza.

– Bar­dzo pani dzię­kuję, pani Tro­chan.

– Nie ma za co. W sumie miło było poznać szwa­gra…

– Czy mógł­bym dostać te albumy? – Brudny wró­cił do bar­dziej sta­now­czego tonu.

– Oczy­wi­ście… panie komi­sa­rzu.

Po jakiejś minu­cie Tro­chan wró­ciła do salonu z trzema pokaź­nych roz­mia­rów albu­mami. Brudny stał już w przed­po­koju. Wrę­czyła mu je i uśmiech­nęła się.

– Zwrócę je naj­póź­niej poju­trze, jeśli to nie pro­blem – rzekł, rów­nież siląc się na uśmiech, choć zwy­kle wycho­dziło mu to mało natu­ral­nie.

– Może je pan zatrzy­mać tak długo, jak pan chce. Wie­rzę, że są w dobrych rękach.

– Dzię­kuję i do zoba­cze­nia, pani Tro­chan.

– Do widze­nia, komi­sa­rzu.

Tro­chan wycią­gnęła smu­kłą dłoń. Brudny uści­snął ją deli­kat­nie, po czym zało­żył ciemne oku­lary i odwró­cił się w kie­runku samo­chodu. Zro­bił kilka kro­ków, ale nie usły­szał, żeby drzwi się za nim zamknęły. Tro­chan stała i obser­wo­wała go.

– Komi­sa­rzu Brudny! – zawo­łała, gdy był w poło­wie drogi do swo­jego patrola. Brudny się odwró­cił. – Dzię­kuję. Pana wizyta dała mi nadzieję…

Komi­sarz przy­tak­nął, ale nic nie odpo­wie­dział. Posta­wił koł­nierz płasz­cza i ruszył w kie­runku pojazdu. Myślami był już zupeł­nie gdzie indziej.