Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pakiet: Piętno\/Sfora\/Cherub
Pakiet: Piętno\/Sfora\/Cherub
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 154,98  123,98 
Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub
Audio
Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub
Audiobook
79,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 4

To była typowa psia pogoda. Tem­pe­ra­tura oscy­lo­wała w gra­ni­cach sze­ściu, sied­miu stopni, a niebo pokryła gruba war­stwa sta­lo­wych chmur, które raz za razem otwie­rały swoje trze­wia i spusz­czały miliony zale­ga­ją­cych litrów wody wprost na głowy prze­kli­na­ją­cych prze­chod­niów.

Brudny stał w korku. Sznur samo­cho­dów cią­gnął się od ulicy Wro­cław­skiej przy Gale­rii Focus Mall w kie­runku skrzy­żo­wa­nia ze Strze­lecką. W lokal­nym radiu nie­jaki Jacek Biały zachę­cał do wybra­nia się na mecz koszy­kówki, a wycie­raczki wście­kle zbie­rały wodę z przed­niej szyby, choć nie miały naj­mniej­szych szans w star­ciu z sza­le­ją­cym żywio­łem. Minęło jesz­cze dobrych kil­ka­na­ście minut, zanim nis­san patrol skrę­cił na par­king sta­rego hotelu Pod Dębem miesz­czą­cego się na połu­dnio­wym krańcu Zie­lo­nej Góry. Komi­sarz pamię­tał go jesz­cze z życia numer jeden, gdy zamiesz­kał w nim po opusz­cze­niu pew­nej pla­cówki opie­kuń­czo-wycho­waw­czej, o któ­rej zawsze chciał zapo­mnieć, ale ni­gdy nie potra­fił. Ku jego zdzi­wie­niu hotel wciąż ist­niał i miał się cał­kiem dobrze, dzia­łała też znaj­du­jąca się tuż obok strzel­nica nale­żąca do Gwar­dii, klubu spor­to­wego o wiel­kich tra­dy­cjach. Brudny nie był sen­ty­men­tal­nym typem, ale poczuł lekki dreszcz, gdy wysiadł z samo­chodu i sta­nął obok sta­rego budynku, w któ­rym pod­jął decy­zję o roz­po­czę­ciu życia numer dwa. Od tam­tego czasu, roku mile­nij­nego, w któ­rym więk­szość ludzi pla­no­wała wiel­kie zmiany i rzadko kiedy dotrzy­my­wała danych sobie obiet­nic, on posta­no­wił opu­ścić to mia­sto i ni­gdy do niego nie wra­cać. Prych­nął na myśl, że znów stoi w tym samym miej­scu co przed laty. Czło­wiek mógł sobie obie­cy­wać, ale życie i tak zawsze pisało dla niego wła­sne sce­na­riu­sze.

W wej­ściu minął parę Niem­ców w pode­szłym wieku, ale zigno­ro­wał ich. Ni­gdy nie uda­wał. Gar­dził nie­szcze­rymi powi­ta­niami, pozo­ro­wa­nymi dys­ku­sjami i nie miał zamiaru tego zmie­niać nawet w sto­sunku do cudzo­ziem­ców, któ­rzy po powro­cie do swo­jego kraju mogliby sko­men­to­wać pol­ską gościn­ność w nie­wy­bred­nym stylu.

Popro­sił o tani pokój z wido­kiem na par­king. Miał na gło­wie czapkę i duże ciemne oku­lary, mimo to obser­wo­wał recep­cjo­nistkę z uwagą. Na tabliczce przy buj­nej piersi wid­niało imię Andże­lika i jego zda­niem ide­al­nie paso­wało do tej mło­dej kobiety ze sztucz­nymi rzę­sami i prze­dłu­ża­nymi wło­sami. Spra­wiała wra­że­nie wyjąt­kowo zbla­zo­wa­nej, wąt­pił też, aby pro­gramy infor­ma­cyjne nale­żały do kanonu jej ulu­bio­nych. Andże­lika rze­czy­wi­ście nie była nim spe­cjal­nie zain­te­re­so­wana, zer­k­nęła tylko na dowód oso­bi­sty i po przy­ję­ciu opłaty za pierw­sze trzy dni pobytu pod­su­nęła blan­kiet reje­stra­cyjny. Brudny wypeł­nił go i ruszył do pokoju dwie­ście sie­dem­na­ście.

Nie spo­dzie­wał się luk­su­sów i tako­wych nie zastał, ale wła­śnie dla­tego pła­cił za noc nie­całą stówę z podat­kiem. Pokój był mały, ale czy­sty. Podwójne łóżko (kla­sycz­nych jedy­nek nie mieli), szafa na ubra­nia, szafka z pła­skim tele­wi­zo­rem, a na noc­nej kwia­tek i butelka z wodą. Brudny posta­wił walizkę przy ścia­nie, roze­brał się i wziął gorącą kąpiel. Następ­nie zamó­wił mocną kawę i prze­tra­wił w umy­śle ostat­nie godziny swo­jego życia. Zdał sobie sprawę, że nie był przy­go­to­wany na taki roz­wój sytu­acji. Cóż za iro­nia losu, że jako dziecko zawsze marzył o tym, aby mieć rodzinę, a dziś drżał na samą myśl o tym, że będzie musiał sta­nąć twa­rzą w twarz ze szwa­gierką i bra­ta­nicą. O samym bra­cie nie wspo­mi­na­jąc, bo choć prze­ro­bił już kil­ka­dzie­siąt hipo­te­tycz­nych sce­na­riu­szy takiego spo­tka­nia, to wciąż nie wie­dział, czy powi­nien go uści­skać, czy dać mu w mordę.

Z zamy­śle­nia wybił go dźwięk dzwo­nią­cego tele­fonu.

– Cześć, Oka – przy­wi­tał się.

– Cześć, jak leci, skar­bie?

– W porządku.

– Nie zamknęli cię? – Kobieta po dru­giej stro­nie zachi­cho­tała.

– Jesz­cze nie, ale mało bra­ko­wało.

– O Chry­ste Panie, poważ­nie?

– Daj spo­kój, mała. Żar­tuję.

– Głupi jesteś.

– To ty zaczę­łaś…

– Skar­bie, ni­gdy bym nie chciała, abyś tra­fił za kratki. Wiesz prze­cież…

– Wiem, Oka. Pocze­kaj chwilę.

Brudny odchy­lił firankę. Tak jak podej­rze­wał, srebrna astra z dwoma taj­nia­kami wciąż stała pod dębami na miej­scu par­kin­go­wym usy­tu­owa­nym przy wjeź­dzie na teren hotelu. Czar­necki docze­pił mu ogon, ale w jego sytu­acji on zro­biłby to samo, dla­tego nie miał do inspek­tora pre­ten­sji.

– Co się dzieje? – spy­tała Szczy­penko nieco zlęk­nio­nym tonem.

– Nic, mała. Wszystko okej.

– Oglą­da­łam wia­do­mo­ści w głów­nych kana­łach. Wszę­dzie poka­zują twarz tego faceta i mówią, że może być bar­dzo nie­bez­pieczny. Boję się, że…

– Oka, daj spo­kój. Jestem doro­sły. Na razie wszystko wygląda nie­źle, w dodatku chyba tra­fi­łem na roz­sąd­nego pro­wa­dzą­cego. Facet ma łeb na karku i myślę, że się z nim doga­dam.

– To chyba dobrze.

– Tak, to dobrze. Oka, muszę koń­czyć.

– Rozu­miem. Uwa­żaj na sie­bie, Igor.

– Ty też, Oka. Pa.

– Braku…

Szczy­penko nie zdą­żyła dokoń­czyć, bo Brudny się roz­łą­czył. Gdy jesz­cze przez następ­nych kil­ka­na­ście sekund tępo gapiła się w ekran smart­fona, on już spraw­dzał broń i roz­my­ślał nad tym, czy od razu zgu­bić śle­dzą­cych go poli­cjan­tów, czy tro­chę pouda­wać i pozwo­lić się odro­binę poga­niać. Wybrał to dru­gie. Nie było sensu wku­rzać Czar­nec­kiego już na star­cie, zresztą na razie nie miał zamiaru robić rze­czy, które chciałby ukryć przed wścib­skim okiem inspek­tora i jego ludzi.

Brudny ubrał się i dopił kawę. Zer­k­nął na par­king. Srebrna astra wciąż stała na poste­runku. Wycią­gnął tele­fon i wybrał numer Zawadz­kiej.

– Cześć, Julka.

– Cześć, Igor.

– Spraw­dzi­łaś tego Czar­nec­kiego?

– O tyle o ile. Daj mi jesz­cze kilka godzin, ale chyba wygląda na porząd­nego glinę.

– Też mi się tak wydało.

– Facet pro­wa­dził grube sprawy. Dwie jego roboty naprawdę robią wra­że­nie. Chcesz poznać szcze­góły?

– Tak, ale póź­niej. Coś na temat Tro­chana?

– W sumie nic takiego. Wiesz, nor­malny, pra­co­wity, rodzinny gość. Bez kar­to­teki, tylko kilka man­da­tów. Żad­nych kocha­nek czy pro­ble­mów finan­so­wych, regu­lar­nie płaci podatki. Wygląda na wzo­ro­wego oby­wa­tela.

– A akt uro­dze­nia?

– I tu robi się cie­ka­wie, bo miej­sce uro­dze­nia to – uwaga – Moskwa.

– Ooo…

– Też się zdzi­wi­łam i przej­rza­łam akta jego rodzi­ców. Ojciec to nie­jaki Olgierd Tro­chan, eme­ry­to­wany woj­skowy lekarz i zatwar­działy komu­ni­sta, który w tam­tym cza­sie pra­co­wał wła­śnie w Moskwie. Pró­bo­wa­łam skon­tak­to­wać się z tam­tym szpi­ta­lem, ale natra­fi­łam na mur mil­cze­nia. Nie doko­pa­łam się na razie do niczego kon­kret­nego, zwłasz­cza na temat matki, Joanny z domu Bródka. I nie mam żad­nych dowo­dów, że w tam­tym cza­sie prze­by­wała w ZSRR. Ale daj mi wię­cej czasu, to pogrze­bię. Czuję, że czeka nas sporo nie­spo­dzia­nek.

– Dzięki, Julka. Jesteś wielka.

– Nie ma sprawy. A u cie­bie wszystko gra?

– Tak. Jadę zoba­czyć te figurki.

– Powo­dze­nia. I uwa­żaj na sie­bie, Igor.

– Dzięki. Ty też. Na razie.

– Pa.

Brudny po raz ostatni spoj­rzał przez okno. Nie działo się nic podej­rza­nego, a astra wciąż stała w tym samym miej­scu. Wolał jed­nak trzy­mać rękę na pul­sie. Nie wie­rzył w zbiegi oko­licz­no­ści i cała ta sprawa cuch­nęła na kilo­metr. Był prze­ko­nany, że tu nic nie jest takie, jak się wydaje. Bez wąt­pie­nia ktoś pocią­gał za sznurki. Pyta­nie brzmiało, kto i jaka w tym wszyst­kim była jego rola.

Prze­ła­do­wał broń i wci­snął ją za pasek. Chwilę póź­niej, z gazetą nad głową, truch­tał w kie­runku swo­jego wozu.

Uru­cho­mił sil­nik, wycie­raczki zebrały wodę z przed­niej szyby. Z gło­śni­ków popły­nął słynny kawa­łek grupy Queen Bohe­mian Rap­sody. Lubił Freddy’ego Mer­cury’ego. Facet miał głos i cha­ry­zmę, któ­rej dziś bra­ko­wało więk­szo­ści pseu­do­ar­ty­stów pro­mo­wa­nych na siłę przez bogate wytwór­nie.

I’m just a poor boy, nobody loves me

He’s just a poor boy from a poor family

Spare him his life from this mon­stro­sity

Easy come, easy go, will you let me go?

Freddy śpie­wał. Deszcz nie odpusz­czał. Brudny powoli wykrę­cił i prze­su­nął waj­chę pra­wego kie­run­kow­skazu. Kątem oka dostrzegł, że srebrna astra włą­czyła reflek­tory. Nie­spiesz­nie ruszył w dół ulicy Strze­lec­kiej.

So you think you can stone me and spit in my eye?

So you think you can love me and leave me to die?

Ostatni akord utworu jak zwy­kle został przez pre­zen­tera spro­fa­no­wany, ale Brudny był do tego przy­zwy­cza­jony. Gar­dził takimi ama­to­rami, ale nie wście­kał się, bo z zało­że­nia nie dener­wo­wał się na rze­czy, na które nie miał wpływu. Nauczył się tego przez osiem­na­ście lat życia numer jeden. Gdy czło­wiek nie mógł o czymś decy­do­wać, lepiej dla niego, aby przy­jął wer­dykty losu z otwartą przy­łbicą. I dalej robił swoje.

Gdy doje­chał na par­king sądu okrę­go­wego, ulewa zelżała i zastą­piła ją nie­przy­jemna mżawka. Wszyst­kie miej­sca były zajęte, więc opu­ścił par­king i poszu­kał wol­nego w oko­licy nie­ist­nie­ją­cego już sta­rego kina Wenus. Paskudny post­ko­mu­ni­styczny gmach zastą­pił nowo­cze­sny, poma­lo­wany na czer­wono obiekt, w któ­rym dziś znaj­do­wało się pla­ne­ta­rium, jak doczy­tał na fron­to­wej ścia­nie, pełna jego nazwa brzmiała Cen­trum Nauki Keplera Pla­ne­ta­rium Wenus. Zasta­na­wiał się, ile jesz­cze podob­nych nie­spo­dzia­nek spo­tka go po dro­dze. Na kilka już się natknął, choćby na wielką gale­rię Focus Mall, która sta­nęła w miej­scu nie­gdy­siej­szego sym­bolu mia­sta, słyn­nej fabryki tka­nin Pol­ska Wełna. To wła­śnie tam utknął w korku cią­gną­cym się aż pod hotel, gdzie się zatrzy­mał.

 

Brudny wysiadł z samo­chodu i zapa­lił papie­rosa. Wciąż sią­piło i było dość wietrz­nie, ale z każdą minutą pogoda tro­chę się popra­wiała. Kon­tro­l­nie rozej­rzał się po oko­licy i prze­pu­ścił srebrną astrę, która prze­je­chała mu tuż przed nosem i sta­nęła kil­ka­dzie­siąt metrów dalej. Kupił bilet par­kin­gowy, wło­żył go za szybę i skie­ro­wał się w stronę ratu­sza. Mijał kolejne kamie­nice, a pamięć mimo­wol­nie odtwa­rzała znane mu obrazy. Z zado­wo­le­niem przy­jął, że jego ulu­biona piz­ze­ria Kolo­seum wciąż stoi na miej­scu i naj­wy­raź­niej ma się cał­kiem dobrze. Pomy­ślał, że zje w dro­dze powrot­nej i spraw­dzi, czy dalej dają tyle pysz­nego sera co kie­dyś.

Prze­szedł przez plac Pocz­towy, następ­nie ruszył ulicą Pod Fila­rami w stronę ratu­sza. Po dro­dze minął zale­d­wie kil­ku­na­stu prze­chod­niów, któ­rzy zaci­ska­jąc koł­nie­rze kur­tek i płasz­czów, szyb­kim kro­kiem podą­żali w sobie tylko zna­nych kie­run­kach. Ta oko­lica nie zmie­niła się tak bar­dzo. Gdzieś poja­wił się nowy kebab, gdzie indziej księ­gar­nia zmie­niła się w aptekę, kli­mat pozo­stał jed­nak ten sam.

Droga nie była długa i po kilku minu­tach dotarł do cen­tral­nego punktu. Strze­li­sta wieża ratu­sza nie zmie­niła się ani tro­chę, podob­nie jak oka­la­jące ją kamie­nice, które może stały się tylko tro­chę bar­dziej kolo­rowe. Już z daleka dostrzegł biały namiot okle­jony poli­cyj­nymi taśmami. Obok krą­żyło dwóch mun­du­ro­wych. Gdy pod­szedł bli­żej, dostrzegł, że to mło­dzi poste­run­kowi. Nie wyglą­dali na zbyt lot­nych, ale Brudny wolał od razu z nimi poroz­ma­wiać, aby nie wpro­wa­dzać nie­po­trzeb­nego zamętu. Zga­sił nie­do­pa­łek w pobli­skim koszu na śmieci i zbli­żył się do poli­cjan­tów.

– Dzień dobry. Komi­sarz Igor Brudny. Chciał­bym zaj­rzeć do środka namiotu – oznaj­mił tonem, jakby co naj­mniej był włą­czony w sprawę i kie­ro­wał postę­po­wa­niem. Zanim niż­szy z nich, o puco­ło­wa­tej twa­rzy i nie­mod­nym wąsiku, zdą­żył cokol­wiek odpo­wie­dzieć, Brudny wycią­gnął odznakę i przy­sta­wił mu nie­mal pod sam nos.

– Dzień dobry, komi­sa­rzu – odparli jak jeden mąż, ale nic wię­cej nie dodali. Wpa­try­wali się w niego jak pięt­na­sto­lat­ko­wie, któ­rzy wła­śnie po raz pierw­szy w życiu zoba­czyli na żywo kobiece cycki.

Brudny podzię­ko­wał w myśli Czar­nec­kiemu, który z pew­no­ścią uprze­dził ich o jego przy­by­ciu. Bez wąt­pie­nia się go spo­dzie­wali, w prze­ciw­nym razie pew­nie by spa­ni­ko­wali i pró­bo­wali go aresz­to­wać.

– Mogę zadzwo­nić do inspek­tora… – rzu­cił znie­cier­pli­wio­nym tonem.

– Nie, nie trzeba – ode­zwał się „wąsik”. – Inspek­tor Czar­necki mówił, że komi­sarz może się poja­wić. Tylko…

– Tylko co?

– Komi­sarz rze­czy­wi­ście jest bar­dzo podobny do tego dok­torka…

– Macie z tym jakiś pro­blem, poste­run­kowy?

– Nie, prze­pra­szam, nie o to mi cho­dziło, komi­sa­rzu.

– Skup­cie się na pracy, poste­run­kowy.

– Tak jest, komi­sa­rzu.

Brudny pomy­ślał, że poli­cja z każ­dym kolej­nym rokiem scho­dzi na psy. Obaj mun­du­rowi wyglą­dali, jakby dopiero co opu­ścili zakład dla nie­do­ro­zwi­nię­tych umy­słowo i na pewno nie wzbu­dzali respektu wśród oby­wa­teli. Wąt­pił, aby byli w sta­nie zła­pać kula­wego zło­dzieja dam­skich tore­bek, a co dopiero praw­dzi­wego ban­dytę.

– Nie wspo­mi­naj­cie o tym spo­tka­niu po służ­bie, czy to jasne?

– Tak jest, komi­sa­rzu.

Nie wyglą­dali też na takich, co potra­fią trzy­mać język za zębami, i był nie­mal pewny, że wypa­plają wszystko przy pierw­szej oka­zji. Ale w sumie to już był pro­blem Czar­nec­kiego, dla­tego obró­cił się na pię­cie i skie­ro­wał w stronę namiotu.

Uniósł krzy­żu­jące się w wej­ściu taśmy poli­cyjne i pchnął pla­sti­kową płachtę. Namiot miał około dzie­wię­ciu metrów kwa­dra­to­wych, ale taka powierzch­nia w zupeł­no­ści wystar­czyła, aby zabez­pie­czyć bachu­sika i jego naj­bliż­szą oko­licę. Brudny prze­tarł dło­nią zro­szony zarost. Nie spo­dzie­wał się zdo­być wielu infor­ma­cji, wszystko i tak zostało już dawno zabrane przez tech­ni­ków poli­cyj­nych, od odci­sków pal­ców po naj­drob­niej­sze włókna czy grudki błota, jakie mogły wypaść spo­mię­dzy row­ków na pode­szwie buta podej­rza­nego. Tak naprawdę Brudny zja­wił się tu tylko po to, aby spró­bo­wać wczuć się w umysł czło­wieka, który wpę­dził go w to całe bagno. Gdy przy­glą­dał się figurce, przy­szła mu do głowy absur­dalna myśl. Wyobra­ził sobie, że rzeź­nik powró­cił na miej­sce kultu. A gdy tylko zamknął oczy, poczuł, jak wszyst­kie wnętrz­no­ści wywra­cają mu się na drugą stronę. I zoba­czył to wykrzy­wione obli­cze, nie­wy­raźne, ale pełne wście­kło­ści i zgrozy. To obli­cze, przez które budził się przed laty zlany potem, a starsi kole­dzy drwili z niego i tłu­kli go tak mocno, że cier­pła skóra i trzesz­czały kości.

– Niech to szlag – zaklął pod nosem, trzy­ma­jąc się za brzuch.

Spo­dzie­wał się wszyst­kiego, ale nie tego. Postać ze snów opu­ściła go krótko po wyj­ściu z sie­ro­cińca i do tej pory nie wra­cała. Prze­śla­du­jące go widzia­dło uznał za sumę wszyst­kich stra­chów, ima­gi­na­cję mło­dzień­czego umy­słu, który bro­nił się przed suro­wymi sio­strami i star­szymi kole­gami. Dla­czego wró­ciło wła­śnie teraz?

– Wszystko w porządku, komi­sa­rzu?

Brudny nie dostrzegł, jak chwilę wcze­śniej pla­sti­kowa płachta unio­sła się i do środka wszedł jeden z poste­run­ko­wych.

– Tak – odparł przez zaci­śnięte zęby, na szczę­ście ból odpusz­czał.

– Cze­goś pan potrze­buje, komi­sa­rzu?

– Nie.

– Na pewno?

– Na pewno.

Brudny gwał­tow­nie pod­niósł się i zmie­rzył poste­run­ko­wego sro­gim spoj­rze­niem. Poli­cjant w bar­kach był jak trzcina cukrowa i komi­sarz zasta­na­wiał się, jak to moż­liwe, aby zdał pod­sta­wowy egza­min spraw­no­ściowy. Miał nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia kilka lat i przez moment szu­kał wła­ści­wych słów.

– Gdyby pan chciał, komi­sa­rzu, to możemy uprze­dzić kole­gów z Żerom­skiego, żeby nie musiał pan…

– Dobry pomysł. Zrób to, przy­ja­cielu.

– Oczy­wi­ście, komi­sa­rzu.

Poste­run­kowy połą­czył się przez krót­ko­fa­lówkę z part­ne­rami pil­nu­ją­cymi dru­giego namiotu i w kilku sło­wach poin­for­mo­wał, że wkrótce pojawi się męż­czy­zna w czar­nym płasz­czu i czapce, który przed­stawi się jako komi­sarz Brudny. I żeby nie robili mu żad­nych pro­ble­mów.

– Dobra robota. Dzięki, pano­wie.

– Służba, komi­sa­rzu – odparł puco­ło­waty, a drugi dorzu­cił coś o „przy­jem­no­ści”, ale tego Brudny już nie dosły­szał, bo znaj­do­wał się dobre kilka kro­ków dalej.

Do kolej­nego bachu­sika dotarł po dwóch minu­tach. Poste­run­kowi rze­czy­wi­ście byli przy­go­to­wani na jego wizytę, pierwsi przy­wi­tali się i nie wpa­try­wali się tak w jego gębę jak „wąsik” i „trzcina”. Brudny wszedł do namiotu, ale spę­dził w środku jesz­cze mniej czasu. Obej­rzał figurkę, omiótł wzro­kiem oko­licę i wyszedł na zewnątrz. Tym razem nic nie­spo­dzie­wa­nego się nie wyda­rzyło. Zamie­nił jesz­cze zda­nie z poste­run­ko­wymi, pokle­pał jed­nego z nich po ramie­niu i poże­gnał się. Wra­ca­jąc, zaszedł jesz­cze do cen­trum tury­stycz­nego w ratu­szu, w któ­rym popro­sił o coś na temat histo­rii bachu­si­ków. Czapkę zsu­nął aż na brwi.

– Przy­kro mi, ale mapki szlaku bachu­si­ków skoń­czyły się dziś przed połu­dniem – rzekł młody chło­pak w oku­la­rach z jaskrawą oprawką i fry­zurą bar­dziej pasu­jącą do lat sie­dem­dzie­sią­tych.

– Na pewno ma pan coś pod ladą…

– Przy­się­gam, nic a nic. Wie pan, to mor­der­stwo wstrzą­snęło mia­stem i ludzie rzu­cili się na bachu­siki jak dzicy, a nie mie­li­śmy mapek zbyt wiele. Szkoda, że aku­rat z tego powodu, ale cóż…

Brudny wycią­gnął bla­chę i pod­su­nął chło­pa­kowi pod nos.

– A teraz coś się znaj­dzie?

– Pan z poli­cji?

– A wygląda na odznakę fry­zjera?

– No nie… Ale mógł­bym zoba­czyć legi­ty­ma­cję służ­bową?

Brudny rzadko pozwa­lał sobie na podobne dygre­sje, ale cza­sami po pro­stu nie mógł się opa­no­wać. Ludzie bar­dzo róż­nie reago­wali na poli­cyjną odznakę, a naj­dziw­niej ci, któ­rzy mieli coś do ukry­cia. Ten mło­dzian go jed­nak zasko­czył. Nie wyglą­dał na tak rezo­lut­nego, jaki był w rze­czy­wi­sto­ści. Komi­sarz wycią­gnął legi­ty­ma­cję i poło­żył ją na ladzie. Chło­pak omiótł ją wzro­kiem.

– Spraw­dzę w maga­zy­nie – rzekł i ruszył na tyły.

– Jak wykrę­cisz dzie­więć, dzie­więć, sie­dem, to nie zapo­mnij zapy­tać o inspek­tora Czar­nec­kiego.

Młody zatrzy­mał się w pół kroku. Przez moment stał, jakby zapu­ścił korze­nie, następ­nie odwró­cił się i wbił wzrok w komi­sa­rza.

– To praw­dziwa legi­ty­ma­cja, chłop­cze. Wiem, że jestem podobny do podej­rza­nego z kamer moni­to­ringu, ale to nie ja. I był­bym wdzięczny, gdy­byś nie roz­po­wia­dał o tym na lewo i prawo, bo możesz zostać oskar­żony o utrud­nia­nie śledz­twa. Chcesz wie­dzieć, co grozi za utrud­nia­nie śledz­twa?

– Przy­niosę mapkę…

Po chwili chło­pak znik­nął za drzwiami dru­giego pomiesz­cze­nia. Brudny rozej­rzał się po wnę­trzu. Salka była dość prze­stronna, a pośrodku wspie­rały ją solidne kolumny. Na ścia­nach wisiały stare mapy, obrazy i zdję­cia Zie­lo­nej Góry. Z rogu docho­dził dźwięk pal­ców namięt­nie stu­ka­ją­cych w kla­wia­turę. Zanim Brudny zdą­żył wychy­lić się zza filaru, za ladą poja­wił się chło­pak z wło­sami à la John Len­non.

– Pro­szę bar­dzo. Moja pry­watna – rzekł i wrę­czył Brud­nemu tro­chę już sfa­ty­go­waną mapę bachu­si­ków.

– Doce­niam to, przy­ja­cielu. Ile płacę?

– Udo­stęp­niamy je za darmo.

Brudny roz­ło­żył mapę na ladzie. Omiótł wzro­kiem z jed­nej i dru­giej strony.

– Znasz się na tym?

– Na czym?

– Na tych bachu­si­kach, histo­rii mia­sta i tak dalej…?

– Chyba tak.

– Odpo­wie­dział­byś mi na kilka pytań, gdy­bym tego potrze­bo­wał?

– To zależy?

– Od czego? – Brudny prze­niósł wzrok na twarz chło­paka.

– Czy pan pyta jako poli­cjant, czy jako osoba pry­watna?

Brudny uniósł brew, ale nie spu­ścił wzroku z chło­paka. Dał mu szansę, którą ku jego zdu­mie­niu mło­dzian natych­miast wyko­rzy­stał.

– Z tego, co zdą­ży­łem zauwa­żyć, jest pan komi­sa­rzem sto­łecz­nej poli­cji, a nie lokal­nej. I jeśli pyta pan służ­bowo, w co szcze­rze wąt­pię, to będę musiał odpo­wie­dzieć, ale jeśli nie, to nie, i będę mógł zażą­dać odpo­wied­niej gra­ty­fi­ka­cji za udzie­le­nie tak szcze­gó­ło­wych infor­ma­cji, prawda?

Brudny uśmiech­nął się pod nosem. Sto razy bar­dziej wolał takich ludzi niż przy­głu­pów, z jakimi miał stycz­ność przy pierw­szym namio­cie.

– Podo­basz mi się, młody. Wezmę twoją wizy­tówkę… – Brudny się­gnął po nie­wielki pro­sto­ką­cik na ladzie – …i jeśli będę miał jakieś pyta­nia, to się ode­zwę. Tu masz moją, tak w razie gdy­byś poczuł nie­po­ha­mo­waną potrzebę podzie­le­nia się jakąś inte­re­su­jącą infor­ma­cją.

– Naprawdę jest pan bar­dzo podobny do dok­tora Tro­chana.

– Ale nikomu o tym nie mów…

– Oso­bi­ście nie wie­rzę w jego winę. Nawet go kie­dyś pozna­łem, gdy robił zabieg mojej mamie. I od razu wie­dzia­łem, że to nie pan. Jemu lepiej z oczu patrzy.

Brudny nie­mal par­sk­nął śmie­chem i pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. Rzadko kto potra­fił mu tak popra­wić humor.

– Mar­nu­jesz się tu, chło­pie. Przy oka­zji, jak się nazy­wasz?

– Bar­tek. Bar­tek Zdun. I lubię swoją pracę.

– Komi­sarz Igor Brudny. I będę o tobie pamię­tał.

Obaj męż­czyźni podali sobie dło­nie, po czym Brudny raz jesz­cze podzię­ko­wał za mapę i opu­ścił lokal. Wycho­dząc, pomy­ślał, że ten młody chło­pak umi­lił mu dzień. I pozwo­lił zapo­mnieć o nie­spo­dzie­wa­nej wizy­cie nie­pro­szo­nej postaci z prze­szło­ści.

Gdy wyszedł z pod­ziemi ratu­sza, słońce wła­śnie nie­śmiało zaczęło wychy­lać się zza popie­la­tych chmur, aby po chwili ską­pać rynek w zło­tym bla­sku. Brudny popra­wił ciemne oku­lary, wło­żył mapę bachu­si­ków za pazu­chę i ruszył do samo­chodu. Po dro­dze nie omiesz­kał zaha­czyć o swoją piz­ze­rię, gdzie wybrał ulu­bioną pizzę – o dziwo menu przez wszyst­kie te lata zmie­niło się nie­znacz­nie – o nie­wy­bred­nej nazwie „Śmierć na are­nie” i spa­ła­szo­wał ją z ogrom­nym ape­ty­tem. Usiadł przy oknie, aby śle­dzący go taj­niacy dobrze go widzieli. Gdy zjadł, zosta­wił spory napi­wek i w skle­pie obok kupił paczkę gum mię­to­wych.

 

Gdy wsia­dał do samo­chodu, zer­k­nął w lusterko wsteczne, aby się upew­nić, czy Czar­necki nie przy­cze­pił mu nowego, bar­dziej dys­kret­nego ogona. Po dru­giej stro­nie ulicy dostrzegł tylko postaw­nego męż­czy­znę w gar­ni­tu­rze, który wła­śnie wcho­dził do piz­ze­rii. Miał ciemne oku­lary i kape­lusz z ron­dem.

Brudny uru­cho­mił sil­nik, raz jesz­cze rozej­rzał się po oko­licy i nie dostrze­ga­jąc żad­nego zagro­że­nia, zwol­nił pedał hamulca. Kolej­nym punk­tem na jego mapie był Jędrzy­chów. Tę par­tię chciał roze­grać po mistrzow­sku, ale oczy­wi­ście nic z tego nie wyszło.