Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pakiet: Piętno\/Sfora\/Cherub
Pakiet: Piętno\/Sfora\/Cherub
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 154,98  123,98 
Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub
Audio
Pakiet: Piętno/Sfora/Cherub
Audiobook
79,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 24

– A co ja będę z tego miał?

Czar­necki popra­wił oku­lary, nie spusz­cza­jąc wzroku z przed­niej szyby swo­jego gra­fi­to­wego renault megane. Poru­szał się w żół­wim tem­pie w górę zakor­ko­wa­nej ulicy Wro­cław­skiej. Na miej­scu pasa­żera sie­działa pod­ko­mi­sarz Julia Zawadzka.

– To się okaże. Naj­pierw muszę poroz­ma­wiać z Igo­rem – odparła.

– Wie pani, że jestem po stro­nie komi­sa­rza Brud­nego, w ostat­nim cza­sie chyba tylko ja jeden. Ule­ga­łem już wielu jego proś­bom, nawet pośred­nio włą­czy­łem go do śledz­twa. Nie­stety, jakoś nie docze­ka­łem się wza­jem­no­ści…

– Igor jest skraj­nym intro­wer­ty­kiem. I zawsze cho­dzi wła­snymi ścież­kami. To chyba zdą­żył pan już zauwa­żyć.

– Ow­szem, ale to nie zwal­nia go z obo­wiązku, żeby być wobec mnie szcze­rym. Zwłasz­cza że tu cho­dzi o ludz­kie życie.

– Jest też zna­ko­mi­tym gliną. Naj­lep­szym, jakiego znam. I gwa­ran­tuję panu, że robi wszystko co w jego mocy, aby dopaść mor­dercę.

Czar­necki skrę­cił w prawo w osie­dle More­lowe, następ­nie w lewo na par­king komendy miej­skiej. Zatrzy­mał samo­chód i wyłą­czył sil­nik. Przez chwilę patrzył w zadu­mie w stronę parku.

– Pozwolę pani poroz­ma­wiać z komi­sa­rzem Brud­nym na osob­no­ści, ale to mój ostatni gest dobrej woli. Jeśli komi­sarz Brudny nie wykaże chęci współ­pracy, będę zmu­szony zmie­nić podej­ście.

– Igor mówił, że roz­sądny z pana czło­wiek. Dzię­kuję, inspek­to­rze.

– Niech pani nie dzię­kuje, tylko prze­mówi komi­sa­rzowi do roz­sądku.

– Posta­ram się – odparła Zawadzka, po czym otwo­rzyła drzwi i nie­mal natych­miast została zaata­ko­wana przez przy­cza­jo­nego w zaro­ślach dzien­ni­ka­rza. Z dru­giej strony wysko­czyło dwóch kolej­nych, ci dosko­czyli do inspek­tora. Jeden z nich wsu­nął mu mikro­fon nie­mal do gar­dła, a drugi zaczął fil­mo­wać.

– Czy to prawda, że zna­le­ziona ofiara została pozba­wiona twa­rzy? Czy łączy pan to mor­der­stwo ze sprawą „Filipa Roz­pru­wa­cza”? Czy jest znany motyw, jakim kie­ruje się sprawca? – Młody męż­czy­zna wyrzu­cał z sie­bie kolejne zda­nia, jakby strze­lał z uzi.

– Bez komen­ta­rza – rzu­cił krótko Czar­necki i chwy­cił pod rękę opę­dza­jącą się od innego napast­nika Zawadzką.

Na scho­dach pro­wa­dzą­cych na plac przed budyn­kiem komendy zja­wiło się kilku kolej­nych repor­te­rów, któ­rzy widząc zbli­ża­ją­cego się inspek­tora, bły­ska­wicz­nie ruszyli w jego kie­runku. Już w poło­wie drogi posy­pały się pyta­nia, w końcu zata­ra­so­wali drogę, pró­bu­jąc wymu­sić jakie­kol­wiek oświad­cze­nie.

– Pro­szę nas prze­pu­ścić. Wkrótce ogło­szę ter­min kon­fe­ren­cji pra­so­wej. Do tej pory nie będę udzie­lał żad­nych komen­ta­rzy. Do widze­nia.

* * *

Brudny nie spał od trze­ciej nad ranem. Obu­dził się zlany potem, z paskud­nym poczu­ciem winy. Przed laty, gdy był małym chłop­cem, sio­stry hie­ro­nimki tłu­ma­czyły mu, że nosi w sobie grzech. A to paskudne poczu­cie winy to kara za wszyst­kie występki i nie­go­dzi­wo­ści, jakich się wobec nich dopusz­czał. Nauczył się z tym żyć, aż w końcu ustą­piło. Ale powró­ciło. I było złe. Jakby ziarno, które przed laty utkwiło gdzieś w jego trze­wiach, znów wykieł­ko­wało. I zaczy­nało opla­tać go od wewnątrz swo­imi zatru­tymi pędami.

Wie­dział, że ni­gdy nie będzie taki jak więk­szość jego rówie­śni­ków. Miał inne dzie­ciń­stwo, ukształ­to­wała go prze­szłość. Gdy inne dzieci bały się duchów i potwo­rów, on cho­wał się po kątach na widok ludzi w czar­nych sutan­nach, a w nocy wal­czył z posęp­nymi cie­niami, które raz za razem pró­bo­wały go pochwy­cić w swoje szpo­nia­ste palce. Nie miał wspar­cia, kogoś, kto przy­tu­liłby mło­dego, zahu­ka­nego chło­paka i umoc­nił jego poczu­cie wła­snej war­to­ści. Zwłasz­cza po tym, co zro­bił. Do czego został zmu­szony. Gdy przed laty uwol­nił drze­mią­cego demona.

Wtedy zupeł­nie się pogu­bił. Nie mając jakie­go­kol­wiek auto­ry­tetu, uwie­rzył sło­wom sio­stry Gwi­dony i ojca Alberta, któ­rzy wmó­wili mu, że jest nazna­czony. Że nosi w sobie dia­bła. Że jest synem sza­tana.

Przy­po­mi­nali mu o tym każ­dego dnia. Mścili się. Stwo­rzyli mu pie­kło. Spusz­czali ze smy­czy swoje wierne psy, wycho­wan­ków, któ­rzy ni­gdy nie zaznaw­szy dobra, czy­nili zło. Skrzy­wieni psy­chicz­nie, mal­tre­to­wani emo­cjo­nal­nie, zamknięci w ponu­rej pla­cówce dla nie­chcia­nych sie­rot, nie mieli dla młod­szych i słab­szych żad­nej lito­ści. Dla niego też. Kolej­nymi cio­sami i kop­nia­kami wyku­wali jed­nak jego cha­rak­ter, który z każ­dym dniem tward­niał niczym har­to­wana stal. Każdy oble­kał go coraz szczel­niej­szą zbroją, zamy­kał ciało i umysł w koko­nie odpor­nym na uczu­cia, a kolejne siniaki, roz­cię­cia czy pęk­nięte kości uod­por­niały go na ból zarówno fizyczny, jak i emo­cjo­nalny. Ale Krzysz­tof prze­trwał, wbrew sio­strze Gwi­do­nie, bisku­powi Alber­towi i całemu zde­ge­ne­ro­wa­nemu sys­te­mowi. Dzięki temu, co w sobie nosił. I Brud­nemu Harry’emu.

Igor wła­śnie skoń­czył robić kolejną serię pięć­dzie­się­ciu pom­pek, gdy usły­szał kroki. Uniósł głowę i za kra­tami dostrzegł poli­cjanta w mun­du­rze, a za nim zna­jomą postać. Po raz pierw­szy od tygo­dni na jego twa­rzy poja­wił się gry­mas, który przy­po­mi­nał uśmiech. Pod­niósł się, chwy­cił leżącą na łóżku prze­po­coną koszulkę i ją wło­żył. Chwilę póź­niej drzwi do jego poje­dyn­czej celi otwarły się i do środka wkro­czyła Julia Zawadzka.

– Wyglą­dasz jak gówno, Igor – przy­wi­tała się.

– Też cię kocham, Julka – zre­wan­żo­wał się Brudny.

– Macie kwa­drans – rzu­cił na odchodne poli­cjant i zosta­wił ich samych.

Zawadzka przy­tu­liła się do Brud­nego i po przy­ja­ciel­sku pokle­pała po ple­cach. Komi­sarz odwza­jem­nił gest, ale po chwili chwy­cił ją za przed­ra­miona i odsu­nął od sie­bie.

– Widzia­łaś się z Alber­tem?

– Tak.

– Masz go?

– Nie. Twier­dzi, że go spa­lił krótko po tym, jak…

– Kurwa! Julka… – Brudny puścił jej ręce i odwró­cił się w kie­runku nie­wiel­kiego zakra­to­wa­nego okna.

– Pocze­kaj, Igor. On mówił prawdę. W ogóle opo­wie­dział mi o wszyst­kim. O tym, co tam prze­ży­łeś, co się tam działo. Niczego nie ukry­wał.

Komi­sarz odwró­cił się i ponow­nie spoj­rzał jej w oczy. Poczuł się głu­pio, że zwąt­pił w jej pro­fe­sjo­na­lizm.

– Julka… Nie trzy­maj mnie, do jasnej cho­lery, dłu­żej w nie­pew­no­ści.

– Znam nazwi­sko. I nazwę wsi.

Brudny poczuł ukłu­cie lęku. Przez uła­mek sekundy nie był pewny, czy aby na pewno chce je poznać. Zawsze robił wszystko, aby uni­kać grze­ba­nia w swo­jej prze­szło­ści. Taką pod­jął decy­zję i przez lata kur­czowo się jej trzy­mał. Teraz zdał sobie sprawę, że za chwilę wszystko może się zmie­nić. Nie­ko­niecz­nie na lep­sze.

Z powro­tem spoj­rzał przez okno. Słońce już wspięło się ponad dachy widocz­nych z celi wie­żow­ców i rzu­cało łagodne pro­mie­nie na pobli­ski park. Szy­ko­wał się ładny, sło­neczny dzień.

– Mów.

– Powie­dział, że nazy­wasz się Nowak i pocho­dzisz ze wsi Nie­tków.

Roz­dział 25

Docho­dziła ósma rano. Czar­necki zasu­nął zie­lone zasłony, aby ochro­nić się od ostrego świa­tła sło­necz­nego. Usiadł na swoim krze­śle i wbił wzrok w Brud­nego.

– Nie mam wiele czasu, komi­sa­rzu – rzekł wyjąt­kowo suro­wym tonem. – Dziś nad ranem natra­fi­li­śmy na kolejną ofiarę.

– Julka mi mówiła.

– Skoro pan wie, to pro­szę decy­do­wać.

– Tylko jedno pyta­nie…

– Pro­szę.

– Kto wie, że mnie tu prze­trzy­mu­je­cie?

– Ja, moi naj­bliżsi współ­pra­cow­nicy i kilku poli­cjan­tów. I pod­ko­mi­sarz Zawadzka, oczy­wi­ście. Jesz­cze jakieś pyta­nia, bo mam nawał pracy?

– Nie, ale w takim razie nie mogę przy­jąć pań­skiej pro­po­zy­cji, inspek­to­rze.

Czar­necki nie klął i nie tole­ro­wał wul­gar­nego słow­nic­twa w swoim towa­rzy­stwie z róż­nych powo­dów, choć zda­rzało mu się cza­sem burk­nąć coś pod nosem. Nie pamię­tał jed­nak, aby kie­dy­kol­wiek kla­syczne „kurwa mać” cisnęło mu się na usta z taką siłą jak teraz.

Mie­rzył komi­sa­rza wzro­kiem bazy­liszka. Wie­dział, że nie ma wyj­ścia i musi go wypu­ścić. Ow­szem, mógłby prze­trzy­mać go jesz­cze kil­ka­na­ście godzin, ale jaki to by miało sens? Dopiero po chwili poła­pał się w sytu­acji. Domy­ślił się też, skąd to pyta­nie o liczbę ludzi wta­jem­ni­czo­nych w jego obecną sytu­ację i skąd odmowna odpo­wiedź Brud­nego. Komi­sarz liczył zapewne, że na miej­scu porzu­ce­nia ciała poja­wią się kolejne „nie­zbite” dowody na jego obec­ność, gdyż sprawca zapewne nie wie­dział, że jest on prze­trzy­my­wany w aresz­cie. Gdyby labo­ra­to­rium wyka­zało obec­ność DNA Brud­nego w oko­licy zwłok Oli­wii Mali­now­skiej, Czar­necki wyszedłby na głupca. Prze­cież „podej­rzany” miał w tej chwili abso­lut­nie nie­pod­wa­żalne alibi.

– Jakie ma pan plany, komi­sa­rzu? – spy­tał, gdy odro­binę ochło­nął.

– Odszu­kam Tro­chana i dopadnę mor­dercę.

– Doce­niam szcze­rość, ale jeśli znów wej­dzie mi pan w drogę, to oskarżę pana o utrud­nia­nie śledz­twa.

– Nie mam takiego zamiaru, inspek­to­rze. Może trudno w to panu uwie­rzyć, ale wciąż gramy w tej samej dru­ży­nie.

– Mam nadzieję.

Czar­necki wstał z miej­sca i pod­szedł do nie­wiel­kiego sejfu. Otwo­rzył go, wycią­gnął jakieś zawi­niątko i wró­cił do stołu. Poło­żył je na bla­cie.

– Pań­ska broń i odznaka, komi­sa­rzu – rzekł bez emo­cji.

Brudny wziął wal­thera i wło­żył za pasek. Odznakę scho­wał do wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza.

 

– Doce­niam kwe­stię zaufa­nia. Mógł pan pocze­kać na wyniki eks­per­tyz z labo­ra­to­rium.

– Nie muszę. Od początku wie­dzia­łem, że te dowody to lipa.

– A jeśli przy Pal­miarni nie znajdą mojego DNA?

– Cóż… – Czar­necki ścią­gnął oku­lary i prze­tarł czoło wierz­chem dłoni. – Wtedy lepiej, żeby pan miał dla mnie coś naprawdę moc­nego. I w końcu zaczął mówić.

– Dzię­kuję, inspek­to­rze.

– Radzę opu­ścić komendę tyl­nym wyj­ściem.

– Tak zro­bię.

Męż­czyźni podali sobie dło­nie. Uścisk był silny i wymowny. Chwilę póź­niej Brudny wyszedł z gabi­netu Czar­nec­kiego i w towa­rzy­stwie jed­nego z poli­cjan­tów ruszył do tyl­nego wyj­ścia. Tam cze­kała już na niego Julia Zawadzka. W dłoni miała klu­czyki do patrola. Rzu­ciła mu je, a Brudny pew­nie zła­pał je w garść.

Kiedy ruszali w drogę do Nie­tkowa, młody pro­boszcz Adam Klich wła­śnie przy­go­to­wy­wał się do odpra­wie­nia poran­nej mszy świę­tej. I nie był świa­domy, z jakim hor­ro­rem przyj­dzie mu się wkrótce zmie­rzyć.

* * *

– Powiedz mi jedną rzecz, Romek… – Pro­ku­ra­tor kipiał ze zło­ści. – Dla­czego ty jesteś taki cho­ler­nie uparty?

– Bo wiem, że Brudny nie ma nic wspól­nego ze śmier­cią tych ludzi – odparł inspek­tor ze sto­ic­kim spo­ko­jem.

Ludzie z zespołu docho­dze­niowo-śled­czego spoj­rzeli po sobie. Zwy­kle aktywna w takich momen­tach pro­fi­lerka Elż­bieta Pałka tym razem mil­czała.

– Znamy się od lat. Wiem, że zawsze wycho­dzi­łeś obronną ręką z naj­bar­dziej prze­sra­nych spraw. Ale za cho­lerę nie mogę pojąć, co tobą kie­ruje w tej chwili. Jeśli masz jakiś plan, to może nam go lito­ści­wie objaw, bo chyba nikt w tym pomiesz­cze­niu nie jest w sta­nie pojąć toku two­jego rozu­mo­wa­nia.

– Po pierw­sze, pro­szę was o sto­no­wa­nie emo­cji, zwłasz­cza cie­bie, Krzysz­tof. Takie oskar­że­nia i insy­nu­acje na pewno nam nie poma­gają.

– Ja cię nie oskarż…

– Po dru­gie… – Czar­necki uniósł dłoń – mamy kolejną ofiarę, któ­rej ktoś wyłu­pił oczy i zerwał twarz, a potem odciął piersi, zgwał­cił i wypa­tro­szył, dla­tego pro­po­nuję sku­pić się na zła­pa­niu tego, kto to uczy­nił, bo po dzi­siej­szym zna­le­zi­sku wciąż nie mamy nic, co mogłoby nas dopro­wa­dzić do sprawcy. W końcu, po trze­cie, trzeba spraw­dzić wiele nowych tro­pów, a na prze­słu­cha­nie czeka kolejka świad­ków, więc musimy podzie­lić robotę na nowo.

W gabi­ne­cie zapa­dła mar­twa cisza. Wszy­scy byli zdru­zgo­tani tym, co wyda­rzyło się dziś przy Pal­miarni. Każdy prze­ży­wał to na swój spo­sób, ale rozu­miał też, że trzeba podwoić wysiłki, aby dopaść mor­dercę, który powoli ura­stał do rangi jed­nej z naj­więk­szych bestii w histo­rii pol­skiej kry­mi­na­li­styki. A do tego był skraj­nie bez­czelny. Jasne było jedno, od dzi­siej­szego ranka na ręce patrzył im cały kraj.

– Zamy­ka­jąc temat Brud­nego… – Czar­necki wycze­kał chwilę, aby znów przy­kuć uwagę zebra­nych. – Powie­dzia­łem, że biorę go na sie­bie i nic się w tej kwe­stii nie zmie­nia. Znam kon­se­kwen­cje podej­mo­wa­nych decy­zji.

– To, że jesteś kapi­ta­nem tej dru­żyny, nie zna­czy, że możesz robić, co ci się żyw­nie podoba – skon­tro­wał Lis. – Nie zapo­mi­naj, że osta­tecz­nie ja tu rzą­dzę i…

– Jeśli nie podo­bają ci się moje metody, to pro­szę bar­dzo. Możesz powo­łać innego pro­wa­dzą­cego. A jeśli nie chcesz brać w tym udziału, droga wolna. Popro­szę o przy­dzie­le­nie do tej sprawy kogoś innego. Nie mogę pra­co­wać z ludźmi, co do któ­rych zaufa­nia mam jakie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści.

Lis wcią­gnął powie­trze. Nie pierw­szy raz poróż­nił się z Czar­nec­kim. Trudno mu było jed­nak pole­mi­zo­wać z czło­wie­kiem, który do tej pory zawsze miał rację.

Wypu­ścił powie­trze i wymow­nie poki­wał głową. Następ­nie pod­niósł ręce w geście kapi­tu­la­cji.

– Dobra, Romek. Prze­pra­szam. Nie to mia­łem na myśli. Wie­rzę w cie­bie. Wszy­scy wie­rzymy.

– Przyj­muję. Czy ktoś chce jesz­cze coś wie­dzieć na temat Brud­nego?

Cisza.

– Wie­cie, że zawsze może­cie… Wróć, ocze­kuję i wyma­gam, aby­ście wyar­ty­ku­ło­wali swoje wąt­pli­wo­ści.

– Czy jest jaka­kol­wiek empi­ryczna prze­słanka wska­zu­jąca na nie­win­ność Brud­nego? – włą­czyła się do roz­mowy Borucka.

– Za każ­dym razem ma mocne alibi. Grze­gorz, możesz…

Pod­in­spek­tor Grze­gorz Zimny wypro­sto­wał się na krze­śle.

– Na prośbę Romka prze­ana­li­zo­wa­łem ostatni tydzień z życia Brud­nego przed przy­jaz­dem do Zie­lo­nej Góry. Także jego logo­wa­nia z tele­fonu, na któ­rych spraw­dze­nie sam wyra­ził zgodę. Roz­ma­wia­łem też z jego sze­fem, kole­gami z poste­runku, mocne alibi przed­sta­wiła pod­ko­mi­sarz Julia Zawadzka, jego była part­nerka ze służby, która przy­je­chała dziś w nocy do mia­sta. To prak­tycz­nie nie­moż­liwe, a przy­naj­mniej bar­dzo mało praw­do­po­dobne, aby mógł brać czynny udział w tych mor­der­stwach, zwłasz­cza poja­wić się w miej­scach, gdzie znaj­do­wa­li­śmy jego DNA. Fakt, że bez trudu je zna­leź­li­śmy, dodat­kowo prze­ma­wia na jego korzyść.

– Okej, do mnie to tra­fia – sko­men­to­wała Borucka.

– I do mnie – dodała Pałka. – Co nie zna­czy, że cze­goś nie ukrywa. Jako psy­cho­log muszę zdra­dzić, że jego osoba abso­lut­nie mnie fascy­nuje. Bar­dzo chcia­ła­bym z nim poroz­ma­wiać…

– Raczej nie przej­dzie – sko­men­to­wał suge­stię swo­jej pro­fi­lerki Czar­necki. – To rze­czy­wi­ście fascy­nu­jący czło­wiek, ale przy tym bar­dzo zamknięty w sobie. I dia­bel­nie inte­li­gentny.

– Tym bar­dziej mi na tym zależy.

– Uwierz, Ela, on nie będzie chciał z tobą roz­ma­wiać.

– Dasz mi wolną rękę, abym się o tym prze­ko­nała?

– Masz moje pozwo­le­nie.

– Dzięki.

– Nie ma za co. Jesz­cze jakieś wąt­pli­wo­ści co do Brud­nego? – Czar­necki popa­trzył po twa­rzach zebra­nych. Nie dostrzegł niczego, co mogłoby go zanie­po­koić. – W takim razie skupmy się na robo­cie. Naj­pierw kon­krety. Mamy już jakieś wyniki z labo­ra­to­rium?

– Nie. Naj­wcze­śniej po połu­dniu. Naj­pierw dak­ty­lo­sko­pia i tra­se­olo­gia, potem mecha­no­sko­pia i mikro­ślady. Pod wie­czór powinny być znane pierw­sze wyniki DNA.

– Ela?

– Rozu­miem, że mnie teraz karzesz, czy tak?

Pałka lekko się uśmiech­nęła i wsu­nęła rudy kosmyk za ucho. Czuła się fatal­nie, bo śmierć mło­dej Oli­wii Mali­now­skiej znisz­czyła stwo­rzony przez nią pro­fil mor­dercy, a przy­naj­mniej sporą część zało­żeń, na któ­rym się opie­rał. Zwłasz­cza motyw. Tak dra­styczna zmiana modus ope­randi zda­rzała się nie­zwy­kle rzadko, prze­waż­nie pod wpły­wem nagłych i nie­spo­dzie­wa­nych dla sprawcy czyn­ni­ków zewnętrz­nych, na przy­kład gdy poszu­ki­wany poczuł się zagro­żony i musiał pozbyć się świad­ków, któ­rzy nor­mal­nie ni­gdy nie sta­liby się jego ofia­rami. Tutaj nic na to nie wska­zy­wało. Bestial­stwo, z jakim pozba­wił życia Mali­now­ską, cecho­wało pełne opa­no­wa­nie. Takie dzia­ła­nie wyma­gało czasu. Dużo czasu.

– Ela, pro­szę cię. Śpie­szy nam się.

– Nie będę się uspra­wie­dli­wiać. Dałam ciała. Ale nie pod­dam się i roz­pra­cuję tego sukin­syna.

– Ela…

– Okej, już dobrze. Konieczne jest uzu­peł­nie­nie infor­ma­cji z sek­cji tej dziew­czyny, ale już teraz mogę stwier­dzić, że ta w sumie dość istotna zmiana modus ope­randi wcale nie zmie­nia tak wiele w pro­filu, jaki stwo­rzy­łam. Czy­sto teo­re­tycz­nie stra­ci­li­śmy motyw. Ale tylko teo­re­tycz­nie.

Tem­pe­ra­tura w gabi­ne­cie Czar­nec­kiego pod­nio­sła się przy­naj­mniej o pół stop­nia. Pałka potra­fiła zacie­ka­wić słu­cha­czy. Wro­dzona elo­kwen­cja tylko jej to uła­twiała.

– Zało­ży­li­śmy, że moty­wem zbrodni mogła być zemsta. Na przy­kład na zmar­łym ojcu tyra­nie, który bił syna i być może gwał­cił. Stąd tak okrutny mord na męż­czy­znach, któ­rzy mogli go przy­po­mi­nać. Dla­czego zatem mor­derca nagle zabija młodą kobietę, oka­le­cza­jąc ją przy tym w jesz­cze bar­dziej bestial­ski spo­sób?

Człon­ko­wie zespołu wpa­try­wali się w pro­fi­lerkę jak w obra­zek. Nawet Czar­necki dał się porwać jej nie­za­prze­czal­nej cha­ry­zmie. Wszy­scy cze­kali na prze­łom.

– Czy­ta­łam pro­to­koły z zeznań rodzin i przy­ja­ciół zamor­do­wa­nych męż­czyzn. Zde­cy­do­wa­nie nie nale­żeli do oby­wa­teli, któ­rych sąsie­dzi posta­wi­liby za wzór do naśla­do­wa­nia. Obaj mieli w prze­szło­ści pro­blemy z pra­wem i drobne wyroki na kon­cie. Zdzi­sław Boruch w poło­wie lat osiem­dzie­sią­tych odsie­dział nawet pół­tora roku za gwałt na nie­let­niej. Jak usta­lono, obaj męż­czyźni rów­nież nie byli sobie obcy, mało tego, znali się cał­kiem dobrze. Dla­tego gdy tylko dowie­dzia­łam się o śmierci Oli­wii Mali­now­skiej, z początku naj­pierw tro­chę się pod­ła­ma­łam, bo ta ofiara zupeł­nie nie paso­wała do modus ope­randi sprawcy, a przy­naj­mniej wyklu­czała motyw, jakim mógł się kie­ro­wać. Natych­miast poszłam obej­rzeć zwłoki.

Pałka znów prze­rwała i upiła łyk kawy. Wsu­nęła nie­sforny kosmyk rudych wło­sów za ucho i kon­ty­nu­owała.

– Rany, jakie sprawca zadaje ofie­rze – oczy­wi­ście, jeśli wciąż mówimy o sprawcy zor­ga­ni­zo­wa­nym, kie­ru­ją­cym się moty­wem zemsty w połą­cze­niu z moty­wem emo­cjo­nalno-sek­su­al­nym – zwy­kle są mrocz­nym odbi­ciem jego pro­ble­mów psy­chicz­nych, takich, nad któ­rymi nie umie zapa­no­wać i z któ­rymi sobie nie radzi. Znamy dokład­nie obra­że­nia tam­tych dwóch męż­czyzn i choć wystę­pują spore podo­bień­stwa do obra­żeń Mali­now­skiej, mam na myśli zwłasz­cza wycię­cie narzą­dów wewnętrz­nych, widać też spore róż­nice. Na usta cisną się więc od razu dwa pyta­nia: dla­czego nie odciął jej głowy i dla­czego zdarł twarz?

Pałka spoj­rzała po zacie­ka­wio­nych twa­rzach słu­cha­czy. Wszy­scy byli tak zain­try­go­wani, że nie wyczuli jej inten­cji. Mil­czeli.

– Macie jakieś pomy­sły? – spy­tała, roz­kła­da­jąc ręce. Nikt nie odpo­wie­dział. – To może ina­czej. Kogo wam przy­po­mina trup z Pal­miarni?

W gabi­ne­cie dało się wyczuć lek­kie poru­sze­nie. Czar­necki poki­wał głową z uzna­niem, jakby dostrzegł punkt widze­nia pro­fi­lerki.

– Jakby ktoś przy­sta­wił mi pisto­let do głowy i kazał odpo­wie­dzieć na to pyta­nie, to odpo­wie­dział­bym, że nikogo – odparł Lis z lekką iro­nią.

– Otóż to, Krzysz­tof! – Pałka nieco pod­nio­sła głos. – Sprawca od początku chciał ją zde­hu­ma­ni­zo­wać. Nie chciał widzieć w niej kobiety, zary­zy­kuję twier­dze­nie, że nawet czło­wieka, bo tak naprawdę wcale nie chciał jej zabi­jać. Zro­bił to, bo nie miał innego wyj­ścia.

– Śmiała hipo­teza, ale może się obro­nić – sko­men­to­wał Zimny.

– Naj­pierw pozba­wił ją oczu, aby na niego nie patrzyła, bo nie mógł znieść jej bła­gal­nego spoj­rze­nia. Potem odciął jej piersi i zdarł skórę z twa­rzy, aby nie przy­po­mi­nała mu kobiety. Mogę się zało­żyć, że prze­ciął jej jesz­cze struny gło­sowe, aby nie sły­szeć jej kobie­cego głosu. – Pałka stuk­nęła dłu­go­pi­sem o blat stołu. – Dopiero gdy poczuł się swo­bod­niej, a ofiara zmie­niła się w nie­okre­ślony byt, otwo­rzył ją i zabrał się do dania głów­nego.

– Fiu, fiu… – zagwiz­dał Lis, ale nic nie powie­dział.

– Co suge­ru­jesz, Ela? – włą­czył się Czar­necki, który na tym eta­pie zda­wał się już tylko mode­ro­wać dys­ku­sję.

– W tej chwili to już nie suge­stia. To fakt.

– Czyli…

– On nie chciał zabić tej dziew­czyny. Zro­bił to, bo wedle swo­jej pokręt­nej logiki nie miał innego wyj­ścia. Sprawca zamor­do­wał Oli­wię Mali­now­ską, bo nie mógł zemścić się na jej zmar­łym ojcu.

Takiego finału nikt się nie spo­dzie­wał. Nawet Czar­necki wyglą­dał jak czło­wiek, który wła­śnie zoba­czył ducha. Przez chwilę wszy­scy pró­bo­wali sobie to jakoś poukła­dać.

– Czy ja dobrze usły­sza­łem? Powie­dzia­łaś, że to już nie suge­stia, tylko fakt? – zapy­tał nie­śmiało Czar­necki.

– Tak, Romek. To fakt. Godzinę temu spraw­dzi­łam kar­to­tekę zmar­łego trzy lata temu Sta­ni­sława Mali­now­skiego, zle­ci­łam też naszym ludziom krótki wywiad z sąsia­dami ofiary. Ojciec Oli­wii też nie był przy­kła­dem mode­lo­wej głowy rodziny. Żonę tłukł, a córkę gwał­cił. A po wszyst­kim chlał i łaził na ryby. Jak myśli­cie z kim?

– Nie­eee… – Pro­ku­ra­tor stał się gło­sem całej grupy.

– Tak. Z dwójką naszych nic­poni. Zdzi­chem i Zen­kiem.