Matnia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Matnia
Matnia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Matnia
Matnia
Audiobook
Czyta Joanna Jeżewska
39,99  28,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Spis treści

4  Strona redakcyjna

5  PRO­LOG

6  ROZ­DZIAŁ 1

7  ROZ­DZIAŁ 2

8  ROZ­DZIAŁ 3

9  ROZ­DZIAŁ 4

10  ROZ­DZIAŁ 5

11  ROZ­DZIAŁ 6

12  ROZ­DZIAŁ 7

13  ROZ­DZIAŁ 8

14  ROZ­DZIAŁ 9

15  ROZ­DZIAŁ 10

16  ROZ­DZIAŁ 11

17  ROZ­DZIAŁ 12

18  ROZ­DZIAŁ 13

19  ROZ­DZIAŁ 14

20  ROZ­DZIAŁ 15

21  ROZ­DZIAŁ 16

22  ROZ­DZIAŁ 17

23  ROZ­DZIAŁ 18

24  ROZ­DZIAŁ 19

25  ROZ­DZIAŁ 20

26  ROZ­DZIAŁ 21

27  ROZ­DZIAŁ 22

28  ROZ­DZIAŁ 23

29  ROZ­DZIAŁ 24

30  ROZ­DZIAŁ 25

31  ROZ­DZIAŁ 26

32  ROZ­DZIAŁ 27

33  ROZ­DZIAŁ 28

34  ROZ­DZIAŁ 29

35  ROZ­DZIAŁ 30

36  ROZ­DZIAŁ 31

37  ROZ­DZIAŁ 32

38  ROZ­DZIAŁ 33

39  ROZ­DZIAŁ 34

40  ROZ­DZIAŁ 35

41  ROZ­DZIAŁ 36

42  ROZ­DZIAŁ 37

43  ROZ­DZIAŁ 38

44  EPI­LOG

45  OD AUTORA

Redak­cja: Ida Świer­kocka

Korekta: Bar­tosz Szpojda, Beata Wój­cik

Pro­jekt okładki: Magda Kuc

Ilu­stra­cje na okładce: © Hay­den Verry / Arcan­gel, © sema sri­no­ul­jan / Shut­ter­stock, © andreashofmann7777 / Shut­ter­stock

Redak­tor ini­cju­jący: Bar­tło­miej Nawrocki

Copy­ri­ght © by Prze­my­sław Pio­trow­ski, 2021

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Wyda­nie I

ISBN 9788381435826


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Ane­cie, za inspi­ra­cję i nie tylko…

PRO­LOG

Sły­szę, jak dom oddy­cha.

Stare kro­kwie trzesz­czą pod napo­rem wia­tru, kro­ple desz­czu dud­nią w dachówki, w kominku wciąż pali się ogień, któ­rego blade świa­tło rzuca na ścianę pokraczne cie­nie. Cie­nie te przy­po­mi­nają istoty nie z tego świata, w ich tańcu jest coś zło­śli­wego, co mnie drażni. Poru­szają się nie­zgrab­nie, cha­otycz­nie, jakby znaj­do­wały się w jakimś innym wymia­rze i za wszelką cenę chciały prze­do­stać się do mojego świata. Po co? Głu­pie pyta­nie, idio­tyczne. Nie­po­trzeb­nie się nakrę­cam. Ale nie mogę oprzeć się wra­że­niu, że w tym nie­mym tańcu jest coś nie­przy­jem­nego, może nawet pod­łego. To coś nie pozwala mi zamknąć oczu, bo wtedy boję się je ponow­nie otwo­rzyć. Mam bujną wyobraź­nię, zbyt bujną jak na to miej­sce, mimo to jestem tu sama. Ja, ogień i cie­nie na ścia­nie. I her­bata z mio­dem.

Się­gam po kubek. Ma weł­nianą osłonkę w cha­bro­wym kolo­rze. Pod­no­szę go obu­rącz, przy­ty­kam do ust i upi­jam łyk, czuję, jak fala cie­pła roz­cho­dzi się po całym ciele. Zamy­kam powieki, biorę głęb­szy oddech i wypusz­czam powie­trze, wokół moich ust two­rzy się mały obło­czek pary. Wciąż jest zimno i muszę doło­żyć do ognia. Zbie­ram się na odwagę i otwie­ram oczy.

Jestem sama.

Zsu­wam koc i spusz­czam nogi na drew­nianą pod­łogę, na któ­rej leżą kap­cie. Duże, w kolo­rze lazuru, puszy­ste i wło­chate. Wsu­wam w nie stopy, nie­chęt­nie zauwa­żam, że są spuch­nięte, paznok­cie zanie­dbane, nie pamię­tam, kiedy ostat­nio robi­łam pedi­cure. Odrzu­cam tę myśl, tu nikt nie zrobi mi paznokci, o wszystko muszę zadbać sama.

Gdy schy­lam się po leżące obok kominka polana, mój krę­go­słup pro­te­stuje. Kucam, aby go bar­dziej nie nad­wy­rę­żyć, wciąż boli, więc przy­klę­kam. Na pod­ło­dze widzę dro­binki popiołu, drewna i kory, jutro będę musiała je sprząt­nąć. W pojem­niku leżą kawałki drewna, są duże i grube, ale nie narze­kam, dobrze, że przy­naj­mniej ktoś je porą­bał. Otwie­ram prze­szklone drzwiczki, pło­mień syczy, przy­gasa, a potem znów syczy, w górze komina sły­szę gwizd wia­tru. Chwy­tam jedno z więk­szych polan, a potem kolejne, to buk i jesion, ten drugi muszę prze­rzu­cić dwoma rękami, bo jest naprawdę ciężki. Wrzu­cam je do kominka, strze­lają iskry, odru­chowo mrużę oczy i cofam twarz. Pło­mień leni­wie oplata drewno, rośnie, więc zamy­kam osmo­lone drzwiczki, prze­krę­cam wygięty sko­bel i lekko parzę sobie palce, bo jest nagrzany. Przez chwilę patrzę w ogień, klę­czę, kładę ręce na brzu­chu i cze­kam, aż się poru­szy.

Nawet nie drgnie. Chyba śpią.

Na czwo­ra­kach wyco­fuję się na swoje miej­sce. Nie mam siły popra­wiać sta­rej narzuty w kratę, po pro­stu wdra­puję się na kanapę i nakry­wam kocem. Patrzę na zega­rek. Docho­dzi pierw­sza w nocy. Na dwo­rze sza­leje wichura i leje deszcz, a może to już grad, bo izbę wypeł­nia teraz głu­che dud­nie­nie. Bez­listne konary oko­licz­nych drzew co rusz zaglą­dają w czarne okna, wyglą­dają jak rachi­tyczne palce cze­goś, czego nawet nie chcę sobie wyobra­żać. Cza­sem pukają w te okna albo w dach, wtedy się wzdry­gam, ale już rza­dziej niż wcze­śniej. Mimo to nie mogę sobie wyba­czyć, że ścią­gnę­łam zasłony. Cuch­nęły, ale przy­naj­mniej były, a nowych jesz­cze nie kupi­łam i teraz bar­dzo tego żałuję. Sta­ram się więc nie patrzeć w te okna, wciąż oba­wiam się, niczym mała dziew­czynka, że coś może się za nimi czaić. Co takiego? Nie wiem, ale wyobraź­nia pod­suwa mi prze­ra­ża­jące obrazy.

Biorę do ręki romans. Potrze­buję cze­goś lek­kiego, cze­goś, co pod­nie­sie mnie na duchu, sprawi, że znów uwie­rzę w miłość. Czy­tam, ale wciąż sły­szę odgłosy domu. Jęczy, skrzypi, trzesz­czy, jakby chciał do mnie prze­mó­wić, jakby był nawie­dzony przez zjawę, która szuka wyba­wie­nia albo po pro­stu kon­taktu. Z oddali nie­sie się sko­wyt psa, potem wyją kolejne. Tu w każ­dym domo­stwie jest pies. Tylko ja nie mam psa.

Jestem sama.

Znów czuję chłód, jest prze­ni­kliwy, wdziera się pod cie­pły koc. Otwie­ram oczy, panuje pół­mrok. Książka leży na pod­ło­dze, część kar­tek się pognio­tła. Her­bata prze­stała paro­wać, świece też zga­sły. Słaby blask z kominka świad­czy o tym, że ogień dogasa, i znów muszę doło­żyć drewna, aby nie zmar­z­nąć. Zwle­kam się z kanapy, dorzu­cam do pale­ni­ska, wokół panuje nie­zmą­cona cisza. Zer­kam na zega­rek. Już pra­wie czwarta. Drewno znów zaczyna pło­nąć, izbę roz­świe­tla słaby blask, a ja myślę o tym, skąd wytrza­snąć nową żarówkę, bo stara wczo­raj się prze­pa­liła.

 

Odrzu­cam tę myśl i owi­nięta kocem idę do kuchni. Jestem głodna i chyba nie tylko ja. Doty­kam brzu­cha, wydaje mi się ogromny, jak­bym połknęła piłkę lekar­ską. Czuję ruch, zbyt gwał­towny, łapie mnie silny skurcz. Opie­ram się o blat kuchen­nej szafki i sta­ram się oddy­chać, wdech–wydech, wdech–wydech. Koc zsuwa mi się z ramion i opada na pod­łogę. Nie mam sił kuc­nąć, aby go pod­nieść, bo boję się, że zaboli moc­niej niż teraz. Stoję tak przez chwilę, nie wiem jak długo, ból ustaje. Z tru­dem pro­stuję plecy i otwie­ram lodówkę. Wybór jest skromny. Wycią­gam jogurt wani­liowy i parówki. Kie­dyś ni­gdy bym tego nie zja­dła, a przy­naj­mniej nie w takiej kon­fi­gu­ra­cji. Dwa kęsy, trzy, zja­dam parówkę, się­gam też po jogurt. Wycią­gam łyżeczkę i szybko pochła­niam całą zawar­tość. Otwie­ram szafkę, w któ­rej znaj­duje się kubeł na śmieci, i pozby­wam się pudełka po jogur­cie, widzę leżący na pod­ło­dze koc i wiem, że prze­cież muszę go pod­nieść. Lepiej się schy­lić, niż iść po drugi na pię­tro. Nie ma się nad czym zasta­na­wiać, więc chwy­tam się blatu i kucam, się­gam po koc, a następ­nie zarzu­cam go sobie na ramiona. Wtedy kątem oka widzę za oknem jakiś ruch.

Nie­ru­cho­mieję. Chłód jest doj­mu­jący. Sły­szę sko­wyt psa, ale tym razem docho­dzi z bli­ska. Czuję, jak ogar­nia mnie lęk. Pró­buję z nim wal­czyć, wiem, że to tylko pies, ale boję się spoj­rzeć w okno. Głu­pia dzie­wu­cha, myślę, mia­stowa idiotka, powta­rzam sobie, ale wciąż nie mogę się zmu­sić, aby skie­ro­wać wzrok na ten kawa­łek szkła. I wtedy znów widzę ruch.

Jakby ktoś prze­mknął tuż przy ścia­nie z pochod­nią w ręku. Jestem pewna, że widzia­łam zarys postaci, ale kto mógłby o tej porze krę­cić się wokół domu z pochod­nią? Kto w dzi­siej­szych cza­sach używa pochodni? Może jed­nak prze­sa­dzam, może to tylko odbity blask świecy, która prze­cież… zga­sła. Moja wyobraź­nia sza­leje, bły­ska­wicz­nie kre­śli naj­czar­niej­sze sce­na­riu­sze. Serce zaczyna walić coraz moc­niej, cie­pło roz­lewa się po całym ciele, oble­pia mnie strach i wiem, że muszę spoj­rzeć w to pie­przone okno, bo ina­czej osza­leję. W końcu obra­cam głowę, zbli­żam się, aby móc rozej­rzeć się po obej­ściu. Przy­ty­kam nos do zim­nej szyby, patrzę w prawo i w lewo, ale nie ma śladu po czy­jejś byt­no­ści. Tylko drzewa i pró­szący śnieg. Poza tym nie ma nikogo.

Jestem sama.

Głu­pia, naiwna, mia­stowa pinda, myślę sobie. Tu nie ma żad­nych stra­chów, bo to tylko domek na obrze­żach nie­wiel­kiej wsi, w pięk­nym sta­rym lesie, przy rów­nie uro­kli­wym jezio­rze. Powin­naś się cie­szyć, bo w two­jej sytu­acji nic lep­szego nie mogło ci się przy­tra­fić. Tak naprawdę jesteś szczę­ściarą i…

Czuję gwał­towny przy­pływ adre­na­liny. Lodo­waty dreszcz spływa mi po krę­go­słu­pie, bo wiem, i teraz już jestem tego abso­lut­nie pewna, że za oknem ktoś stoi. Widzę to przez zamknięte powieki, widzę blask pochodni. Dzieli nas nie wię­cej niż dzie­sięć cen­ty­me­trów i cienki kawa­łek szkła.

Jestem prze­ra­żona i boję się poru­szyć choćby o cen­ty­metr. Oczami wyobraźni widzę… Nie, to jakiś obłęd! Co się z tobą dzieje, dziew­czyno? Dla­czego sama to sobie robisz? Za oknem nikogo nie ma!

Otwie­ram oczy…

ROZ­DZIAŁ 1

12 sierp­nia

– Zuzka! Zuzka!

Wyry­wam się, ale ktoś mnie trzyma. Mocno. Nie widzę go, jest ciemno, ale czuję silne dło­nie na swo­ich przed­ra­mio­nach. Krzy­czę i pró­buję uwol­nić się z uści­sku.

– Zuzka, to ja. Marek! Obudź się, Zuzka…

Znam ten głos. Czuję na skro­niach zimny pot, włosy kleją mi się do twa­rzy.

– Już dobrze, kocha­nie. To tylko kosz­mar. Jestem przy tobie.

Szar­pię się jesz­cze przez chwilę, ale jego słowa spra­wiają, że powoli się uspo­ka­jam. Roz­glą­dam się nie­pew­nie w ciem­no­ści, wciąż jestem zdez­o­rien­to­wana, ale z każdą kolejną sekundą strach ula­tuje. Jestem w łóżku, pod cie­płą koł­drą, a obok mnie on.

– Już dobrze, Zuza. Mia­łaś jakiś kosz­mar, ale już po wszyst­kim – mówi z tro­ską w gło­sie.

– Boże… – szep­czę. – Boże, Marek…

Oddy­cham głę­boko, serce wciąż wali jak sza­lone, ale już wiem, że jestem bez­pieczna. Wiem, że to tylko kosz­mar. Sły­szę prze­ska­ku­jący pstry­czek i po chwili mrok roz­ja­śnia żół­tawe świa­tło noc­nej lampki. Marek mruży oczy, mruga kil­ka­krot­nie, a potem mnie przy­tula. Sku­lona zata­piam się w jego sil­nych ramio­nach, przy­kła­dam głowę do jego sze­ro­kiej piersi, wtu­lam się w mojego męż­czy­znę i znaj­duję w tym uko­je­nie.

– Już wszystko dobrze, wszystko dobrze, kocha­nie – powta­rza i deli­kat­nie masuje moje nagie ramiona, a ja nie chcę, aby prze­stał.

Jego cie­pły oddech jest mia­rowy i spo­kojny. Spra­wia, że czuję się bez­piecz­nie. Odgar­niam z policz­ków dłu­gie włosy, z któ­rych jestem tak dumna. Nie­dbale zakła­dam je za uszy.

– To… – Nie wiem, co powie­dzieć. On czeka. – To było takie praw­dziwe… – dodaję szep­tem i przy­kła­dam dłoń do brzu­cha. Wciąż jest pra­wie pła­ski, choć widać już nie­wielką wypu­kłość. Jestem w czwar­tym mie­siącu ciąży i noszę w sobie dwie małe istotki, które bar­dzo kocham.

– Prze­stra­szy­łaś mnie, Zuza – szep­cze Marek.

Mil­czę. Wciąż jesz­cze nie zrzu­ci­łam z sie­bie sen­nej paję­czyny. Sta­ram się oddy­chać głę­boko i powoli. Zdaje się, że jestem już cał­kiem przy­tomna, ale sen, nie, nie sen, kosz­mar wciąż sie­dzi mi w gło­wie.

– Śniło mi się… – zaczy­nam, ale nagle uzmy­sła­wiam sobie, że chyba nie powin­nam mówić mu całej prawdy. Wie­rzę, że mu na mnie zależy i mógłby źle zin­ter­pre­to­wać moje słowa. Jesz­cze mu w pełni nie ufam.

Nie prze­staje mnie tulić. Jest deli­katny i wyro­zu­miały.

– Czę­sto mie­wasz kosz­mary? – pyta. Boję się, że w tym pyta­niu jest dru­gie dno.

– Nie – odpo­wia­dam. – To był pierw­szy od wielu lat. – Kła­mię, ale tylko tro­chę.

Kosz­mary towa­rzy­szą mi od zawsze, przez całe moje życie. Kosz­mar to ja. Ale nie mogę mu tego powie­dzieć. Boję się jego reak­cji. I tak wie już wystar­cza­jąco dużo.

– Powiesz, co cię tak prze­ra­ziło? – pyta, w jego tonie sły­chać szczerą tro­skę.

Moje dło­nie w jego rękach są wiot­kie i deli­katne. Jest dużym i sil­nym męż­czy­zną. Inne dziew­czyny może by powie­działy, że takim tro­chę misio­wa­tym, ale ja lubię ten typ face­tów, natu­ral­nych, bez tan­det­nych tatu­aży i eks­tre­mal­nie wyrzeź­bio­nych brzu­chów. Takich, któ­rzy potra­fią nie tylko wyci­skać cię­żary na siłowni, ale też wymie­nić koło w samo­cho­dzie czy uszczelkę w kra­nie. Marek wydaje się wła­śnie takim face­tem. „Wydaje się” to dobre okre­śle­nie, bo tak naprawdę pra­wie go nie znam. I nie wiem, czy dobrze robię, że pozwo­li­łam mu się do sie­bie zbli­żyć tak szybko.

Odwra­cam głowę i nasze usta się spo­ty­kają. Cału­jemy się deli­kat­nie, a potem po pro­stu patrzymy sobie w oczy. Zasta­na­wiam się, gdzie jest haczyk, bo prze­cież tacy męż­czyźni nie ist­nieją. Ale im dłu­żej wpa­truję się w jego ciemne tęczówki, tym moc­niej utwier­dzam się w prze­ko­na­niu, że los po latach jed­nak się do mnie uśmiech­nął. Marek jest dosko­nały i to mnie prze­raża. Do tej pory o ide­ałach czy­ta­łam tylko w baj­kach i roman­sach. I choć wyda­wały mi się one tak nie­wia­ry­godne, że aż głu­pie, pochła­nia­łam je hur­towo i każdy kolejny spra­wiał, że odpły­wa­łam do świata marzeń, do świata, w któ­rym męż­czyźni są męż­czy­znami i wie­dzą, jak zadbać o swoje kobiety. Marek taki wła­śnie jest. Wie, jak zadbać o swoją kobietę. Wie, jak zadbać o mnie. To facet z bajki. Wraż­liwy, opie­kuń­czy, odpo­wie­dzialny, a do tego cał­kiem przy­stojny i naprawdę dobry w łóżku. Myślę, że mógłby mieć każdą…

– Powiesz mi czy idziemy spać? – pyta raz jesz­cze i kła­dzie swoją dłoń na moim brzu­chu.

Tacy męż­czyźni nie ist­nieją, powta­rzam sobie w duchu. Powta­rzam to raz po raz, po raz setny pytam samą sie­bie, dla­czego ten facet chce zwią­zać się z kobietą w czwar­tym mie­siącu ciąży. Ow­szem, jestem atrak­cyjna. Mam dłu­gie włosy w kolo­rze słońca, duże zie­lone oczy, aksa­mitną skórę, pełne usta. Natura nie poską­piła mi rów­nież figury, a moje kształty spra­wiają, że więk­szość męż­czyzn ogląda się za mną na ulicy, z tru­dem powstrzy­mu­jąc się nawet w towa­rzy­stwie swo­ich part­ne­rek. Dłu­gie i szczu­płe nogi, sze­ro­kie bio­dra, wąska talia, jędrny biust. Gdy­bym miała w życiu wię­cej szczę­ścia, pew­nie cho­dzi­ła­bym teraz po wybie­gach dla mode­lek, ale tyle tego szczę­ścia nie mia­łam, a jedyną pro­po­zy­cją, jaką dosta­łam od jed­nego z moich byłych, oka­zała się rola w tanim fil­mie porno.

Znam swoje atuty, tym bar­dziej boję się, że Marek nie jest ze mną szczery. Może pra­gnie tylko mojego ciała, roz­ko­szy, którą może mu ono dać? Może tylko dziś, jutro, poju­trze mówi, że mnie kocha, a za tydzień po pro­stu prze­sta­nie odbie­rać tele­fony, a ja znów zostanę sama, bez pie­nię­dzy, z dłu­gami, bez szans na pod­ję­cie jakiej­kol­wiek pracy, bo kto zatrudni kobietę w ciąży?

Wciąż wpa­truję się w jego błysz­czące źre­nice i nie mogę pozbyć się tar­ga­ją­cych mną wąt­pli­wo­ści. Znów mnie całuje, a ja daję się ponieść emo­cjom. Nie chcę myśleć o tym co złe, chcę zapo­mnieć o tym śnie, o tym, co zoba­czy­łam za oknem.

– Pój­dziemy spać, ale naj­pierw… – szep­czę uwo­dzi­ciel­sko.

Prze­su­wam dłoń w oko­lice jego kro­cza. Jest gotowy, jak zawsze. Całuję go jesz­cze raz, lekko przy­gry­zam dolną wargę. Odwza­jem­nia piesz­czotę, muska ustami szyję, piersi, gryzę jego sutki, wiem, że to lubi. Robimy się zachłanni sie­bie nawza­jem, czuję, że też jestem już gotowa, uno­szę bio­dra, wśli­zguję się na niego i dosia­dam go. Kochamy się długo i namięt­nie, świat wiruje, jestem szczę­śliwa. W końcu nad­cho­dzi orgazm, przez moje ciało prze­biega fala dresz­czy, spi­nam się, krzy­czę, wtedy on jesz­cze przy­spie­sza i chwilę póź­niej eks­plo­duje we mnie niczym gorący wul­kan.

Osu­wam się na niego, wyczer­pana, szczę­śliwa, czuję się jak w bajce. Deli­kat­nie muskam ustami jego ucho i po raz pierw­szy mówię, że go kocham.

ROZ­DZIAŁ 2

13 sierp­nia

Budzi mnie sygnał smart­fona. Odwra­cam się w stronę Marka, ale nieco zasko­czona zauwa­żam, że jego miej­sce jest puste. Przez chwilę po pro­stu leżę i uśmie­cham się pod nosem na wspo­mnie­nie ostat­niej nocy.

Drzwi do sypialni są zamknięte, ale sły­szę, że Marek krząta się po kuchni. Po domu nie­sie się odgłos pra­cu­ją­cego eks­presu i stu­kot noża ude­rza­ją­cego o drew­nianą deskę, sze­lest jakie­goś opa­ko­wa­nia, kroki. Uśmie­cham się do sie­bie. Nagle drzwi otwie­rają się z impe­tem i mój męż­czy­zna wcho­dzi z tacką ze śnia­da­niem. Ma na sobie tylko far­tu­szek imi­tu­jący gołą klatkę pier­siową rzym­skiego gla­dia­tora. Kupi­łam mu go kilka dni temu porwana wspól­nie oglą­da­nym seria­lem o Spar­ta­cu­sie. Jeden z wąt­ków przed­sta­wia rela­cję Lukre­cji, żony wła­ści­ciela ludus, oraz Krik­sosa, mistrza areny, któ­rego ta pierw­sza zmu­sza do pota­jem­nych scha­dzek w wia­do­mym celu.

– Domina… – wita się i z gra­cją kła­dzie tackę na prze­ście­ra­dle. – Dziś pro­po­nuję tosty z serem, szynką i ogór­kiem kiszo­nym oraz jogurt z musem jago­do­wym i cap­puc­cino. Oczy­wi­ście dla pani bez­ko­fe­inowe – dodaje, następ­nie kła­nia się nisko, sta­ra­jąc się przy tym zacho­wać pełną powagę.

Patrzę na niego z nie­do­wie­rza­niem. Jesz­cze raz powta­rzam sobie w duchu, że tacy faceci nie ist­nieją. Pod­chwy­tuję zapro­po­no­waną przez Marka grę i spo­glą­dam na tacę. Pro­fe­sjo­nal­nym okiem oce­niam zdol­no­ści kuli­narne mojego nie­wol­nika, następ­nie w pierw­szej kolej­no­ści się­gam po fili­żankę i upi­jam łyk kawy. Uno­szę brew i rzu­cam swemu słu­dze pełne uzna­nia spoj­rze­nie.

– Posta­ra­łeś się, Marku… to zna­czy Krik­so­sie – popra­wiam się. – W nagrodę możesz wyma­so­wać stopy swej pani – dodaję, nie wycho­dząc z roli.

– Jak moja pani sobie życzy – odpo­wiada i natych­miast przy­klęka na skraju łóżka.

Marek bie­rze moje stopy w dło­nie i zaczyna deli­kat­nie maso­wać, sku­pia­jąc na nich całą swoją uwagę, jakby naprawdę był dyplo­mo­wa­nym masa­ży­stą albo nie­wol­ni­kiem goto­wym speł­nić każde żąda­nie swej pani. Uwiel­biam to, uwiel­biam mieć maso­wane stopy. Odgry­zam kawa­łek tosta, popi­jam pyszną kawą, delek­tuję się tą chwilą. Zer­kam na niego, ale on nie reaguje. Wciąż wydaje się pochło­nięty masa­żem, sku­piony, w pew­nym momen­cie wkłada do ust palce moich stóp i zaczyna je pie­ścić języ­kiem. Cicho poję­kuję, bo to dla mnie naj­więk­sza roz­kosz. Odkła­dam tacę i jesz­cze przez kilka minut pozwa­lam mu pie­ścić moje stopy, a potem odwdzię­czam się w spo­sób, który męż­czyźni uwiel­biają ponad wszystko.

 

– Uwiel­biam cię – szep­czę, gdy leży w pełni zaspo­ko­jony.

– Ja cie­bie też, Zuza – odpo­wiada. – Dzię­kuję, że jesteś – dodaje i gła­dzi mnie po wło­sach.

Leżymy jesz­cze przez kilka minut i choć mogłoby to trwać cały dzień, przy­po­mi­nam sobie, że prze­cież Marek musi dziś po połu­dniu wyje­chać w inte­re­sach. Nie wiem gdzie dokład­nie, ale chyba daleko, bo mówił, że może wró­cić dopiero wie­czo­rem albo nawet w nocy. Zer­kam na zega­rek. Docho­dzi jede­na­sta, naj­wyż­szy czas, aby wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści. Myślę, że miło by mu było, gdy­bym przy­go­to­wała mu na drogę kanapki.

– Pani zmyka do łazie­neczki – oznaj­miam i daję mu buziaka.

Gdy wra­cam, wyką­pana, ucze­sana i uma­lo­wana, Marek leży w dużym pokoju z nosem w smart­fo­nie. Ma na sobie ciem­no­nie­bie­skie dżinsy, raczej z tych bar­dziej ele­ganc­kich, białą koszulę, tylko włosy wciąż są w lek­kim nie­ła­dzie.

– Moja pani już wypie­lę­gno­wała swoje boskie ciało? – pyta, uno­sząc wzrok znad wyświe­tla­cza.

– Tak – odpo­wia­dam. – Pani jest już piękna i pach­nąca.

– Moja pani zawsze jest piękna i pach­nąca.

– Nawet jak jest coraz grub­sza?

– Zawsze.

Marek wstaje z kanapy, pod­cho­dzi do mnie i kła­dzie mi dło­nie na bio­drach, a potem kil­ka­krot­nie całuje mnie w szyję, chwyta i lekko ści­ska pośladki.

– Kocham cię, Zuza – mówi.

– Ja cie­bie też, Marek – odpo­wia­dam.

Przez chwilę namięt­nie się cału­jemy, a potem Marek daje mi deli­kat­nego klapsa i idzie do łazienki.

– Chcesz zostać czy wycho­dzisz? – pyta pod­nie­sio­nym gło­sem. Przez szparę widzę, jak na włosy nakłada żel.

– Umó­wi­łam się w mie­ście z Agatą – odpo­wia­dam. – Pój­dziemy na kawę, poplot­ku­jemy, a potem wpadnę jesz­cze na chwilę do sie­bie.

– Jak chcesz, to może­cie sobie nawet wal­nąć lampkę wina. To zna­czy ona może – popra­wia się. – Ja wcze­śniej niż przed pół­nocą nie wrócę. Wła­śnie dosta­łem wia­do­mość, że chło­paki mogą się spóź­nić, więc mi też zej­dzie tro­chę dłu­żej.

Wiem tyle, że Marek pro­wa­dzi jakieś inte­resy w Niem­czech. Jest kie­row­ni­kiem budowy albo kimś takim. Na pewno odpo­wiada za ludzi, bo czę­sto wspo­mina o chło­pa­kach albo eki­pach mon­ta­żo­wych. Ostat­nio miał lekki zastój, ale firma, w któ­rej pra­cuje, podobno znów dostała zle­ce­nia i szy­kuje się gorący okres.

– To może zosta­niesz na obiad? – pytam.

– Nie, Zuza. Kiedy spa­łaś, zadzwo­ni­łem do tego faceta, który ma mi dostar­czyć drewno na opał. Gość powie­dział, że może być w Topo­rzy­cach koło czter­na­stej, więc pomy­śla­łem, że po dro­dze do Niemca ogarnę ten temat. Nie chcę… – Marek wycho­dzi z łazienki, popra­wia­jąc koł­nie­rzyk koszuli – …nie chcę, żeby zrzu­cił to byle gdzie. Poza tym to wszystko trzeba będzie jesz­cze porą­bać.

– Porą­bać?

– Wycho­dzi taniej, zresztą tro­chę ruchu mi nie zaszko­dzi.

Marek nie jest kre­zu­sem i od początku naszej zna­jo­mo­ści tego przede mną nie ukrywa. Doce­niam to, bo więk­szość face­tów zwy­kle wymy­śla nie­stwo­rzone histo­rie na temat branży, w któ­rej pra­cuje, albo swo­ich zarob­ków tylko po to, aby w eks­pre­so­wym try­bie zacią­gnąć kobietę do łóżka. Ilu to ja już pozna­łam leka­rzy, den­ty­stów czy adwo­ka­tów, któ­rzy o swo­jej pracy mówili tylko, że jest „nudna i lepiej poroz­ma­wiać o czymś przy­jem­niej­szym”. Ci, któ­rzy rze­czy­wi­ście mieli gruby port­fel, z reguły oka­zy­wali się podej­rza­nymi typami z kon­tak­tami w pół­światku albo pod­sta­rza­łymi dyrek­to­rami ban­ków szu­ka­ją­cymi odskoczni od mara­zmu życia rodzin­nego. Przy nich Marek jawi się jako pra­co­wity, zaradny i odpo­wie­dzialny męż­czy­zna, który co prawda nie jest boga­czem, ale potrafi o sie­bie zadbać i nie narzeka na brak pie­nię­dzy, bo wie, jak nimi zarzą­dzać. Tam, gdzie można zna­leźć jakieś oszczęd­no­ści, stara się ogra­ni­czyć wydatki. Od początku bar­dzo podo­bało mi się takie podej­ście. Może dla­tego, że Marek, choć jesz­cze do nie­dawna miał ojca, od zawsze musiał radzić sobie sam.

– Chcia­ła­bym zoba­czyć, jak rąbiesz to drewno – mówię i posy­łam mu filu­terne spoj­rze­nie.

– Zoba­czysz, Zuza, ale dopiero w week­end – odpo­wiada, pusz­cza­jąc do mnie oko. – Elek­trycy muszą jesz­cze dopro­wa­dzić do ładu insta­la­cję i w zasa­dzie będzie można się już wpro­wa­dzać.

– Dach też już zro­bili?

– Podobno koń­czą. Z nimi też chcę się zoba­czyć, ale gwa­ran­tuję, że na week­end dom będzie gotowy.

– To super.

Nie do końca jestem pewna, czy aby na pewno jest super. Prze­pro­wadzka do Topo­rzyc to jedna wielka nie­wia­doma. Wciąż się waham, prze­cież znamy się zale­d­wie kilka tygo­dni.

– Poje­dziemy w pią­tek i posie­dzimy do nie­dzieli – mówi. – Tak na próbę. Jestem pewny, że ci się spodoba.

– Okej.

Ten pomysł aku­rat naprawdę mnie kręci: dwie noce w głu­szy, nad uro­kli­wym jezio­rem, i to w towa­rzy­stwie uko­cha­nego. Brzmi co naj­mniej obie­cu­jąco. Poza tym jeśli mam tam w przy­szło­ści zamiesz­kać, to naj­pierw wypa­da­łoby cha­łupę prze­te­sto­wać, a wspólny week­end wydaje się do tego ide­alną oka­zją.

– Cie­szę się, że ty się cie­szysz. – Marek pakuje do torby przy­go­to­wane przeze mnie kanapki, wyj­muje z lodówki butelkę mro­żo­nej her­baty i zaczyna roz­glą­dać się za klu­czami do samo­chodu. Leżą na stole, więc chwyta je w garść. – Muszę lecieć, kocha­nie. Czuj się jak u sie­bie, a gdy­byś cze­goś potrze­bo­wała, to dzwoń.

– Jedź ostroż­nie. Kocham cię.

– Ja cie­bie też. Pa.

Daje mi ostat­niego buziaka, wsuwa stopy w skó­rzane moka­syny i wycho­dzi z domu. Pod­cho­dzę do drzwi i spo­glą­dam przez wizjer. Mój męż­czy­zna znika za win­klem w głębi kory­ta­rza. Wtedy przy­po­mina mi się sen i to, co zoba­czy­łam za oknem. Momen­tal­nie odkle­jam oko od wizjera, w oba­wie przed tym, że znów mogę to zoba­czyć.

Głu­pia jesteś, myślę, ale i tak prze­krę­cam oba zamki.

* * *

– Daj mu szansę, Zuzka – radzi Agata, która jest moją naj­lep­szą, a w zasa­dzie jedyną przy­ja­ciółką. Ma kru­czo­czarne włosy do ramion, kilka tatu­aży i dwa­na­ście kol­czy­ków: w tym w pępku, języku i nosie. Moja rówie­śniczka, jest dla mnie jak sio­stra, razem wycho­wy­wa­ły­śmy się w domu dziecka. – Nie dość, że jest cho­ler­nie przy­stojny, to jesz­cze samo­dzielny, odpo­wie­dzialny, opie­kuń­czy, tro­skliwy, cie­pły… – wyli­cza na pal­cach, wymow­nie uno­sząc brwi przy każ­dej kolej­nej wyar­ty­ku­ło­wa­nej zale­cie Marka.

– No wła­śnie…

– Pocze­kaj, pocze­kaj, bo nie skoń­czy­łam. Lećmy dalej. – Wysta­wia drugą dłoń. – Doj­rzały, zaradny, samo­wy­star­czalny, pra­co­wity, a do tego nie musisz się mar­twić o teściową, bo nie ma matki, i jesz­cze w bonu­sie masuje ci stopy i daje orga­zmy. Kuźwa, kobieto! Bra­kuje mi pal­ców. Nad czym ty się jesz­cze zasta­na­wiasz?

– No wła­śnie to jest zbyt piękne, żeby było praw­dziwe – odpo­wia­dam, tak tro­chę na prze­kór.

– I wiesz co jesz­cze, Zuza? – Agata nachyla się nad swoją fili­żanką, uda­jąc prze­sad­nie poważną. – Zapo­mnia­ły­śmy o naj­waż­niej­szym.

– No niby o czym?

– Marek jest WOLNY!

Agata chi­cho­cze, łączy pię­ści pod brodą jak mała dziew­czynka, która usły­szała, że zaraz dosta­nie lizaka. Też się uśmie­cham i prze­ko­ma­rzamy się jak dwie nasto­latki, nieco za bar­dzo zwra­ca­jąc uwagę innych klien­tów kawiarni.

– Ale, Aga… – mówię, gdy w końcu prze­sta­jemy świ­ro­wać. – Ja wiem, że wszystko wygląda jak w bajce. Wła­śnie dla­tego mam wąt­pli­wo­ści.

– Daj mu szansę – naci­ska. – Prze­cież nie musisz się od razu haj­tać. Mówisz, że chce cię zabrać do tego domu nad jezio­rem na week­end. Pojedź i prze­ko­naj się, jak tam jest.

– Jestem pewna, że będzie super.

– Sama widzisz…

– Ale… – Przez chwilę zasta­na­wiam się nad tym, co tak naprawdę chcę powie­dzieć. – Zamiesz­kać tam na stałe? Prze­cież to straszna wio­cha. Podobno nawet asfaltu nie ma. Tam psy dupami szcze­kają. I ta nazwa… Topo­rzyce.

– Oj tam, oj tam. Gadasz, jak­byś już tam była. – Agata nabija na widel­czyk kawa­łek muf­finki i wkłada go do ust. – Poza tym czego ty teraz ocze­ku­jesz? Nie­długo uro­dzisz dwie piękne dziew­czynki i co? Masz zamiar co tydzień bie­gać na imprezy? Po tym wszyst­kim tro­chę spo­koju dobrze ci zrobi. Żaden komor­ni­czy kuta­fon nie będzie cię tam nacho­dził. Same plusy, Zuza. Uwa­żam, że to wspa­niały pomysł.

– No nie wiem…

– Ta wio­ska to nie koniec świata – cią­gnie. – Poza tym prze­cież Marek ma samo­chód. Będziesz mobilna. Co ci szko­dzi spró­bo­wać?

– Chyba masz rację. Zresztą… – wzdy­cham, czuję nagły przy­pływ smutku – …chyba nie mam innego wyj­ścia.

– Zawsze jest jakieś wyj­ście, ale nie będę się kłó­cić. To w tej chwili dla cie­bie naj­lep­szy wybór. Kiedy Marek ma zamiar się wpro­wa­dzić?

– Nie­długo. Naj­pierw chce przy­go­to­wać wszystko na tip-top, wypo­wie­dział też umowę najmu w mie­ście. Ale naj­pierw ten week­end.

– To może byśmy was odwie­dzili z Mate­uszem? W sobotę i nie­dzielę ma być gorąco, a my nie mamy żad­nych pla­nów.

Że też wcze­śniej nie przy­szło mi to na myśl. Wyobra­ża­łam sobie, że spę­dzę ten week­end z Mar­kiem tylko we dwoje, ale wizyta przy­ja­ciół to prze­cież fan­ta­styczny pomysł. Od początku tej zna­jo­mo­ści bar­dzo zale­żało mi na tym, aby Marek lepiej poznał Agatę i Mate­usza.

– Chęt­nie – mówię. – Może nawet zosta­li­by­ście na noc? Marek twier­dzi, że dom jest duży.

– A nie będziemy wam prze­szka­dzać…? – pyta przy­ja­ciółka, wymow­nie uno­sząc brew.

– Już mówi­łam, że dom jest duży… – odpo­wia­dam, wyraź­nie kła­dąc nacisk na ostat­nie słowo.

– Skoro tak, to poga­dam z Matim. Chło­paki się napiją, popro­szę go, aby wyba­dał grunt.

– Nie, lepiej nie… – pro­te­stuję.

– Jak chcesz, ale mój stary jest w tym naprawdę dobry. Wiesz… han­dlo­wiec musi mieć bajerę.

Agata od trzech lat jest w cał­kiem uda­nym związku z Mate­uszem. Na początku za nim nie prze­pa­da­łam, uwa­ża­łam, że ode­brał mi jedyną bli­ską osobę. Ow­szem, miał też inne wady, kom­pul­syw­nie grał na kon­soli i palił zioło (choć podobno ostat­nio mocno to ogra­ni­czył), ale miał poczu­cie humoru i nie­źle płatną pracę, a do tego według wszyst­kich zna­ków na nie­bie i ziemi nie oglą­dał się za innymi kobie­tami. Tego, że Agata nie była już wyłącz­nie moja, nie mogłam mu jed­nak wyba­czyć. Wiem, że to strasz­nie samo­lubne, ale nikt wycho­wany w nor­mal­nej rodzi­nie nie zro­zu­mie naszej rela­cji. Przez więk­szość życia były­śmy nie­roz­łączne. W bidulu dzie­li­ły­śmy pokój, potem szkolną ławkę i kolejne przy­gody, począw­szy od kon­cer­tów roc­ko­wych, po wyjazdy za gra­nicę w poszu­ki­wa­niu pracy.