Cherub

Tekst
Z serii: Igor Brudny #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cherub
Cherub
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Cherub
Audio
Cherub
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
39,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Koniec dyskusji. Dziś nie chcę cię już więcej widzieć.

ROZDZIAŁ 7

Prokurator Arleta Winnicka była kobietą niezależną i nieustępliwą w dążeniu do tego, co uważała za dobre dla siebie. Rzadko patrzyła wstecz i nie miała wyrzutów sumienia wobec tych, którzy stanęli jej na drodze. Zwłaszcza wobec mężczyzn, których traktowała do bólu instrumentalnie i którzy w jej mniemaniu byli jedynie środkiem do zdobycia tego, na czym w danej chwili najbardziej jej zależało. Takie postrzeganie świata zaszczepiła jej matka, Marlena Winnicka, apodyktyczna pani dyrektor jednej z największych spółek skarbu państwa, swego czasu należąca do partii, a po przemianie ustrojowej, dzięki nie do końca znanym układom i koneksjom, wyniesiona na tak wysokie stanowisko. Arleta domyślała się, że doszła tam po trupach, ale nigdy jej o to nie pytała, bo matka była osobą o surowym usposobieniu także w domu, a nie miała szans na znalezienie miłości u drugiego z rodziców, bo ojciec – jak matka stosunkowo regularnie jej powtarzała – był nędznym nieudacznikiem, który zostawił ją, gdy miała cztery latka. Arleta nie pamiętała go zbyt dobrze, zwłaszcza że matka pozbyła się wszystkich jego zdjęć i nigdy nie powiedziała o nim choćby jednego dobrego słowa. To z czasem ugruntowało w niej przekonanie, że pewnie taka jest prawda, a fakt, że matka podobne zdanie miała o zdecydowanej większości mężczyzn, tylko pogłębił jej wewnętrzny sprzeciw wobec polskiej, typowo patriarchalnej rzeczywistości.

Słynne z bogatych złóż miedzi Polkowice, w których mała Arletka przyszła na świat, szybko okazały się jednak dla dorastającej Arlety za ciasne. Wyjechała na studia prawnicze do Wrocławia, gdzie poznała przystojnego syna jednego z szanowanych w mieście adwokatów i zdradziła wszelkie zasady, które przez lata wpajała jej matka. Zakochała się w chłopaku bez pamięci, podobnie jak on w niej, bo młodej Arlecie prócz bezspornej inteligencji natura nie poskąpiła też urody. Pobrali się na trzecim roku, ale krótko po ślubie jej ukochany Adrian zmienił się nie do poznania. Przez lata ciągnięty przez ojca za uszy nie miał ambicji, zakładając, że i tak przejmie po nim kancelarię. Większość czasu spędzał więc na graniu na PlayStation albo paleniu trawki z kolegami. Nie minął rok, gdy wolał spędzić noc z jointem w ustach i padem w ręku niż w objęciach swojej pięknej małżonki.

Arleta dopiero odkrywała swoją kobiecość i nie mogła zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, ale po krótkiej rozmowie z matką szybko otrzeźwiała i wystąpiła o rozwód. Sprawa rozwiązała się szybko i bezboleśnie, a niedługo potem młoda rozwódka na jednym z przyjęć, na które zabrała ją matka, poznała zamożnego biznesmena z branży kopalnianej. Był od niej starszy o dwadzieścia osiem lat, ale plasował się na osiemdziesiątym ósmym miejscu w rankingu najbogatszych Polaków według „Forbesa”. Tym razem podeszła do sprawy na chłodno i owinęła sobie mężczyznę wokół palca, dzięki czemu już trzy miesiące później znów stanęła na ślubnym kobiercu.

Maciej Roch okazał się dość ekscentrycznym mężczyzną. Wprowadził ją w świat, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Z czasem wyzwolił jej kobiecość i uświadomił liczne potrzeby, które mogła realizować w jego obecności bez cienia skrępowania, wobec czego Arleta Roch zdołała poznać najgłębsze pokłady swojej mrocznej podświadomości. Szybko zdała sobie sprawę, że bardzo lubi seks, także ten przez większość zakłamanego społeczeństwa uznawany za wyuzdany. Kosztowała więc wszystkiego i wszystko z siebie dawała, w wolnym czasie realizując plan, który sobie założyła. Był on stosunkowo prosty, bo Macieja nie kochała i w odpowiedniej chwili chciała doprowadzić do rozwodu i zagarnięcia części jego majątku. Udało jej się to trzy lata później, a że do tej pory zdołała zrobić aplikację prokuratorską i zdobyć wystarczającą ilość dowodów, które startującego do polityki Macieja mogły ukazać w oczach wyborców w raczej kiepskim świetle, wraz z odejściem zdołała wyszarpać całkiem pokaźną sumę.

Najbardziej z tego wszystkiego zapamiętała moment, gdy już z papierem w ręku wspólnie z matką popijały w rodzinnym domu specjalnie na tę okazję zakupionego szampana z jednego z najlepszych i najdroższych roczników.

– Zuch dziewczyna – powiedziała matka z dumą w głosie. Potem obie kobiety długo siedziały i w milczeniu patrzyły w płonący w kominku ogień.

Mała fortuna, jaka stała się udziałem dwudziestodziewięcioletniej Arlety Winnickiej, nie przewróciła jej jednak w głowie i młoda pani prokurator postanowiła zabrać się do pracy. Najpierw pomyślała o Warszawie, ale świadomość, że jej niedawny mąż dochrapał się poselskiego mandatu, sprawiła, że uznała to za niepotrzebne ryzyko. Potem w kręgu jej zainteresowań pojawił się Wrocław, ale również się z tego wycofała, gdyż szybko się zorientowała, że to także jego prywatny folwark. W końcu uznała, że leżąca stosunkowo niedaleko Polkowic Zielona Góra będzie najlepszym wyborem. Zdoła poznać tajniki profesji, zamknie kilku bandytów, a później zobaczy. Mijał dziesiąty rok jej pracy, którą bardzo sobie chwaliła, bo w ciągu kilku lat wyrobiła sobie pozycję, a miasto – w kontekście nabierającej rozpędu kariery politycznej byłego męża – okazało się cichą przystanią, która Macieja nie interesowała.

Przez ostatnie dziesięć lat pracowała więc na renomę twardej, nieustępliwej i bezwzględnej pani prokurator, a mężczyźni, którzy byli zmuszeni z nią współpracować, przykleili jej łatkę pitbulla w spódnicy. Wiedziała o tym, podobnie jak o „modliszkach”, „żmijach” czy „wrednych sukach”, ale nie robiło to na niej żadnego wrażenia, mało tego, tolerowała to, gdyż pozwalało pracować w spokoju i budować wizerunek kobiety, która wie, czego chce i z którą lepiej nie zadzierać. W ostatnim czasie los dodatkowo się do niej uśmiechnął, bo na emeryturę odszedł inspektor, któremu nawet ona nie mogła odmówić szacunku, ale który w pewnym sensie uniemożliwiał jej pełne rozwinięcie skrzydeł. Od lat cieszył się wyjątkową estymą w policyjnym światku i na koncie miał dziesiątki niezwykle trudnych i skomplikowanych spraw, wobec czego podważanie jego pozycji nawet jej wydawało się niestosowne, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że zdawał się absolutnym przeciwieństwem wzorca mężczyzny, jaki wpoiła jej matka. Dlatego – choć momentami ją to irytowało, bo zajmował się szczególnie interesującymi śledztwami – nie wchodziła mu w drogę. Nieco ponad pół roku temu sytuacja uległa zmianie, ale na krótko, bo po wspólnym rozwiązaniu śledztwa w sprawie kanibala inspektor po pewnych perturbacjach proceduralnych honorowo odszedł na zasłużoną emeryturę. Otworzyła się furtka do przejęcia władzy, bo o ile Romuald Czarnecki – podobnie jak ona sama – należał do wilków, o tyle jego następca, Grzegorz Zimny, co najwyżej mógł uchodzić za barana w stadzie owiec.

Dziś miała zamiar mu to zakomunikować bardzo wyraźnie. Tak aby nikt w powoływanej grupie dochodzeniowo-śledczej, mającej się zająć śmiercią prokuratora Brunona Kotelskiego, nie miał najmniejszych wątpliwości, gdzie jest jego miejsce.

Arleta Winnicka otworzyła drzwi i pewnym krokiem weszła do gabinetu. Wszyscy już na nią czekali.

* * *

Winnicka przewiesiła torebkę przez oparcie krzesła, położyła teczkę z dokumentami na stole i postawiła tam kubek z kawą latte. W środku było już gorąco, bo okna gabinetu przeznaczonego do spotkań zespołu wychodziły na południowy wschód, a poprzedniego wieczoru nikt nie pomyślał, żeby zasłonić żaluzje. Sprawę częściowo ratował staromodny wiatrak (zapewne spuścizna po równie staroświeckim Czarneckim), ale miała wrażenie, że zamiast chłodzić, jedynie miele nagrzane powietrze. Prokurator przywitała się i z zadowoleniem przyjęła fakt, że miejsce, które do tej pory zajmował Czarnecki, jest wolne, a Zimny zajął to, co zwykle – po prawicy prowadzącego. Usiadła i poprawiła poły żakietu, po czym położyła przedramiona na stole i splotła dłonie. W wyuczony sposób pochyliła się nieco, skracając dystans do rozmówców.

– Pracujemy według moich zasad. – Od razu przeszła do sedna sprawy. – Są one proste. Ja prowadzę śledztwo i ja za nie odpowiadam. Ja wydaję polecenia, a wy je wykonujecie. W sprawach, o których nie wspomnę na porannym spotkaniu, daję wam wolną rękę, ale każdą informację, poszlakę czy dowód mające choćby cień wartości dla śledztwa przekazujecie mi w formie pisemnego raportu.

Winnicka taksowała spojrzeniem twarze swoich podwładnych. W zdecydowanej większości znała ich dość dobrze, choć skład w porównaniu z ostatnią sprawą był dość mocno okrojony. Z obecnych w pomieszczeniu najlepiej kojarzyła aspiranta Łukasza Warszawskiego, z którym wcześniej wielokrotnie pracowała. Szanowała go za pracowitość i skuteczność w działaniu, ale także za to, że jest facetem w pełnym tego słowa znaczeniu. Inspektor Grzegorz Zimny, również pracowity, od zawsze kojarzył jej się natomiast z człowiekiem od wykonywania poleceń Czarneckiego. Jej zamiarem było pokazać mu miejsce w szeregu i trzymać go na krótkiej smyczy. Szefowa techników kryminalistycznych Anna Borucka wzbudzała w niej raczej pozytywne emocje, a podczas ostatniego śledztwa przeciwko kanibalowi zdołały nawet nieco się do siebie zbliżyć. Profesjonalistka bez dwóch zdań, choć ostatnio zdarzyła jej się mała, ale wybaczalna wtopa. Patomorfolog Robert Krzywicki jako mężczyzna był dla niej odrażającym typem i szczerze nie znosiła jego knajackiego poczucia humoru, ale nie wątpiła w wysokie kwalifikacje. W spadku po Czarneckim w grupie znalazł się jeszcze aspirant Jakub Wicha, który od lat działał wspólnie z Warszawskim. Nie miała mu nic specjalnego do zarzucenia, choć jawił się jej jako osoba w tym gronie do tej pory dość bezbarwna. Winnicka kontynuowała:

– Oczekuję od was pełnego zaangażowania. Gdy rozdzielimy zadania, każdy ma się skupić na swojej działce i informować mnie na bieżąco. Czy to jasne?

Zebrani pokiwali głowami. Tak jak myślała, Zimny nawet się nie zająknął. Winnicka przyjęła to z zadowoleniem, choć nie wątpiła, że są przyzwyczajeni do zupełnie innej atmosfery. Czarnecki wprowadził swoje zasady, ona musiała wprowadzić swoje. Nie była jednak głupia i zdawała sobie sprawę, że nie może ich terroryzować. Planowała zmienić retorykę i nieco poluzować, ale najpierw musiała wyraźnie zaznaczyć swoją obecność.

 

– Czy mamy w planach poszerzenie grupy? – zagadnął Warszawski.

– Nie wykluczam tego, ale najpierw chcę zapoznać się ze szczegółami i wstępnie określić kierunek działań. Kto pierwszy chce zabrać głos?

– Może ja zacznę – zgłosił się Zimny. – Przygotowałem wstępny raport, który wysłałem wam wczoraj późnym wieczorem. Myślę, że nie ma sensu przedstawiać na forum ofiary, bo chyba wszyscy wiedzą, kim był prokurator Brunon Kotelski. Część z nas znała go osobiście.

– Ktoś ma jakieś obiekcje?

– Wszyscy wiemy, jaki był, co robił i jak skurwiałą miał opinię. – Warszawski włączył się do rozmowy. – Dla mnie sprawa jest prosta. Trafiła kosa na kamień.

– Gdyby wszystko było takie proste, to nie musielibyśmy się tu spotykać, a facet, który to zrobił, już siedziałby za kratkami – skontrowała Winnicka.

– A skąd pomysł, że to facet? – mruknął doktor Krzywicki.

– Słuszna uwaga. – Prokurator, choć niechętnie, przyznała mu rację. – Ale czy wyobrażacie sobie, żeby kobieta mogła przetransportować Kotelskiego w takie miejsce? A następnie zatłuc na śmierć?

– Nie znaleźliśmy żadnych śladów sugerujących, że ofiara była przeniesiona na miejsce zbrodni. Wszystko wskazuje, że Kotelski pojawił się tam z własnej woli.

Winnicka nerwowo poprawiła idealnie przylegające do głowy włosy. Musiała przyznać przed samą sobą, że jest zdenerwowana. Nie spodziewała się tego po sobie, ale jej drobne potknięcia świadczyły, że tak właśnie jest.

– Może został do tego w jakiś sposób zmuszony? – postanowiła ratować sytuację.

– Bez wątpienia miał na koncie kilka grzeszków, ale nie przypominam sobie, żeby z kimś prowadził otwartą wojnę – skomentował Zimny. – Powiedzmy, że był mistrzem w politycznym rozegraniu każdej sprawy. Prędzej skłaniałbym się ku hipotezie, że ktoś go tam zwabił.

– Ten ktoś musiałby mieć bardzo mocną kartę przetargową, żeby ściągnąć stutrzydziestokilogramowego prokuratora w takie miejsce.

– Może miał?

– Zajmiesz się tym, Grzegorz? – Uwaga Winnickiej skupiła się na inspektorze.

– Już wysłałem ludzi, aby przeszukali dwie jego nieruchomości. Po spotkaniu też planowałem się tam wybrać. Jeśli był na tyle nieostrożny, aby trzymać coś w domu, znajdziemy to.

– Na przykład małą Tajkę w szafce nocnej… – Warszawski stłumił wybuch śmiechu.

– To akurat nie jest śmieszne, Łukasz. Ale to ważny trop. Sprawdź, proszę, wszystkie jego wyjazdy z ostatnich trzech lat. Może porobił jakieś zdjęcia albo nakręcił filmy. Swoją drogą ciekawa jestem, czy te wszystkie plotki się potwierdzą.

– To nie plotki, Arleta. Ten knur uwielbiał wszystko, co kończy się na „naście” i nie spierdala na drzewo.

– Znajdź dowód. To też może być ważny trop. Sposób, w jaki zginął, pozwala snuć pewne przypuszczenia.

– Na moje oko bzyknął nie tę laskę co trzeba i dostał od tatusia porządny wycisk.

– Zemsta jest bardzo prawdopodobnym motywem, ale… – Winnicka zdała sobie sprawę, że w ich poczynania wkradło się trochę chaosu i skaczą z tematu na temat, zamiast skupić się na konkretach – …może zacznijmy od tego, co już wiemy na pewno. Anka? Robert?

– Panie przodem… – Krzywicki teatralnym gestem oddał pierwszeństwo Boruckiej.

– Dżentelmen jak zawsze. – Borucka posłała mu w odpowiedzi dwuznaczny uśmiech. – No dobra, choć ostrzegam, że będę operować głównie ogólnikami, bo od wczorajszego wieczora nie zdołaliśmy zbyt wiele ustalić. Zatem… – Szefowa techników przewertowała roboczy skoroszyt. – Mamy odciski palców co najmniej czterech osób, ale nie wiązałabym z nimi wielkich nadziei.

– Dlaczego?

– Zostały zebrane z klamek drzwi i okien, pieca i kilku przyrządów do sprzątania. Na ciele ofiary i w jej najbliższej okolicy nie było ani jednego, co sugeruje, że sprawca działał w rękawiczkach. Z ran udało się natomiast pobrać kilka mikrośladów po narzędziu zbrodni. Przypuszczam, że to jakiś rodzaj bata lub bicza. Myślę, że dziś po południu laboratorium określi, z jakiego materiału był zrobiony. Mamy też sporo włókien, ale… – Borucka westchnęła ciężko – …to szwalnia. Ich zbadanie może potrwać tygodnie.

– A traseolodzy?

– Natrafiliśmy na kilka śladów. Parę nawet nieźle zachowanych. Myślę, że uda się odtworzyć wzór podeszew, a co za tym idzie, rozmiar i markę buta. To jednak również potrwa. Alek odkrył też coś jeszcze… – Borucka wyjęła z teczki fotkę i puściła w obieg. – Widzicie te trzy równo umiejscowione punkty na podłodze?

Zebrani kolejno obejrzeli zdjęcie. Na brudnym linoleum zaznaczono trzy kropki. Leżały względem siebie w takich samych odległościach, tworząc trójkąt równoboczny.

– Nie jest to twardy dowód potwierdzający moją hipotezę, ale na moje oko to ślady po statywie.

– Że niby sprawca wszystko filmował? – mruknął Warszawski.

– Brzmi upiornie, ale…

– Jeśli masz rację, to nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby film trafił w niepowołane ręce.

Zimny przekazał zdjęcie Winnickiej, która zapoznała się z nim ostatnia. Przez dłuższą chwilę przypatrywała się trzem punkcikom.

– Trzeba to potwierdzić – rzekła. – Ten…

– Alek?

– Tak, Alek. Jest tego pewny?

– Na dziewięćdziesiąt procent. A ja lepszego traseologa nie znam.

– Chciałabym z nim porozmawiać. Możesz go przyprowadzić na kolejne spotkanie grupy?

– Oczywiście. – Borucka odgarnęła z czoła niesforny kosmyk. – Jeśli natomiast chodzi o próbki DNA, to pierwsze będą znane najwcześniej pojutrze.

– Niech się sprężają.

– Robimy, co możemy. No i na koniec… – Wzrok Boruckiej skupił się na Zimnym.

– Łańcuszek – dokończył za nią inspektor.

– Jaki łańcuszek…? – Winnicka przekrzywiła głowę w wymowny sposób, który znaczył mniej więcej „jaki, kurwa, łańcuszek i dlaczego nic o tym nie wiem?”.

– Ofiara miała w odbycie srebrny łańcuszek.

– To rzeczywiście ciekawe… – Nikt nie wątpił, że w tonie Winnickiej pobrzmiewa irytacja.

– Nie napisałem o tym w raporcie, bo najpierw chciałem ustalić, czy moja hipoteza co do jego pochodzenia ma solidne podstawy. – Zimny się nie tłumaczył. Mówił spokojnym i pewnym tonem. – Poznałem ten wzór, choć z początku nie mogłem skojarzyć, skąd go znam. Gdy w końcu sobie przypomniałem, pojechaliśmy z Łukaszem do archiwum sądowego, aby się upewnić. Potwierdziliśmy, że łańcuszek jest identyczny z tymi, które zostały zarchiwizowane w czasie śledztwa dotyczącego sierocińca hieronimek.

– A konkretnie?

– Takie łańcuszki dostawali na odchodne wszyscy wychowankowie placówki.

Winnicka przez chwilę analizowała słowa inspektora. Uznała, że to żadne wytłumaczenie. Łańcuszek w odbycie ofiary na pewno nie znalazł się przypadkowo. To była oczywista wiadomość od mordercy.

– Zakładam, że to nie wszystko, bo wciąż nie widzę sensownego wytłumaczenia tego, że ta informacja nie znalazła się w raporcie.

– Wstrzymywałem się, bo z oczywistych względów od razu pomyślałem o znanym nam wszystkim komisarzu Igorze Brudnym…

– Igor Brudny powiadasz… – Wszyscy w pomieszczeniu poczuli, że powiało chłodem. – No dobrze. I co z nim?

– Łańcuszek wyjęty z ofiary był niekompletny. Brakowało krzyżyka, który według pierwszych oględzin nie został ani urwany, ani…

– …nie został w dupie Kotelskiego – wyręczył go Warszawski.

– Dokładnie. Wcześniej to były podejrzenia, ale teraz mam już pewność.

– Że co?

– Że nie został ani urwany, ani nie pozostał w dupie Kotelskiego.

– To może Grzegorz w końcu nas oświecisz, gdzie jest też krzyżyk, bo ta zabawa w kotka i myszkę powoli zaczyna mnie wkurwiać… – Winnicka zabrzmiała, jakby właśnie umieściła Zimnego w oku cyklonu. Za tym spokojem i nienaturalnym wręcz opanowaniem krył się wzbierający na sile huragan.

– Wieczorem zadzwoniłem do Brudnego. Nawet nie ukrywał, że czeka na mój telefon.

– I…

– No…

Zimny spojrzał na zegarek w momencie, gdy rozległo się głośne pukanie do drzwi.

– Prosiłam, żeby nie przeszkadzać! – krzyknęła Winnicka, ale chwilę później usłyszała za plecami skrzypienie zawiasów. Zjeżona zaistniałą sytuacją odwróciła się, aby opieprzyć tego, kto ośmielił się zlekceważyć jej polecenie. Otworzyła usta, aby dać upust wzbierającej wściekłości, ale tylko się zapowietrzyła.

Do gabinetu pewnym krokiem wkroczył Igor Brudny, a za nim Julia Zawadzka. Jeden do zera dla Zimnego, pomyślała Winnicka, po czym tłumiąc gniew, wstała i przywitała się z niespodziewanymi gośćmi.

ROZDZIAŁ 8

– Dzień dobry wszystkim – przywitał się Brudny.

W pomieszczeniu rozległy się pełne sympatii odpowiedzi. Członkowie grupy zdążyli go polubić i to było widać, bo nawet jeśli o to nie zabiegał, styl, w jakim rozprawił się z dwoma poprzednimi śledztwami, musiał zrobić wrażenie na grupie profesjonalistów, do których bezsprzecznie należeli. Z jednym wyjątkiem…

– Dzień dobry, komisarzu. – Winnicka podała mu szczupłą dłoń. Brudny ujął ją i spojrzał jej w oczy. – Właśnie o panu rozmawialiśmy.

– Zdążyliśmy już przejść na ty, więc nie sądzę, abyśmy musieli udawać – odparł, delikatnie ściskając jej dłoń. – Chyba że chcesz, abyśmy do tego wrócili?

– Nie musimy – odparła wyraźnie zakłopotana.

Do tej pory nikt nawet nie podejrzewał, że mogli zbliżyć się na tyle, aby poluzować zasady etykiety. Niemal przez całe śledztwo w sprawie kanibala wiało pomiędzy nimi chłodem, wobec czego takie słowa Brudnego mogły wzbudzić podejrzenia. Ostatnim, czego w tej chwili potrzebowała, były złośliwe plotki.

Winnicka podała rękę Zawadzkiej. Spojrzały sobie w oczy, ale zaskoczona niespodziewaną wizytą prokurator pierwsza spuściła wzrok i wskazała im wolne krzesła. Gdy z powrotem zajmowała swoje miejsce, czuła się jak idiotka, ale liczyła na to, że reszta grupy nie dostrzegła jej nagłego zdezorientowania. Nie miała wiele czasu, aby przemyśleć, jak rozegrać tę partię. Czuła, że znalazła się w defensywie, a bardzo tego nie lubiła.

Mimowolnie stanęła jej przed oczami sytuacja z pokoju hotelowego. Nikt nie upokorzył jej w życiu tak mocno, jak wtedy Igor Brudny.

Opanuj się, kobieto, pomyślała. Nie daj temu sukinsynowi satysfakcji i rób swoje.

Nerwowo przesunęła dłonią po idealnej fryzurze, a następnie naciągnęła poły żakietu. Nagle zdała sobie sprawę, że wszystko trwa zbyt długo, a komisarz zdążył się już ze wszystkimi przywitać, a nawet wymienić kilka uwag. Zrobiło się luźniej, ale wcale nie z jej powodu. Musiała zareagować.

– Zatem… – zaczęła, gdy Brudny w końcu zajął miejsce. – Zdaje się, że nie wpadłeś do nas na kawę.

– Na kawę nie przyjechałem, ale skoro już jestem, to chętnie bym się napił.

Kolejny policzek. Brudny był ponadprzeciętnie inteligentny i potrafił wbić szpilkę, po której obrażenia zdawały się nie mniejsze niż od strzału w brzuch. Myśl, że Czarnecki często parzył kawę osobiście, tylko wzmogła to wrażenie.

– Czajnik stoi przy zlewie – odparła.

– To może napiję się później. Nie chciałem przerywać.

– Przejdźmy do meritum, dobrze? – Winnicka powoli zaczęła wracać do równowagi. – Grzegorz powiedział, że dostałeś przesyłkę. Zakładam, że to z tego powodu tu jesteś…

Brudny sięgnął do kieszeni dżinsów i wyciągnął mały woreczek strunowy. Położył go na stole i popchnął w kierunku prokurator.

– Ten krzyżyk został przysłany do mojego biura wczoraj po południu – rzekł zmęczonym głosem. – Pewnie już wiecie, kto, gdzie i kiedy taki otrzymywał, więc nie będę się rozwijał. Chcę wiedzieć, dlaczego ofiara miała w tyłku resztę.

– Też chcemy się tego dowiedzieć – odparła Winnicka. Wzięła do ręki kawałek folii i obejrzała zawartość. – Trzeba go oddać do laboratorium. A co z kopertą?

Zawadzka sięgnęła do torebki i wyciągnęła zabezpieczoną w folii kopertę. Położyła ją na stole i przesunęła do siedzącej obok Boruckiej.

– Dotykałeś jej? – zapytała szefowa techników.

– Nie ma tam moich paluchów, jeśli o to pytasz. Od początku wydała mi się podejrzana, więc otwierałem ją w rękawiczkach.

– Przezorny zawsze ubezpieczony.

– Ale to nie znaczy, że nie przeszła przez inne ręce.

– Zobaczymy, co da się z niej wyciągnąć. Powiedziałabym, że pismo jest dość charakterystyczne…

– Mogę zobaczyć?

Koperta trafiła do Winnickiej. Odłożyła krzyżyk, który teraz trafił w obieg. Rzeczywiście pismo było staranne, litery równe, a ich brzuszki naturalnie wypukłe. Wyglądało, jakby zostało nałożone na papier powoli przez kaligrafa albo kogoś, kto bardzo dba o jakość tego, co wychodzi spod jego pióra.

 

– Potraktuj to jako priorytet. – Winnicka posłała Boruckiej wymowne spojrzenie i podała kopertę do obejrzenia Zimnemu.

– Po spotkaniu od razu jadę do laboratorium, więc zajmę się tym osobiście.

– Świetnie. Wracając do tematu… – Uwaga prokurator znów skupiła się na Brudnym. Pomyślała, że teraz czas, aby ona trochę mu dopiekła. – Dziękujemy za przekazane dowody, ale powiedz, Igor… Na co liczysz, przyjeżdżając tu bez uprzedzenia?

– Z reguły się nie powtarzam, ale dla ciebie zrobię wyjątek. Chcę się dowiedzieć, dlaczego ofiara miała w tyłku resztę tego, co tu przywiozłem.

– Składasz oficjalną prośbę o przyjęcie do zespołu?

– Mówię tylko, że z wami lub bez was, ale dowiem się, dlaczego ktoś zajebał Kotelskiego i dlaczego po raz, kurwa, kolejny chce mnie w to wszystko wplątać.

– To nie jest odpowiedź, Igor…

– Jeśli ci na tym zależy, to może najpierw załatw sprawę z Berylem?

– Kim?

– To mój przełożony. Powiedzmy, że ostatnio nam trochę nie po drodze. Może być zaskoczony, gdy do niego zadzwonisz.

Warszawski stłumił śmiech. Borucka i Krzywicki też zacisnęli usta w wąską linię. Nie umknęło to uwadze Winnickiej.

– Wrócimy do tematu. Robert, kiedy sekcja?

– Osiemnasta może być? W prosektorium będzie już luźniej.

– Może być. Kończymy spotkanie. Weźcie się do pracy.

W pokoju nagle znów zrobiło się gwarno. Ludzie pozbierali swoje rzeczy ze stołu, ale nie rwali się do opuszczenia gabinetu. Borucka zaczęła rozmawiać z Zawadzką, Brudny z Warszawskim i Krzywickim. Wymieniali uwagi niezwiązane z obecnie prowadzonym śledztwem. Winnicka obserwowała to z rosnącą złością. Ten człowiek nie działał na nią jak płachta na byka – on sprawiał, że w jej żyłach zamiast krwi zaczynała płynąć bulgocząca magma.

– Igor? – Nie mogła dłużej na to przyzwalać. – Możemy porozmawiać w cztery oczy?

– Pewnie.

Warszawski z Krzywickim, wyczuwając, że balansują na granicy, postanowili się ulotnić. Pożegnali się i opuścili gabinet chwilę po Zimnym i Boruckiej.

– W cztery oczy – powtórzyła bardziej stanowczo Winnicka, gdy Zawadzka nie ruszyła się z miejsca.

Podkomisarz rzuciła jej cierpkie spojrzenie i chwyciwszy torebkę, skierowała się do drzwi. Brudny i Winnicka zostali sami.

* * *

Prokurator podeszła do elektrycznego czajnika i wstawiła wodę. Nie do końca miała pomysł, jak to rozegrać. Z punktu widzenia śledztwa obecność Brudnego zdawała się niemal konieczna, ale incydent sprzed pół roku sprawił, że wpadła w swoistą pułapkę. Miała pełne prawo wygonić go z pokoju, ale tego nie zrobiła. Mogła zrobić to teraz, ale tego nie chciała.

– Mocna, czarna, dobrze pamiętam?

– Tak.

Czekała w milczeniu, aż woda się zagotuje. Czuła na sobie jego wzrok. On też milczał.

Gdy w końcu zalała kawę wodą, odwróciła się i wręczyła kubek Brudnemu. Złapała się na tym, że złość, jaką w sobie tłumiła przez ostatnie kilkanaście minut, nagle uleciała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tak jakby tamten wieczór został wymazany z pamięci. Tak jakby wtedy Brudny jej nie upokorzył. Mimowolnie zakręciła biodrami, po czym oparła się pośladkami o szafkę. Nie panowała nad swoimi odruchami i bardzo ją to irytowało. Ale nie mogła przestać. Ten facet sprawiał, że nie była sobą.

– Jak sobie wyobrażasz tę współpracę, Igor? – zapytała, starając się ukryć zdenerwowanie i zachować maksymalnie neutralny ton.

– Nie zabiegałem o zaproszenie na ten bal – mruknął.

– Zapewne…

– Otrzymałem je jednak. I muszę na nim zatańczyć.

– Nie odpowiedziałeś na pytanie…

– Mogę zapalić?

– Proszę bardzo. Popielniczka jest przy oknie.

Brudny sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął pomiętą paczkę. Zrobił kilka kroków w stronę ściany z dwoma dużymi oknami. Winnicka zmierzyła go drapieżnym wzrokiem. Pomyślała, że zasłużył na soczystego kopa w jaja, ale myśl szybko uleciała. Komisarz uchylił okno i przypalił papierosa.

– Słuchaj, Arleta – zaczął, gdy wypuścił pierwszą chmurę dymu. – Nie mam zamiaru wchodzić ci w drogę. Nie muszę tu codziennie przychodzić. Wystarczy mi podstawowy dostęp i możliwość kontaktu z członkami grupy.

– Nie działam w ten sposób – odparła kategorycznie. – Albo grasz ze mną, albo przeciwko mnie.

– Po co ci to?

– Chyba ja powinnam zapytać o to ciebie.

– I tak tu zostanę, bo ktokolwiek zabił Kotelskiego, zaprosił mnie do swojej gry. Prowadziłaś kiedyś śledztwo przeciwko psychopacie?

Brudny wiedział, że nie. Przed przyjazdem sprawdził z Julką całą historię śledztw prowadzonych przez Winnicką. Od lat palmę pierwszeństwa dzierżył Lis, który działając wspólnie z Czarneckim, zwykle brał te najbardziej interesujące. Ona wyszła z jego cienia dopiero przy sprawie kanibala.

– Kilku się przewinęło…

– Nie mam na myśli synalka, który zarżnął babcię dla stu złotych, czy dziadka, który zarąbał sąsiada siekierą, bo przegrał w karty. Nawet tamtego kanibala, który bardziej kierował się instynktem niż zdrowym rozsądkiem. Mówię o człowieku, który od początku do końca ma wszystko przemyślane. Który ma plan, nie zostawia śladów i dba o każdy szczegół.

To były jej sprawy. Prześwietlił ją. Zrobiła krok w jego kierunku i odebrała mu papierosa. W rozmowie z nikim innym nie posunęłaby się tak daleko, ale nie mogła się opanować. Przestała myśleć, aby się powstrzymywać.

– Nie – odparła szczerze.

– A teraz z kimś takim przyjdzie ci się zmierzyć…

– To przeczucie czy wiesz coś, czym chciałbyś się ze mną podzielić?

– Przeczucie. Na razie…

Brudny odwrócił się i omiótł wzrokiem skąpany w słońcu dziedziniec, który oddzielał budynek komendy od ulicy. Spodziewał się pytania, jakie zaraz padnie.

– To ma jakiś związek z tym sierocińcem, prawda?

– Tak sądzę – mruknął. – Ten łańcuszek na to wskazuje.

– Więc nie dajesz mi wyboru i ewidentnie zmuszasz mnie, żebym oficjalnie przyjęła cię do zespołu.

Prokurator znów zaciągnęła się jego papierosem. Dym wydmuchnęła mu prosto w twarz. Brudny pozwolił, żeby owiał jego policzki.

– Wiesz, że Igor Brudny nie jestem łatwym człowiekiem… – mruknął.

– Wiem.

– I że chodzi własnymi drogami.

– Wiem.

Komisarz oparł się o parapet. Przez chwilę milczał, wpatrując się bezwiednie w bawiące się w parku dzieci.

– No dobra – rzekł po dłuższym namyśle. – Załatw temat oficjalną ścieżką z Berylem.

– Naprawdę nie wie, że tu jesteś?

– Nie. I pewnie już ciska gromy, że nie pojawiłem się w komisariacie.

– Masz jaja, Igor. – Uniosła brew, zerkając w okolice jego krocza. – Daj mi jego numer, to się tym zajmę.

Brudny podyktował z pamięci. Winnicka powolnym krokiem podeszła do krzesła i wyjęła komórkę z torebki. Wybrała podany numer. Nie spodziewał się, że zrobi to od razu. Rozmowa była stosunkowo krótka, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę specyficzną sytuację, w jakiej się znaleźli. Przedstawiła sprawę tak, że Beryl nie miał wyjścia. Musiał się zgodzić. „Obecność komisarza Brudnego jest absolutnie nieodzowna” – skądś znał ten tekst i zastanawiał się, czy Winnicka posłużyła się cytatem z szerokiej gamy wystąpień Czarneckiego.

Gdy się rozłączyła, ponownie wyjęła papierosa z ust Brudnego i zaciągnąwszy się, zgasiła go w popielniczce.

– Mam jednak dwa warunki – oznajmiła bardziej stanowczo. – Po pierwsze, nigdy więcej nie będziesz podważał przy ludziach moich kompetencji. Czy to jasne?

Ton jej wypowiedzi zdradzał, że jest śmiertelnie poważna. Brudny kiwnął głową na znak, że się zgadza.

– A po drugie? – zagadnął.

– Po drugie, trzymaj tę blond pindę z dala ode mnie.