Cherub

Tekst
Z serii: Igor Brudny #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cherub
Cherub
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Cherub
Audio
Cherub
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
39,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 5

Wielka mewa przefrunęła, niemal zahaczając o leżącą na kolanach książkę. Inspektor Romuald Czarnecki aż podskoczył z wrażenia.

– Widziałaś ją? – zapytał żonę.

– Kogo? – Jadwiga Czarnecka zsunęła okulary przeciwsłoneczne.

– Mewę.

– Pełno tu mew, kochanie.

– Ale ta… Zresztą nieważne. Nic takiego.

Czarnecki z powrotem wygodnie rozsiadł się w leżaku i otworzył książkę. Dochodziła jedenasta, a już skwar lał się z nieba. Otoczeni nieodłącznym parawanem z wizerunkami śmiesznych marynarzy wspólnie z Jadwigą wygrzewali kości od dobrych trzech godzin i powoli zaczynał się nudzić. Miał na sobie tylko niebieskie slipki, okulary przeciwsłoneczne i klapki. Czytał lekki kryminał, który poleciła mu żona. Nie przepadał za tego typu literaturą, bo wiecznie odnajdywał błędy proceduralne, wobec których jako stary gliniarz nie mógł przejść obojętnie. Ten jednak okazał się całkiem przyzwoity i nawet jeśli momentami autor trochę fabularnie odlatywał, czytało się nieźle, a książka dawała konkretną rozrywkę.

– I co? Pan inspektor już wie, kto zabija? – zagadnęła żona.

– Emerytowany pan inspektor – sprostował ją. – Mam swoje podejrzenia.

– Jestem przekonana, że się mylisz – rzuciła mu wyzwanie.

– To się okaże. Podasz mi wodę?

Czarnecka sięgnęła do plażowej torby po butelkę mineralnej i podała ją mężowi. Inspektor odłożył książkę i wyciągnął dwa plastikowe kubeczki. Napełnił je, wręczył jeden żonie, a swój opróżnił.

– Chyba pójdę się trochę schłodzić – oznajmił.

– Tylko uważaj, bo o tej porze woda w morzu wcale nie jest taka ciepła.

– Dobrze, kochanie.

Czarnecki podniósł się z leżaka. Mimo że nie minęła jeszcze połowa czerwca, plaża w Kołobrzegu tętniła życiem. Setki kolorowych parawanów, fruwające latawce, szybujące mewy, dokazujące dzieciaki i zachwalający swoje towary sprzedawcy – wszystko to składało się na jedyny w swoim rodzaju klimat, jaki można było spotkać tylko nad polskim morzem. Czarnecki poprawił slipki i wolnym krokiem, klucząc pomiędzy fantazyjnymi parawanami, skierował się w stronę wody. Spędził w niej kilka minut, zastanawiając się nad przyszłością. Od blisko pół roku był na emeryturze i zaczynał mu doskwierać brak zajęcia. Oczywiście miało to swoje dobre strony. Mógł więcej czasu poświęcić żonie, ale już kontakt z żyjącymi za granicą dziećmi wcale nie okazał się tak częsty, jak to sobie wyobrażał. Ilona i Jarek mieli swoje życie, ciężko pracowali i pomijając jedną kilkudniową wizytę w Wiedniu u syna oraz wspólnie spędzone święta Wielkiej Nocy, do tej pory nie było okazji do częstszych spotkań. Przeczytał wszystkie zalegające na półkach książki, a do kilku ulubionych wrócił i przeczytał je jeszcze raz. Pobyt u siostrzeńca też dobiegał końca i już za kilka dni miał wrócić do Zielonej Góry. Złapał się na tym, że brakuje mu tego specyficznego, niepowtarzalnego uczucia pojedynkowania się z przeciwnikiem. Sudoku i sporadycznie rozgrywane partie szachów ze szwagrem nie były w stanie zastąpić dopływu dawki adrenaliny, jaką oferowała mu praca w policji. Co prawda dwa ostatnie śledztwa dostarczyły mu jej aż nadto, mimo to nie mógł udawać, że mu tego wszystkiego nie brakuje.

Wyszedł z wody i wrócił do żony. Jadwiga wypoczywała na leżaku. W jego oczach jak zwykle prezentowała się olśniewająco. Pomyślał, że bardzo ją kocha. Za to, jaka była dla niego przez te trzydzieści lat samotności, gdy on dniami i nocami uganiał się za zbirami wszelkiej maści.

– Ktoś do ciebie dzwonił – oznajmiła, strzepując drobinki piasku z brzucha.

– Kto?

– Nie wiem. Nie patrzyłam. Jak woda w morzu?

– Przyzwoita. Siedemnaście, osiemnaście stopni.

– Brrr… – Jadwiga udała, że trzęsie się z zimna. – Jak wy, faceci, możecie czerpać przyjemność z kąpania się w takiej lodówce?

– Naprawdę nie jest taka zła. Też mogłabyś się trochę schłodzić.

– Podziękuję. Wytrzyj się, bo masz gęsią skórkę.

Czarnecka sięgnęła po znajdujący się w torbie ręcznik i wręczyła go mężowi. Inspektor wytarł się i trochę niezgrabnie przysiadł na leżaku, który pod jego ciężarem omal się nie wywrócił.

– Ech… – mruknął. – Starość nie radość.

– Wyglądasz świetnie, mężu. – Czarnecka uniosła okulary przeciwsłoneczne i posłała mu całusa.

– Ciekawe jak długo? Od przejścia na emeryturę przytyłem prawie pięć kilogramów, a to dopiero pół roku.

– A wiesz, że… – Podniosła się i wychyliła głowę ponad parawan. – Przed chwilą wpadła tu jakaś piłka do siatkówki. O tam, popatrz. Gra grupka facetów i to mniej więcej w twoim wieku. Chętnie popatrzę, jak mój heros pokazuje im, kto tu rządzi…

– O nie, kochanie. Starego gliniarza tak łatwo nie podejdziesz.

– Przecież uwielbiasz siatkówkę. Pamiętam, że kiedyś grałeś i zawsze chwaliłeś się, jaki z ciebie… kozak, tak chyba młodzi dziś mówią.

– Dawno i nieprawda. – Czarnecki z powrotem rozłożył się wygodnie na leżaku.

– Czyżby mój inspektor szukał wymówki?

– Jadzia…

– To nie marudź, że przytyłeś. O!

– Ech…

Czarnecki podniósł się i przez chwilę przyglądał się grającej ekipie. Prócz jednej młodszej pary reszta mężczyzn rzeczywiście była na oko po pięćdziesiątce. I wcale nie wyglądali lepiej od niego. Pomyślał, że pomysł żony wcale nie jest taki najgorszy. Wstał i bez słowa zaczął się rozciągać. Jadwiga zsunęła okulary na nos i z szelmowskim uśmiechem przez kilkanaście sekund mierzyła męża wzrokiem.

– Mmm… – mruknęła. – Sprawiasz, że znów zaczynam się czuć jak dwudziestolatka.

– A teraz chcesz mnie jeszcze rozproszyć?

– Na razie to ty mnie rozpraszasz, mężu…

– Oj, Jadwiga…

– No idź już, idź, a ja sobie popatrzę.

Czarnecki uśmiechnął się do żony i już miał ruszyć w kierunku grającej paczki, gdy usłyszał sygnał dzwoniącego telefonu. Przez moment chciał go zignorować, ale pochylił się nad torbą i wygrzebał urządzenie. Ku swojemu zdumieniu zobaczył, że dzwoni Igor Brudny. Odebrał.

– Dzień dobry, komisarzu – przywitał się w starym stylu.

– Dzień dobry, inspektorze. Nie przeszkadzam?

– Ależ skąd! Korzystam z leniwego i nudnego życia na policyjnej emeryturze. Jestem z żoną na plaży i właśnie miałem iść pograć w siatkówkę, ale to może poczekać. Długo się nie słyszeliśmy. Co u ciebie, Igor?

– Widzę, że nie wiesz, co się stało?

Czarnecki zdołał poznać Brudnego na tyle, że jego brak ogłady nie robił już na nim żadnego wrażenia. Ale ton głosu komisarza i wyraźnie sugestywne pytanie sprawiły, że poczuł niepokój.

– Wybacz, ale nie wiem, co masz na myśli. Co się stało?

– Nie żyje Kotelski. Media podają, że został zamordowany.

– Prokurator Brunon Kotelski? – Czarnecki usiadł z powrotem na leżaku.

– Został znaleziony w piwnicy jakiejś szwalni. Podobno straszna jatka. Mogę ci wysłać link do artykułu „Gazety Lubuskiej”.

– Znajdę. – Czarnecki przez chwilę próbował zebrać myśli. – To poważna sprawa. Zaraz przekręcę do Grzegorza i zapytam o szczegóły.

– Zapytaj, bo… – Brudny się zawahał. – Generalnie miałbym to w dupie, ale w zbiegi okoliczności nie wierzę.

– Wyczuwam kłopoty…

– Znasz mnie, Romek. Dzwonię do ciebie, bo tylko tobie ufam.

– Mów.

– Dziś dostałem list. Zwykła koperta bąbelkowa z moim imieniem i nazwiskiem. Jak się zapewne domyślasz, nie było na niej danych nadawcy. – Czarnecki usłyszał, że Brudny zaciąga się papierosem. – W środku znajdowała się tylko mała zawieszka. Srebrny krzyżyk. Coś ci to mówi?

– Niespecjalnie.

– Taki sam dostawał każdy wychowanek wychodzący z sierocińca hieronimek.

– Ooo… – Czarnecki przez kilka następnych sekund próbował przeanalizować ostatnie słowa komisarza. – Dziwna sprawa – mruknął po chwili przerwy.

– Też tak pomyślałem i na wszelki wypadek zajrzałem do internetowego wydania „Gazety Lubuskiej”. Na pierwszej stronie wali po oczach tekst o brutalnym morderstwie Kotelskiego. Podobnie na stronach Radia Zielona Góra, Radia Zachód i lokalnego oddziału „Wyborczej”. Za kilka godzin sprawa przebije się do mediów ogólnokrajowych i znając życie, pewnie moja gęba znów będzie wyświetlana na każdym kanale.

– Nie wybiegałbym tak daleko w przyszłość. Na razie nic cię z tą sprawą nie łączy.

– Słuchaj, Romek. – Czarnecki znów usłyszał świst wydychanego powietrza. – Wiesz dobrze, że dziennikarze wygrzebią wszystko. Pewnie zaczną kombinować i wywleką historię z Kwiczołem i śledztwem w sprawie kanibala. Daję sobie rękę uciąć, że jeszcze dziś wieczorem usłyszysz w telewizji o wilkołaku.

Nawet jeśli przewidywania Brudnego w pierwszej chwili zdawały się przesadzone, należało założyć, że taki rozwój sytuacji był jak najbardziej realny. Kotelski był dla mediów łakomym kąskiem, bo miał na koncie kilka grzechów, a śledztwo w sprawie głośnego mordercy-kanibala o wymownym przydomku „Wilk” wbrew pozorom było z jego osobą dość ściśle powiązane. Co gorsza, z Brudnym i Czarneckim – zwłaszcza Czarneckim – nawet bardziej. Tamta historia była poważną rysą na niemal krystalicznym wizerunku inspektora i bezpośrednim powodem decyzji o przejściu w stan spoczynku.

– Czego ode mnie oczekujesz? – zapytał.

– Dowiedz się, o co tam chodzi.

– Zadzwonię do Grzegorza.

– Dzięki.

– Nie ma za co.

– Cześć.

– Cześć.

Połączenie zostało zakończone. Czarnecki przez chwilę próbował zebrać myśli. Dostrzegł niepokój na twarzy żony.

– Kto to był? – zapytała.

– Igor Brudny. Podobno w Zielonej Górze zamordowano prokuratora Brunona Kotelskiego.

– Mój Boże…

– Przepraszam, Jadziu, ale muszę zadzwonić do Grzegorza.

– Musisz? Naprawdę? Przecież…

– Spokojnie. To tylko telefon. Chcę poznać szczegóły. Możesz mi podać okulary, proszę?

Czarnecka w milczeniu wygrzebała etui z okularami i wręczyła je mężowi. Przy okazji wyciągnęła banana i z wyraźnie niezadowoloną miną zaczęła obierać go ze skórki. Inspektor zapoznał się z najświeższymi newsami, po czym wybrał numer Zimnego.

 

– Cześć, Grzegorz – przywitał się.

– Cześć. Już wiesz?

– Tak. Co tam się stało?

– Znaleźliśmy Kotelskiego w piwnicy jednej ze szwalni przy Wiejskiej. Nie chcę spekulować, ale to chyba grubsza sprawa.

– Morderstwo prokuratora to zawsze jest gruba sprawa, Grzegorz.

– No tak… Zatem jeśli spojrzymy na to w ten sposób, to jest to cholernie gruba sprawa.

– Jak zginął?

– Ktoś wychłostał go na śmierć.

– Jak to wychłostał? – Czarnecki zmarszczył brwi.

– No tłukł go, aż się wykrwawił. Nie chciałbyś oglądać zwłok. Wyglądają, jakby przejechał po nich kombajn.

– Macie pierwsze wnioski? Podejrzanego?

– Na razie nie. Zwłoki zostały zabrane do Roberta do prosektorium. Borucka też zrobiła swoje, choć nie trafiliśmy na ślady po paluchach. Jej ludzie jeszcze nie skończyli, więc może do wieczora coś znajdą, ale wszystko wskazuje na to, że sprawca działał w rękawiczkach.

Czarnecki kątem oka dostrzegł, że żona przygląda mu się z niepokojem. Na pewno nie była zadowolona z tego, co słyszała. Wnioski nasuwały się same.

– Kto wziął tę sprawę?

– Winnicka.

– Uważaj na nią, Grzegorz.

– Poradzę sobie.

W głowie inspektora błyskawicznie pojawiła się myśl, że Zimny właśnie może sobie nie poradzić. Prokurator Arleta Winnicka przez wielu była przyrównywana do modliszki i choć Czarnecki nie do końca zgadzał się z takim określeniem, musiał przyznać, że potrafi być ostra jak brzytwa. Współpracował z nią raz przy swoim ostatnim śledztwie i nie mógł narzekać. Postawił twarde warunki i Winnicka na nie przystała, dzięki czemu udało mu się ją poskromić. Prawdopodobieństwo, że Zimnemu, mającemu opinię wiecznie wykonującego rozkazy wyrobnika, wejdzie na głowę, było znacznie większe.

Czarnecki uznał, że nie powinien więcej poruszać tego tematu. Nowy prowadzący musiał podjąć wyzwanie, czy to mu się podobało, czy nie.

– Co z mediami?

– Nie wiem, jakim cudem tak szybko dowiedzieli się, że to Kotelski. Na jutro zaplanowałem konferencję prasową. A tak w ogóle… Nie powinieneś wylegiwać się teraz nad morzem?

– Owszem, ale ta informacja nieco zburzyła mój wewnętrzny spokój. Wiesz, Grzegorz… – Czarnecki przez chwilę szukał odpowiednich słów. – Media będą drążyć. Wszyscy wiemy, że Kotelski nie był święty. Odgrzebią jego grzeszki, dotrą do tych wszystkich kobiet, w końcu wrócą do sprawy kanibala. Nie chciałbym… no wiesz… – Czarnecki nerwowo poprawił okulary. – Teraz ty tam rządzisz…

– Romek. Nie wygłupiaj się.

– Do tej sprawy naprawdę trzeba będzie podejść bardzo delikatnie.

– Wiem. Poza tym… – Zimny zawahał się. – Na razie wiemy o tym tylko ja, Łukasz i Anka. Myślę, że sprawca zostawił nam wiadomość.

– Jaką?

– Dość dwuznaczną…

– Grzegorz…

– Anka wyciągnęła z tyłka Kotelskiego srebrny łańcuszek. Skojarzyłem go z dowodami zebranymi w sierocińcu hieronimek. Był identyczny z tymi, które wręczano wychowankom opuszczającym placówkę.

Czarnecki przymknął powieki i spowolnił oddech. Brudny jak zwykle się nie pomylił.

– Czyli masz pierwszy mocny trop – rzekł, starając się zachować obojętny ton.

– Sprawa jest o tyle dziwna, że łańcuszek jest niekompletny. Brakuje zawieszki. Takiego małego srebrnego krzyżyka.

– Hmm…

– Szczerze mówiąc, na razie nie mam pomysłu, jak to ugryźć. Myślę nad zaproszeniem do współpracy Eli Pałki.

– Zadzwoń koniecznie. Porządny profiler to ogromna wartość dodana. Tym bardziej że z twoich słów można wnioskować, że zbrodnia została szczegółowo zaplanowana.

– To na pewno. Wyobraź sobie, że facet zabezpieczył drzwi i okna pianką wygłuszającą.

– To tylko potwierdza tę hipotezę. Co do Pałki, możesz liczyć, że się za tobą wstawię.

– Dzięki. Jest jeszcze coś. Tak między nami…

– Mów śmiało, Grzegorz.

– Osobiście znam tylko jedną osobę, która była wychowankiem hieronimek i miała taki łańcuszek…

Czarnecki przez chwilę milczał w nadziei, że Zimny dokończy wątek. Wiedział, że między nim a Brudnym nigdy nie było chemii. Owszem, potrafili współpracować, ale nie pałali do siebie miłością i po prostu się unikali.

– Igor Brudny to dobry i uczciwy glina – rzekł Czarnecki. – Do niego też powinieneś zadzwonić.

– Mam wątpliwości.

– To twoja decyzja, Grzegorz. Ale jeśli chcesz znać moje zdanie…

– Masz rację. Zadzwonię.

Czarnecki usłyszał, jak Zimny ciężko wzdycha. Tak jak zakładał, rozmowa z Brudnym nie była mu na rękę. Znał charakter byłego współpracownika i zdawał sobie sprawę, że ciężar, jaki właśnie spadł na barki Grzegorza, może go przygnieść. Był znakomitym policjantem, ale najlepiej sprawdzał się jako skrzydłowy. Brakowało mu jednak charyzmy, której wymagało przyjęcie roli lidera. Brudny był tym, którego twardego i nieustępliwego charakteru mógł w trakcie prowadzonego śledztwa obawiać się najbardziej.

– Gdybyś potrzebował pomocy, wiedz, że zawsze możesz na mnie liczyć. – Podniósł starego kompana na duchu.

– Dzięki, Romek. Doceniam to.

– Nie ma za co.

– Cześć.

– Cześć.

Czarnecki przez moment intensywnie się zastanawiał. Szybko zrozumiał, że tej sprawy nie odpuści. Trzydzieści lat ścigania najgorszych zwyrodnialców także w nim wypaliło swoje piętno. I owszem, po tym wszystkim można było zmienić pracę albo przejść na emeryturę, ale gliną zostawało się już do końca życia.

– Mam ci przygotować kanapki?

Jadwiga potrafiła czytać mu w myślach. Inspektorowi po raz pierwszy od lat zabrakło słów. Z marsową miną pokiwał głową, a chwilę później zawstydzony ukrył twarz w dłoniach.

ROZDZIAŁ 6

Brudny zamknął okno i włączył wiatrak. Dziś z nieba lał się żar, a termometr wskazywał trzydzieści cztery stopnie Celsjusza. W kamienicy, w której mieszkał, zwykle było nieco chłodniej, ale jego lokalowi niewiele to pomagało, bo okna w salonie wychodziły niemal idealnie na południe. W takich chwilach żałował, że jednak nie szarpnął się na klimatyzację, ale wydatek rzędu kilku tysięcy złotych dla faceta żyjącego z marnej policyjnej pensji zawsze schodził na trzeci albo nawet czwarty plan.

Z powrotem zatopił się w ulubionym fotelu i upił łyk whisky.

– Chcesz tam pojechać? – zagadnęła go była partnerka z patrolu i przyjaciółka Julia Zawadzka. Miała na sobie obcisły podkoszulek z napisami po angielsku i jasne, modnie wytarte dżinsy. Oparta o lodówkę popijała piwo z puszki i paliła papierosa.

– A co byś zrobiła na moim miejscu?

– Sama nie wiem. Jeśli ten krzyżyk wysłał morderca, to na pewno na tym nie poprzestanie.

– Otóż to.

Drugą rozmowę z Czarneckim komisarz miał już za sobą. Wiedza, którą dzięki temu zdobył, oraz fakt, że w końcu uświadomił sobie, że komendant utrzymuje ścisłe kontakty z ojcem podejrzanego o morderstwo chłopaka, przeciwko któremu prowadzi śledztwo, sprawiły, że musiał odreagować. Wyszedł z biura, zostawiając niedokończony raport, i pojechał do domu, po czym otworzył jamesona i szybko opróżnił dwie szklanki. Trzecią skończył nalewać w momencie, gdy do drzwi jego mieszkania zapukała Julka. Pokrótce przedstawił jej całą historię. Cierpliwie go wysłuchała.

– Może jednak warto poczekać? – zasugerowała. – Przyjrzeć się sprawie z dystansu. Zimny i tak prędzej czy później do ciebie się odezwie.

– Zimny to pizda. Zasłoni się procedurami i nie włączy mnie do śledztwa. Poza tym śledztwo nadzoruje Winnicka. Jej ulubieńcem też nie jestem.

– Chyba że wciąż ma na ciebie ochotę.

– Przestań, Julka…

– Co przestań? – Zawadzka posłała mu łobuzerskie spojrzenie. – Dość długo wypraszałeś ją wtedy z hotelowego pokoju, mam rację?

Winnicka nadzorowała wówczas śledztwo w sprawie zamordowanych duchownych. Brudny jako ekspert został do niego włączony, bo jedna z hipotez sugerowała, że sprawa może zahaczać o sierociniec hieronimek. Od początku zwracała na niego szczególną uwagę, ale Igor ją ignorował, do czasu gdy pewnego wieczoru odwiedziła go w pokoju hotelowym w wiadomym celu. Tylko on wiedział, że prawie ów cel osiągnęła. Prawie, w tym wypadku, robiło jednak wielką różnicę. Od tej pory Brudny znajdował się na jej czarnej liście i to było pewne jak śmierć i podatki.

– Ty tak naprawdę? – rzucił sarkastycznym tonem.

– Wiem tylko, jakie są kobiety. Tak łatwo się nie poddają, a ta cała Winnicka nie wygląda na taką, co szybko wywiesza białą flagę.

– Ech…

Brudny tylko machnął ręką. Wolał dłużej nie kontynuować tego wątku. Przez chwilę milczeli, paląc papierosy.

– A w ogóle masz ochotę się w tym babrać? – zagadnęła po dłuższej chwili. – Sam mówiłeś, że sprawę przeszłości definitywnie zamknąłeś, prawda?

Brudny podrapał się po brodzie. Nie golił się już blisko tydzień i wcale nie planował tego zrobić w najbliższym czasie. Przez dłuższą chwilę jego wzrok błądził po pokoju.

– Tylko co mi po tym, jak jakiś chuj wysyła mi takie rzeczy? – warknął znienacka. W jego tonie można było wyczuć narastający gniew. – Ten wisior to symbol całej tej zasranej przeszłości. Wszystkiego, co chciałem zostawić za sobą i o czym chciałem zapomnieć. – Sięgnął po leżący na stole krzyżyk. Przez dłuższą chwilę przyglądał mu się z niezdrową fascynacją. – To musi być ktoś z sierocińca. Jestem tego pewny. Pytanie brzmi, kto i dlaczego wziął na cel Kotelskiego. No i czego, kurwa, ode mnie chce?!

Srebrny krzyżyk z brzękiem wylądował z powrotem na blacie. Brudny chwycił szklankę i wychylił połowę zawartości. Wytarł usta wierzchem dłoni, odchylił głowę i zamknął oczy. Przez kolejnych kilkadziesiąt sekund pokój wypełniło tylko ciche bzyczenie wentylatora. Zawadzka obserwowała przyjaciela z narastającym zdumieniem i nie była pewna, jak się zachować. Dawno nie widziała go w takim stanie. Do tej pory prawie niemożliwością zdawało się wyprowadzić Igora z równowagi. Tymczasem ten mały kawałek metalu sprawił, że komisarz zmienił się w kłębek nerwów.

– Nie chcę zabrzmieć jak policyjny psycholog, ale może za bardzo się z tym wszystkim identyfikujesz… – burknęła w końcu.

– Nie, Julka, nie. – Brudny nerwowo pokręcił głową i wstał z kanapy. – Nie masz pojęcia, jak to jest. To… No, kurwa, nie wiem nawet, jak ci to wytłumaczyć. Zresztą nie wiem, czy chcę.

– Zadzwoniłeś, żebym przyjechała, więc jestem.

Zawadzka odsunęła się od lodówki i podeszła do ławy. Zgasiła niedopałek w popielniczce i stanęła przy oknie. Znała Brudnego i wiedziała, że nie można go popędzać. Był trudnym człowiekiem o bardzo introwertycznym usposobieniu. Piętna przeszłości, które w sobie nosił, nie dało się zetrzeć ot tak. Nauczyła się, że czasem po prostu potrzebuje dłuższej chwili.

Omiotła wzrokiem najbliższą okolicę. Na ulicy ciągnął się sznur samochodów, a na szkolnym boisku naprzeciwko trwała lekcja wychowania fizycznego. Nauczyciel biegał z gwizdkiem i machał rękoma, pokrzykując, jakby sędziował nie mecz szkolny, a co najmniej półfinał Ligi Mistrzów. Jej wzrok przykuła młoda blondynka niezgrabnie drepcząca w szpilkach po chodniku. Miała przewieszoną przez ramię torebkę, z której wystawał puchaty pyszczek jakiegoś psiaka, nosiła obcisły top i niesmacznie skąpe spodenki, w związku z czym przykuwała spojrzenia większości stojących w korku kierowców.

Przez moment wsłuchiwała się w kakofonię dźwięków wielkiego miasta. Czekała.

– Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że to nie przypadek – zaczął na nowo Brudny. – Jeśli to prawda, że Kotelski został potraktowany w taki sposób, jak opisał to Romek, to mamy do czynienia z kolejnym psychopatą.

– No…

– Taki facet nie bawiłby się w półśrodki. Jeśli coś by sobie ubzdurał i rzeczywiście zależałoby mu, aby mnie w to wciągnąć, to pewnie wysłałby ucho albo palec. Ale nie… Sukinsyn wysłał mi ten cholerny krzyżyk. Tylko ktoś, kto doskonale zna jego symbolikę, mógłby wyciąć taki numer.

Brudny wstał, zagarnąwszy ze stołu paczkę papierosów. Zapalił kolejnego i chyba nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi, zaczął krążyć od ściany do ściany. W oczach Julki wyglądał jak dziki zwierz w klatce. Na jego twarzy malował się gniewny grymas, co rusz pocierał brodę, a pod nosem mamrotał przekleństwa. W pewnym momencie przystanął, a na jego skroniach nabrzmiały żyły.

– Kurwa mać! – ryknął znienacka.

Zawadzka przez moment myślała, że zaraz roztrzaska szklankę z whisky o ścianę, ale Brudny podszedł do fotela i usiadł. Wyglądał na kompletnie zagubionego i bezsilnego. Wychylił resztę trunku i sięgnął po butelkę, aby sobie dolać.

– Może nie pij już więcej… Jak chcesz pogadać, to…

 

– Przestań, Julka. Nie zadzwoniłem po ciebie, żebyś mi prawiła morały.

– Ale też nie, żebym wysłuchiwała twojego bełkotu – żachnęła się.

– Najpierw, kurwa, Beryl, potem ten list, a teraz jeszcze ty?

– Mogę wyjść.

– I jeszcze emocjonalny szantaż.

Zawadzka nie wytrzymała.

– Jaki, kurwa, szantaż? – warknęła. – Tobie się chyba coś popierdoliło, Igor. Odstaw tę szklankę i się ogarnij, człowieku!

– Przesadzasz… – Zawadzka dostrzegła, że przyjaciel ma już mętny wzrok.

– Przesadzam? Zachowujesz się jak opętany. Ty, Igor Brudny? Człowiek o stalowych nerwach? – Zawadzka prychnęła i odwróciła się. Podeszła z powrotem do okna, próbując się opanować.

Nie widziała, jak Brudny schował twarz w dłoniach. Wziął kilka głębokich wdechów i zgasił niedopalonego papierosa w popielniczce.

– Muszę tam pojechać – rzekł po dłuższej chwili milczenia. – Nie mam wyjścia, Julka. Chyba oboje nie mamy wątpliwości, że ten list został wysłany przez mordercę. A skoro Zimny już wie, że łańcuszek pochodzi z sierocińca, to tak czy siak zostanę w to wszystko wplątany. Wolę być na miejscu, aby trzymać rękę na pulsie.

Zawadzka milczała. Z zadowoleniem przyjęła fakt, że przyjaciel jednak zdołał powściągnąć nerwy i wrócił do względnej równowagi. Jego wcześniejszy wybuch był dla niej sporym zaskoczeniem, ale po chwili przypomniała sobie, że nie ma prawa go oceniać. Jej dzieciństwo, choć też nie było usłane różami, w najmniejszym stopniu nie mogło równać się temu, co Brudny przeżył w sierocińcu.

– A Beryl? – zapytała i odwróciła się w jego kierunku.

– Chuj z nim.

– Nie pozwoli ci wyjechać, ot tak.

– Beryl to skorumpowany gnojek.

– Nie masz na to dowodów.

– Nie mam, że bierze w łapę. Może nawet nie bierze. Nie wiem. Ale dziś pokrętnie dał mi do zrozumienia, że mam trzymać się z dala od tego smarkacza. Jestem prawie pewny, że wczoraj nachlał się z Czabańskim.

– Prawie robi dużą różnicę.

– Nie widziałaś, jak się zachowywał. Gdy tylko to zasugerowałem, spierdalał z biura, aż się kurzyło.

– Nawet jeśli, to jakie to ma znaczenie? Beryl to wciąż twój szef.

Brudny stęknął i odchylił głowę. Miał dość. Beryla, Warszawy, wszystkich tych powiązań, koneksji, układów i układzików. Został policjantem, aby łapać bandytów i wsadzać ich za kratki, a nie pozwalać im unikać odpowiedzialności, bo są bogaci, mają znajomości albo tatusiów zasiadających na ministerialnych stołkach. Nie mógł twierdzić ze stuprocentową pewnością, że Jarosław Czabański jest winny zgwałcenia i zamordowania tej nastolatki, ale w toku prowadzonego śledztwa zebrał wystarczającą liczbę dowodów, aby mieć podstawy do wydania sądowego postanowienia o pobraniu materiału biologicznego. Porównanie DNA próbek zebranych z ciała ofiary i miejsca zbrodni z tymi od młodego Czabańskiego wyjaśniłoby sprawę, ale wobec obstrukcji ze strony szefa był kompletnie bezradny.

Do tego morderstwo w zasadzie zupełnie mu nieznanego prokuratora z Zielonej Góry i list od mordercy z krzyżykiem z sierocińca, w którym się wychował. Też kiedyś dostał podobny, ale wyrzucił go do pierwszej napotkanej studzienki po opuszczeniu placówki. Nie chciał mieć z tym miejscem nic wspólnego, a od października ponura przeszłość złośliwie przypominała mu o sobie na każdym kroku. Pomyślał, że chciałby wyjechać gdzieś na koniec świata. Oderwać się od wszystkiego i pobyć sam.

Z zamyślenia wyrwał go zgrzyt zamka. Po chwili w salonie pojawiła się szczupła blondynka o pięknych niebieskich oczach. W jednej dłoni trzymała gustowną torebkę, a w drugiej jakiś magazyn.

– Cześć, kochanie – przywitała się pogodnie, ale dostrzegłszy opartą o parapet Zawadzką, spochmurniała.

– Cześć – mruknął Brudny.

– Hej, Oka – przywitała się Julka, siląc się na nieszczery uśmiech. – Skoro już przyszłaś, to ogarnij trochę tego swojego chłopa. Miał dziś kiepski dzień.

Relacje obu kobiet w ostatnim czasie nieco się pogorszyły. Nie była to otwarta wojna, ale dziewczyny wyraźnie za sobą nie przepadały. Brudny wiedział, że jest kwestią czasu, aż któraś w końcu nie wytrzyma. Obie go kochały, a on – choć jeszcze do niedawna był pewny, że Oksana jest dla niego najważniejsza – chyba nie kochał żadnej z nich. A może kochał obie, ale nie potrafił się do tego przyznać? Zawsze był wycofany, żeby nie powiedzieć: całkiem zamknięty na otaczający go świat. Ostatnio to się trochę zmieniło, ale nie mógł albo po prostu nie chciał zwalczyć swojej natury. Unikał emocji jak ognia, a dziewczyny od pewnego czasu dostarczały mu ich aż nadto. Jedna idealnie spełniała się w roli kochanki, druga jako wymarzona przyjaciółka, na którą zawsze mógł liczyć i która dwukrotnie uratowała mu życie. Gdy myślał, że on zrobił to samo dla Oksany, w emocjonalnym tyglu mieszało się jeszcze bardziej. Nie umiał się zdecydować, przez co obie cierpiały, a on odnosił wrażenie, że znajduje się między młotem a kowadłem. Z każdym dniem nieuchronnie parł w stronę nadciągającego huraganu, który wkrótce zapewne zdmuchnie go w przepaść.

Gdy drzwi za Zawadzką się zamknęły, Oksana podeszła do niego i usiadła mu okrakiem na kolanach. Dostrzegła, że Igor ma mętny wzrok, a butelka na stole jest w połowie pusta.

– Pani ma dla pana niespodziankę – mruknęła zmysłowo i pocałowała go w usta. Nie odwzajemnił pocałunku. Nie miał siły i chęci na amory.

– Julka mówiła prawdę. Naprawdę mam dziś kiepski dzień – burknął.

– Tylko ta Julka i Julka. A ja to co? – Oksana wstała i sięgnęła po odłożone na ławę czasopismo. – Trzymałam to w tajemnicy. Mam nadzieję, że ci się spodoba…

Podała mu magazyn. Zmęczonym spojrzeniem zerknął na okładkę. Przez krótką chwilę próbował zrozumieć, na co patrzy. Piękna blondynka o nieprawdopodobnie długich nogach, szerokich biodrach i talii osy celowała do niego z pistoletu. Miała na sobie wysokie szpilki oraz seksowne i bardzo kuse przebranie policjantki, które więcej odkrywało, niż zakrywało.

– To… – Brudny aż się zapowietrzył.

– Podoba ci się?

Stanęła naprzeciw i położyła dłonie na biodrach, po czym wycelowała w niego palcami i oddała kilka strzałów na niby.

– No nie wierzę. To ty, Oka?

Zdmuchnęła dym i puściła do niego oko.

– Zobacz w środku. Jest cała sesja.

Brudny błyskawicznie przewertował kartki. Omiótł zdjęcia partnerki prężącej się w kolejnych kuszących pozach. Na jednym trzymała pistolet, z którego lufy zdmuchiwała smużkę dymu, na innym prezentowała kajdanki, a na dwóch pozowała tylko w stringach i policyjnej czapce.

– Rozebrałaś się do magazynu dla facetów? – Jego ton stał się bardziej szorstki.

– Dostałam propozycję. To miała być niespodzianka. Myślałam, że się ucieszysz.

– I nie zapytałaś mnie o zdanie? – Brudny rzucił magazyn na ławę.

– Igor, wiesz, że to jest moja szansa – zaczęła się tłumaczyć. – Po akcji z Rzeźnikiem z Nietkowa stałeś się sławny. Pamiętasz, że mieliśmy wiele próśb o wywiady, ale nie chciałeś o tym słyszeć. W końcu odezwali się do mnie. Chcieli porozmawiać, ale zaproponowali też sesję. Dobrze zapłacili. Dwadzieścia tysięcy złotych.

Czuł, że każde kolejne słowo jest jak policzek. Jak mogła?

– Dwadzieścia tysięcy? Ty naprawdę myślisz, że pozwoliłbym ci się rozebrać dla marnych dwudziestu koła? Żebyś świeciła gołym tyłkiem przed całym krajem? Kurwa! Oka!

– Dostałam kolejne propozycje. Są jeszcze bardziej lukratywne…

– Ty nie masz wstydu, kobieto?

– Igor, proszę cię…

– Znasz mnie, Oka. Ostatnią rzeczą, jaką bym zrobił, byłoby obnażanie się przed mediami. Czy ty wiesz, co ty w ogóle zrobiłaś?

Brudny sięgnął raz jeszcze po magazyn i odnalazł jej zdjęcia. Dopiero teraz dostrzegł, że na stronach znajduje się jeszcze tekst. Tytuł „Kobieta gliniarza” wzbudził jego niesmak, ale znajdujący się poniżej lead sprawił, że poczuł, jak krew zaczyna gotować mu się w żyłach. Przelatywał po kolejnych wersach, a jego wściekłość z każdym przeczytanym słowem rosła wykładniczo.

– I jeszcze mówisz o tym, co tam przeżyłaś? Mówisz o mnie? – syknął przez zęby.

– Bardzo tak… oględnie… – Oksana uklękła przy fotelu i położyła mu dłonie na ramieniu, ale Brudny strącił jej rękę i rzucił magazyn z powrotem na ławę, po czym sięgnął po szklankę z whisky. Wypił do dna.

– Oszukałaś mnie, Oka – rzucił pełnym wyrzutu tonem. – Oszukałaś mnie i zrobiłaś ze mnie pośmiewisko.

– To nie tak, Igor. Chciałam… – Jej głos się załamał, a z dużych niebieskich oczu popłynęły łzy.

– Jutro wyjeżdżam. Uważam, że do mojego powrotu powinnaś się wyprowadzić.

– Ale…

– Zawiodłaś mnie, Oka. I to bardzo. Muszę to wszystko przemyśleć. Ty też powinnaś.

– Igor… – Makijaż na twarzy Oksany był już kompletnie rozmazany.