WojowniczkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 7
NIE WŁAŻĘ NIKOMU W TYŁEK

Szybko odzy­ska­łam zdrową syl­wetkę. Byłam nie­po­ko­nana w kil­ku­na­stu wal­kach. Kupić samo­chód czy pole­cieć na mistrzo­stwa świata do Taj­lan­dii? A co to za pyta­nie?

Tre­no­wa­łam dwa i pół roku. Wygra­łam czter­na­ście walk ama­tor­skich i trzy zawo­dowe. Bodaj naj­efek­tow­niej­sze było zwy­cię­stwo przed cza­sem nad Bia­ło­ru­sinką Ana­sta­zją Nia­kra­sawą w Kra­ko­wie, o któ­rym prze­są­dziło ude­rze­nie kola­nem. To był mój debiut tele­wi­zyjny, galę poka­zało TVN Turbo. Zosta­łam trzy­krotną mistrzy­nią Pol­ski, a w pierw­szym zagra­nicz­nym star­cie w Asslar zdo­by­łam mię­dzy­na­ro­dowe mistrzo­stwo Nie­miec. Wie­dzia­łam, że mam duży poten­cjał. Każde zwy­cię­stwo pod­sy­cało ogień, mia­łam coraz więk­sze ambi­cje, chęci do tre­ningu, pra­gnie­nie rywa­li­za­cji. Kło­poty z tuszą prze­szły do histo­rii.

Camel uczył nas muay thai, wyko­rzy­stu­jąc zna­jo­mość boksu i karate. Jego młod­szy brat o pseu­do­ni­mie Lam­part został wice­mi­strzem świata. Jakby zwie­rzą­tek było mało, moja kum­pela Aga Olek­sik przy­jęła pseu­do­nim Puma. Sto­czy­ły­śmy ze sobą chyba trzy walki. Wszyst­kie w 2004 roku, dwie w Kra­ko­wie. Ni­gdy nie było mię­dzy nami nie­zdro­wej rywa­li­za­cji. Póź­niej naro­dziła się sio­strzana więź. Na początku to Aga była pupilką tre­nera. Ja nad­ra­bia­łam cha­rak­te­rem. Zawsze byłam otwarta i prze­bo­jowa. Ener­giczna, taka jak w ringu.

Muay thai przy­pa­dło mi do gustu. Poko­cha­łam walkę w klin­czu, ude­rze­nia łok­ciami i kola­nami. Mam z nich ogromny poży­tek także dziś. Muay thai to muay thai. Nie lubię okre­śle­nia boks taj­ski. Koja­rzy mi się z nie­któ­rymi poje­dyn­kami kick­bok­ser­skimi, w któ­rych zabra­niano mi uży­wać łokci. Bez nich walka spra­wiała mi mniej­szą przy­jem­ność. A w muay thai nie ma żad­nego pitu pitu. Jest ostra rywa­li­za­cja od początku do końca, choć w walce ama­tor­skiej kor­pus zawod­nika chroni solidny ochra­niacz, zaś głowę kask. Nie bez przy­czyny tę dys­cy­plinę uwa­żano za kró­lową spor­tów walki. Sta­wia na wszech­stron­ność. I ta cere­mo­nia, ten sza­cu­nek, który oddaje się men­to­rowi. Mają swój urok. W wol­nej chwili sprawdź­cie, jak wygląda taniec whai khru.

Sta­nę­łam przed pierw­szą poważną decy­zją w doro­słym życiu.

– Dziecko, dorzucę ci parę gro­szy, kupisz sobie auto – zachę­cał tata.

Pie­nią­dze rze­czy­wi­ście były mi potrzebne, ale cho­dziło mi po gło­wie zupeł­nie coś innego. Mistrzo­stwa świata w Bang­koku zapla­no­wano na począ­tek czerwca 2006 roku. Dzi­siaj to nie do pomy­śle­nia, aby repre­zen­tant Pol­ski sam musiał zna­leźć kasę na podróż. Jed­nak wów­czas kra­jowy zwią­zek muay thai, nie mając wspar­cia z mini­ster­stwa sportu, zapew­niał tylko pobyt na miej­scu. Musia­łam prze­ło­żyć ustną maturę z pol­skiego, ale to było aku­rat naj­ła­twiej­sze. Potrze­bo­wa­łam czte­rech, jeśli nie sze­ściu tysięcy zło­tych. Sporo, jak na nasto­latkę. Mia­łam odło­żone jakieś pie­nią­dze z osiem­na­stych uro­dzin, swoje zaro­bi­łam także w skle­pie rodzi­ców, ale to było o wiele za mało. Zapo­ży­czy­łam się u Ewy, która zawsze miała sporo oszczęd­no­ści. Rodzice też nie mieli serca, żeby mi odmó­wić. Samo­chód kupi­łam nie ja, lecz Kasia. Póź­niej słu­żył nam obu.

Lot do Taj­lan­dii koja­rzył mi się z roz­rywką zare­zer­wo­waną dla boga­czy. Szy­ko­wała się nie­zwy­kła przy­goda, bio­rąc pod uwagę, że wcze­śniej za gra­nicą byłam tylko na zawo­dach w Asslar oraz w dzie­ciń­stwie na wycieczce do Dre­zna i Pragi. W Bang­koku popu­lar­ność muay thai prze­ro­sła moje ocze­ki­wa­nia. Przy­le­cieli naj­lepsi z całego świata. Repre­zen­tanci państw byłego bloku wschod­niego, zawsze bar­dzo mocni w spor­tach walki, zawod­nicy z USA, Kanady, Austra­lii…

Myśla­łam, że coś zwo­juję. Byłam bojowo nasta­wiona. Wylo­so­wa­łam… naj­go­rzej, jak mogłam. W pierw­szej run­dzie kate­go­rii do 57 kilo­gra­mów tra­fi­łam na Walen­tynę Szew­czenko. Ta blon­dynka repre­zen­tu­jąca Rosję była już mistrzy­nią świata. Tre­no­wała sporty walki prak­tycz­nie od dziecka. Sły­sza­łam, że w wieku dwu­na­stu lat zno­kau­to­wała… dwu­dzie­sto­dwu­latkę. Prze­gra­łam, pierw­szy raz w karie­rze. Byłam obu­rzona, zała­mana. Pła­ka­łam. Wie­dzia­łam jed­nak, że to nie koniec.

To nie był z mojej strony fatalny występ. Prze­gra­łam nie­znacz­nie, na punkty. Walen­tyna miała bar­dzo spe­cy­ficzny styl walki. Gdy wypro­wa­dza­łam kop­nię­cie, prze­chwy­ty­wała nogę. Pod­ci­nała mnie, prze­wra­cała. W muay thai niby nie punk­tuje się takich akcji, jed­nak one mogą świad­czyć o prze­wa­dze ich ini­cja­tora. Minęło dużo czasu, zanim Szew­czenko została za to uka­rana. To było przy­kre, że dziew­czyna wygry­wała tyle walk, bazu­jąc na tym triku. Oczy­wi­ście była zna­ko­mitą zawod­niczką. W Bang­koku się­gnęła po złoty medal.

Gdy doszłam do sie­bie, usia­dłam. „No i co z tego, że prze­gra­łaś? To nie koniec świata. Tre­nu­jesz dwa lata, przy­je­cha­łaś na zawody rangi glo­bal­nej. Czego ocze­ki­wa­łaś? Pra­cuj. Cze­kaj na swoją szansę” – tłu­ma­czy­łam sobie.

Podróż do Taj­lan­dii i tak oka­zała się decy­du­jąca dla moich przy­szłych losów. Gdyby mnie tam nie było, nie czy­ta­li­by­ście teraz tej książki, nie byłoby żad­nego pasa UFC. W Bang­koku pozna­łam Pawła Sło­wiń­skiego, wie­lo­krot­nego mistrza świata w muay thai, naj­lep­szego Polaka, który rywa­li­zo­wał w słyn­nej kick­bok­ser­skiej for­mule K-1. Miesz­kał na stałe w Austra­lii, gdzie prze­niósł się w dzie­ciń­stwie wraz mamą i bra­tem po śmierci ojca.

Paweł miał 26 lat, w swo­jej karie­rze spor­to­wej prze­ży­wał okres świet­no­ści. Dopiero co wygrał tur­niej K-1 World Grand Prix w Auc­kland. Miał już na kon­cie występy na całym świe­cie: w Austra­lii, Taj­lan­dii, Japo­nii, Korei Połu­dnio­wej, Szwe­cji. Wielki wojow­nik, który nie bał się wal­czyć nawet z poważną kon­tu­zją. Został moim przy­ja­cie­lem i star­szym bra­tem.

Dobrze wie­dzie­li­śmy, kim jest Sło­wiń­ski. Coraz wię­cej nasto­lat­ków miało w domu inter­net, poja­wiły się ser­wisy poświę­cone spor­tom walki. Sama czy­ta­łam dużo o Pawle.

– Będzie z nami Paweł? Wooooow! Poznamy taką gwiazdę! – cie­szyli się kole­dzy z kadry.

Sło­wiń­ski od paru lat tre­no­wał w Taj­lan­dii. Chciał wes­przeć ekipę z Pol­ski star­tu­jącą w mistrzo­stwach. Przy­je­chał. Usie­dli­śmy przy okrą­głym stole. Był bufet. Paweł miał przed sobą nie mniej niż sześć tale­rzy. Pochła­niał wszystko, co mu się nawi­nęło pod rękę. Takie prawo zawod­nika wagi cięż­kiej.

– Musisz dużo jeść, żeby mieć siłę – kla­ro­wał swoim łama­nym, nie­po­praw­nym gra­ma­tycz­nie pol­skim. Mówił tro­chę tak, jak popu­larny dzi­siaj siłacz Bur­ne­ika.

Minęło parę lat, zanim nastały czasy sel­fie i Face­bo­oka, ale i tak każdy chciał mieć zdję­cie z Paw­łem. Ja trzy­ma­łam się z boku. Nie chcia­łam się narzu­cać.

– Ty to chuda jesteś – zacze­piał mnie. – Podoba mi się twój cha­rak­ter. Jest w tobie ogień. Jesteś moją wyma­rzoną sio­strą, którą zawsze chcia­łem mieć. Chcę tobie pomóc – mówił.

Z jakie­goś powodu bar­dzo mnie polu­bił. Może dla­tego, że w odróż­nie­niu od innych nie pró­bo­wa­łam mu wła­zić w tyłek. Zapro­po­no­wał, żebym wró­ciła do Taj­lan­dii, że zała­twi mi obóz i opłaci pobyt. Tam trzeba zasłu­żyć, żeby pra­co­wać pod okiem dobrego szko­le­niowca. A Paweł skie­ro­wał mnie do Nokwe­eda Davy’ego. To bar­dzo znany taj­ski wojow­nik, któ­rego Sło­wiń­ski dwa razy zno­kau­to­wał w 2002 roku. Potem Davy został tre­ne­rem Pawła.

Czy mogłam zmar­no­wać taką szansę? Ni­gdy w życiu. Pozo­stało mi tylko… wró­cić do Olsz­tyna, spła­cić długi i skom­bi­no­wać pie­nią­dze na kolejny lot do Azji. Sam Paweł przy­mie­rzał się do prze­pro­wadzki do Holan­dii, gdzie miał ćwi­czyć z legendą K-1, Erne­sto Hoostem. Nasze drogi miały się jesz­cze skrzy­żo­wać.

Odej­ście z olsz­tyń­skiego klubu było prze­są­dzone, nie tylko dzięki pomocy Sło­wiń­skiego. Camel nie tre­no­wał mnie tak, jak powi­nien. Parę lat póź­niej stał w naroż­niku Mariu­sza Pudzia­now­skiego pod­czas jed­nej z walk w MMA, jakoś mu się układa. Śniada cera, przy­stojny facet. Wygląda tro­chę jak Cygan, w końcu był nim jego ojciec. Umiał się zakrę­cić, prze­ko­nać do sie­bie ludzi. Był baj­ko­pi­sa­rzem, zbyt wiele rze­czy kle­iło mu się do rąk. W klu­bie zaczęło się dziać nie­cie­ka­wie.

Pła­ci­li­śmy składki. Mie­li­śmy jechać na obóz – nie poje­cha­li­śmy. Miał się zna­leźć spon­sor – nie zna­lazł się. Potem oka­zało się, że spon­sor jed­nak jest, ale pie­nią­dze nie tra­fiały do zawod­ni­ków. Bywało tak, że Camel pokry­wał za nas star­towe, ale my musie­li­śmy opła­cić dojazd na zawody i hotel. Raz byli­śmy mu winni po osiem­dzie­siąt zło­tych za noc­leg, gdy ktoś zorien­to­wał się, że doba kosz­tuje… pięć­dzie­siąt zło­tych. Oszu­kuje nas wła­sny tre­ner? Nie­moż­liwe. Wkrótce ktoś nie dostał kasy za walkę zawo­dową. Camel zwa­lił winę na orga­ni­za­tora.

– Nie wal­czę dla cie­bie, skoro nie pła­cisz – usły­szał pro­mo­tor.

– Ja nie płacę? Kasę zabrał szef waszego klubu.

Zro­biło się nie­przy­jem­nie, ner­wowo. Jestem sobie w sta­nie wyobra­zić lep­szą atmos­ferę do tre­no­wa­nia. Z klubu ode­szło kil­ka­na­ście osób.

Co było naj­gor­sze? Przez rok byłam w związku z Lam­par­tem, wspo­mnia­nym wcze­śniej młod­szym bra­tem Camela. Nie wyobra­ża­łam sobie, że ktoś tak bli­ski jak brat two­jego chło­paka może cię oszu­ki­wać. I my mie­li­by­śmy kie­dyś zostać rodziną?

Co gor­sza, Camel zapra­szał nas na imprezy, grube imprezy z alko­ho­lem. Tre­ner ma być auto­ry­te­tem. Nie może poka­zy­wać zawod­ni­kom życia, które oddala od sportu. Jeśli zaraz skoń­czysz trzy­dzie­ści lat, a w taki spo­sób spo­ufa­lasz się z nasto­lat­kami, to coś tu nie gra. Camel kie­dyś opo­wia­dał mi o szczę­ściu rodzin­nym. Wma­wiał mi, jak wspa­niale układa mu się z żoną i dziec­kiem, jaki jest szczę­śliwy. Z tego szczę­ścia pode­rwał osiem­na­sto­let­nią siksę ze swo­jego klubu.

 

Lam­part nie był wzo­rem spor­towca. Star­szy ode mnie o cztery lata. Impre­zo­wał, palił trawę i obra­żał się, że ja nie palę. Wice­mistrz świata, brawo! Pra­co­wał w masarni przy super­mar­ke­cie pięć godzin dzien­nie, żeby dzie­sią­tego dnia każ­dego mie­siąca pro­sić ludzi o poży­cze­nie kasy. Noż kurde. To ja, młoda dziew­czyna, wiem, że trzeba mieć ambi­cje, a on, stary koń, prze­żył jesz­cze za mało lat, żeby to zro­zu­mieć?

Aga mówi do mnie: – Czy ty go tak kochasz, że z nim jesteś?

Sama nie wie­dzia­łam. To był mój pierw­szy poważny zwią­zek. Wresz­cie zde­cy­do­wa­łam się na roz­mowę. Byli­śmy w dro­dze na przy­sta­nek auto­bu­sowy. Powie­dzia­łam, że to koniec. Lam­part się popła­kał. Nie wie­dzia­łam, jak zare­ago­wać. Nie cier­pię ranić ludzi. Z tego wszyst­kiego sama się popła­kałam, ale z naszej dwójki to jemu było smut­niej. Jego reak­cja była kropką nad i. Potwier­dze­niem, że pod­ję­łam wła­ściwą decy­zję. Lam­part pró­bo­wał jesz­cze za mną cho­dzić, pew­nie było mu źle, ale od razu wie­dzia­łam, że zaraz się z tego wyliże. Zaczęła się w nim pod­ko­chi­wać inna dziew­czyna z klubu. Zostali parą, wyje­chali razem do Anglii.

Na koniec aneg­dota z Came­lem w roli głów­nej. W 2007 roku spo­tka­li­śmy się pod­czas kolej­nych mistrzostw świata w Bang­koku, choć oczy­wi­ście nie repre­zen­to­wa­łam już jego klubu. Pró­bo­wał mnie podejść jak sta­rego przy­ja­ciela, nama­wiać do powrotu. Nie umiał powie­dzieć prze­pra­szam, przy­znać się do błędu. Nie było mowy, żebym nabrała się na tę gadkę, co po powro­cie do Olsz­tyna nie prze­szko­dziło Came­lowi wma­wiać mojej mamie, że znowu jeste­śmy przy­ja­ciółmi. Innych prze­ko­ny­wał, że ode­szłam, bo do głowy ude­rzyła mi sodówa. A grube imprezy i machloje? Nie, to nie ten pan!

To było już po zawo­dach. Zor­ga­ni­zo­wano nam wycieczkę po Bang­koku. Kil­koro Pola­ków, mię­dzy innymi ja i Camel. Zwie­dza­li­śmy taj­ski dom, ogród, można było się napić tam­tej­szej whi­sky. Miej­scowe dziew­czyny tań­czyły, a faceci mieli dać pokaz muay boran. Camel się wyrwał, razem z zawod­ni­kiem, któ­rego tre­no­wał. Zro­bili walkę z cie­niem, podo­ty­kali się, tro­chę jak zaprzy­jaź­nione gospo­dy­nie domowe. Wię­cej śmie­chu niż poważ­nej sztuki. Zresztą, obaj mieli już chyba w czu­bie od alko­holu.

Za jakiś czas kole­żanka wysyła mi arty­kuł z gazety, to był bodaj „Nasz Olsz­ty­niak”. Spo­glą­dam na zdję­cie i czy­tam: „Tre­ner z naszego mia­sta jako pierw­szy Polak sto­czył w Taj­lan­dii walkę na śmierć i życie. W wypeł­nio­nej kibi­cami are­nie oka­zał się lep­szy od swo­jego prze­ciw­nika w mor­der­czym poje­dynku muay boran”. Myśla­łam, że spadnę z krze­sła. Jak można być tak zakła­ma­nym czło­wie­kiem?

Roz­dział 8
NIE CIER­PIA­ŁAM Z MIŁO­ŚCI

Nie mia­łam klubu, co nie zna­czyło, że mam skoń­czyć z tre­nin­gami. Salę do ćwi­czeń urzą­dzi­łam sobie sama. Widok koły­szą­cego się worka w garażu jest nieco mniej zachwy­ca­jący niż bieg po wybrzeżu Taj­lan­dii, lecz na piasz­czy­stą plażę musia­łam jesz­cze tro­chę zacze­kać.

Byłam tak prze­jęta mistrzo­stwami świata w Bang­koku, że w 2006 roku obla­łam maturę. Żeby było śmiesz­niej – Kasia też. Żeby było jesz­cze śmiesz­niej – dały­śmy ciała z przed­mio­tów, które były naszymi koni­kami. Z języka pol­skiego mia­łam czwórki, z bio­lo­gii trójki. Kasia odwrot­nie. Obie zda­wa­ły­śmy te przed­mioty oraz angiel­ski, a Kasia jesz­cze rosyj­ski. No i ja nie zali­czy­łam pol­skiego, a Kasia bio­lo­gii. Gdy przy­szły wyniki, zaczę­ły­śmy się z sie­bie gło­śno śmiać. Naprawdę nikt nie uwa­żał, że wyda­rzyła się tra­ge­dia.

Na matu­rze pisem­nej z języka pol­skiego mia­łam do wyboru wypra­co­wa­nie z Mak­beta albo Chło­pów. Wybra­łam Chło­pów. Trzeba było opi­sać przy­czyny kon­fliktu pomię­dzy Macie­jem Boryną i jego synem Ant­kiem. Napi­sa­łam tyle, że jesz­cze tro­chę i na kartce zabra­kłoby miej­sca. Byłam zado­wo­lona. Zna­łam tę lek­turę z liceum. Z braku czasu czy­ta­łam stresz­cze­nia, ale to i tak lepiej niż połowa klasy, która nie czy­tała nic. Gdy wszy­scy zgła­szali nie­przy­go­to­wa­nie, względ­nie dosta­wali pały, Jędrzej­czyk sie­działa spo­kojna. Nie bała się pani od pol­skiego. A kiedy została wyzna­czona do odpo­wie­dzi, buzia jej się nie zamy­kała. Wie­działa to i owo, a gdy nie wie­działa, lała wodę. Sia­daj, czwórka.

Jed­nak na matu­rze naj­wy­raź­niej musia­łam mieć wła­sną teo­rię i wymie­nić powody sporu, o któ­rych nie wie­dział ani jeden, ani drugi Boryna. A może zna­łam przy­czyny, lecz nie wstrze­li­łam się w tak zwany klucz odpo­wie­dzi? Myślę, że to dobra wymówka.

W domu nikt nie pod­niósł rabanu. Rodzice nie byli cho­ro­bli­wie ambitni. Rów­nież dzięki temu na zupeł­nym luzie pode­szły­śmy do sierp­nio­wych popra­wek i zda­ły­śmy maturę bez żad­nego stresu. Zło­ży­ły­śmy papiery do szkół poli­ce­al­nych w Olsz­ty­nie. Kasia wybrała rachun­ko­wość, ja reklamę i foto­gra­fię.

Rodzice prze­pro­wa­dzali się do Nowej Kaletki, gdzie posta­wili dom. To malow­ni­czo poło­żona wio­ska, dwa­dzie­ścia kilo­me­trów na połu­dnie od Olsz­tyna. Dom stoi na ubo­czu, za oknami jest las, a nie­da­leko jezioro Gim. Obok jest drugi budy­nek, prze­zna­czony dla tury­stów. Ewa została w naszym dru­gim miesz­ka­niu na Hal­lera. Tam czę­sto noco­wa­łam. Na dole był garaż. Popro­si­łam panów ze spół­dzielni, żeby przy­twier­dzili do sufitu mocny hak. Zawie­si­łam na nim worek tre­nin­gowy.

Wtedy poma­ga­łam rodzi­com w skle­pie, bo tata miał mnó­stwo roboty z wykań­cza­niem domu. Wiele dni zaczy­na­łam o pią­tej, a koń­czy­łam o dwu­dzie­stej trze­ciej. Z samego rana jecha­łam na giełdę, żeby dostać towar. Wszy­scy mnie tam znali. Wie­dzieli, że jestem córką pana Janka i nikt nie pró­bo­wał mi wci­snąć cze­goś sta­rego. W skle­pie musia­łam być na ósmą. O dzie­sią­tej szłam do garażu, żeby powa­lić w worek i wyko­nać inne ćwi­cze­nia. Musia­łam pozo­stać w gazie. Wra­ca­łam do sklepu i znowu sta­łam za ladą. Wie­czo­rem pro­wa­dzi­łam tre­ningi w klu­bie „17”, gdzie wkrę­ciła mnie kum­pela Aga. Dzi­siaj jest bar­dzo dobrą fry­zjerką.

Wie­dzia­łam, że ktoś musi mi dać moc­niej­szy wycisk. Chcia­łam się roz­wi­jać, jeź­dzić na zawody, wygry­wać. Udo­wod­nić, że nie pod­dam się tak łatwo. Przez parę mie­sięcy przy­jeż­dża­łam auto­bu­sem do War­szawy. Podróż plus kilka dni pobytu kosz­to­wały mnie co naj­mniej dwie stówy, licząc wydatki na jedze­nie. Dla mnie to na­dal były duże pie­nią­dze, wziąw­szy pod uwagę długi, któ­rych jesz­cze nie spła­ci­łam po Bang­koku. Zapro­sił mnie Maciek Sku­piń­ski, który w 2003 roku w Kazach­sta­nie został pierw­szym pol­skim mistrzem świata w muay thai. W War­sza­wie pro­wa­dził klub Sera­fin.

Maciek miał brata Michała. Obaj tre­no­wali sporty walki. Ich histo­ria jest nie­zwy­kła. W mło­do­ści cho­dzili na ustawki, chyba byli pun­kami. Maciek w bija­tyce stra­cił kawa­łek ucha. To było zimą. Popę­dził na pogo­to­wie, po dro­dze odcięty kawa­łek wsa­dził w lód. Leka­rze nie mogli go już doszyć, bo był zamar­z­nięty. Gdy zmarła matka, chłopcy prze­żyli nawró­ce­nie. Chcieli zostać zakon­ni­kami, ale zre­zy­gno­wali z nauk. Potem Michał pole­ciał do USA, aby tre­no­wać, mógł być jed­nym z pio­nie­rów pol­skiego MMA. Po powro­cie razem z Mać­kiem wzięli się za pro­wa­dze­nie klubu. Sera­fin zawsze miał mocną ekipę, na mistrzo­stwach Pol­ski w muay thai wszy­scy się z nimi liczyli. Logo klubu przed­sta­wiało anioła wychwa­la­ją­cego Boga. Do dziś przed tre­nin­giem i walką odma­wiam modli­twę o zdro­wie. To wła­śnie Maciek mnie jej nauczył.

Boże daj nam ducha walki, silną wolę i czy­ste serce, byśmy czcili Cie­bie wier­nie. Amen.

Miesz­ka­łam na ulicy Oko­po­wej. Stała tam taka stara kamie­nica, do któ­rej wcho­dziło się przez sze­roką bramę. Gospo­da­rzem miesz­ka­nia był Miy­agi, kolega Sku­piń­skich. Robił sushi i wyglą­dał tro­chę jak Japoń­czyk, bo miał sko­śne oczy. Był zago­rza­łym kibi­cem Polo­nii War­szawa. Nie­źle mnie nastra­szył, gdy opo­wie­dział mi histo­rię, jak na tamto miesz­ka­nie napa­dli sza­li­kowcy Legii. Tro­chę bałam się tam spać, ale nie narze­ka­łam. Prze­cież mogłam noco­wać za darmo. Do Sera­fina docie­ra­łam tram­wa­jem numer 26. Klub mie­ścił się za Cmen­ta­rzem Wol­skim, nie­da­leko Trasy Toruń­skiej.

W maju 2007 roku w Kali­szu zdo­by­łam swoje czwarte mistrzo­stwo Pol­ski. Wcze­śniej, w listo­pa­dzie, w jed­nym z war­szaw­skich klu­bów – dziś jest to lokal ze strip­ti­zem – oglą­da­łam zawo­dowy debiut Michała Sku­piń­skiego w MMA. Prze­grał tę walkę. Gwiazdą wie­czoru był zaczy­na­jący wielką karierę Mamed Cha­li­dow. Przy­je­chał z tre­ne­rami Szy­mo­nem Boń­kow­skim i Paw­łem Der­la­czem, któ­rzy wtedy roz­krę­cali w Olsz­ty­nie sek­cję MMA w swoim Arra­chio­nie. Pamię­tam, jak Camel wyśmie­wał ten pomysł. Parę lat póź­niej Szy­mon i Paweł zostali moimi tre­ne­rami.

Sera­fin zaczął pod­upa­dać. Dużo zawod­ni­ków ode­szło, wśród nich bar­dzo uta­len­to­wani. Maciek i Michał stra­cili przez to sporo, w końcu pry­watne tre­ningi to też pie­nią­dze. Gdy czło­wiek popeł­nia błędy, nie wyko­rzy­stuje darów, które otrzy­mał z góry, to wszystko się wali. Wtedy jest naj­go­rzej. Dziś Maciek odbu­do­wuje klub. Miał pro­blemy zdro­wotne, chyba nawet gro­ziła mu ampu­ta­cja nogi. To świetny tre­ner. Ma nie­sa­mo­witą zdol­ność prze­ka­zy­wa­nia wie­dzy. Michał nie żyje. Jego ciało zna­le­ziono dru­giego dnia świąt Bożego Naro­dze­nia 2015 roku. Oko­licz­no­ści tra­ge­dii nie pozna­li­śmy.

Po tre­nin­gach w Sera­fi­nie został mi także tatuaż, mój jedyny. Trzy gwiazdki. Jedna więk­sza i dwie mniej­sze, na kostce lewej nogi z zewnętrz­nej strony. W Sera­fi­nie tre­no­wał Jacek. Wyglą­dał na fana cięż­szych brzmień. Miał ponad czter­dzie­ści lat, pro­wa­dził stu­dio tatu­ażu i sam był nie­źle wydzia­rany. Repre­zen­to­wał dość hard­co­rowy styl, ale był dobrym czło­wie­kiem.

– Jacek, no zrób mi wresz­cie dziarę – draż­ni­łam się z nim.

– Swo­ich dzieci nie dzia­bię.

Aż przed któ­rymś z moich wylo­tów do Taj­lan­dii zapo­mniał o pre­zen­cie dla mnie. Ludzie z klubu byli ze sobą zżyci, więc upo­minki były normą. Od Jacka dosta­wa­łam sło­dy­cze.

– Nie mam nic dla cie­bie. No to dawaj, zro­bię ci ten tatuaż! – zapro­po­no­wał.

Ups. Do wyjazdu na lot­ni­sko zostało mi pięt­na­ście minut. No i raz dwa wydzia­rał mi te trzy gwiazdki. W Mona­chium, gdzie mia­łam prze­siadkę, kupi­łam waze­linę i zmie­ni­łam opa­tru­nek.

W Olsz­ty­nie pozna­łam chło­paka, który tre­no­wał mie­szane sztuki walki. Był moim dru­gim part­ne­rem w życiu. Kon­tak­to­wa­li­śmy się przez… Gadu-Gadu, komu­ni­ka­tor inter­ne­towy, który wtedy miał chyba każdy pol­ski nasto­la­tek. Kasia przez GG poznała Krzy­sia z Iławy, wspa­nia­łego faceta, swo­jego przy­szłego męża.

Z nowym chło­pa­kiem dużo nas łączyło, przede wszyst­kim wspólna pasja i podej­ście do życia. Jed­nak z tego związku też nic nie wyszło. Byłam doj­rzal­sza. Więk­szość czasu obco­wa­łam ze star­szymi od sie­bie ludźmi. Mia­łam dwa­dzie­ścia lat, ale byłam nad wiek poważna. Bra­łam za sie­bie odpo­wie­dzial­ność. Zbli­żał się czas dru­giego wylotu do Taj­lan­dii. Nie chcia­łam zosta­wiać tej sprawy nie­za­mknię­tej. Musie­li­śmy się roz­stać.

Czy kie­dyś prze­ży­łam zawód miło­sny? Nie. Ni­gdy nie szu­ka­łam wra­żeń. Nie wią­za­łam się z kimś tylko dla­tego, żeby mieć part­nera. Wcho­dzi­łam tylko w poważne związki, anga­żu­jąc się uczu­ciowo. Cie­szę się, że rodzice wpo­ili mi odpo­wied­nie war­to­ści, że nie zaczę­łam zbyt wcze­śnie impre­zo­wać, że nie mia­łam dzie­się­ciu albo dwu­dzie­stu chło­pa­ków. Nie będę kry­ty­ko­wać kogoś za to, że czę­sto zmie­nia part­ne­rów w poszu­ki­wa­niu tego ide­al­nego, miło­ści swo­jego życia. Jed­nak dla mnie duża liczba byłych nie jest tym, czym dziew­czyna powinna się szczy­cić. Tym bar­dziej, jeśli opo­wiada o zawo­dach miło­snych, które spra­wiła. To głu­pota.

Pamię­ta­cie, jak czy­ta­li­ście o Karo­li­nie, która wyrzu­cała mnie i Kasię z pokoju Ewy? W tym pokoju czę­sto bywała także jej sio­stra Ewe­lina. Bar­dzo się polu­bi­ły­śmy. Ewe­lina przy­le­ciała z Anglii, spo­tka­ły­śmy się w… Impul­sie. Zamó­wi­ły­śmy piwo albo sok. Gadamy, śmie­jemy się. Obser­wo­wa­ły­śmy ludzi i nagle widzimy dwie laski, takie mega odważne. Jedna z nich zaczęła cisnąć jakie­muś typowi, nie­malże go masa­kru­jąc. Potem nasko­czyła na dru­giego. Pijana czy naćpała się? – Zaraz do nas przyj­dzie – oce­niła Ewe­lina i była to trafna wróżba.

 

– Dla­czego się ze mnie śmie­je­cie? – natarła na nas.

– Nie śmie­jemy się.

– Widzia­łam!

– Uspo­kój się, cze­piasz się wszyst­kich po kolei. Chcemy sobie tylko posie­dzieć. Wylu­zuj, dziew­czyno.

– To zaraz zoba­czysz, małpo.

Laska pode­szła bar­dzo bli­sko. Sko­czyła mi do gar­dła. Tre­no­wa­łam od kilku lat. Poczu­łam ogromną pew­ność sie­bie. Zła­pa­łam jej rękę, zsu­nę­łam z mojej szyi. Krzyk­nę­łam do dru­giej dziew­czyny.

– Zabierz kole­żankę, bo wezwę ochro­nia­rza.

– Nie bij jej! To moja sio­stra!

– Zabie­raj sio­strę i nie zacho­wuj­cie się jak skoń­czone wie­śniary.

– Nie wiesz, kim jeste­śmy.

– Możesz być córką pre­zy­denta Olsz­tyna, Pol­ski albo i USA. Żadne z was księż­niczki.

Poszłam po ochro­nia­rza. Był nim Jacek, który kilka lat póź­niej został moim tre­ne­rem boksu. Jacek, jak na klu­bo­wego mię­śniaka, był spe­cy­ficzny, układny. Z tymi laskami też się cac­kał.

– Dziew­czyny, no nie kłóć­cie się – spró­bo­wał zała­go­dzić sytu­ację i odszedł.

– Co, kurwa, będziesz na nas kapo­wać? – ta szpry­cha wpa­dła w szał.

– Dobra, gów­niaro. Koniec tematu. Nie wiesz, z kim zaczę­łaś igrać – wku­rzy­łam się na dobre.

Trzy­ma­łam szklankę w dłoni. Jesz­cze chwila i roz­wa­li­ła­bym ją na gło­wie tej laski.

„Nie no, dziew­czyno. Zabi­jesz tę dupę, pój­dziesz sie­dzieć” – prze­mó­wił do mnie głos roz­sądku. Jak ten anio­łek, który prze­la­tuje nad głową boha­tera kre­skówki.

„Jest tro­chę niż­sza. Rąb­nij ją łok­ciem, niech zamknie buzię” – to już dia­be­łek.

„Zabi­jesz ją nawet łok­ciem. Tak marzysz o tym wię­zie­niu? Chyba bar­dziej spodoba ci się w Taj­lan­dii? Odpuść.”

Anio­łek wygrał.

– Wiesz co, chodźmy do klubu obok – powie­dzia­łam do Ewe­liny naj­spo­koj­niej, jak umia­łam. Odsta­wi­ły­śmy szklanki, ode­szły­śmy. Laska zanie­mó­wiła. Nie mogła uwie­rzyć, że prze­rwa­łam kłót­nię, bo ona już cze­kała na burzę z pio­ru­nami. Na jej szczę­ście żaden pio­run nie ude­rzył. Wła­śnie przez takie sytu­acje zaczę­łam uni­kać dys­ko­tek. Brawo ja.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?