WojowniczkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 4
CZU­ŁAM SIĘ BRZYD­SZA

Byłam zbyt ener­giczna, żeby oglą­dać sport w tele­wi­zji. Nie mia­łam idoli. Jak to się stało, że zosta­łam świa­to­wej klasy spor­tow­cem? Zanim to nastą­piło, był ze mnie nie­zły pul­pe­cik. Pró­bo­wa­łam coś zdzia­łać w koszy­kówce, ale… roz­bo­lała mnie wątroba.

Mia­łam dzie­sięć albo jede­na­ście lat, gdy zaczę­łam mocno tyć. Nie potra­fi­łam pić wody, potrze­bo­wa­łam cze­goś słod­kiego. „Woda? Rzy­gać mi się chce” – myśla­łam. W skle­pie rodzi­ców mia­łam pod dostat­kiem nie tylko napo­jów gazo­wa­nych, ale i sło­dy­czy oraz chip­sów. Zaczę­łam się nie­zdrowo odży­wiać. Sta­łam się pulchna. Do tego stop­nia, że nosi­łam luź­niej­sze ciu­chy. Zaczę­łam się wsty­dzić swo­jej tuszy. Nie umia­łam kon­tro­lo­wać jedze­nia, w prze­ci­wień­stwie do Kasi. Jestem bar­dziej podobna do mamy, a część jej rodziny ma ten­den­cję do tycia. Kasia była i jest szczu­pła. Ma geny po tacie. Jest takie zdję­cie rodzi­ców sprzed trzy­dzie­stu lat. Tata we fla­ne­lo­wej koszuli, w spodniach dzwo­nach, bar­dzo chudy. Mama wizu­al­nie przy­po­mina dzi­siej­szą mnie. Była wyspor­to­waną kobietą. Nie­da­leko jej rodzin­nego domu było jezioro, dzięki czemu nauczyła się świet­nie pły­wać.

Tata wsta­wał z łóżka o dru­giej lub trze­ciej w nocy, by dotrzeć na giełdę, dostać dobry towar i przy­wieźć go przed otwar­ciem sklepu. O dzie­sią­tej przy­jeż­dżał do domu, by prze­spać się ze dwie godziny, a potem wra­cał do mamy i poma­gał jej za ladą. Oboje pra­co­wali bar­dzo ciężko. Mama zosta­wała w skle­pie, a tata znowu jechał do domu, by ugo­to­wać nam obiad. W kuchni nawet dziś ma do powie­dze­nia nie mniej niż mama. Oboje świet­nie pichcą. Spe­cja­li­zują się w tra­dy­cyj­nej kuchni pol­skiej. Od nich nauczy­łam się przy­rzą­dzać dobry rosół. W pew­nym momen­cie stało się tra­dy­cją, że ja gotuję w sobotę, a sio­stry sprzą­tają miesz­ka­nie. Rodzice nauczyli nas, by dbać o dom i o sie­bie nawza­jem.

Lubi­łam przy­cho­dzić do sklepu. Rodzice wręcz mnie z niego wyga­niali. – Ucie­kaj, masz lek­cje! – krzy­czeli. W gim­na­zjum sta­łam za ladą w każdy w pią­tek po połu­dniu i w sobotę. Kiedy zbli­żało się Boże Naro­dze­nie, prze­bie­ra­łam się w strój świę­tego Miko­łaja, sta­wa­łam przed wej­ściem i roz­da­wa­łam klien­tom cukierki. Chcia­łam, żeby było jak w ame­ry­kań­skich fil­mach. Tata tro­chę się ze mnie nabi­jał, ale mój wysi­łek przy­no­sił efekty, skoro kolejki wycho­dziły cza­sami daleko poza drzwi. Mama powta­rza, że zawsze mia­łam żyłkę han­dlowca, cha­rak­te­rek i głowę do inte­resu. Umia­łam zaosz­czę­dzić pie­nią­dze. Odkła­da­łam kie­szon­kowe. W wieku czter­na­stu lat kupi­łam apa­rat cyfrowy, co wtedy było dużym wyda­rze­niem. Więk­szość rówie­śni­ków nie miała jesz­cze nawet tele­fonu komór­ko­wego.

Gdy poznaję ludzi, wielu zaczyna roz­mowę od tego, co wydaje mi się już okle­pane.

– Taka drobna dziew­czyna, aż trudno uwie­rzyć, że potrafi tak wal­czyć – kręcą głową. Teraz wyobraź­cie sobie, że to chu­chro, któ­rym muszę się stać dzień przed poje­dyn­kiem, aby zmie­ścić się w limi­cie 52 kilo­gra­mów, kil­ka­na­ście lat temu ważyło… 67 kilo­gra­mów. Nie­zły pul­pe­cik.

Nie czu­łam się kom­for­towo w swoim ciele, ale naj­waż­niej­sze, że nie stra­ci­łam pew­no­ści sie­bie. W lek­ko­atle­tyce moją kon­ku­ren­cją było pchnię­cie kulą – serio! Pły­wać nie umia­łam. Cią­gnęło mnie do spor­tów kon­tak­to­wych. W piłkę ręczną gra­łam jako skrzy­dłowa, zaś w koszy­kówce byłam roz­gry­wa­jącą. Cho­dzi­ły­śmy z sio­strą na SKS-y, lecz w gim­na­zjum Kasia zre­zy­gno­wała ze sportu. We wcze­śniej­szych latach zdą­żyła się chyba wysza­leć na wrot­kach, które tata przy­wiózł z Nie­miec, a potem na rol­kach.

Nie mia­łam idoli ani ido­lek. Pamię­tam popu­lar­ność zespołu The Kelly Family, choć każdy dzie­ciak uda­wał, że ich nie lubi, bo byli za grzeczni. Kasia nosiła poma­rań­czową koszulkę z trzema laskami z Tic Tac Toe. W szkole rzą­dził ten, kto miał naj­wię­cej kar­te­czek, takich z dziur­kami do segre­ga­tora, z pio­sen­ka­rzami i pio­sen­kar­kami. Śmiać mi się chce, gdy wspo­mi­nam numer Micha­ela Jack­sona – pamię­ta­cie tele­dysk do Earth Song, który był wtedy hitem tele­wi­zji? Sta­wa­łam w progu, łapa­łam za futrynę, jak Jack­son za pniaki spa­lo­nych drzew w trak­cie apo­ka­lip­tycz­nej wichury i w tej dziw­nej pozy­cji się wydzie­ra­łam. Nie umiem śpie­wać, ale przy­naj­mniej w domu było wesoło. Wspo­mi­nam o tym dla żartu. Ni­gdy nie pra­gnę­łam zostać pio­sen­karką.

Sport w tele­wi­zji? Cię­żar ciała nie spra­wił, że zasia­dłam wygod­nie przed ekra­nem. Mia­łam za dużo ener­gii. Pamię­tam mecze repre­zen­ta­cji Pol­ski w piłce noż­nej, która w 2001 roku zakwa­li­fi­ko­wała się do mistrzostw świata pierw­szy raz od szes­na­stu lat, lecz minęło jesz­cze wiele czasu, zanim dowie­dzia­łam się, na czym polega spa­lony. Dobrze koja­rzę sobot­nio-nie­dzielne oglą­da­nie sko­ków Adama Mały­sza. Zna­łam Krzysz­tofa Hołow­czyca, raj­do­wego mistrza Europy z Olsz­tyna. Na nasze osie­dle przy­jeż­dżała jego córka. Była star­sza, par­ko­wała peu­ge­ota 206 i razem z trzema, czte­rema kole­żan­kami jeź­dziła na desko­rolce w mini­ska­te­parku.

Zazdro­ści­łam jej tych kole­ża­nek. Nie mia­łam z kim dzie­lić pasji, przy­mie­rzać mod­nych ciu­chów w skle­pach, słu­chać naj­now­szych płyt. Trzy­ma­łam się z boku. Patrzy­łam. Mia­łam czter­na­ście lat. Czu­łam się brzyd­sza, grub­sza, gorzej ubrana. Nie byłam wyob­co­wana, nie mia­łam ogrom­nych kom­plek­sów, ale gdzieś we mnie sie­działa jakaś zadra, która powo­do­wała przy­gnę­bie­nie. Dziew­czyny super jeź­dziły. Miały dużo lep­sze deski ode mnie. Po latach spo­tka­łam jedną z nich. Zro­biło mi się miło, gdy powie­działa, że w te klocki też byłam cał­kiem nie­zła.

Sporty walki? Dzi­siaj jestem w sta­nie sobie przy­po­mnieć, że było gło­śno o poje­dyn­kach bok­se­rów Andrzeja Gołoty i Dariu­sza Michal­czew­skiego. W tele­wi­zji widziało się też wal­czące kobiety: Iwonę Guzow­ską i Agnieszkę Rylik. Wci­ska­ła­bym wam jed­nak kit, gdy­bym teraz stwier­dziła, że któ­ryś z tych spor­tow­ców spra­wił, że zało­ży­łam ręka­wice.

Lubi­łam sport, ale nie sądzi­łam, że się do niego nadaję. Myśla­łam, że wię­cej pożytku dadzą mi dodat­kowe lek­cje angiel­skiego, nie­mniej… Posta­no­wi­łam spraw­dzić się w Łącz­no­ści Olsz­tyn. Dowie­dzia­łam się o nabo­rze do dru­żyny koszy­ka­rek, przy­szłam na zaję­cia. Nie­które dziew­czyny były star­sze, ale nie­które młod­sze ode mnie. Grały ze sobą od dawna. Pierw­szy raz zetknę­łam się z naprawdę cięż­kim tre­nin­giem. Pew­nie nie dała­bym za wygraną i mimo prze­cięt­nego wzro­stu wal­czy­ła­bym o pój­ście w ślady olsz­ty­nianki Beaty Krup­skiej-Tysz­kie­wicz, repre­zen­tantki Pol­ski. Mie­rzyła o cztery cen­ty­me­try mniej niż ja dzi­siaj. Wtedy pierw­szy raz pomy­śla­łam o spo­rcie poważ­nie, choć trudno było mi się zgrać z dziew­czy­nami. Były lep­sze i raczej lek­ce­wa­żyły „nową” – pulch­niutką Asię. Mogę powie­dzieć, że patrzyły na mnie z góry, nie tylko z racji wzro­stu.

Po dwóch albo trzech mie­sią­cach tre­nin­gów zaczę­łam odczu­wać kłu­cie z pra­wej strony brzu­cha, jak­bym miała kolkę po bie­ga­niu. Tłu­ma­czy­łam sobie, że to efekt inten­syw­nych zajęć. Ból jed­nak wra­cał regu­lar­nie. Dałam znać mamie. Leka­rze w przy­chodni nie widzieli pro­blemu, więc poszły­śmy na pry­watną wizytę. Oka­zało się, że moja wątroba jest o dwa, trzy cen­ty­me­try za duża, jak na mój wiek. Za szybko uro­sła. Nie pra­co­wała tak jak powinna. Zre­zy­gno­wa­łam z tre­nin­gów.

Może coś by było z tej mojej koszy­kówki, gdyby nie ta wątroba? Posta­wi­łam na tro­chę lżej­sze jedze­nie, minął rok i wszystko wró­ciło do normy. Nie wiem, skąd to się w ogóle wzięło. Przez całe dnie bie­ga­łam po podwórku i ni­gdy nie mia­łam naj­mniej­szego pro­blemu ze zdro­wiem. Na boisku do koszy­kówki ta kolka odbie­rała mi jed­nak oddech i unie­moż­li­wiała nor­malny tre­ning. Może to był znak od Boga? Może chciał powie­dzieć: „Prze­stań to robić, bo czeka na cie­bie coś więk­szego, waż­niej­szego”? Osta­tecz­nie w Łącz­no­ści nie roze­gra­łam ani jed­nego meczu.

Ewa miała chło­paka Rafała. To był mega luzak, bar­dzo porządny gość. Chyba chciał zaim­po­no­wać dziew­czy­nie i poka­zać, że trosz­czy się o jej rodzeń­stwo. Kie­dyś zwró­cił się do mnie:

– Taka żywa jesteś, to chodź ze mną na wspi­naczkę skał­kową!

Poszłam i naprawdę mi się spodo­bało. Skoń­czy­łam kurs, poje­cha­łam na obóz w Soko­li­kach za Jele­nią Górą. Strach nie zaglą­dał mi w oczy. Polu­bi­łam adre­na­linę, połknę­łam bak­cyla. Wspi­nało się spe­cy­ficzne towa­rzy­stwo, głów­nie dzie­ciaki z boga­tych rodzin. Syno­wie leka­rzy, praw­ni­ków. Na prze­ciw­nym bie­gu­nie byli dwaj stu­denci, któ­rzy żyli jak hipisi i przed ata­kiem na pio­nową ścianę lubili wal­nąć kon­kretną dawkę nafty. Wspo­mnie­nia po powro­cie mia­łam jed­nak wspa­niałe. Uświa­do­mi­łam sobie, że kręcą mnie eks­tre­malne kli­maty. Rafał na­dal chciał zyskać w oczach Ewy. Tym razem wpadł na pomysł, żeby zacią­gnąć mnie na tre­ning muay thai. Był paź­dzier­nik 2003 roku.

Roz­dział 5
NAJ­PIERW MNIE POZNAJ

Zaję­łam się spor­tami walki, wyspe­cja­li­zo­wa­łam się w nich i chcia­łam być mistrzy­nią. W swo­jej działce jestem naj­lep­sza na świe­cie. MMA nie jest dys­cy­pliną dla kobiet? A kto tak powie­dział? Dzien­ni­karz od piłki noż­nej, który nawet nie wiem, jak wygląda?

(…) Joanna Jędrzej­czyk zlała maka­brycz­nie jakąś inną kobietę, któ­rej zresztą było mi szkoda, bo ład­niej opa­lona i z biu­stem. A pobi­cie nie tylko nie zostało uka­rane, ale nagro­dzone! Jakimś pasem UFC, no i nie­zli­czo­nymi publi­ka­cjami w pol­skich, czę­sto zakom­plek­sio­nych mediach (no bo jak wygry­wamy, to sta­jemy się potęgą – szkoda, że w dzi­wac­twach jedy­nie). (…) No i nagle, z powodu jakie­goś pasa za stówę, mamy boha­terkę. (…) Halina Kono­packa nie dość, że zdo­była mistrzo­stwo olim­pij­skie, pierw­sze dla Pol­ski, to wygry­wała kon­kursy urody i wyszła za mąż za mini­stra skarbu II RP. Malo­wała, pisała wier­sze… Joanna Jędrzej­czyk jest z zupeł­nie innej bajki. To taka dziew­czynka z zapał­kami.

 

Paweł Zarzeczny, frag­ment felie­tonu, „Pol­ska The Times”, 16 marca 2015 roku

Czy była­bym szczę­śliwa, gdyby nie sport? Ni­gdy nie sądzi­łam, że zajdę tak daleko. Dzie­sięć lat temu powie­dzia­łam sobie, że będę kimś. Nie wie­dzia­łam jesz­cze, jak to zro­bię. Wie­dzia­łam tylko, że czeka mnie praca i wyrze­cze­nia. Ni­gdy nie pomy­śla­łam: „Musisz być naj­lep­sza na świe­cie, więc jazda do roboty”. Wszystko, co robi­łam, robi­łam dla sie­bie, dla zaspo­ko­je­nia ambi­cji. One powoli, stop­niowo, sta­wały się coraz więk­sze. I nie­moż­liwe stało się moż­liwe. Jeśli ktoś mówił mi, że coś się nie uda, że nie ma naj­mniej­szych szans, nie wie­rzy­łam. Musia­łam spraw­dzić to na wła­snej skó­rze.

Tak samo jest z upra­wia­niem spor­tów walki przez kobiety. Dla­czego mia­ła­bym tego nie robić? Czy od trzy­na­stu lat jestem złym czło­wie­kiem, bo zało­ży­łam ręka­wice i wygra­łam pra­wie wszyst­kie walki? Naj­pierw mnie poznaj, potem oceń.

Wszy­scy, na czele z rodzi­cami, myśleli, że będę miała sło­miany zapał. Jed­nak dość szybko zorien­to­wa­łam się, że chcę zostać naj­le­piej wal­czącą kobietą w histo­rii pol­skiego sportu. Doce­nia­łam Iwonę Guzow­ską i Agnieszkę Rylik (pozna­łam ją po latach, wspa­niała osoba!). Impo­no­wały mi, ale na nikim się nie wzo­ro­wa­łam. Na Laili Ali też nie. Czu­łam, że mogę być jesz­cze lep­sza. Każdy może osią­gnąć suk­ces, ogromny, albo i gigan­tyczny, jeśli tylko znaj­dzie swoją dzie­dzinę i naprawdę się przy­łoży, aby się w niej roz­wi­jać.

Myśli­cie, że nie była­bym dziś wysoko w kor­po­ra­cyj­nej pira­mi­dzie, gdy­bym trzy­na­ście lat temu została sze­re­go­wym pra­cow­ni­kiem banku? Oczy­wi­ście, że była­bym. Dla­czego? Bo wiem, na czym polega zaan­ga­żo­wa­nie i ciężka praca. Wyna­lazcy też poświę­cali wiele, a może i wszystko, dla jed­nej idei. Mogło to trwać długo, ale w pew­nym momen­cie zasko­czyło, bo ktoś to dostrzegł i uwie­rzył w ich wysi­łek. I dzi­siaj dzieci uczą się o nich na lek­cjach histo­rii.

Mnie praw­dziwą szansę dano po jede­na­stu latach upra­wia­nia sportu. Parę razy zosta­łam mistrzy­nią świata w muay thai, ale prze­cież nie mia­łam z tego choćby przy­zwo­itych pie­nię­dzy. Nikt mnie nie znał. Nie obcho­dzi­łam nawet jed­nego pro­centa kibi­ców, któ­rzy poznali mnie przez ostat­nie dwa lata. Mogłam się pod­dać, wiele razy. Mia­łam milion powo­dów. Bo sta­łam się peł­no­let­nia, bo skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia lat, bo skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia pięć…

– Daj sobie spo­kój. Zaj­mij się czymś, co da ci przy­zwo­itą kasę. Miej nor­malną pracę. Po co dajesz się obi­jać? Przy­naj­mniej będziesz ład­nie wyglą­dać – sły­sza­łam. Wiele razy.

Co to zna­czy mieć nor­malną pracę? Co to zna­czy być ład­nym? Nie mam ide­ałów, wzo­rów, sche­ma­tów. Nie znam dosko­na­łych ludzi. Każdy ma coś do popra­wie­nia, zawsze. Co jest dla cie­bie naj­waż­niej­sze? Marze­nia? By wytrwale dążyć do celu, a może będziesz tań­czyć tak, jak ci zagrają? Każdy powi­nien cze­goś poszu­ki­wać. Upar­cie wie­rzy­łam, że wszyst­kie złe chwile i przy­kre sytu­acje są tylko dla mojego dobra, przy­niosą owoce w przy­szło­ści.

Naprawdę pra­gnę, żeby­ście dzięki tej książce prze­ko­nali się, że chcieć to móc. Pasja i marze­nia mają prze­ogromną war­tość i nie są to puste słowa, zaufaj­cie mi. Mojego suk­cesu też nic nie zapo­wia­dało, a tu pro­szę. Piszę swoją histo­rię. 14 marca 2015 roku w Dal­las zosta­łam mistrzy­nią świata w MMA. Pas UFC za stówę? Nie wiesz, co napi­sa­łeś, czło­wieku. To tak, jak­byś powie­dział mistrzyni olim­pij­skiej, że jej złoty medal nic nie jest wart.

Czło­wie­kiem, który latem 2014 roku dał mi praw­dziwą szansę roz­woju i zaro­bie­nia dobrych pie­nię­dzy, był Dana White, pre­zy­dent Ulti­mate Figh­ting Cham­pion­ship. Nie wiem, czy Carla Espa­rza jest bar­dziej atrak­cyjna ode mnie. Ona zapewne ma swo­ich zwo­len­ni­ków, ja mam swo­ich. Na przy­kład tych, któ­rzy codzien­nie piszą w inter­ne­cie: „Joanna, tak ład­nie się uśmie­chasz, czy zosta­niesz moją żoną?”. W każ­dym razie nie­trudno, żeby Carla była ode mnie bar­dziej opa­lona, skoro mieszka w Kali­for­nii, a ja tre­no­wa­łam zimą w Olsz­ty­nie. Prze­pra­szam, na sola­rium zabra­kło czasu. Mia­łam na gło­wie parę spraw, na przy­kład tro­chę mi zale­żało na wyniku walki. Espa­rza jest ład­niejsza? Nie ma sprawy. Mnie cho­dzi o spor­tową rywa­li­za­cję. W niej rezul­tat był korzystny dla mnie. Nokaut, czwarta minuta, dwu­dzie­sta siódma sekunda dru­giej rundy, nową mistrzy­nią świata UFC została Joanna Jędrzej­czyk. Dzię­kuję.

Ludziom ni­gdy się nie dogo­dzi. Co by się nie działo i tak cię skry­ty­kują. Dawno temu nauczy­łam się nie przej­mo­wać oce­nami, zanim sta­łam się popu­larna, zanim zna­la­złam się pod ostrza­łem opi­nii publicz­nej. Już po pierw­szych wywia­dach mogłam się dowie­dzieć z komen­ta­rzy w sieci, że coś jest ze mną nie tak. Nie dam nikomu żyć moim życiem. Czuję się stu­pro­cen­tową kobietą. Jestem dobrą sio­strą i córką, będę dobrą żoną i matką. Lubię sie­bie. Naj­bar­dziej po walce, gdy mam nieco wię­cej ciałka, a waga zbliża się do sześć­dzie­się­ciu kilo­gra­mów. Wtedy na­dal mam wyspor­to­waną syl­wetkę, ale i lek­kie krą­gło­ści. W pierw­szej kolej­no­ści dbam o to, by podo­bać się narze­czo­nemu.

Czego kobieta nie może robić? Nie wiem, sta­nie na ulicy nie jest dobrym wybo­rem. Z dru­giej strony nie chcę nikogo skre­ślać. Nawet ostat­nio w kościele słu­cha­łam słów Ewan­ge­lii o kobie­cie lek­kich oby­cza­jów, która umyła Jezu­sowi nogi, a czło­wiek teo­re­tycz­nie dużo lep­szy chyba nawet mu się nie ukło­nił. Zapy­tał tylko, dla­czego Jezus obcuje z grzesz­nicą. Sta­ram się nie oce­niać ludzi. W zasa­dzie wsty­dzę się nawet sko­men­to­wać zdję­cie zna­jo­mego w inter­ne­cie, wolę powie­dzieć mu to pro­sto w twarz.

Nie jestem święta i cza­sami wydaję opi­nię. Póź­niej mam małe wyrzuty sumie­nia. Głu­pio się czuję, bo prze­cież nie wiem o tej oso­bie wszyst­kiego. Trzeba wczuć się w sytu­ację dru­giego czło­wieka. Dla­czego tak się zacho­wał? Dla­czego zszedł na złą drogę? Dla­czego się­gnął po alko­hol? Nikt nie zbłą­dził bez poważ­nej przy­czyny. Czło­wiek zawsze zasłu­guje na drugą szansę. Trzeba go oce­nić na pod­sta­wie tego, czy umiał wycią­gnąć wnio­ski z błę­dów.

Nie mam nic prze­ciwko dziew­czy­nom upra­wia­ją­cym pod­no­sze­nie cię­ża­rów, choć sama nie lubię dźwi­gać. Zawsze lubi­łam prze­ła­my­wać bariery i kopać piłkę. Nie zna­łam spor­tów, które są tylko dla chło­pa­ków. To dla mnie budu­jące, jak bar­dzo roz­wi­nął się fut­bol kobiet w Pol­sce i w moim Olsz­ty­nie.

Czy pogar­dzimy olim­pij­skim podium naszej zapa­śniczki, judoczki, pię­ściarki, zawod­niczki taekwondo? Prze­cież to też są dys­cy­pliny dla męż­czyzn, no nie? Uznamy, że nic się nie wyda­rzyło? Nie przy­wi­tamy meda­listki igrzysk na lot­ni­sku z kwia­tami? Pol­ski Komi­tet Olim­pij­ski nie wypłaci jej nagrody? Gdzie jest gra­nica pomię­dzy spor­tem męskim a kobie­cym? Czy kolarki powinny peda­ło­wać przez sto czter­dzie­ści kilo­me­trów po górach, pie­kąc się w słońcu? Czy dziew­czy­nom wolno prze­biec mara­ton, a może dzie­sięć tysięcy metrów to już za dużo? Spójrz­cie na te szczu­plut­kie bie­gaczki, są takie biedne. Natych­miast zała­twmy im wizytę u kosme­tyczki na poprawę nastroju. Będą o wiele szczę­śliw­sze.

Nie znam autora tego felie­tonu. Mogła­bym go prze­kląć i życzyć wszyst­kiego naj­gor­szego, ale prze­cież to absur­dalne. Uśmie­cham się. Prze­cież po mojej kolej­nej walce znowu usły­szy, że jestem wspa­nia­łym spor­tow­cem i przy­no­szę Pol­sce dumę. Może krę­cić nosem, ale prę­dzej czy póź­niej dostrzeże, że mój wysi­łek ma głę­boki sens. Nawet jeśli nie odważy się tego powie­dzieć.

Roz­dział 6
DLA­CZEGO UNI­KAM DYS­KO­TEK

Wszy­scy się śmiali, że kobiety nie umieją się bić. Kiedy pró­bo­wano wmó­wić mi, że cze­goś nie potra­fię, wie­dzia­łam, że muszę zaci­snąć zęby i udo­wod­nić, że wszystko jest moż­liwe. Ofia­rami moich dwóch pierw­szych nokau­tów padli faceci. Nie, nie cie­szę się z tego.

Na początku taka była ze mnie zdy­scy­pli­no­wana spor­t­smenka, że wzię­łam się za pale­nie papie­ro­sów. Mia­łam szes­na­ście lat, to było zaraz na początku liceum, dosłow­nie chwilę przed roz­po­czę­ciem tre­nin­gów muay thai. Mia­ły­śmy wyku­pione bilety mie­sięczne, ale wola­ły­śmy wra­cać do domu z buta. Marzyła się nam doro­słość. Kasia mniej paliła, nad­ra­bia­łam z kole­żanką Syl­wią. To trwało jakieś dwa tygo­dnie. W końcu zaak­cep­to­wa­łam myśl, że pale­nie jest mega ohydne.

Rafał, chło­pak Ewy, tre­no­wał boks taj­ski od pół roku. Zachę­cał mnie, bym spró­bo­wała, lecz tro­chę bro­ni­łam się przed decy­zją. „Muay thai? Jak to w ogóle brzmi? Język mi się plą­cze” – sta­ra­łam się zna­leźć argu­ment, żeby nie iść na tre­ning. Wcze­śniej mia­łam moż­li­wość dołą­cze­nia do sek­cji taekwondo, lecz ono wyda­wało mi się bar­dzo nudne. „To ja już wolę ten boks taj­ski. Przy­naj­mniej coś się będzie działo” – pomy­śla­łam.

Klub nazy­wał się CFC – Camel Fight Club. Camel, czyli wiel­błąd, to ksywa wła­ści­ciela. Może dla­tego, że wiel­błąd ma garby, a on ma tro­chę gar­baty nos. Mam stam­tąd głów­nie nie­miłe wspo­mnie­nia, co nie zmie­nia faktu, że wła­śnie tam zaczęła się moja poważna przy­goda ze spor­tem.

Tre­ningi były bar­dzo cięż­kie, ale potra­fi­łam się moty­wo­wać. Sta­wiano bar­dziej na przy­go­to­wa­nie fizyczne, niż na tech­nikę. Dawa­łam radę. Ból wątroby ni­gdy nie powró­cił. Szybko oka­zało się, że jest we mnie poten­cjał, że mam w sobie coś, co może uczy­nić ze mnie praw­dzi­wego spor­towca.

Po dwóch mie­sią­cach tre­nin­gów, pod koniec 2003 roku, sto­czy­łam swoją pierw­szą walkę. To było w osie­dlo­wym klu­bie Akant, na ulicy Kanta. Jeden przy­sta­nek jazdy komu­ni­ka­cją miej­ską od miej­sca, w któ­rym miesz­kam dzi­siaj. Przy­je­chały moje sio­stry i Rafał. Wie­czorna godzina, zro­biło się ciemno, zapa­lono świa­tełka. Był kli­ma­cik. Z krze­se­łek zbu­do­wano kwa­drat, który stał się rin­giem. Zapla­no­wano kilka walk. Sama wcho­dzi­łam do ringu trzy razy. Nie będę ściem­niać, że było to jakieś mistyczne prze­ży­cie, które wywró­ciło mój świat do góry nogami. Cho­dziło bar­dziej o pokaz boksu, muay thai i karate, o ile dobrze pamię­tam. Prze­wi­dziano jed­nak, że po wal­kach będą wer­dykty.

W ringu, a raczej w kwa­dra­cie, wal­czy­łam z dziew­czy­nami z Olsz­tyna: ze star­szą o pięć lat Agą Olek­sik, która póź­niej stała się moją dobrą kum­pelą, z Anią oraz Gosią. Gośka była umię­śniona jak byk. Impo­no­wała mi. Pra­co­wała chyba w sane­pi­dzie, ale poka­zy­wała, że laski też mogą tre­no­wać! Byłam młod­sza i znacz­nie mniej doświad­czona, ale oka­zało się, że nie mam kło­potu z tym, żeby nastu­kać dziew­czyny. Wszy­scy zaczęli się zasta­na­wiać, o co z tą Aśką cho­dzi. Wygra­łam, co mia­łam wygrać. Wró­ci­łam do domu z chu­s­teczką w nosie, bo lekko leciała mi krew. Tata spoj­rzał na mnie tro­skli­wie. Nie był zachwy­cony, ale widzia­łam jakiś błysk w jego oku. Tak jakby cie­szył się, że wresz­cie zna­la­złam pasję.

Minęło kilka mie­sięcy i w poło­wie 2004 roku byłam już w Kra­ko­wie na moich pierw­szych mistrzo­stwach Pol­ski. Star­to­wa­łam w kate­go­rii do 63,5 kilo­grama. Byłam ogrom­nie pod­eks­cy­to­wana tymi zawo­dami. Popro­si­łam Asię, moją kole­żankę z liceum, dzi­siaj przy­ja­ciółkę, aby przed wyjaz­dem zaplo­tła mi war­ko­czyki. Tak mi się spodo­bały, że póź­niej robiła to jesz­cze wiele razy. Wró­ci­łam do Olsz­tyna ze zło­tym meda­lem, kon­ku­ren­cja nie była szcze­gól­nie mocna. Do dziew­czyn z całego kraju dopiero docie­rało, że nie tylko faceci mogą zaj­mo­wać się spor­tami walki. Poziom rósł, lecz mistrzo­stwa Pol­ski do 2008 roku wygry­wa­łam jesz­cze cztery razy.

Przed poje­dyn­kiem ni­gdy nie dopa­dają mnie nerwy. Jestem sku­piona, ale lubię być wesoła, śmiać się. Wizu­ali­zuję sobie walkę, lecz stres mnie nie zżera. Nie para­li­żuje mnie publicz­ność. Nie­ważne, czy mam wystą­pić dla pięć­dzie­się­ciu osób czy dla pięć­dzie­się­ciu tysięcy. Od moich pierw­szych walk chcę poka­zy­wać sie­bie. Poka­zy­wać, jak jestem ener­giczna i żywio­łowa, poka­zać, czego się nauczy­łam. I tę ener­gię po pro­stu z sie­bie uwal­niam. To się ni­gdy nie zmie­niło. Strach i nerwy są mi obce. Nie lubię jedy­nie cze­ka­nia. Chcę, żeby w szatni wszystko działo się szyb­ciej. Słu­cham muzyki, gadam z ludźmi. Wiele osób myśli, że to jest poza, lecz się mylą. Zawsze czuję wielki spo­kój.

 

Lubię się zmę­czyć roz­grzewką. Potem biorę głę­boki oddech. Przez moment dopada mnie obawa: „ojejku, nie mam siły, nie mam kon­dy­cji”, ale za chwilę ona ustę­puje: „spo­koj­nie, prze­cież wszystko masz, jest cudow­nie!”. Odma­wiam ostat­nią modli­twę. Emo­cje idą w dół. W gło­wie i duszy robi się totalna cisza. Cze­kam, aż po hali roz­nie­sie się numer Przej­mij ster w swoje dło­nie, nagrany przez moją kum­pelę Renę oraz Gutka zna­nego z zespołu Indios Bra­vos. Widzę fanów, pod­no­szę ręce, przy­bi­jam piątki. Sły­szę, jak skan­dują moje imię. Zasi­la­nie rośnie. Klę­kam, robię znak krzyża. Wcho­dzę do okta­gonu zupeł­nie spo­kojna, wyci­szona. Niech to się już zacznie, chcę wypro­wa­dzić pierw­szy cios!

Czy dziew­czyny boją się bar­dziej? Nie powie­dzia­ła­bym. Mam wielu kole­gów, nawet tych naj­wyż­szych i naj­cięż­szych, ważą­cych po sto kilo­gra­mów, któ­rzy nie radzą sobie ze stre­sem, przez co prze­gry­wają walki. Do klatki trzeba wejść po swoje. Chcieć zado­wo­lić przede wszyst­kim sie­bie, czer­pać radość z walki. Mieć gdzieś, ilu ludzi cię obser­wuje. Oddzie­lić walkę od wszyst­kiego, co dzieje się wokół. Jesteś tylko ty i twój prze­ciw­nik. To wszystko, co powi­nie­neś wie­dzieć. Nie zosta­nie mistrzem świata ten, kto nie umie opa­no­wać ner­wów. Na nie­któ­rych strach wpływa moty­wu­jąco, pobu­dza. Jed­nak nie jest to żadna reguła. Wielu macho tuż przed walką nie wie, jak się nazywa. Są jak małe dziew­czynki.

Męstwem nie impo­no­wał też facet, któ­rego spo­tka­łam w olsz­tyń­skim klu­bie Impuls. Klu­bie noc­nym, nie spor­to­wym. Mia­łam osiem­na­ście lat. Zakum­plo­wa­łam się z Agą. Tre­no­wa­ły­śmy w Camelu, a wie­czo­rami cho­dzi­ły­śmy na dys­ko­teki. Aga miała dwa­dzie­ścia trzy lata, była dla mnie jak star­sza sio­stra. Do Impulsu przy­jeż­dżali ludzie z oko­lic Olsz­tyna. Gene­ral­nie pusz­czano tam mało ambitną muzykę, ale zawsze się czło­wiek wytań­czył. Bram­ka­rze znali mnie i Agę, były­śmy sta­łymi bywal­czy­niami lokalu.

Tań­czymy, bawimy się. Wokół mnó­stwo ludzi, straszny ścisk. Nagle didżej mówi do kole­sia:

– Pro­szę zejść ze szkłem z par­kietu.

Gość coś tam wybeł­ko­tał. Tań­czył przy nas, roz­le­wał piwo. Zła­pa­łam go za ramię.

– Kolego, do cie­bie didżej mówił, żebyś zszedł.

– Spier­da­laj, czego chcesz?

– Chcę, żebyś zszedł z par­kietu.

– Sama zjeż­dżaj.

Gość był nachlany, a może naćpany? Poszedł sobie, ale zaraz wró­cił. Znowu wlazł na par­kiet z bro­wa­rem i papie­ro­sem. Didżej zagro­ził, że wezwie ochronę. Typ zapa­lił szluga.

– Uwa­żaj kolego, bo zaraz kogoś przy­pa­lisz.

– Czego ty, kurwo, chcesz? Zamknij się.

– Mów grzecz­nie, bo ja do cie­bie mówię grzecz­nie.

Jego dziew­czyna tań­czyła na pod­wyż­sze­niu.

– Czego ta szmata od cie­bie chce? Chce się bić?

– Ja nie chcę się bić.

Tre­no­wa­łam muay thai od dwóch lat. Aga zła­pała mnie za rękę. Nie chciała, żebym zro­biła coś głu­piego. Gość tkwił w prze­ko­na­niu, że jest kró­lem par­kietu. Dziew­czyna zaczęła go pod­ju­dzać. Wtedy ten kre­tyn przy­pa­lił moją kum­pelę.

– No i widzisz, co naro­bi­łeś?

– Co, szmato?

– Nie wyzy­waj mnie, nie będę z tobą dys­ku­to­wać. Idę po ochronę.

– Taa? Ty to możesz mi co naj­wy­żej obcią­gnąć.

Aga wciąż trzy­mała mnie za rękę. Jed­nak we mnie coś wstą­piło. Gość obra­ził mnie tak, że bar­dziej już nie można. Stał bokiem, ale zaczął się odwra­cać, żeby zaśmiać się w moją stronę, tak szy­der­czo. Wyrwa­łam rękę z uści­sku Agi, mach­nę­łam pra­wym sier­po­wym. Pięść tra­fiła pro­sto w szczękę. Koleś zje­chał do bazy. Chyba odcięło mu błęd­nik.

Wokół poja­wiło się parę łysych głów.

– Ty, patrz, laska go zno­kau­to­wała!

Myśla­łam, że zaraz będę miała prze­chla­pane. Aga znów zła­pała mnie za rękę. Wybie­gły­śmy stam­tąd i szybko wstą­pi­ły­śmy do dru­giego zatło­czo­nego klubu, żeby nas nie zna­leźli.

To było jedno z naj­gor­szych prze­żyć w moim życiu. Dałam się ponieść emo­cjom. To był… impuls, jak nazwa klubu. Wie­dzia­łam, że typ grubo prze­giął. Czu­łam, że jestem w nie­bez­pie­czeń­stwie. I po pro­stu wypro­wa­dzi­łam ten cios. Nie można mieć sobie wszyst­kiego za złe. Tak czy ina­czej, to się już ni­gdy nie powtó­rzyło i nie powtó­rzy. Od dawna uni­kam dys­ko­tek. Znam swoją moc, a skoń­czo­nych głup­ców prze­cież nie bra­kuje. Kon­flikty trzeba roz­wią­zy­wać sło­wami, nie siłą, ale mało kto to rozu­mie. Dla mnie to wstyd, że musia­łam pal­nąć tego tłu­moka.

To był mój drugi nokaut w życiu. Wcze­śniej usa­dzi­łam chło­paka w sali tre­nin­go­wej. Mie­li­śmy wewnętrzne spa­ringi w Camelu. Wszy­scy usie­dli w kółku, które stało się miej­scem walk. Chło­pak był sil­niej­szy, chyba w moim wieku. Nie zało­ży­li­śmy kasków, spa­ring w zało­że­niu miał być lekki. Jed­nak faceci czę­sto chcą coś udo­wod­nić, nawet kiedy nie ma to naj­mniej­szego sensu. Gość był nowy, pró­bo­wał się wyżyć, czymś się wyróż­nić. Uni­ka­łam walki, nie chcia­łam obe­rwać przy­pad­ko­wym cio­sem. Jed­nak chło­pak tak się pod­pa­lił, że ścię­łam go z nóg pra­wym. Nie chcia­łam tego, tak wyszło. Camel bar­dzo się ucie­szył. Z czego tu się cie­szyć? Choćby ta reak­cja dała mi do zro­zu­mie­nia, że nie jest to tre­ner moich marzeń.