WojowniczkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 2
JAK POCHO­WA­ŁAM CHO­MIKA

Sześć lat po Ewie na świe­cie mieli się poja­wić Pau­lina i Adaś. Przy­szły Kasia i Asia. Bliź­nięta dwu­ja­jowe. Dzi­siaj śmie­jemy się, że już na samym początku prze­gra­łam walkę, bo Kasia wypchnęła mnie nóż­kami. Sama jed­nak nie mogła się wydo­stać. Aż przez dwa­dzie­ścia pięć minut. Ist­niało ryzyko, że tylko ja będę żyła.

Rodzice poznali się w Olsz­ty­nie. Oboje pra­co­wali przy pro­duk­cji opon w Sto­milu. Mama Anna, rocz­nik 1961. Tata Jan, uro­dzony w 1959 roku. Wpa­dli sobie w oko na sto­łówce. Mama mówi, że spo­tkała tatę już pierw­szego dnia w zakła­dzie. Cho­dzili ze sobą, po roku się pobrali. Moja star­sza sio­stra Ewa uro­dziła się w 1981 roku.

Sześć i pół roku póź­niej mama miała więk­szy cię­żar do dźwi­ga­nia. Na świat miały przyjść bliź­nięta: dziew­czynka i chłop­czyk, Pau­lina i Adaś. Przed 18 sierp­nia 1987 roku było już jed­nak wia­domo, że uro­dzą się bliź­niaczki, Kasia i Asia. Naj­pierw wyszłam ja. Pamię­ta­cie, jak mecze repre­zen­ta­cji komen­to­wał Dariusz Szpa­kow­ski? „Przy piłce Michał Żew­ła­kow, star­szy o pięć minut brat Mar­cina Żew­ła­kowa”. Na Kasię trzeba było cze­kać nie pięć, ale dwa­dzie­ścia pięć minut. Pępo­wina owi­nęła się wokół jej rączki. Odwró­ciła się ple­cami. Nie miała tlenu, dusiła się. Nie wyszła główką, lecz tyłem. W skali Apgar dostała jeden punkt na dzie­sięć. To ozna­cza stan zamar­twicy cięż­kiej. Ser­duszko na szczę­ście pra­co­wało. Tra­fiła do inku­ba­tora, pole­żała w nim przez kilka dni. Spe­cja­li­ści czu­wali, nie było powi­kłań.

Mimo wszystko to Kasia oka­zała się cięż­sza. Ważyła trzy kilo­gramy, ja o czte­ry­sta gra­mów mniej. Póź­niej obie sta­ły­śmy się cał­kiem pyza­tymi dziew­czyn­kami, a Kasia już ni­gdy nie miała żad­nego pro­blemu ze zdro­wiem.

Od samego początku było wia­domo, która z nas będzie sil­niej­sza, żyw­sza, bar­dziej zakrę­cona, gło­śniej­sza, śmiel­sza. Jed­nak zawsze trzy­ma­ły­śmy się razem, w zgo­dzie. W domu, na podwórku, na waka­cjach, w szkole. Czu­łam sio­strzaną odpo­wie­dzial­ność za Kasię. Bro­ni­łam jej, gdy zacze­piały nas star­sze dzie­ciaki. Pysko­wa­łam, gdy wyzy­wały nas od gów­nia­rzy.

Na podwórku Kasia spę­dzała wię­cej czasu z dziew­czyn­kami. Ja lubi­łam bawić się także z chło­pa­kami. Pukali do drzwi naszego miesz­ka­nia na trze­cim pię­trze i pró­bo­wali namó­wić mamę, żeby Asia zeszła na plac pod blo­kiem. Chcieli, żebym grała z nimi w piłkę, choć naj­po­pu­lar­niej­szy był wtedy palant, pol­ska odmiana base­balla. Odbi­ja­li­śmy piłkę kij­kami wystru­ga­nymi przez naszych ojców albo dziad­ków. Gania­li­śmy od bazy do bazy. Przy­po­mnia­łam sobie o tym dwa tygo­dnie po rewanżu z Gadelhą, gdy UFC zapro­siło mnie do Chi­cago, a jedną z atrak­cji było roz­po­czę­cie meczu tam­tej­szych White Sox z Detroit Tigers w Major League Base­ball. Sta­nę­łam w kółeczku na pły­cie boiska sta­dionu Cel­lu­lar Field. Rzu­ci­łam piłeczkę pro­sto do łapa­cza. Sprawdź­cie w inter­ne­cie, jak daw­niej zro­bił to raper 50 Cent, posta­wiony przed iden­tycz­nym zada­niem. Może u niego na podwórku nie grało się w palanta?

Przez całe życie miesz­ka­łam w Olsz­ty­nie. Dopiero od lipca 2014 roku moje wyprawy do USA stały się tak czę­ste, że aż trudne do zli­cze­nia. We wrze­śniu 2016 roku, przed walką z Karo­liną Kowal­kie­wicz, posta­wi­łam na regu­larne tre­ningi w Ame­ri­can Top Team na Flo­ry­dzie.

Mia­ły­śmy z Kasią trzy lata, gdy prze­pro­wa­dzi­li­śmy się z alei Sikor­skiego na ulicę Hal­lera. Rodzice zamie­nili dwu­po­ko­jowe, 40-metrowe miesz­ka­nie na trzy­po­ko­jowe, 70-metrowe. Dzie­li­łam pokój z Kasią, Ewa dostała wła­sny. Na początku miesz­ka­ły­śmy jed­nak we trzy. Rodzice urzą­dzali miesz­ka­nie powoli, stop­niowo doku­pu­jąc wszystko, co było potrzebne. Naj­le­piej pamię­tam białe ściany, wszę­dzie białe. I boaze­rię. To typowy ele­ment wystroju skrom­nych pol­skich miesz­kań zaraz po prze­mia­nach ustro­jo­wych. Wybór w skle­pach był nie­po­rów­ny­wal­nie mniej­szy niż obec­nie. Dziś mam białe ściany w miesz­ka­niu, ale na wła­sne życze­nie, nie z braku innych opcji.

Gania­ły­śmy się po dłu­gim kory­ta­rzu w kształ­cie litery L. Zawsze byłam zbyt szybka i musia­łam przy­wa­lić pal­cami u stóp w wysta­jący próg. Te palu­chy tak naprawdę bolą mnie przez całe życie. Wiele razy były spuch­nięte, powy­bi­jane albo zła­mane. To sku­tek upra­wia­nia sportu, a kon­kret­nie wypro­wa­dza­nia kop­nięć. Z tego powodu zawsze zakła­dam szpilki o roz­miar więk­sze.

Nie dosta­wa­ły­śmy naj­lep­szych, naj­bar­dziej ory­gi­nal­nych zaba­wek, a jed­nak mia­ły­śmy wszystko, czego nam było trzeba. Ni­gdy nie cho­dzi­ły­śmy głodne albo zanie­dbane. W domu nie było rary­ta­sów, ale to dobrze. Rodzi­com zawsze w pierw­szej kolej­no­ści cho­dziło o to, aby wpoić nam naj­waż­niej­sze zasady i war­to­ści, a nie kult gadże­tów. Mia­ły­śmy sporo swo­body, ale to nie ozna­czało, że mogły­śmy robić, co chcemy.

Zamiesz­ka­li­śmy na Osie­dlu Gene­ra­łów. Nazywa się tak, bo ulice noszą ich nazwi­ska, choć nie­któ­rzy mówią na to blo­ko­wi­sko Ham­burg. Jest to część Jarot, naj­więk­szego osie­dla w mie­ście, które zamiesz­kuje jakieś dwa­dzie­ścia pięć tysięcy ludzi. To jedna siódma Olsz­tyna. Lubi­ły­śmy spę­dzać czas na świe­żym powie­trzu. Za naszym blo­kiem był sad z jabło­niami, lecz starsi ostrze­gali nas, by tam nie cho­dzić. Gro­zili, że zosta­niemy pogry­zieni, a nawet zje­dzeni przez wście­kłe psy. Mia­łam jed­nak wła­sne wyobra­że­nie świata, a upo­mnie­nia nie­ko­niecz­nie bra­łam pod uwagę. Zawsze to ja zbie­ra­łam ochrzan od rodzi­ców. Nawet jeśli zacze­piała mnie Kasia, to ona pierw­sza zaczy­nała pisz­czeć, a wina spa­dała na mnie.

Uwiel­bia­łam gry zespo­łowe. Skrzy­ki­wało się całe osie­dle, na placu poja­wiała się chmara dzie­cia­ków. Trzy­dzie­ścioro, a może i pięć­dzie­się­cioro. Plac był oto­czony przez cztery bloki, w tym nasz. Cza­sami prze­cho­dzi­li­śmy na dru­gie podwórko, odda­lone o kil­ka­set metrów. Kie­dyś rodzice wpa­dli w panikę, gdy znik­nę­ły­śmy im z oczu na dłuż­szy czas, bawiąc się gdzieś mię­dzy blo­kami. Już wyobra­żali sobie, że ktoś nas porwał. Tata był bar­dzo zły.

Innym razem naja­dłam się pia­chu. Trwała budowa, usy­pano górkę. Prze­ko­na­łam Kasię, że koniecz­nie musimy z niej zje­chać. Spró­bo­wa­łam na brzu­chu. Myślę, że to nic takiego, ale mama twier­dziła, że gdyby nie jakiś pan, to mogła­bym się tym połknię­tym pia­skiem nawet udła­wić. Dziś takim urwi­sem jest Adaś, synek Ewy. Nawet ja nie mogę nad nim zapa­no­wać.

– Dziecko, prze­cież byłaś taka sama – mówi mama.

– Bar­dzo ci współ­czuję – odpo­wia­dam.

Z dziew­czyn­kami gra­ły­śmy w gumę, ska­ka­ły­śmy na ska­kance, maza­ły­śmy kredą, bawi­ły­śmy się w pia­skow­nicy. Chłop­com bar­dziej podo­bały się karty i żetony. Dużą popu­lar­no­ścią cie­szyła się gra palu­szek-nosek-kciuk. Czy ktoś pamięta, na czym ona polega? Wyci­nało się w ziemi kawa­łek pola. Mama zaczęła się zasta­na­wiać, dla­czego z domu giną ostre noże. Przy­naj­mniej tych do sma­ro­wa­nia masła miała pod dostat­kiem.

Całe miesz­ka­nie było na gło­wie mamy. Po uro­dze­niu Ewy poświę­ciła się rodzi­nie. Pra­co­wała jedy­nie doryw­czo. Tata na dłu­gie tygo­dnie wyjeż­dżał do Nie­miec, aby zara­biać i zapew­nić nam byt. Pra­co­wał przy wykań­cza­niu miesz­kań i domów. Oko miała na nas także star­sza sio­stra. Ewa z naszej trójki była i jest naj­spo­koj­niej­sza, naj­po­waż­niej­sza. Żadna z nas nie uczyła się lepiej niż ona. Gdy przy­cho­dziły do niej star­sze kole­żanki, pod­pa­try­wa­ły­śmy je z Kasią przez dziurkę od klu­cza. Zazdro­ści­ły­śmy im, chcia­ły­śmy wejść do środka, być z nimi, poczuć się bar­dziej doro­słe. Potra­fi­ły­śmy sie­dzieć pod drzwiami pokoju Ewy dobrych kilka godzin. Pod­kła­da­ły­śmy liściki, zale­ca­ły­śmy się. Cza­sami koń­czyło się to prze­py­chan­kami. Szcze­gól­nie cha­rak­terna była Karo­lina, jedna z przy­ja­ció­łek Ewy. Łapała nas za fraki i wyrzu­cała za próg.

Mama uro­dziła się w szpi­talu w Gru­dzią­dzu, a wycho­wała się w Pra­bu­tach. To mia­steczko odda­lone o jakieś sto kilo­me­trów na zachód od Olsz­tyna. Dziad­ko­wie prze­pro­wa­dzili się do małego Koniu­szyna. Po śmierci męża bab­cia dostała miesz­ka­nie w poło­żo­nej obok Napi­wo­dzie. Mama zamiesz­kała w Olsz­ty­nie jako osiem­na­sto­latka, w 1979 roku. Tata przy­je­chał ze wsi Wykrot, leżą­cej koło Myszyńca. Ta śliczna miej­sco­wość z pięk­nym kościo­łem bywa nazy­wana sto­licą Kurpi. Z Olsz­tyna mamy tam nie­całe sto kilo­me­trów. Kie­ru­nek – połu­dniowy wschód.

Jeź­dzi­ły­śmy z rodzi­cami nad Bał­tyk i na inne wycieczki, lecz waka­cje naj­czę­ściej spę­dza­ły­śmy na wsi. Zosta­wa­ły­śmy u dziad­ków albo u wujo­stwa. Raz Wykrot, innym razem Koniu­szyn albo Napi­woda. Świnki, krówki, gospo­dar­stwo hodow­lane – takie kli­maty.

Nie była­bym sobą, gdy­bym cze­goś nie zmaj­stro­wała. Kie­dyś wpa­dłam na pomysł, że pój­dziemy z Kasią łowić ryby w rzeczce. Wyle­ciało mi tylko z głowy, że wypada poin­for­mo­wać o tym kogoś ze star­szych. Zafun­do­wa­ły­śmy rodzi­nie tro­chę gorącz­ko­wych poszu­ki­wań, a sce­na­riu­sza grozy dopeł­niał fakt, że zbie­rało się na burzę. Nie wiem dla­czego, ale nie­któ­rym wyda­wało się, że mogły­śmy się w tej rzeczce uto­pić.

Jakoś wyszły­śmy z tego cało, czego nie­stety nie można powie­dzieć o naszym cho­miku. Przy­wio­zły­śmy go w klatce do Wykrotu z Olsz­tyna, żeby zoba­czył kawa­łek świata i raz w życiu spę­dził tro­chę czasu z innymi zwie­rzę­tami. Śred­nio za nim prze­pa­da­łam, chwy­ta­łam go tylko w zimo­wej ręka­wiczce. Bałam się, że wbije we mnie pazury. Cho­mik był nato­miast ulu­bień­cem Kasi. Wypu­ści­ły­śmy go na trawę, żeby pobie­gał wśród kró­li­ków. Nie­długo potem zorien­to­wa­ły­śmy się, że stał się zaska­ku­jąco mało dziar­ski. Poszły­śmy spać. Rano nie był nawet sztywny, ale wręcz powy­krę­cany. Musia­ły­śmy zna­leźć jakąś przy­czynę. Cóż, naj­wy­raź­niej kró­liki oka­zały się dla malut­kiego cho­mika dino­zau­rami. Dostał zawału, wra­że­nia były zbyt duże i odje­chał. Został pocho­wany w lasku za domem cioci, gdzie było dużo pia­chu. Przy­je­chali rodzice. Nie od razu zaczęli się uśmie­chać, gdy przy­wi­ta­ły­śmy ich wia­do­mo­ścią, że wła­śnie odbył się pogrzeb.

 

Z tego cho­mika do dzi­siaj czę­sto żar­tu­jemy, ale mogłam podzie­lić jego los. Znowu jecha­łam do Wykrotu, tym razem tylko z tatą. Mia­łam sie­dem albo osiem lat. Wtedy nie wsta­wiało się jesz­cze do aut fote­li­ków dla dzieci. Sie­dzia­łam grzecz­nie przy pra­wym oknie volks­wa­gena golfa dwójki. Opu­ścić szybę, żeby wpa­dło tro­chę powie­trza, to chyba nic złego, prawda? Trzeba tylko zła­pać za korbkę i ją prze­krę­cić. Lepiej jed­nak nie chwy­tać klamki, szcze­gól­nie jeśli drzwi nie są zablo­ko­wane. Tak się wychy­li­łam razem z drzwiami, że pra­wie wypa­dłam na pobo­cze. Tata zatrzy­mał samo­chód i strasz­nie mnie zru­gał. Na szczę­ście nie jechał szybko, bo świat mógłby nie usły­szeć o mistrzyni świata z Pol­ski. Dużo póź­niej rekordy pręd­ko­ści biłam sama, za pomocą innego środka loko­mo­cji, bar­dzo daleko od domu. Prze­czy­ta­cie jesz­cze o tym.

Mam wspa­niałe wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Wszystko mogło jed­nak wyglą­dać zupeł­nie ina­czej. Nie mia­ły­śmy z Kasią wię­cej niż cztery lata, gdy tatę dopa­dła wredna cho­roba. Cho­dziło o żołą­dek. Bar­dzo schudł. Mama nie mówiła nam tego, ale było naprawdę źle. Tata miał nie­wiele ponad trzy­dzie­ści lat. Ni­gdy nie dopy­ty­wa­łam rodzi­ców, co się wtedy działo. Nie ma takiej potrzeby. Wszystko skoń­czyło się dobrze. Cie­szymy się dobrym życiem i niech tak pozo­sta­nie.

Roz­dział 3
JA NIKOGO NIE POBI­ŁAM!

Kole­dzy i kole­żanki wspo­mi­nają, że w szkole biłam wszyst­kich. To nie­prawda. Wie­dzia­łam, że trzeba chro­nić słab­szych i twardo sta­wa­łam w ich obro­nie. Kat nie może zoba­czyć, że ofiara się boi. Wtedy jego zada­nie staje się łatwe.

Kasia była tro­chę pil­niej­szą uczen­nicą, przy­sia­dała do lek­cji. Ja zawsze wię­cej kom­bi­no­wa­łam. Na wszystko bra­ko­wało mi czasu. Codzien­nie ktoś przy­cho­dził i nama­wiał, żeby wyjść na podwórko. Cza­sami liczy­łam, że Kasia zrobi pracę domową, a ja zdążę ją prze­pi­sać. Nie­które wypra­co­wa­nia z języka pol­skiego Ewka pisała dla nas obu. Nazy­wa­ły­śmy ją kujo­nem, przy­no­siła do domu bar­dzo dobre stop­nie. Bliź­niaczki uczyły się śred­nio-dobrze. Naj­bar­dziej lubi­ły­śmy wuef. Mia­łam gadane i zawsze potra­fi­łam lać wodę, dla­tego byłam nieco lep­sza z pol­skiego.

– No nie, musi być kart­kówka? Niech mnie pani lepiej prze­pyta! – nama­wia­łam nauczy­cielki.

Kasi nie­źle szło z przed­mio­tów ści­słych zarówno z mate­ma­tyki, jak i fizyki. Naj­pierw przez dwa lata cho­dzi­ły­śmy do przed­szkola, a od 1994 roku aż dwa­na­ście lat spę­dzi­ły­śmy w Zespole Szkół nr 3. Tam mie­ściła się pod­sta­wówka, gim­na­zjum i liceum. Cały czas byłam z Kasią. W pod­sta­wówce przez chwilę mia­ły­śmy sie­bie dość. Mama zapo­wie­działa jed­nak, że nie będzie latać dwa razy na wywia­dówki i taki był finał naszej wojny. Cza­sami na zebra­nia cho­dził tata. Mie­wał pre­ten­sje do Kasi o to, że zata­iła moją dwóję albo że naroz­ra­bia­łam. Chro­ni­ły­śmy sie­bie nawza­jem, żeby rodzice wszyst­kiego nie wie­dzieli.

Do szkoły, która mie­ści się przy ulicy Wań­ko­wi­cza, mia­ły­śmy z Hal­lera trzy, może cztery kilo­me­try. Jeź­dzi­ły­śmy auto­bu­sem albo cho­dzi­ły­śmy na pie­chotę z mamą, gdy było cie­pło. Mama była bar­dzo opie­kuń­cza i pil­no­wała nas, jak mogła. Jed­nak więk­szość dzieci cho­dziła do szkoły sama. Pro­si­łam, by i nam dała szansę. Chcia­łam być samo­dzielna, jak inne dzieci. Wresz­cie umó­wi­ły­śmy się, że same wró­cimy ze szkoły. Super! Szybko wywę­szy­łam, że mama nas śle­dzi. Wner­wi­łam się. Zażą­da­łam, żeby poszła do domu. My zaś wró­ci­ły­śmy z Kasią do szkoły, aby przejść całą drogę samo­dziel­nie. Żaden kło­pot. Mama uwie­rzyła, że jeste­śmy odpo­wie­dzialne i nie będziemy się wygłu­piać.

O dziwo to Kasia dowio­dła, że wcale nie jeste­śmy takie roz­sądne. Nosi­łam cudowny ple­cak z wie­wiórką, który tata wypa­trzył na któ­rymś stra­ga­nie na rynku. Schy­li­łam się, by zawią­zać but. Kasia wpa­dła na pomysł, żeby pocią­gnąć za górny uchwyt od ple­caka. Spadł mi na głowę, a ja prze­ko­zioł­ko­wa­łam. Gdyby mama to widziała…

Co do bicia – znajdę jedną histo­rię, ale na siłę. Do pod­sta­wówki cho­dził ze mną taki Pio­trek. Miesz­kał na moim osie­dlu. Bar­dzo dobrze się uczył, więc dzie­ciaki mu tro­chę doku­czały. Miał kum­pla Mariu­sza. Raz się lubili, raz kłó­cili się i bili, potem godzili się i tak w kółko. Na podwórku chyba wła­śnie Mariusz naśmie­wał się z Piotrka.

– Ej, ty się bić nie umiesz. Nawet Aśka by ci wpie­przyła – wołał.

Któ­re­goś razu Piotr­kowi coś się odmie­niło i nagle chciał zaświ­ro­wać, popi­su­jąc się przed chło­pa­kami. Zacze­piał dziew­czyny, gadał do nas jakieś głu­poty.

– Weź, bo zaraz spełni się twoje marze­nie i naprawdę pobiję się z tobą – zażar­to­wa­łam.

Jed­nak on na­dal chciał wszyst­kim zaim­po­no­wać. Gdy prze­giął, pocią­gnę­łam go za koszulkę i momen­tal­nie usiadł na tyłku. Roze­szła się wieść, że go pobi­łam i że w ogóle biję chło­pa­ków, ale prze­cież bałam się choćby raz go ude­rzyć.

Z nikim się nie biłam. A nie, prze­pra­szam! Przy­po­mniały mi się ustawki z sąsiadką z dołu. Na podwórku rosły wierzby. Rwa­ły­śmy gałę­zie, cho­wa­ły­śmy się za blok i okła­da­ły­śmy tymi wit­kami przez kilka minut. Ustawka nie miała głę­bo­kich moty­wów. Chyba chcia­ły­śmy się wyżyć. Po walce były­śmy pogo­dzone i wra­ca­ły­śmy do grzecz­nej zabawy.

W mojej szkole były oddziały inte­gra­cyjne. Do klas dołą­czano jedno albo dwoje dzieci z róż­nymi stop­niami nie­peł­no­spraw­no­ści, rucho­wej lub umy­sło­wej, mniej­szej lub więk­szej. To zostało dobrze pomy­ślane. Uczy­li­śmy się wraż­li­wo­ści. Nauczy­ciele wpa­jali nam, że osoby zdrowe nie mogą zapo­mi­nać o poma­ga­niu tym, któ­rzy mają pro­blemy. W każ­dej szkole znaj­dzie się jed­nak banda osił­ków, któ­rzy myślą tylko o sobie.

To wyda­rzyło się, gdy byłam już w gim­na­zjum. Mie­li­śmy w kla­sie chło­paka, któ­rego prze­zy­wano Kry­sia. Niski, cichy i bar­dzo spo­kojny, zacho­wy­wał się wręcz jak stara dewotka. Szybko stał się obiek­tem drwin i ata­ków. W szatni przed wuefem chłopcy gro­zili, że zbiją go pasem. Wystra­szył się, pobiegł na skargę do pani peda­gog. Do szkoły przy­szedł jego ojciec i sprawa tra­fiła do dyrek­tora. Napast­nicy mieli pro­blemy i chcieli się zemścić. Na prze­rwie w ośmiu lub dzie­się­ciu oto­czyli Kry­się i stra­szyli karą za kapo­wa­nie. Dyżurny nauczy­ciel, który miał pil­no­wać porządku, nie widział tego albo w ogóle nie chciał widzieć. Musia­łam zare­ago­wać. Weszłam do tego kręgu i sta­nę­łam przy Krysi.

– Wal­cie się. Mierz­cie się ze sobą, lesz­cze, nie z chło­pa­kiem, który jest słab­szy.

Zła­pa­łam Kry­się za rękę i wycią­gnę­łam go z prze­śmiew­czego kręgu. Chłopcy mnie sza­no­wali. Szkoła była bar­dzo duża, ale wielu kole­gów dobrze znało mnie z osie­dla.

Zawsze byłam cha­rak­terna. W pierw­szej kla­sie gim­na­zjum dziew­czyny były dla chło­pa­ków jesz­cze tro­chę „be”. Popi­so­wym nume­rem dur­niów było gwiz­da­nie do uszu. I to nie jakieś tam pogwiz­dy­wa­nie jak z tego numeru Scor­pions, tylko taki świst, ile fabryka dała. Strasz­nie bolały po tym uszy i nie było nic sły­chać. Mia­łam tego dość. O, nie. Ja nie odpusz­czę!

Ni­gdy tego nie zapo­mnę. Uczy­łam się gwiz­dać przez całą Wiel­ka­noc. Szło mi raczej słabo. Pró­bo­wa­łam ukła­dać język na różne spo­soby, jak robiła to sio­stra, która cho­dziła do logo­pedy, a on kazał jej robić z języka rurki, literki i nie wia­domo co jesz­cze. Wró­ci­łam do szkoły po świę­tach. Cze­ka­łam, aż któ­ryś matoł to zrobi. W końcu jeden zagwiz­dał dziew­czy­nie do ucha. Przy­bił piątki z kole­gami i cie­szył się, że znów nas zała­twił. Pode­szłam do niego i gwizd­nę­łam tak, że pra­wie ogłuchł. Zła­pał się za głowę.

– Co ty zro­bi­łaś, co ty zro­bi­łaś?

Przez trzy dni mia­łam zakwasy na całej buzi od tej nauki gwiz­da­nia. Ode­gra­łam się i wię­cej to się nie powtó­rzyło.

Mama robiła nam kanapki do szkoły. Jeśli nie mogła, dosta­wa­ły­śmy pięć zło­tych, żeby kupić sobie jedze­nie i picie. Przy­da­wało się szcze­gól­nie wtedy, gdy zosta­wa­ły­śmy dłu­żej na SKS-y, czyli dodat­kowe zaję­cia spor­towe. Rodzice nauczyli nas dzie­lić się z innymi. Dzi­wi­łam się, kiedy ktoś otwie­rał paczkę chip­sów i nawet nie zapy­tał, czy chcę spró­bo­wać. Nie zapo­mnę, jak na podwórku wrza­snął do mnie kolega:

– Myślisz, że jak kupisz sło­dy­cze i będziesz nas czę­sto­wać, to będziemy się z tobą bawili? Chcesz kupić naszą zna­jo­mość?

Ależ bzdura. Jed­nak wtedy mocno mnie to zabo­lało. To było dwa­dzie­ścia lat temu, ale pozo­sta­łam szczera w dzie­le­niu się. Tam­ten kolega naj­wi­docz­niej nie wyniósł tego z domu.

Byłam w trze­ciej kla­sie pod­sta­wówki, gdy prze­pro­wa­dzi­łam swoją pierw­szą akcję cha­ry­ta­tywną. Zro­bi­łam kam­pa­nię „Miś”. Zbie­ra­li­śmy zabawki do domu dziecka. Misia nary­so­wa­li­śmy na bry­stolu – to był nasz pla­kat pro­mo­cyjny. Nic takiego, ale wia­domo, że po cza­sach komuny w domu dziecka nie było nad­miaru zaba­wek. Póź­niej odbyła się akcja „Miś 2”. Dzieci bar­dzo się cie­szyły.

Zanim tata zaczął wyjeż­dżać do pracy do Nie­miec, han­dlo­wał na olsz­tyń­skim rynku, w tam­tych cza­sach bar­dzo dużym. Z jego sto­iska zapa­mię­ta­łam wier­tarki. Był też inny sprzęt elek­tryczny, chyba taki do remon­tów i budow­lanki. Obok niego swój towar sprze­da­wała pani Gala z Kali­nin­gradu. W zimie nosiła grube futro. Poliki miała wyma­lo­wane na różowo, jak typowa Rosjanka. Cie­szyła się na mój i Kasi widok, zabaw­nie zacią­gała, pró­bu­jąc mówić po pol­sku. Z jakie­goś powodu bar­dzo mnie śmie­szyło, gdy wołała na nas rie­biata.

W 1995 roku rodzice otwo­rzyli sklep. To było nie­długo przed tym, jak poszły­śmy z Kasią do pierw­szej komu­nii świę­tej. Zaopa­trze­nie na przy­ję­cie zro­bi­li­śmy już w naszym wła­snym spo­żyw­czaku, też miesz­czą­cym się na Jaro­tach, lecz po dru­giej stro­nie alei Sikor­skiego. Na początku była to nie­wielka, osie­dlowa budka. Wcze­śniej ktoś sprze­da­wał w niej drób. Z cza­sem tata bar­dzo ją roz­bu­do­wał. Dbał o sklep, który stał się naszym głów­nym źró­dłem utrzy­ma­nia. Działa do dziś.

Dwa razy w tygo­dniu do sklepu rodzi­ców przy­cho­dzi pani Zosia. Jest naszą klientką od samego początku. Praw­dziwa bab­cia, bo to bar­dzo cie­pła kobieta. Spo­ty­kam ją w skle­pie, gdy wpa­dam odwie­dzić mamę, wypić kawę przed tre­nin­giem albo po. Pani Zosia nie ma już męża, żyje sama. Daje mi klu­cze, a ja zano­szę jej zakupy na pierw­sze pię­tro. Sta­wiam siatki na tabo­re­cie.

– Ty to masz moto­rek, tak szybko przy­bie­głaś – sły­szę po powro­cie.

Obec­nie, jako znany spor­to­wiec, dostaję mnó­stwo próśb o finan­sowe wspar­cie albo udo­stęp­nie­nie na Face­bo­oku infor­ma­cji o moż­li­wo­ści pomocy. To są setki wia­do­mo­ści. Czuję się z tym źle, bo co ja mogę zro­bić? Kie­dyś wie­rzy­łam, że da się zba­wić świat. Dziś wiem, że to bar­dzo skom­pli­ko­wane. Nie dam rady pomóc wszyst­kim, ale jeśli mogę, robię drobny prze­lew. Naj­czę­ściej ano­ni­mowy, bo tak naka­zuje moja wiara. Nie robię tego na pokaz. Nie liczę prze­lewów, z dru­giej strony nie poma­gam znowu aż tak czę­sto. Po pro­stu gdy widzę, że sytu­acja tego wymaga, dzia­łam. Wolę zro­bić pięć prze­lewów po sto zło­tych niż jeden na pięć­set. Trzeba uwa­żać, bo wiele próśb o pomoc kie­rują wyłu­dza­cze.

Naj­więk­szy pro­blem polega jed­nak na tym, że nie­któ­rzy wręcz doma­gają się wspar­cia. Uwa­żają, że ono im się należy i tyle. Nie rozu­mieją, że nie udo­stęp­nię na Face­bo­oku każ­dego apelu o pomoc, bo to nie przy­nio­słoby żad­nego efektu. Nikt nie będzie śle­dził fan­page’a Joanny Jędrzej­czyk, która co chwila pisze, że ktoś potrze­buje pomocy. Myślę o zało­że­niu fun­da­cji. Jeśli to się uda, będę miała znacz­nie więk­sze pole dzia­ła­nia.

Bolą mnie bez­pod­stawne oskar­że­nia. Klientka mamy ze sklepu jest bab­cią cho­rego chłop­czyka, który uro­dził się z wadą serca. Popro­siła mnie o udo­stęp­nie­nie infor­ma­cji na fan­page’u. Zgo­dzi­łam się, udo­stęp­ni­łam. Matka tego chłopca naj­wy­raź­niej coś prze­oczyła. „Tacy wła­śnie są nasi olsz­tyń­scy spor­towcy, gwiaz­deczki! Cho­da­kow­ska nam pomo­gła, a pani co? To bez­czelne. Niech pani nie zapo­mina, że gwiazdy spa­dają. Pani też kie­dyś upad­nie i będzie potrze­bo­wała pomocy”.

 

Nie mogłam uwie­rzyć w to, co czy­tam. Łzy napły­nęły mi do oczu. To chore, jak ludzie mogą cię oczer­nić, zrów­nać z bło­tem. Powin­nam ole­wać takie sytu­acje, ale nie­stety mam tak, że się nimi przej­muję.

Raz, myśląc o innych, pra­wie wal­nę­łam nie­złego babola. Robi­li­śmy inter­ne­tową aukcję cha­ry­ta­tywną. Można było wyli­cy­to­wać przed­miot z pod­pi­sami mojego zespołu w pro­gra­mie The Ulti­mate Figh­ter. Rzecz w tym, że roz­po­czę­li­śmy aukcję… zanim ogło­szono nazwi­ska uczest­ni­ków rywa­li­za­cji. Jeśli auto­grafy zosta­łyby roz­szy­fro­wane i w porę nie usu­nę­li­by­śmy wia­do­mo­ści, infor­ma­cja bły­ska­wicz­nie roze­szłaby się po świe­cie. Cały pierw­szy odci­nek poszedłby na marne. A tylko w tele­wi­zji w USA oglą­dało go sie­dem­set tysięcy ludzi. Dosta­ła­bym po uszach. Po kie­szeni pew­nie też.