WojowniczkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

OD AUTORKI

OD WSPÓŁAU­TORA

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Roz­dział 5

Roz­dział 6

Roz­dział 7

Roz­dział 8

Roz­dział 9

Roz­dział 10

Roz­dział 11

Roz­dział 12

Roz­dział 13

Roz­dział 14

Roz­dział 15

Roz­dział 16

Roz­dział 17

Roz­dział 18

Roz­dział 19

Roz­dział 20

Roz­dział 21

Roz­dział 22

Roz­dział 23

Roz­dział 24

Roz­dział 25

Roz­dział 26

Roz­dział 27

Roz­dział 28

EPI­LOG

POSŁO­WIE

Zdję­cia

Copy­ri­ght © by Rin­gier Axel Sprin­ger Pol­ska Sp. z o.o.

Tekst: Joanna Jędrzej­czyk, Prze­my­sław Osiak

Zdję­cia:

Okładka – Łukasz Gro­chala/Cyfra­sport x2

Ostat­nia strona – Łukasz Gro­chala, Rado­sław Jóź­wiak/Cyfra­sport, Kon­rad Koczy­was/FOTO­NEWS, Alek­san­der Maj­dań­ski

Śro­dek: Bran­don Magnus/Zuffa LLC/Getty Ima­ges x2, Todd Lus­sier/Zuffa LLC/Getty Ima­ges, Jeff Bot­tari/Zuffa LLC/Getty Ima­ges, Brent Lewin/Blo­om­berg/Getty Ima­ges

Wkładka 1, 2, 3 – archi­wum pry­watne Joanny Jędrzej­czyk

Wkładka 4 – AP Photo/Bran­don Wade/East News x2, Imago/Jakob Hoff/East News, Jeff Bot­tari/Zuffa LLC/Getty Ima­ges, Mike Stobe/Zuffa LLC/Getty Ima­ges, AFP PHOTO/Paul CROCK/East News, Marek Biczyk/New­spix.pl, Bran­don Magnus/Zuffa LLC/Getty Ima­ges x2, AP Photo/Julio Cor­tez/East News, Jason Silva/ Alamy Live News/EAST NEWS, Alek­san­der Maj­dań­ski

Redak­cja: Renata Sur­macz

Korekta: Aneta Gawędzka-Paniczko

Foto­edy­cja: Jaro­sław Arczew­ski

Pro­jekt okładki: NOWE KRE­SKI Mariusz Korol­czuk

DTP: INSATSU Michał Żele­znia­ko­wicz

Wydawca:

Rin­gier Axel Sprin­ger Pol­ska Sp. z o.o.

ul. Doma­niew­ska 52, 02-672 War­szawa

Pre­zes zarządu: Edyta Sadow­ska

Dyrek­tor zarzą­dza­jący seg­men­tem spor­to­wym: Rafał Roma­niuk

Koor­dy­na­tor wydaw­ni­czy: Kata­rzyna Dro­sio-Rasz­ple­wicz

ISBN: 978-83-8091-504-6

War­szawa 2017

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

OD AUTORKI

Dzię­kuję Bogu za siłę, wiarę i zdro­wie. Za to, że dał mi tak dobrych rodzi­ców.

Nie była­bym tu, gdzie jestem, bez mamy Anny i taty Jana. Kocham ich bar­dzo mocno. Tę książkę dedy­kuję im, jak rów­nież moim sio­strom Ewie i Kasi, małemu sio­strzeń­cowi Ada­siowi, mojemu narze­czo­nemu Prze­mkowi, szwa­grom Jar­kowi i Krzy­siowi oraz przy­ja­cio­łom, któ­rzy od wielu lat są ze mną w dobrych i złych momen­tach. Dzię­kuję naj­lep­szej przy­ja­ciółce Ani, a także Asi, Mal­wi­nie, Mag­dzie i Larry’emu.

Dzię­kuję mojemu mene­dże­rowi Karo­lowi. Jest on pomy­sło­dawcą tej książki, ale przede wszyst­kim kuzy­nem i przy­ja­cie­lem, z któ­rym prze­kra­czam nie­moż­liwe gra­nice.

Jeste­ście naj­waż­niejsi w moim życiu!

Dzię­kuję wszyst­kim, któ­rych spo­tka­łam na swo­jej dro­dze życia. Za wszyst­kie dobre, miłe, jak i bole­sne doświad­cze­nia, które mnie ukształ­to­wały.

Dro­dzy Czy­tel­nicy i Fani, Wam także dedy­kuję tę książkę! Ni­gdy się nie pod­da­waj­cie. Niech moja auto­bio­gra­fia będzie dowo­dem na to, że wiara, chęci, marze­nia, sta­wiane cele i ciężka praca przy­no­szą wycze­ki­wane owoce. Dzię­kuję za wspar­cie!

Dzię­kuję całej redak­cji „Prze­glądu Spor­to­wego”.

Przy­jem­no­ścią było pra­co­wać ze współ­au­to­rem tej książki Prze­my­sła­wem Osia­kiem, w dzi­siej­szych cza­sach jed­nym z naj­lep­szych dzien­ni­ka­rzy zaj­mu­ją­cych się spor­tami walki. Wiele godzin poświę­ce­nia, deter­mi­na­cji i podróży przy­nio­sło udany efekt.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

OD WSPÓŁAU­TORA

Tam­tego dnia, a było to w poło­wie lipca 2014 roku, Joan­nie przy­znano wizę do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Minęło pra­wie jede­na­ście lat, od kiedy zaczęła upra­wiać sport. Zdo­była sześć tytu­łów mistrzyni świata w bok­sie taj­skim i kick­bo­xingu, zwie­dziła pół świata, ale w USA ni­gdy nie wal­czyła. Usie­dli­śmy na jed­nej z ławek na rogu ulic Pięk­nej i Moko­tow­skiej, rzut bere­tem od amba­sady. Jędrzej­czyk opo­wia­dała, że nie boi się myśleć o tytule wiel­kiej fede­ra­cji UFC, choć w mie­sza­nych sztu­kach walki miała za sobą zale­d­wie sześć poje­dyn­ków. Zwy­cię­skich, rewe­la­cyj­nych, jak choćby te w Moskwie i Lon­dy­nie, ale jedy­nie sześć. MMA wciąż było dla niej nowo­ścią i ryzy­kiem.

26 lipca 2014 roku w San Jose w Kali­for­nii roz­biła swoją pierw­szą rywalkę w ośmio­kąt­nej klatce Ulti­mate Figh­ting Cham­pion­ship. Dwie­ście dni póź­niej w tek­sań­skim Dal­las cie­szyła się już z pasa mistrzyni świata, który w dosko­na­łym stylu obro­niła potem cztery razy. Na świe­cie nie ma dzi­siaj dru­giej nie­zwy­cię­żo­nej kobiety, która wal­czy­łaby w bar­dziej spek­ta­ku­larny spo­sób. Nikt nie robi tego lepiej od Joanny Jędrzej­czyk. Po Agnieszce Radwań­skiej nie ma bar­dziej roz­po­zna­wal­nej w skali świa­to­wej spor­t­smenki z naszego kraju.

Zanim Asia opo­wie o fascy­nu­ją­cych przy­go­dach ze swo­jego życia, chciał­bym jej podzię­ko­wać za poświę­cone mi godziny i uwagę. Ni­gdy nie zawio­dła, zawsze pamię­tała o spo­tka­niu, zadzwo­niła bądź napi­sała. Przy­je­chała po mnie na dwo­rzec, odgrzała obiad, przy­go­to­wała coś na powrót. Zapy­tała, czy doje­cha­łem, jakby pasa­że­rom pocią­gów na tra­sie Olsz­tyn – War­szawa gro­ziło szcze­gólne nie­bez­pie­czeń­stwo. Jeśli robi to wybitny spor­to­wiec, a z takim ty jako dzie­ciak marzący o dzien­ni­kar­stwie chcia­łeś obco­wać, czu­jesz wdzięcz­ność.

Nie zagłę­bia­jąc się w kwe­stie pro­mo­tor­skie, MMA dzi­siaj ma taką pozy­cję w USA jak boks zawo­dowy. W cza­sach Muham­mada Alego był to sport numer jeden obok base­balla i wyści­gów kon­nych. Na prze­strzeni lat stra­cił swoją pozy­cję na rzecz gier zespo­ło­wych. Mie­szane sztuki walki dogo­niły boks, słupki oglą­dal­no­ści są równe, jeśli nie wyż­sze. Oczy­wi­ście jesz­cze długo żadne wyda­rze­nie w spor­tach walki nie pobije naj­droż­szego poje­dynku w dzie­jach pomię­dzy pię­ścia­rzami Floy­dem May­we­athe­rem Junio­rem i Man­nym Pacqu­iao. Do 2 maja 2015 roku cztery i pół miliona Ame­ry­ka­nów zapła­ciło dzie­więć­dzie­siąt albo sto dola­rów, aby obej­rzeć trzy­dzie­ści sześć minut walki. Bilet do MGM Grand w cenie kil­ku­na­stu tysięcy dola­rów wcale nie nale­żał do naj­droż­szych. Łączny dochód z potyczki Ame­ry­ka­nina z Fili­piń­czy­kiem wyniósł sześć­set milio­nów. To się prędko nie powtó­rzy. Dla UFC normą stała się sprze­daż na pozio­mie miliona, zapew­nia­jąca kil­ka­dzie­siąt milio­nów dola­rów dochodu z jed­nej gali z samego pay-per-view. Latem 2016 roku bra­cia Lorenzo i Frank Fer­titta sprze­dali udziały UFC inwe­sto­rom z firmy WME/IMG za – uwaga – cztery miliardy dola­rów. W dzie­jach całego sportu nie było droż­szej trans­ak­cji.

 

Mie­szane sztuki walki zawie­rają nie tylko boks, ale i inne dys­cy­pliny, stąd bywają nazy­wane wszech­sty­lową walką. W bok­sie pro­mo­to­rzy pra­cują z wie­loma zawod­ni­kami, szu­ka­jąc dla tych naj­lep­szych oka­zji do rywa­li­za­cji o pas jed­nej z czte­rech pre­sti­żo­wych fede­ra­cji. W MMA też jest wielu pro­mo­to­rów, ale tylko jeden abso­lut­nie naj­więk­szy, dla któ­rego wal­czy kil­ku­set zawod­ni­ków i zawod­ni­czek, który sam przy­znaje tytuł mistrza świata. Jeśli zdo­by­łeś pas UFC, wia­domo, że nie ma od cie­bie lep­szych. Joanna Jędrzej­czyk jest mistrzy­nią UFC. Żadna kobieta nie wygrała tu wię­cej walk niż ona.

Bez­sprzecz­nie naj­lep­sze MMA pod wzglę­dem spor­to­wym to wła­śnie Ulti­mate Figh­ting Cham­pion­ship. Nie Bel­la­tor, nie KSW i nie Fight Exc­lu­sive Night. W bok­sie zawo­do­wym ist­nieje sie­dem­na­ście kate­go­rii wago­wych, a mistrzami świata możemy obec­nie nazwać ponad osiem­dzie­się­ciu pię­ścia­rzy, co jest oczy­wi­ście powo­dem do żar­tów, zara­zem klę­ską moż­nych tego sportu. W UFC męż­czyźni rywa­li­zują o osiem pasów, kobiety o trzy. Joanna Jędrzej­czyk jest jedną z zale­d­wie trzech mistrzyń świata w orga­ni­za­cji spor­to­wej o war­to­ści czte­rech miliar­dów dola­rów.

Joanna wygrywa wszyst­kie poje­dynki i ni­gdy nie zawo­dzi, czego nie można powie­dzieć o wielu innych gwiaz­dach upra­wia­nej przez nią dys­cy­pliny. Od pół­tora roku jest naj­lep­szą zawod­niczką świata bez podziału na wagi. Na liście naj­lep­szych bez podziału na wagi i płeć zaj­muje szó­ste miej­sce. W dzie­siątce naj­lep­szych bok­se­rów świata pre­sti­żo­wego maga­zynu „The Ring” ni­gdy nie było Polaka, choć miej­sce dla Dariu­sza Michal­czew­skiego albo Toma­sza Adamka w szczy­to­wych momen­tach ich karier nie byłoby prze­sa­dzone. Joannę śmiało możemy nazwać naj­wy­bit­niej­szą pol­ską przed­sta­wi­cielką spor­tów walki w XXI wieku obok Adamka, a także naj­lep­szą wojow­niczką w histo­rii naszego sportu. Żaden z naszych roda­ków nie ma obec­nie szans, aby stać się główną atrak­cją imprezy w MGM Grand w Las Vegas czy Madi­son Squ­are Gar­den w Nowym Jorku. W spor­tach walki nie ma bar­dziej pre­sti­żo­wych aren, a Jędrzej­czyk świę­ciła tam triumfy w poje­dyn­kach o tytuł. Bio­rąc pod uwagę media spo­łecz­no­ściowe, w skali świa­to­wej cie­szy się więk­szą popu­lar­no­ścią niż Deon­tay Wil­der, ame­ry­kań­ski mistrz świata wagi cięż­kiej w bok­sie, przy­naj­mniej z racji naro­do­wo­ści następca „Naj­więk­szego” Muham­mada Alego czy Mike’a Tysona.

Jest jesz­cze jedna ważna rzecz, o któ­rej trzeba napi­sać. Kobiety, które wal­czą. Po co? Czy nie mogą tego zosta­wić męż­czy­znom? Czy ring albo okta­gon to miej­sce dla nich? Cóż, to nie są panie, któ­rym coś poprze­sta­wiało się w gło­wie albo w gospo­darce hor­mo­nal­nej. Wiele zawod­ni­czek MMA to wspa­niałe, silne kobiety, nie­kiedy bar­dzo atrak­cyjne, są w związ­kach, rodzą zdrowe dzieci. Oczy­wi­ście zda­rza się, że w wyniku walki na jakiś czas tracą na uro­dzie. Winę za to pono­szą szcze­gól­nie takie zawod­niczki jak Asia. W całym jej mistrzo­stwie naj­więk­szy pro­blem polega na tym, że jesz­cze nie nauczyła się zada­wać cio­sów tak, aby na twa­rzy prze­ciw­niczki nie było po nich śladu. Takie czy inne obra­że­nia rywalki nie dają jej satys­fak­cji. Zawsze powta­rza, że naj­bar­dziej liczy się rywa­li­za­cja spor­towa, potwier­dze­nie supre­ma­cji, nagroda za wiele tygo­dni kolo­sal­nego wysiłku.

Joanna jest pełną ener­gii, żywio­łową osobą, z którą każdy chce spę­dzać czas. Ma świetny gust, nosi dobre, sty­lowe ciu­chy, a na stopy obo­wiąz­kowo zakłada parę mar­ko­wych butów spor­to­wych. Uśmie­cha się do ludzi, jest życz­liwa i cie­kawa świata.

Po jej wizy­cie w redak­cji „Prze­glądu Spor­to­wego”, cztery dni po walce z Jes­sicą Penne w Ber­li­nie, w któ­rej pierw­szy raz zacho­wała mistrzo­stwo, wszy­scy byli ocza­ro­wani. Jest coś w tym, że zosta­wia ludziom cząstkę swo­jej nie­spo­ży­tej ener­gii.

Jej cha­rak­ter obja­wia się w naj­prost­szych sytu­acjach. Kie­dyś zastrze­liła mnie sło­wami „ja nie obga­duję ludzi”, albo gdy po przy­krym, wyczer­pu­ją­cym tre­ningu, zgo­dziła się na parę godzin opo­wia­da­nia mi histo­rii z życia. Ze łzami w oczach, choć ukryła je za ciem­nymi oku­la­rami, pobie­gła jesz­cze do sklepu, żeby kupić desko­rolkę i piłkę do siat­kówki dla sio­strzeńca. Po walce z Clau­dią Gadelhą w Las Vegas popła­kała się, gdy repor­terka, zada­jąc pyta­nie, nazwała ją „nie­wia­ry­god­nie uta­len­to­waną”. Odpo­wie­działa, że są lepsi ludzie od niej. Jeśli zoba­czy­cie ją pozu­jącą do zdję­cia z rywalką, sto­jącą z nią oko w oko, na przy­kład pod­czas cere­mo­nii waże­nia, to pew­nie uzna­cie, że coś w tym opi­sie się nie zga­dza. Cóż, w takich momen­tach Jędrzej­czyk po pro­stu musi poka­zać, że nie da sobie w kaszę dmu­chać. Od tego w jakimś stop­niu też zależy wynik walki. Jed­nak poza poje­dyn­kami są to jedyne chwile, w któ­rych widać w Joan­nie agre­sję.

Życiowa mądrość Jędrzej­czyk nie wynika z dzie­sią­tek prze­czy­ta­nych lek­tur z roz­wa­ża­niami filo­zo­fów, ale z życio­wych doświad­czeń. Poka­zuje, jak ważne jest tra­dy­cyjne, roz­sądne wycho­wa­nie dziecka, zatem w tym miej­scu należą się ukłony dla pań­stwa Anny i Jana Jędrzej­czyków. Nie każde mądrze popro­wa­dzone dziecko zosta­nie mistrzem świata w swo­jej spe­cjal­no­ści, ale zapewne sta­nie się wspa­nia­łym czło­wie­kiem, a to już dużo.

Nie pozna­łem w Pol­sce spor­towca, który może być lep­szym od JJ wzo­rem dla mło­dego czło­wieka, chcą­cego doko­nać w życiu cze­goś war­to­ścio­wego. 29-latka z Olsz­tyna stała się kimś, kogo na Zacho­dzie okre­śla się jako role model. Inspi­ruje i udo­wad­nia, że w dro­dze do mistrzo­stwa nie ma miej­sca na leni­stwo, pół­środki, byle­ja­kość. Jest za to cier­pli­wość, pokora i ciężka praca, którą trzeba zaak­cep­to­wać.

Po powro­cie z Las Vegas w lipcu 2016 roku dużą radość spra­wiła mi myśl, że Jędrzej­czyk speł­niła moje małe marze­nie. Przy­po­mnia­łem sobie, jak w dru­giej albo trze­ciej kla­sie gim­na­zjum w Łuko­wie pisa­łem w wypra­co­wa­niu, że ja, niby jako dzien­ni­karz, zdaję rela­cję z tre­ningu Andrzeja Gołoty, przy­go­to­wu­ją­cego się do kolej­nego poje­dynku o mistrzo­stwo świata wagi cięż­kiej. Mia­łem czter­na­ście lat, gdy zupeł­nie naiw­nie zapy­ta­łem rodzi­ców, czy nie zna­la­złyby się jakieś pie­nią­dze na to, żebym pole­ciał do Nowego Jorku na walkę Gołoty z Joh­nem Ruizem. Jakoś nie. Pozo­stało mi więc codzienne odbie­ra­nie „Prze­glądu Spor­to­wego” z kio­sku i szu­ka­nie infor­ma­cji o bok­sie. Poje­dy­nek Gołoty o pas fede­ra­cji WBA odbył się 13 listo­pada 2004 roku. Minęło dwa­na­ście lat, prasa jakoś się broni, a ja jako kore­spon­dent „Prze­glądu Spor­to­wego” mogłem rela­cjo­no­wać dwie zwy­cię­skie walki pol­skiego spor­towca o mistrzo­stwo świata ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych – tę drugą z Madi­son Squ­are Gar­den, gdzie Gołota kładł na deski Ruiza, lecz nie zdo­łał ode­brać mu tytułu. Ni­gdy bym nie przy­pusz­czał, że tym spor­tow­cem, któ­rego poje­dynki zabiorą mnie w podróż na drugą stronę Atlan­tyku, okaże się kobieta.

Roz­dział 1
JESTEM SAMA

Co to za pro­blem wejść do okta­gonu i się bić? Czę­sto sły­szę takie opi­nie. Oczy­wi­ście wygła­szają je ci, któ­rzy nie mają poję­cia o spo­rcie i walce. Zanim zaczniesz komen­to­wać cokol­wiek, spró­buj.

Ludzie potrze­bują chleba i igrzysk. Zawsze był ktoś, kto chciał bić się na are­nie, zawsze byli inni, któ­rzy chcieli mu kibi­co­wać w poje­dynku. Z tego samego powodu powstały mie­szane sztuki walki. Ktoś nazwie MMA bru­tal­nym spor­tem, ktoś inny cele­bra­cją kul­tury fizycz­nej i spraw­no­ści czło­wieka. Kocham walkę, to moja praca i sens życia. Jestem wojow­niczką.

Wielu ludzi uważa, że mój zawód jest łatwy. Wypro­wa­dzasz cios, tra­fiasz i już. A to cała stra­te­gia, tech­nika, dyna­mika, spryt i siła. Nawo­zem suk­cesu jest chęć, poświę­ce­nie, samo­za­par­cie i deter­mi­na­cja. Czy wiesz, ile samo­dy­scy­pliny wymaga codzienny tre­ning?

Bywa tak, że czło­wiek nie może zmu­sić się do wyj­ścia na spa­cer bądź zro­bie­nia pół­go­dzin­nej prze­bieżki, a cóż dopiero, gdy ma tre­no­wać dwa razy dzien­nie do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści. Sport to bar­dzo ciężki kawa­łek chleba. A jesz­cze nie­je­den powie, że wcho­dzimy do sali i tłu­czemy się po gło­wach bez szcze­gól­nego pomy­ślunku, że jeste­śmy na bakier z inte­li­gen­cją. Nie będę tego komen­to­wać, nie w tym rzecz. Mam wspa­niałe życie.

– Jak tam, ciężka walka była? – pytają dzien­ni­ka­rze, gdy już wyjdę z okta­gonu. W ogóle nie patrzę na to w tych kate­go­riach. Walka jest przy­jem­no­ścią, harówką są przy­go­to­wa­nia. Poko­ny­wa­nie sie­bie to chyba naj­więk­sze wyzwa­nie, z jakim musi się zmie­rzyć zawod­nik. Naj­gor­szy jest okres zmę­cze­nia fizycz­nego i psy­chicz­nego. On zawsze przy­cho­dzi. Mnie dopada jakieś trzy lub cztery tygo­dnie przed walką. Muszę wtedy bar­dzo uwa­żać, żeby nie popa­dać w kon­flikty. Prze­tre­no­wa­nie powo­duje roz­draż­nie­nie, które odbija się także na naj­bliż­szych.

Stało się tak przed rewan­żem z Clau­dią Gadelhą. Zbli­żał się koniec marca 2016 roku. Po nagra­niach pro­gramu The Ulti­mate Figh­ter (TUF) w Las Vegas wró­ci­łam do Olsz­tyna. Odpo­czy­wa­łam jakieś dwa dni albo i nie, po czym roz­po­czę­łam naj­dłuż­sze w moim życiu przy­go­to­wa­nia do walki. Mia­łam być gotowa na 8 lipca, aby po powro­cie do Vegas utrzeć nosa mojej naj­trud­niej­szej rywalce, którą poko­na­łam na punkty pół­tora roku wcze­śniej w Pho­enix. To była moja druga walka w UFC i naj­bar­dziej wyrów­nana z dotych­cza­so­wych pię­ciu.

Nie chcia­łam żad­nej draki, ale nie polu­bi­ły­śmy się z Gadelhą. Widać to było pod­czas nagrań TUF, gdzie tre­no­wa­ły­śmy rywa­li­zu­jące zespoły zło­żone z zawod­ni­ków i zawod­ni­czek MMA. Przy każ­dej oka­zji ska­ka­ły­śmy sobie do oczu. Z mojej per­spek­tywy wyglą­dało to tak, że tylko bro­nię się przed zaczep­kami Clau­dii, wszyst­kimi uszczy­pli­wo­ściami i przy­kro­ściami. Ona skar­żyła się, że to ja zaczy­nam i mam nie po kolei w gło­wie. Jestem tylko o rok star­sza, ale odbie­ra­łam ją tro­chę jak gów­niarę, któ­rej trzeba dać lek­cję. Draż­niła mnie samą swoją obec­no­ścią.

Dener­wo­wało mnie szcze­gól­nie gada­nie o wyniku pierw­szej walki. Gadelha czuła się strasz­nie pokrzyw­dzona przez sędziów. Uwa­żała, że była lep­sza i to ona zasłu­gi­wała na poje­dy­nek o pas z Carlą Espa­rzą. Nie miała racji, zwy­cię­ży­łam spra­wie­dli­wie. Wku­rzało mnie na maksa, gdy pod­wa­żała moje mistrzo­stwo. Stała na dro­dze do moich marzeń. I jesz­cze TUF, który mojej dru­ży­nie poszedł bar­dzo źle. W ćwierć­fi­na­łach prze­gra­li­śmy 1:7 – jedno zwy­cię­stwo, sie­dem pora­żek. Clau­dia to cho­ler­nie mocna figh­terka. Wie­dzia­łam, że jeśli w Rio de Jane­iro tre­nuje na sto pro­cent, ja w Olsz­ty­nie muszę dać z sie­bie sto dzie­sięć. Wygram. Porażka? Wyklu­czone. Pas wróci ze mną do Pol­ski. Zro­bię wię­cej niż ona. Nie ma mowy, żeby jaka­kol­wiek rywalka tre­no­wała cię­żej ode mnie. No way.

Powta­rzamy, że wal­czymy dla sie­bie, dla bli­skich. Tak naprawdę wal­czymy rów­nież dla wszyst­kich, któ­rzy są czę­ścią naszej spo­łecz­no­ści, ogrom­nej spo­łecz­no­ści kibi­ców MMA z całego świata. Mamy fanów, któ­rzy cze­kają na nasz sygnał w inter­ne­cie. Piszą, że jeste­śmy ich ido­lami. „Dzięki Tobie też mogę pójść na tre­ning”, „Dajesz mi nadzieję”, „Poma­gasz mi wstać z łóżka”, „Myśl o Tobie pozwala mi jakoś radzić sobie w tym moim powa­lo­nym życiu”. Takie wpisy czy­tam codzien­nie. Wal­czę dla wszyst­kich, któ­rzy mocno we mnie wie­rzą. Oni dają mi siłę, gdy trzeba zmo­bi­li­zo­wać się, by po raz tysięczny zacząć mor­der­czy tre­ning. Fani i bli­scy. Ludzie, któ­rzy są ze mną, po mojej stro­nie.

Tre­ningi zaczę­łam już pod­czas pobytu w Vegas. Naj­pierw moje ćwi­cze­nia, potem tre­ning w TUF, znowu moje zaję­cia i w końcu nagra­nia do TUF. Tak wyglą­dał każdy dzień. Szli­fo­wa­łam tech­niki par­te­rowe w sali Roberta Drys­dale’a, mistrza bra­zy­lij­skiego jiu-jitsu. Po przy­lo­cie do Pol­ski zostały mi trzy mie­siące na tre­ningi w Arra­chio­nie Olsz­tyn.

Zaczę­li­śmy od siły. Nie lubię dźwi­gać żela­stwa, wolę sku­pić się na tak zwa­nej sile eks­plo­zyw­nej. Są to ćwi­cze­nia, w któ­rych wyko­rzy­stuje się cię­żar wła­snego ciała. Jest inten­syw­nie. Pełna kon­cen­tra­cja, by dzia­łać szyb­ciej, wyżej, moc­niej. Daje to bły­ska­wiczny ruch, któ­remu towa­rzy­szy wyge­ne­ro­wa­nie ogrom­nej siły. Mojej siły.

 

Mój rekord to pięt­na­ście pom­pek, ni­gdy się nie pod­cią­ga­łam. Moje atuty w walce opie­rają się na dyna­mice, nie na zwy­kłej, pry­mi­tyw­nej sile. Nie wiem, czy na ławeczce w siłowni dała­bym radę pod­nieść sztangę ważącą sześć­dzie­siąt kilo­gra­mów.

Zła­pa­łam tro­chę masy, czu­łam się potężna, o ile może tak powie­dzieć kobieta o wzro­ście 168 cm. Po mie­siącu zaczę­li­śmy pracę nad wytrzy­ma­ło­ścią. Lubię zaję­cia zwane sta­cyj­kami. Trzy­dzie­ści sekund pracy i trzy­dzie­ści sekund odpo­czynku. Potem czas pracy się wydłuża, a odpo­czynku skraca. To bar­dzo ważny moment przy­go­to­wań, bo jeśli wszystko pój­dzie zgod­nie z pla­nem, to efekty będzie widać w poje­dynku. I nie prze­szka­dza mi mono­to­nia.

Wie­dzia­łam, że rewanż z Gadelhą może się zacząć od klin­czu, od walki w par­te­rze. To bar­dzo męczące. Mię­śnie będą musiały być gotowe na natych­mia­stowy wysi­łek. Dla­tego muszę być wyjąt­kowo mocna. Czter­dzie­ści sekund pracy i dwa­dzie­ścia pięć sekund odpo­czynku. Kolejna godzina tre­ningu. Nogi wzmoc­ni­łam bie­ga­niem pod górkę w lesie. Tak się buduje wytrzy­ma­łość tle­nową. Szło mi świet­nie, byłam w nie­sa­mo­wi­tym gazie, aż…

Na początku czerwca poczu­łam się fatal­nie. Orga­nizm dostał mocno w kość. Zaczę­łam tak zwane spa­ringi docho­dze­niowe, czyli takie, w któ­rych ja pra­cuję bez prze­rwy przez pięć lub nawet pięt­na­ście minut, a chło­paki wcho­dzą do klatki, zmie­nia­jąc się co minutę lub nawet co pół minuty. Musi pra­co­wać ciało i głowa, bo trzeba pamię­tać o tak­tyce. Raz wymiana cio­sów w stójce, raz obrona przed spa­ring­part­ne­rem wjeż­dża­ją­cym w moje nogi, raz praca par­te­rowa, raz ucieczka z par­teru, raz zapasy. Praca tak zróż­ni­co­wana, jak zróż­ni­co­wa­nym spor­tem jest MMA.

Jesz­cze kilka dni wcze­śniej byłam w siód­mym nie­bie.

– Jestem bestią! – napi­sa­łam do mojego mene­dżera Tiago Oka­mury. Zro­bi­łam takie tre­ningi, że nawet tre­ne­rzy Paweł Der­lacz i Szy­mon Boń­kow­ski, nie­sko­rzy do pochwał, byli pod wra­że­niem. Dali mi odczuć, że wyko­na­łam dobrą robotę, choć na ogół rzadko mówili mi takie rze­czy. Naj­sil­niejsi zawod­nicy z Arra­chionu, któ­rych naj­bar­dziej cenię, komen­to­wali z podzi­wem:

– Aśka, ale z cie­bie wariatka. Chyba nikt nie tre­nuje tak jak ty!

Cie­szy­łam się. Do Olsz­tyna przy­je­chała ekipa fil­mowa UFC.

– Kurde, co to był za tre­ning! – powta­rzał zachwy­cony Ben, a on to wie, odwie­dza wielu zna­ko­mi­tych zawod­ni­ków. Nagry­wa­li­śmy kawałki do kolej­nego pro­gramu o mnie.

To był czwar­tek. Nie zapo­mnę, jak wró­ci­łam do miesz­ka­nia po moc­nym tre­ningu. Chcia­łam spo­tkać się z Benem, jego ope­ra­to­rem oraz dźwię­kow­cem, jakoś ugo­ścić ich w moim mie­ście. Pla­no­wa­łam jesz­cze wie­czorne bie­ga­nie. Usia­dłam na kana­pie i zawie­si­łam się. Znie­ru­cho­mia­łam. Sie­dzia­łam tak wiecz­ność, może trzy godziny. Byłam poza cza­sem, poza rze­czy­wi­sto­ścią. Nie czu­łam sie­bie, nie myśla­łam. Ze zmę­cze­nia nie mogłam się ruszyć. Dziwne, że ślina nie pole­ciała mi z kąci­ków warg, mię­śnie twa­rzy bowiem mia­łam bez­wolne.

Na drugi dzień zupeł­nie wysia­dłam psy­chicz­nie. Nawa­lało ciało i dołą­czyła się psy­chika. Totalny zjazd. Byłam bar­dzo słaba. A prze­cież w sobotę cze­kał mnie spa­ring. Nie mogłam po pro­stu nic zro­bić. Nic mi nie wycho­dziło. Nie mia­łam mocy, mię­śnie nie ist­niały. Ani tu krzy­czeć, ani ryczeć, ani się bić. Psia mać.

Tre­ne­rzy zbyt późno zro­zu­mieli, jak bar­dzo jest mi ciężko. A to prze­cież oni są od tego, żeby utem­pe­ro­wać zawod­nika, powie­dzieć mu, że prze­sa­dza, że już dość. Wie­dzieli, że nie gwiaz­do­rzę w sali. Byłam pewna, że wcze­śniej trzeba było zmniej­szyć obcią­że­nia. Doszło do spię­cia, nawrzu­ca­li­śmy sobie. Ktoś powi­nien był zauwa­żyć, że prze­gi­nam z tre­no­wa­niem, że to za dużo. Że nie­sie mnie tylko ambi­cja, ale to trzeba widzieć. Paweł i Szy­mon są bar­dzo dobrymi szko­le­niow­cami. Jed­nak wtedy mia­łam ich ser­decz­nie dosyć. Nic, tylko przyjdź na salę, zrób tre­ning i na razie. Naprawdę myśla­łam, że to nasze ostat­nie wspólne przy­go­to­wa­nia.

– Fatalny spa­ring, nie trzy­masz się planu – usły­sza­łam.

– Czuję się, jak­bym prze­rzu­ciła tonę pia­chu. Odpu­śćmy.

– Wyol­brzy­miasz.

A ja byłam już tak zmę­czona, że nie mia­łam siły trzy­mać rąk w górze. Lubię ostro zasu­wać, ale teraz to już prze­sada. Chcia­łam prze­ło­żyć spa­ring, lecz nie było o tym mowy. Paweł i Szy­mon nie zapew­niali mi kom­fortu psy­chicz­nego. Może źle to zabrzmi, ale pod­czas przy­go­to­wań do poje­dynku zawod­nik powi­nien być trak­to­wany jak pępek świata. A żaden z tre­ne­rów nie zaczy­nał zajęć choćby od banal­nego: „Jak się czu­jesz?”. „Co tam?” – od takiego tek­stu nie zaczyna się poważ­nej roz­mowy. „Czy potrze­bu­jesz pomocy, wspar­cia?” – nic takiego nie usły­sza­łam. Byłam mistrzy­nią świata, a przy­cho­dzi­łam na zaję­cia gru­powe. Jeśli trwały godzinę, zda­rzało się, że ćwi­czy­łam z tre­ne­rem tylko kil­ka­na­ście minut.

Ale nic to, musia­łam udźwi­gnąć ten cię­żar sama. Sport kobiet jest inny niż męż­czyzn, przy­naj­mniej tre­ning powi­nien uwzględ­niać takie róż­nice. Trzeba się nie­źle znać na psy­cho­lo­gii, by to rozu­mieć. Gdy tre­nuję, też jestem kobietą.

Cho­dzi­łam bar­dzo roz­draż­niona. Bra­ko­wało mi sił. Zła­pa­łam doła. Trzy­mała mnie codzienna rutyna. Wsta­wa­łam, wsia­da­łam do auta i jecha­łam na tre­ning, ale zwy­czaj­nie mi nie szło. Orga­ni­zmu się nie oszuka. W samo­cho­dzie wymie­nisz jakąś część, dole­jesz ben­zyny i jedziesz dalej. A my jeste­śmy tylko ludźmi. Tu nie pomoże per­fek­cyjna dieta i naj­lep­sze suple­menty. Ciało i głowa muszą funk­cjo­no­wać w ide­al­nym tan­de­mie. Jedno trzyma dru­gie. Bar­dzo pomo­gli mi olsz­tyń­scy fizjo­te­ra­peuci. Kąpiele w lodo­wa­tej wan­nie, odnowa, te sprawy. Naprawdę zale­żało im, by posta­wić mnie na nogi. Wie­dzia­łam, że muszę wytrzy­mać. Nie mogę zwol­nić, zmie­nić rytmu.

Mówi­łam sobie: tylko to prze­trwaj. Pamię­ta­łam o świę­tych sło­wach Muham­mada Alego, który nie­na­wi­dził każ­dej sekundy tre­ningu, a do końca swo­ich dni żył jako mistrz i pozo­sta­nie nim w pamięci milio­nów ludzi: „Walka jest wygrana lub prze­grana z dala od wszyst­kich świad­ków. Za kuli­sami, w sali tre­nin­go­wej i na całej ścieżce przy­go­to­wań, na długo zanim stanę w bla­sku świa­teł i zacznę swój taniec”.

Trzeba dzia­łać i dzia­łać. Dzia­łać. Dzia­łać, a forma wróci. Ciało odżyje, głowa zafunk­cjo­nuje. To odróż­nia mistrzów od zwy­kłych zawod­ni­ków. Słab­szy uzna, że ma dość i odpusz­cza. Wmówi sobie, że zasłu­guje na odpo­czy­nek. W tych naj­cięż­szych momen­tach udo­wad­niam, ile jestem warta. A gdy jest już po wszyst­kim, dumna z samej sie­bie krzy­czę: wró­ci­łam! Ben, to mate­riał dla fil­mow­ców. Jeśli ktoś chce udo­ku­men­to­wać, przez co prze­cho­dzi wojow­nik, niech zapyta, kiedy koń­czy się praca nad wytrzy­ma­ło­ścią, a zaczy­nają spa­ringi.

Gdy prze­trwam i wycho­dzę z tej bez­na­dziei, doce­niam sie­bie. Ale gdy trwa ta nie­moc, wypa­truję końca i szu­kam w sobie punktu zacze­pie­nia, który da siłę. Pozwoli wró­cić. Wysi­łek, dzia­ła­nie, dieta, wysi­łek i dzia­ła­nie. No i rege­ne­ra­cja. Naj­go­rzej nie tra­fić z formą na samą walkę. Nie wyobra­żam sobie, żeby w okta­go­nie ręce nie pra­co­wały jak trzeba, by nogi były słabe, bym była powolna i żebym nie miała siły nawet na sprawla, czyli na wyko­na­nie tech­niki obron­nej przed spro­wa­dze­niem do par­teru. Przed rewan­żem z bar­dzo silną fizycz­nie, świetną w par­te­rze Gadelhą, potrze­bo­wa­łam mocy, refleksu i spraw­nej głowy.

Gdy jest źle, bli­scy muszą być dla mnie wyro­zu­miali. Już się do tego przy­zwy­cza­ili. Dzię­kuję im za to. Kiedy przy­cho­dzi kry­zys, ich codzienne zmar­twie­nia wydają mi się nie­istotne. Masz pro­blem? Lepiej zobacz, z czym ja się mie­rzę każ­dego dnia! Muszę wstać i zasu­wać na sto pro­cent, gdy boli każdy mili­metr mię­śnia. Znu­że­nie zalewa oczy. Bywam oschła. Sta­ram się jed­nak uda­wać, że wszystko jest w porządku. To jest trudne, bo total­nie nic wtedy nie cie­szy. Kiedy orga­nizm jest skraj­nie wyczer­pany, nikt mi nie pomoże. Jestem sama. I sama muszę dać sobie z tym radę. Mówię do sie­bie, że mam się ogar­nąć, że przed ostat­nią walką też było źle. I przed przedostat­nią, i przedprzedostat­nią. Tłu­ma­czę sobie: relak­suj się, odpo­czy­waj, wyci­szaj. To przej­dzie. Wszystko jest w sercu, gło­wie i w dobrych chę­ciach. Wszystko zależy od tego, ile jest w tobie samo­za­par­cia i woli walki.

Tym razem wró­ci­łam po nie­ca­łych dwóch tygo­dniach, które trwały wiecz­ność. To były abso­lut­nie naj­dłuż­sze i naj­bar­dziej wyma­ga­jące przy­go­to­wa­nia do walki, jakie dotych­czas mia­łam. Jeśli nie chcesz zawieść samej sie­bie, nie możesz się zatrzy­mać. Nie wolno ci sta­nąć, ani obej­rzeć się za sie­bie. Jest tylko to, co teraz i droga przed tobą. Za każ­dym razem muszę być lep­sza od tej JJ, która tre­no­wała przed poprzed­nim poje­dyn­kiem. Robię to i być może dzięki takiemu podej­ściu utrzy­muję się na fali. Dla­czego mistrzo­wie UFC tak czę­sto tracą pasy? Może dla­tego, że się zatrzy­mują?

Nie zapo­mi­nam, że MMA to piękny, ale i bru­talny sport. Nokau­tu­jący cios, pod­da­nie – twoje marze­nia mogą zostać prze­kre­ślone w oka­mgnie­niu. Przy­stę­puję do walki z silną wiarą, że obro­nię tytuł, że będę go bro­niła długo i że odejdę ze sportu jako mistrzyni, co w spor­tach walki nie udaje się w zasa­dzie nikomu. Zamie­rzam być legendą UFC.