W pośpiechuTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Fotografia na okładce © by KEVIN CRUFF / CORBIS / FOTOCHANNELS

Copyright © by TADEUSZ KONWICKI, 2011

Copyright © by PRZEMYSŁAW KANIECKI, 2011

Redakcja ZUZANNA SZATANIK / d2d.pl Korekty MAGDALENA KĘDZIERSKA i ANNA WOŚ / d2d.pl

Projekt typograficzny, redakcja techniczna i skład ROBERT OLEŚ / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej JANUSZ OLEŚ / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-225-7

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

I Skromny jestem, mam powody

* * * (przy kawce u Bliklego)

II Niech pan mnie o to nic nie wypytuje

* * * (po rozmowie, na odchodnym)

III Zabrałbym całą bibliotekę

* * * (archiwalium: wstęp do książki inaugurującej serię „Autentyk”)

IV Co ja tutaj mam? Czakrę mam, wysoką

* * * (dopowiedzenie – dwa dni później, przy stoliku)

V Powściągliwość i praca

* * * (na koniec spotkania – w konce zasjedanija)

VI Niegroźny, cichy sprzeciw

* * * (zamiast)

VII Czytelność sytuacji

* * * (z szuflady: Dziady 1987–1989)

VIII Słodkie pytania

* * * (opowieść kawiarniana)

IX Przeczucia

* * * (drobiazgi)

X Troszeczkę olewam naukowe podejście do sztuki

* * * (ukłony, tudzież rekomendacje – wybór archiwaliów)

XI Błysnęła wolność

* * * (archiwalia: Litwa, Wileńszczyzna, Wilno)

XII Przesłuchiwany

Przypisy

Kolofon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

I Skromny jestem, mam powody

PRZEMYSŁAW KANIECKI: W ogóle to mam duże poczucie winy.

TADEUSZ KONWICKI: Tak?

Podwójne właściwie. Nie dość, że panu zawracam głowę, to jeszcze rujnuję harmonogram dnia.

Całkowicie. Ale wyrównamy to w przyszłości, ustawimy tak, że wszystko będzie płynąć gładko.

Pogrąża mnie też, że nie jest pan szczególnie szczęśliwy z powodu samego pomysłu tych spotkań. Nie mogę nie podziękować za tę wspaniałomyślność.

W tym filmie Hasa Rękopis znaleziony w Saragossie jest jedno zdanie, które panu mogę powtórzyć. Bardzo ważne. „Streszczaj się, Paszeko”.

Więc co do tego naruszonego harmonogramu dnia – odebrałem panu spacer. Jest piętnasta, powinien być pan teraz w Ogrodzie Saskim, prawda?

Tak, w tej chwili bym już obejrzał zmianę warty i z uczuciem ulgi udał się do pieleszy domowych.

Także chyba patrząc na niebo i licząc samoloty?

Dziś, tu się kręcąc koło domu, zaliczyłem siedem. Czyli jak szedłbym przez Ogród Saski, tobym może i z piętnaście wyliczył.

Przy czym jest ciekawa rzecz. Moja córka Marysia nienawidzi – może nie tyle samolotów, co tych smug. Ona, ogarnięta manią podejrzeń spiskowych, uważa, że bardzo często umyślnie atmosferę w jakichś celach zanieczyszczają. Ale ja uważam, że tutaj akurat na ogół ubogie linie latają, które z trudem się wyrabiają w tych skromnych warunkach. Gdzie ich byłoby stać na zatruwanie atmosfery.

Te smugi, na które Marysia patrzy nieufnie – bo tam mają być rozpylane jakieś bakterie, wirusy, trucizny – dla pana znaczą coś innego. Mnie się wydaje, że one ciągną się dla pana nad Kolonię Wileńską z dzieciństwa.

Jakie smugi. Co za smugi na Wileńszczyźnie. Na Wileńszczyźnie jest nieskalanie czyste, piękne, błękitne niebo.

No, chodzi o same samoloty.

Tu ma pan rację. Ja o tym pisałem – pod koniec lat trzydziestych codziennie, gdzieś koło jedenastej leciał rejsowy samolot z Wilna chyba do Rygi, i leciał nad Kolonią Wileńską. I on był sygnałem czegoś nieodgadnionego. Do tego stopnia, że śniłem po nocach samolot, jak spada i leży nad Wilią, i ja go badam, oglądam. No, to łatwy symbol był w dzieciństwie, łatwy symbol czegoś rozległego, tajemniczego, przestrzeni, świata. A potem, w czasie wojny, no, nie były samoloty sympatyczne.

Teraz już mi nie potrzeba samolotów. Jak patrzę na nie teraz, to już wiem, że nigdzie nie polecę, bo ledwo żyję. Nie dam się na nic skusić i patrzę z cynicznym uśmieszkiem na to, że się starają, pięknie błyszczą, lecą, zostawiają smugi. (wygraża im pięścią) Mnie nie dostaną!

Naprawdę już pan nigdzie nie poleci?

Jakbym miał polecieć na MDM, tobym już był bardzo zdenerwowany i nie spał całą noc. Tak mówię, tak mówię, ale po co. Jak powiedział pan Adam, mój rodak: ci, co są koło mnie, nie wiedzą, co jest we mnie. Właściwie, wie pan, nawet się nie opłaca opisywać stanu wewnętrznego człowieka, który ma osiemdziesiąt pięć lat. I dlatego od pewnego czasu stosuję wspaniałą taktykę. Mówią: jak pan się czuje? ja mówię: fantastycznie. I koniec, bo nie ma na to co odpowiedzieć. Bo jakbym powiedział: źle się czuję, następuje seria porad nie do zrealizowania i dodawania otuchy. Wyglądasz świetnie, słuchaj, co ty opowiadasz.

No przecież miałem taką kiedyś nauczkę. Parę lat temu, kiedy jeszcze byłem w formie, robiłem remont mieszkania, wszystko wymieniali, wszystkie rury, gruzowisko. Ktoś pyta mnie: co u ciebie słychać? ja mówię: nic, mam w domu piramidę gruzu, straszne huki… Słuchaj, siadaj i pisz, to jest najlepsze wyjście! Oczywiście, bo jestem grzeczny, zrobiłem taką minę, że może posłucham tego polecenia, no ale ono troszkę było bez wyobraźni zaserwowane.

Panie Przemku, ale w ogóle, jeśli będziemy kontynuować te rozmowy, musi być pan na to przygotowany, że będą zmienne, uzależnione od nastroju biednego pana Konwickiego. To wynika z tego, że, jak pan wie, ja jestem w pośpiechu. W pośpiechu duchowym, fizycznym trochę mniej. Mam ten taki niepokój, który się odbija na całokształcie mego życia. Oraz, drogi panie Przemku, na mojej, w cudzysłowie, twórczości artystycznej. Te cechy osobowe właściwie stale dają o sobie znać, w każdym egzemplarzu ludzkim.

Z tym że nie róbmy z tego przesady i nie twórzmy z biednego homo sapiens bardzo tajemniczej, metafizycznej, niezwykłej struktury psychicznej. Zasób naszych doświadczeń, które oczywiście rozdymamy, upiększamy, jest bardzo skromny. Ssaki, ssaki dwunożne. Mózg nasz usiłuje coś wspomóc, ale nasze doświadczenie, i w związku z tym cały nasz świat myślowy, są związane z naszym bytem. Ja na przykład rozkoszuję się literaturą science fiction z powodu jej zachwytu nad sobą, że takie przychodzą pomysły nieprawdopodobne – a wiem, że to jest wszystko związane z tym bytem, z tymi możliwościami, które tutaj są.

Patrzy pan na mnie lekko zdziwiony. To proszę mi podać jakieś takie nasze zachowania czy sytuacje, które się odnoszą do nieskończoności, do stu miliardów wszechświatów. One są najprostsze: chęć przebicia się, chęć zaznaczenia siebie, poderwania jakiejś panienki, wtedy kiedy organizm służy, i – stękanie, i narzekanie, że ciągle nie tak. No bo jest nie tak, całe nasze dzieje, ten cały nasz byt to wciąż tylko mordowanie się, cały czas tragedie. Niech pan pomyśli o tak wzniosłej rzeczy, którą ludzie wymyślili czy która została im objawiona, jak religia: ile milionów ludzi zostało w imię religii wyrżniętych. Bo my pamiętamy faszyzm, pamiętamy stalinizm, no ale trudno nie pamiętać i o pięknych, szlachetnych religiach.

 

W tej chwili, kiedy rozmawiamy, wyrzynają się w Afryce czy gdzieś w Tajlandii, bo stale są tam rzezie. Albo na przykład teraz, w tej chwili, Koptów w Egipcie wybijają.

Trudno nie zauważyć pewnej zbieżności pana myślenia z teoriami spiskowymi, w które wsłuchuje się Marysia. Teorie spiskowe są bardzo bliskie takiej wizji świata.

Ona jest optymistka. Gdzie te biedne stworzenia… jakie spiski, co za spiski? Szlag trafia, wszyscy nagle przewracają się i kończą się i kariera, i ogromne pieniądze, i wspaniałe ambicje. Ja oczywiście wiem, że istnieje to, co można nazywać spiskami, te działania jakichś wielkich korporacji, kombinujących, jak zarobić najwięcej pieniędzy, jak zapanować na rynkach. Ale one też padają, im też ewentualne ambicje i sukcesy spiskowe nic nie dają, bo wszystko może się skończyć nagle katastrofą.

Ale ja zapowiadałem, że…

…u pana wiele zależy od nastroju.

Dzisiaj jestem trochę w nastroju pesymistycznym, więc widzę to nie tak, jak by można było, by się zachwycić.

Oczywiście, tak jak wszyscy ja tym naszym instynktom czy odruchom, czy jakiejś podświadomości też ulegam. Tylko że umiarkowanie – wiedząc, no, bo aż się wstydzę o tym mówić, zdając sobie sprawę z pewnej znikomości naszej wspaniałej awantury, polegającej na tym, że znaleźliśmy się na świecie. Na zresztą sympatycznej, trochę nerwowej, ale w gruncie rzeczy skromnej planetce, miłej, w ile trzeba obiegającej Słońce, mającej satelitę. Tak że ja też ulegałem, ale nie we wszystkich kierunkach z jednakową siłą.

Jest to ciekawe, że mnie na przykład teraz, niedawno, kolega z gimnazjum, oczywiście gimnazjum imienia króla Zygmunta, kolega z klasy przypomniał – ale nie jestem pewien, czy on się nie mylił – że profesor polonista nasz czasem czytał klasie moje wypracowania. Co jednak jest możliwe, bo pamiętam go z sympatią, czyli musiał być dla mnie życzliwy. Ale ja byłem przez otoczenie, przez środowisko, przez dom kierowany w stronę plastyki. O tym mówiłem już w swoich książkach – że potem, nie wiem, czy na szczęście, czy na nieszczęście, krakowska politechnika mnie wystraszyła i poszedłem łatwiejszą drogą.

Zresztą, wie pan, ja tak mówię, ale to można od razu między bajki włożyć. Bo to jest nie do odtworzenia. Tak się zastanawiałem, że może Tołstoj by odtworzył – nastrój po drugiej wojnie światowej. Nie tylko świat fizycznie zrujnowany czy miejscami zrównany z ziemią, ale w jakiś sposób ta wojna pokazała nicość naszego dorobku humanistycznego. Wszystkich sukcesów, osiągnięć, moralistyki, etyki, wyczucia piękna, wyczucia harmonii. Wszystko zaczynało się jakby od początku. Mówię o sobie, może inni byli w lepszej kondycji – ja zaczynałem od początku. Od niczego. Tak jakbym wyszedł z jaskini.

Ja tak mówię, ale nie wiem, po co mówię. Może ktoś powiedzieć: gada, żeby gadać, żeby nadać jakąś wagę swemu życiu czy usprawiedliwić. Otóż pech chce, że ja nie chcę nadawać wagi swojemu życiu ani swoim poczynaniom. Szukałem wtedy, jak już wiele razy mówiłem, od czego zacząć, w którą stronę pójść. Socjalizm – jeszcze nieobciążony jak gdyby lokalnymi tragediami, jeszcze jako rodzaj spadku po historii, po marzeniu ludzi o świecie wolności, równości, braterstwa. Zaeksperymentowałem, przyłączając się z pewnymi oporami do tej wizji budowy socjalizmu.

Ale już o tym gdzieś mówiłem – że gdybym miał wiedzę biologów, tobym pewnie zachował się ostrożniej. No bo jednak, niestety, to trochę i banalne, i przykre: gatunek będzie trwał, dopóki będą funkcjonowały instynkt przetrwania, instynkt doboru naturalnego i prawo ewolucji. W momencie kiedy nasz gatunek stanie się bierny, zginie jako gatunek.

Mówi pan teraz głównie o wnioskach z lektury książki Jak zostać człowiekiem – przepis ewolucyjny Marcina Ryszkiewicza?

Tak, mówię o dwóch książkach pana profesora: Jak zostać człowiekiem i 4 miliardy lat. Eseje o ewolucji. I coś jest na rzeczy. Właściwie cokolwiek by ludzie w historii robili, wszystko się kończyło rodzajem katastrofy. Przecież ile było różnych inicjatyw, ile imperiów powstawało, ile ośrodków emanujących kulturą, jakimiś wyższymi celami, wyższymi ambicjami. Ci ekonomiści teraz, popisujący się bez przerwy. Tak zwani zwykli ludzie mówią, że z ekonomią jest tak samo jak z meteorologią, że meteorologia nie ma wpływu na pogodę i tak samo ekonomia nie ma wpływu na ekonomię. Tych Nagród Nobla ile już poszło dla ekonomistów, a cały świat w tej chwili w demonstracjach, wszędzie przeciwko rządom, wszyscy potrzebują więcej pieniędzy, lepszego życia.

Ale coś chciałem powiedzieć głębokiego i po drodze zapomniałem. Do czego ja, nieszczęsny, zmierzałem? Patrzę na pana cyniczny uśmiech i to mnie peszy.

Wie pan, mówiłem o pośpiechu, wewnętrznym, duchowym. Może mnie się tak wydaje, ale on się rzeczywiście odcisnął na tym, co robiłem. Tuż po wojnie środowisko literackie gryzło się tym, że nie ma epiki. Były opowiadania, wspomnienia okupacyjne, krótkie – a marzono o tym, żeby epika wróciła. Ja w jakiś sposób też starałem się temu sprostać, na przykład i we Władzy, i w Dziurze w niebie…

W Dziurze w niebie?

Dziura w niebie to jest taka epika o tematyce młodzieżowej, tak, odpowiada, w moim przekonaniu, regułom epiki. Ale tam umieściłem – to jest tylko moja sprawa – dziennik wisielca. I to był punkt zwrotny w mojej karierze, coś takiego się we mnie stało, że zacząłem pisać po swojemu.

Ale „po swojemu” też ma ogromne wady. Bo na przykład wychodzi Wniebowstąpienie, i bardzo bliski mi człowiek, przyjaciel, czyta i jest wstrząśnięty, przerażony. Mówi: słuchaj, to jest coś na odcinek w „Expressie”, w gazecie. Po latach pewna pani, aktorka, pisze w swoich dziennikach o Małej Apokalipsie: przeczytałam, no i co – no felieton, po prostu felieton. Pan wie, w tych obu reakcjach jest jakaś racja. Ten w cudzysłowie pośpiech prowadzi do skrótu, a czytelnik przyzwyczajony jest do klasycznej epiki.

Nie mówiąc już o tym, że kiedyś powieść też była rodzajem środka medialnego, dostarczała informacji. Balzaka się czytało po to, żeby zobaczyć, jak ta Francja wygląda. Teraz ta służebność informacyjna sztuki odpadła, i na przykład malarstwo stać na abstrakcję, podczas gdy dawniej – malując króla czy królową albo bitwę – tworzono rodzaj wizualnego dokumentu. I to chyba dotyczy też w jakiejś mierze literatury. Może nie mam racji, ale tak mi się wydaje, że w czasie masowości informacji i tylu różnych możliwości uatrakcyjnienia życia każdego człowieka te funkcje książek zostały zastąpione przez inne formy kontaktu.

I temu zjawisku wychodził pan naprzeciw, kiedy pan już dążył do skrótowości?

Nawet kiedyś myślałem, że może ja, nie wiem, miałem też jakieś ukryte grafomańskie upodobanie do poezji. Ale ponieważ pochodziłem z dalekiej prowincji, więc awangarda poetycka mnie tak bardzo nie fascynowała, tylko poezja z rytmem, z rymem – a tego, za Boga, nie umiałem. Nawet nie wiem, czy przez osiemdziesiąt pięć lat udało mi się zrymować jakieś dwa słowa. Chyba nie bardzo.

Owszem, w Senniku współczesnym.

Tak, ale to była praca – nie powiem, że wielomiesięczna, ale wielotygodniowa, na to, żeby ten kawałeczek zrymować. Tysiąc razy próbowałem i nie bardzo wychodziło. Za to jeden z kolegów tak mi kiedyś powiedział, jak książkę wydałem: znowuż tę poezję w prozie robisz – coś takiego powiedział i to mnie tak trochę speszyło. Zawstydziłem się, bo zrozumiałem, że nie spełniam warunków wzorowego prozaika, że to jest coś nie tak. Ani to, ani tamto.

Oczywiście, to upodobanie do lapidarności sam przed sobą usiłowałem usprawiedliwić doświadczeniami filmowymi – że jak w filmie jest sekunda dłużyzny, to bardzo niedobrze. Takie toczyłem nawet walki ze świetnymi aktorami, ponieważ aktorzy wiedzą, kiedy zastosować jaką pauzę, ale w teatrze pauza inaczej funkcjonuje i może być na przykład dłuższa. Moja najgłębsza uwaga, jaką zrobiłem, współpracując z Guciem Holoubkiem, to: Guciu, szybciej. To było w Lawie, przy jakimś jego dużym fragmencie monologu. Skończył i pyta: i jak? Ja mówię: Guciu, szybciej, za bardzo poetycko pauzujesz. No co ty opowiadasz, przecież ja czuję – obruszył się. Mówię: no ale spróbuj, zrób mi przyjemność, spróbuj z krótszymi, innymi, obliczonymi na ekran pauzami. Jeszcze raz nagrywamy. Miałeś rację – mówi po cichu.

Ale tak jeśli chodzi o film. Trochę się boję powiedzieć, bo teraz będą te obchody Smoleńska, jakieś demonstracje, no, boję się, żebym nie został zlinczowany przez patriotów. Przecież ja mogłem, i nie tylko ja, robić filmy dlatego, że był PRL. No gdzie ja ze swoją tematyką, ze swoimi chęciami filmowymi, gdzie ja bym w normalnym przemyśle filmowym się znalazł. Jeślibym za wszelką cenę chciał robić filmy, to musiałbym robić obliczone na masowego widza i wszystkie jego wymagania spełniać, a nie swoje zachcianki jakieś. No, przykro to powiedzieć, ale tak niestety było. Żaden z moich filmów do normalnej, wolnorynkowej kinematografii by się nie nadawał. Zrobił pan smutną minę i ma pan rację, no jest to rodzaj wybryku, wykorzystałem nieszczęście PRL-u dla swoich niezdrowych ambicji. Tu wielu patriotów męczyło się, a ja swoje zachcianki realizowałem.

Ponieważ pan patrzy coraz bardziej impertynencko, więc zaraz coś panu powiem i rozwścieczę pana. Proszę pana, ja co chciałem, to zrobiłem. Cenzura… wiem, ale umiałem wpaść w takie momenty, kiedy robiła się lżejsza. Musiałem może znaleźć bardziej skomplikowany aparat tak zwany artystyczny, żeby to przekazać, ale przekazywałem. Mówię to, żeby pana też trochę zirytować. Tutaj koledzy literaci strasznie cierpieli, teraz ich wspomnienia czytam, jak męczyli się w PRL-u, a ja właściwie powiem bezczelnie, że co chciałem, i w filmie, i w literaturze – powiedziałem. Nie mogę mówić, że czarna dziura, zmarnowane życie.

Na to może pan zauważyć: tak, ale niewiele pan miał do powiedzenia. Ja panu coś wyznam. Mam nadzieję, że jak pan posłucha, to pan potem zrezygnuje z rozmów przy tym podejrzanym pudełeczku podsłuchowym. Ja nie piszę tak jak moi koledzy, którzy, jak czytałem, oznajmiają, że mają straszne ilości w sobie materiału, rzeczy do napisania. Wielu siebie bada, ciągle nie może do końca siebie zbadać, mają właściwie wszechświat do opisania. Ja, niestety, co chciałem powiedzieć, to powiedziałem, tylko żyję za długo. To nie jest to, że stałem się impotentem – ja nie odczuwam potrzeby pisania. Dla pana to się wysilam, żeby wydać się oryginalnym.

Pan siebie nie musi w ogóle „badać”.

Tak strasznie bym chciał panu powiedzieć, że badam całe życie siebie i nie mogę do końca poznać. Ja siebie znam od pięćdziesięciu lat jak łysą kobyłę.

Wie pan, mamy wiele cech zdumiewających: mamy te mózgi, które są coraz sprawniejsze, mamy rodzaj intuicji, podświadomości, tego, co w sumie się nazywa duszą. Ale, jak już mówiłem, nasze istnienie, nasz byt są w jakiś sposób ograniczone. Można powiedzieć, że nasza jaźń, nasza świadomość, mózg nie mają ograniczeń. My jesteśmy ograniczeni – przez organizm, przez ­fizyczność, przez nasze doświadczenie, takie, jakie tutaj może być. Przemeczku, na tej planecie, którą bardzo lubimy… Czy pan też lubi?

Kocham!

O. No, ja już jestem w latach, trochę zwiędły we mnie uczucia, więc nie kocham, ale lubię. Więc na tej planetce małej i nerwowej, kapryśnej, jest prawie siedem miliardów homo sapiens. Siedem miliardów. Czy pan słyszał takie powiedzonko: jemu się trafiło jak ślepej kurze ziarno, odwieczne ludowe powiedzenie? Ono jest puentą metafory – nie mojej, tak że proszę mnie nie oskarżać, ja tylko jako naukowiec amator badam ją! Co to znaczy: trafiło się jak ślepej kurze ziarno. To znaczy: jest gigantyczne śmietnisko, jak piramida albo jeszcze większe, jak dziesięć piramid, i siedem miliardów kur, czyli nas, grzebie w tych śmieciach. I prawdopodobieństwo wielkich liczb powiada, że może nagle w tym gigantycznym śmietniku jakaś kura wygrzebie złoty pierścionek. Myślę, że twórcy tego powiedzenia o tym myśleli – że wszyscy grzebiemy. Pan teraz zrobił wyniosłą minę, że pan nie grzebie. Ale pan też w tym śmietniku naszego życia grzebie, czegoś szuka, sensu, powodzenia, satysfakcji.

Tak zmierzam dość nieudolnie do pięknej formuły, pięknego etosu: geniuszu ludzkiego. Czytałem teraz sporo historii astronomii. Przynajmniej połowa odkryć – przypadki. Trafiło się ślepej kurze ziarno.

Z tym że to grzebanie uległo uprzemysłowieniu. Dawniej była pusta łąka i ktoś nagle coś wykonał, a teraz jest mrowisko, w którym codziennie są jakieś odkrycia, jakieś wynalazki. Nawet to, co tu pan przyniósł, swoją aparaturę rozłożył wielkości znaczka pocztowego. W latach pięćdziesiątych aparat lampowy radiowy to był szczyt luksusu, nowoczesności; pamiętam, jak przez protekcję teścia kupiliśmy NRD-owski aparat, nie wiem, bodaj był nawet sześciolampowy – bomba, rewelacja. W tej chwili jest ogromna liczba takich wynalazków, które sto lat temu byłyby rozsławiane, a w tej chwili przechodzą bez wrażenia. Gdzieś są jakieś instytucje od rejestracji wynalazków, to jest związane z pieniędzmi, z tantiemami.

 

Czyli, jak by to powiedzieć, trochę się skurczyła koniunktura na genialność. Zresztą można w ogóle powiedzieć, że pojęcie geniuszu jest troszkę umowne. Możemy się umówić, że to jest genial­ne, a to nie. Nie chcę tutaj wdawać się w przykłady, bo mogę się strasznie narwać, a łatwo jest zostać zlinczowanym, jak się jakiś objaw geniuszu zakwestionuje, czy nawet nie tyle zakwestionuje, co unormalni, upotoczni. Co zresztą byłoby oczywiste, ludzkie: wiadomo, od czasu do czasu coś nam musi błysnąć, chociażby po to, ażeby podnieść nasze samopoczucie, żebyśmy się poczuli lepiej. Bo my kwękamy – ciągle niedobrze, mimo że osiągnięcia są ogromne, ale coś tak stale nie tak, i wszelkie formy podniesienia ducha, samopoczucia, są korzystne.

Słuchając mojego troszkę przydługiego monologu, pan ze mną współpracuje mimiką, ale jakby w pewnej kontrze do treści i atmo­sfery mojego monologu. Kiedy powinien pan z aprobatą się odnosić, pan robi kwaśną minę, kiedy pan powinien zanegować razem ze mną, to pan zachwycony.

Przemeczku, ostatni raz tak mówiłem długo… zaraz panu powiem, ile ja mówię. Pięćdziesiąt minut. Nie wiem, czy ja kiedyś w życiu pięćdziesiąt minut mówiłem. Ale idę panu na rękę. Przecież pan może być moim wnukiem, pan jest w wieku mojej wnuczki.

Zdrowie pana w związku z tym. (cyk)

Nie powie pan, (na bezdechu) łagodne. Trejos devynerios, wie pan, co to znaczy?

(na bezdechu) Proszę mi powiedzieć.

Trzy razy dziewięć. Dwadzieścia siedem – dwadzieścia siedem ziół bierze w tym udział.

Czuć.

No. Ale myślę, że pozytywnie?

(przez łzy) Bardzo.

Po tym gadulstwie taką mam ochotę przyłożyć dłoń do czoła i zadumać się, żeby jednak coś wydobyć z siebie głębokiego.

Mam panu pomóc pytaniem, czy…

Jeśli pan jest w stanie pomóc. Będę wdzięczny.

Jednak, proszę pana, ta różnica generacyjna między pańskim pokoleniem a moim ma chyba w sobie potencjalną nośność jako wątek rozmowy.

Wie pan co, myślałem, że to dotyczy tylko mojego pokolenia wileńskiego, ale rozmawiając tutaj z ludźmi ze środowiska warszawskiego, dowiedziałem się, że tu było podobnie. Choć może nie tak intensywnie, jak na tej nieprawdopodobnej prowincji, jaką była Wileńszczyzna. Ja tam żyłem w XIX wieku, do wybuchu drugiej wojny światowej z cywilizacji to mieliśmy – oprócz wspomnianego samolotu, który był jednak rodzajem legendy, złudzenia optycznego – pociągi, i to było wszystko. Otóż to nasze pokolenie było bardzo powściągliwe. Ten styl powściągliwości był pewną modą, myśmy, jak ja widzę, strasznie stylizowali się na angielskość. Już to kiedyś mówiłem: pochwalić się to była katastrofa, to znaczyło być skreślonym raz na zawsze. Nie wiem, skąd to się brało, skąd szły te prądy psychologiczne, myślowe, które nas tak ustawiały.

Z tego wynikały takie konsekwencje, jak na przykład poczucie honoru, poczucie godności, jakieś ambicje, żeby się znaleźć odpowiednio. Oczywiście to, co mówię, można łatwo zakwestionować, powiedzieć: dobrze, a pan? a jak pan? a wtedy pan… Nie, ja mówię nie o sobie, mówię o pewnym stylu, pewnym klimacie. Byłem jednym z tysięcy.

I na to wszystko przychodzi wojna. Gdzie nic nie ma znaczenia.

Teraz mina pana jest taka lekko obojętna i trochę znudzona.

Wprost przeciwnie, proszę pana. Dobrze, powiem panu, co sobie przypomniałem w tej chwili. Przypomniałem sobie bardzo przejmującą dla mnie chwilę naszej pracy przy autoryzacji „Książek wybranych”.

Mianowicie?

Pan wspomniał teraz o wojnie. Po zamknięciu autoryzowania korekt którejś z powieści, kiedy następną w kolejności miał być Sennik współczesny, poprosił mnie pan, żebym w ramach zapowiedzi pokazał panu te najważniejsze uzupełnienia planowane w nowym wydaniu, czyli pokazał, jakie w Senniku były cięcia cenzorskie. Akurat skany szczotek cenzorskich miałem w laptopie, otworzyłem plik. Siedzieliśmy dokładnie tak jak teraz, obok siebie na tych fotelach. Część cięć dotyczyła obrazów partyzanckich – a to były fragmenty relacji o niezwykle, niezwykle brutalnym obejściu się NKWD z pojmanymi partyzantami. I pan spojrzał na te skany, przeczytał i przeniósł wzrok na okno balkonu, i się wyłączył. Długa pauza. Ja wtedy zamarłem. Wiedziałem, że pan wszedł w tę relację, to znaczy w jej pierwowzór, że pan ją teraz widzi. Po prostu się rozpadłem: jak ja, z moim bagażem życiowym, mam tu siedzieć teraz, kiedy panu przed oczami przesuwają się takie sceny autopsyjne? Dość dotkliwie odczułem wtedy tę nieprzykładalność wagi naszych doświadczeń.

(długo gasi papierosa)

To takie wyznanie dałem panu, sprowokowany. Rzecz osobna, że na czytelnikach, co wiem i z różnych tekstów, i z opowieści, ten Sennik, taki przepełniony sugestiami, wyznaniami, urywkami doświadczeń, właśnie doświadczeń pokoleniowych, robił kolosalne wrażenie.

Jeśli mam przyjąć, że trochę piszę do tabloidów, takie trzeciorzędne powieści sensacyjne, odcinkowe, jak mi parę osób dało do zrozumienia, to powinienem się załamać, bo jestem ambitny i honorowy, z tego pokolenia, o którym mówiłem. A tu coś powiem trochę nieskromnego.

Epika polega na takim spokojnym, bezosobowym, obiektywnym opisie tego naszego świata, naszego życia, które się toczy ze swoimi komplikacjami – ja stosowałem skróty, skróty sytuacji. Opisy przyrody są rozkoszą epiki, strona, półtorej strony opisu zmierzchu albo spaceru nad rzeką – nie wiem, czy ja w ogóle daję opisy przyrody; tylko wtedy, jak piszę, że deszcz zaczął padać, to u mnie jest opis przyrody. Ale instynktownie w toku zdań, w toku doboru słów zawierałem emocje, wydawało mi się, że działam nie na tablicę informacyjną, tylko na tę niejasną tabliczkę przeczuć, wrażeń. Do czego zmierzam. Do tego zmierzam, że utrzymali mnie w jakiejś kondycji czytelnicy, którzy to odbierali powyżej treści, która jest informacją zawartą w moich książkach, odbierali coś więcej. I na tym bazuje moja bezczelność, że istnieję, że czasem bezczelnie zabieram głos. To mnie odpowiada: działać na te nienazwane obszary odbioru czytelnika czy widza, działać na jakimś podsuwaniu mu przeczuć, nastroju, tęsknoty za czymś.

Na tym polega może też poezja. Nie na oświadczeniach, informacjach, opisach. Na przykład oglądam kiedyś film Jules i Jim, taki bardzo kameralny film.

Mhm, François Truffauta.

Tak. Jest scena, jak przy stole siedzą. I nagle dziewczyna wstaje, idzie – panorama, kamera ją prowadzi. No normalna niby, teoretycznie, informacja filmowa o ruchu scenicznym. A przez długi czas nie mogłem tego ujęcia zapomnieć, tak mnie ono czymś ujęło. Jest bardzo dużo wybitnych artystów, w których nie ma nic z tego. Z tego nieokreślonego, czego panu nawet stu profesorów nie nazwie, nie powie, jak to działa, jak to porusza, jakie powoduje procesy chemiczne, że człowiek to zapamiętuje, przeżywa.

Czyli lubię jakąś nadwartość w sztuce, której się nie da sklasyfikować. Być może tak się pocieszam, może tego u mnie nie ma. Aczkolwiek jeśli panu mówię, że są ludzie, którzy lubią moją tabloidalną prozę, jeśli spotykałem się z takim wyznaniem, że czytelnikowi coś dałem, że to jest jego, co ja napisałem, to może, może mnie o to chodziło. A może tak wyszło.

Ale ja nie wiem, ja tak może plotę…

O, teraz jak pan się zaśmiał cynicznie, to się lepiej poczułem. Już się wyzbywam tych swoich fantazji i patrzę obiektywnym okiem.

Bo trzeba pamiętać, że każdy do swoich niedoskonałości bardzo kunsztownie dobiera przeróżne usprawiedliwienia, wyjaśnienia, legendy. Ja może też. Może powinienem był zostać plastykiem, może nie mam wyczucia języka, uwielbienia dla języka, dla pewnej takiej z dystansu wizji świata i naszego losu. U mnie to są fragmenty, wyrywki z życiorysów.

Słowem, przekuł pan swoje poetyckie niedostatki, jeśli przystać na taką ocenę, w prozę i film?

Jest to jakby i oczywiste, i banalne, i dla mnie lekko poniżające, ale coś z tego może być. Jest rosyjskie przysłowie: wsie po swojemu s uma schodiat. Ponimajetie?

Da.

No. Więc coś, co człowieka tam rozpiera, musi znaleźć ujście. Znajduje takie ujście, jakie jest możliwe w tym typie organizmu, w tym typie okoliczności, w których się żyje, a które mają ogromne znaczenie. Przy czym u mnie wynik jest taki – to pan mógł spostrzec, ale ja tego nie grałem – że mam uraz wobec wszystkiego, co zrobiłem.

Spostrzegłem i pamiętam.

Nie chcę oglądać, nie chcę czytać. Tak jakbym popełnił jakieś świętokradztwo i nie chcę do tego wracać. Są autorzy, którzy uwielbiają siebie czytać, co jakiś czas biorą swoją książkę i z rozkoszą czytają. Ja czasem miewałem kontakty ze swoją twórczością. Czytam jakiś esej i autor przytacza czyjąś opinię. Myślę: to dosyć inteligentna opinia. I czytam: to napisał Konwicki.

Ale cały czas tak mówię i wygląda, że jednak dorabiam sobie, dorabiam sobie teorię…

(dzwoni telefon, chwila przerwy)

Marysia. Z wiadomością, że umarła Elizabeth Taylor. To ja jej powiedziałem, że to szkoda bardzo. Ale raczej z zazdrością słyszę, że jej się udało.

Przemeczku, więc te nawyki wileńskie są moim obciążeniem. To jest moja cenzura prawdziwa: żeby nie brylować, nie popisywać się jako subtelny artysta prozaik. Tak się stało w moim życiu. Co to jest warte?

A literatura – w ogóle ma bardzo krótkie nogi.