Obłoki FerganyTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pragnienia są naszym zmęczeniem. Miłości, przeszłość i sentymenty.

Biała woda daleko niesie kamienie.

Timur, czyli podmiejski survival

Timura poznaję przypadkiem, podając mu piłkę, która wpadła mi wprost pod nogi. To członek stałej, śródmiejskiej ekipy stojącej przed punktem zakładów bukmacherskich. Chłopaki z kliki grają po szkole szmacianą piłką i obstawiają mecze za drobne stawki. Niekiedy śledzą też w tym punkcie światowe zmagania na dużym, płaskim ekranie. Timur zapytany, czy rzeczywiście lubi w ten sposób spędzać czas wolny, odrzekł: „Lepsze to, niż sterczeć na Dzierżynce”.

Chłopak jest ciemnowłosym, niskim i krępym mieszkańcem podstołecznych faweli. Większość czasu spędza jednak w samym Biszkeku, dorabiając sobie przy sprzedaży telefonów, czasem pomaga na Dordoi (wielkim targu odzieżowym). Zdarza się też, że zaciąga się do pracy jako budowlaniec. Gdy któregoś dnia powiedział: „strzelali dokładnie przy tamtej ulicy, a ja uchylałem głowę. Świszczało coraz bliżej” – poczułem, że zwiążą nas długie, ciekawe rozmowy.

I tak spacerujemy z Timurem po mieście, a on opowiada:

– Wszystko zaczęło się tu siódmego kwietnia 2010 roku – informuje, gdy po chwili marszu ulicą Sowiecką dochodzimy do głównego placu Ała-Too. To tu wybuchły zamieszki, które wkrótce rozniosły się na całą stolicę. Do tłumu manifestującego niezadowolenie z powodu aresztowania grupy opozycyjnych polityków bez ostrzeżenia otwarto ogień. Na wyraźny rozkaz rządu i samego prezydenta do pacyfikacji zgromadzenia przystąpiły specjalne jednostki milicji i grupa snajperów rozlokowanych na dachu rządowego budynku. Rozgorzała regularna bitwa.

– Manifestujący kryli się za kolumnami domów stojących w okolicznym parku i po drugiej stronie placu, wiele kolumn jeszcze dziś jest podziurawionych kulami jak sito – opowiada Timur. – Ciała zabitych i rannych ściągaliśmy z placu, biegając po nie we trzech. Na okrzyk „teraz”, gdy słyszeliśmy, że strzały na dłuższą chwilę milkną, wybiegaliśmy zza kolumn we wcześniej ustalonym kierunku, a z powrotem nieśliśmy kogoś za nogi i ręce. Gdy strzelanina ucichła zupełnie, wszyscy wracali pod bramę „Białego Domu”[31] Raz po raz. W tę i nazad.

– Mawiają, że w waszym kraju każdy trzyma pod łóżkiem karabin. – Na te słowa Timur uśmiecha się szeroko i kiwa głową, przybierając komiczny wyraz twarzy – ma zaciśnięte usta i zmarszczone czoło.

Gdy otwarto do ludzi ogień i były już pierwsze ofiary śmiertelne kwietniowych wydarzeń, do walki zagrzewało wszystkich hasło „Śmierć Bakijewowi[32]”. Agresja „powstańców” skierowała się przeciwko sieci sklepów „Narodny”, związanej z prezydenckim majątkiem, i targowiskom, należącym do tych, którzy prezydenta wspierali. Rewolucyjny wandalizm nie był nader selektywny, lecz faktycznie sklepy sieci „Narodny” i bazary ucierpiały najbardziej – doszczętnie je zniszczono i splądrowano.

Timur chwali się, że jego łupem padło 2000 somów i radio. Zamęt trwał jeszcze kilka dni. W tym czasie spłonął budynek Prokuratury Generalnej, uznany za symbol rządowych układów i korupcji. Zdobyty i podpalony przez manifestujących stoi do dziś obok placu. Kilkupiętrowy szkielet pozbawiony okien i czarny od dymu nabrał nowego znaczenia – jest jak pomnik zwycięstwa, ma przypominać o sile narodu i rewolucji. Czasem w żartach mówią o nim „brzydszy kuzyn Erkindyk”.

Timur pochodzi z Kałys-Ordo, jednej z licznych podmiejskich nowostrojek.[33]

– Budujesz się tam, gdzie znajdziesz wystarczająco miejsca. Najważniejsze, żeby mieć dach nad głową.

„Budujesz” to w tym wypadku określenie mocno naciągane. Chłopak mieszka na co dzień z młodszym bratem i matką w kontenerze porzuconej naczepy. Ciągnące się kilometrami nowostrojki pełne są przykładów ubogiej i pomysłowej zabudowy. Kałys-Ordo powstało przy wielkim wysypisku śmieci. Część jego mieszkańców czerpie dochód z odzysku tego, co znajdą, przeszukując od rana do nocy góry odpadów, krążąc po nich jak zombie, zdani na łaskę małej miejscowej mafii i oferowaną przez nią cenę surowca.

– Ale to nie dla mnie. Nie mogę tam wytrzymać, dlatego staram się jak najwięcej czasu spędzać w Biszkeku – kwituje Tima. – Tu przynajmniej idzie coś zarobić.

Mieszkańcy podmiejskich osiedli nędzy to ludzie, którzy w poszukiwaniu lepszego jutra przybyli do Biszkeku ze wsi i małych miasteczek. Większość z nich nie ma meldunku, żyją z dnia na dzień. Uzyskanie wpisu adresowego to żmudna biurokracja i koszta, do tego administracja sprzeciwia się legalizacji większości osiedli. Na przykład Ała-Too[34] została wybudowana na ziemi, gdzie pochowano dziesiątki zwierząt padłych w czasie epidemii wąglika. Z tych względów osada oczywiście nie może zostać zalegalizowana. Leżącej obok Arcza-Beszik odmówiono rejestracji z tego samego powodu. Brak rejestracji oznacza zatrzymanie rozbudowy. Niebawem w Arczy (na miejscowym wzgórzu) zaczęły wyrastać piękne domy należące do urzędników. Widok na jezioro, świeże powietrze i cisza – podmiejska sielanka. Rozwój niektórych nowostrojek bardzo pokrzyżował plany krezusom, uciekającym z dusznej i niebezpiecznej stolicy na łono pobliskiej natury, w podmiejskie zacisze.

Mieszkańcy ubogich osiedli to stały element społeczny miasta. Przez jednych traktowani są z uprzedzeniem. Inni mijają ich obojętnie, lekceważą albo starają się w ogóle nie zauważać. Wiele spośród młodych dziewczyn trudni się prostytucją. Sprzedają się za 150 somów przy Dzierżynce i w okolicach centralnego marketu. Wielu chłopców i mężczyzn kradnie bądź żebrze. Stali mieszkańcy Biszkeku patrzą na nich zazwyczaj jak na „śmieć ludzki”, chociaż to nowostrojczanie stanowią główną siłę napędową rozwoju miasta. Oni pracują na budowach, przy wykopach i obwodnicach. To również oni byli główną siłą kwietniowej rewolucji. Część z prowizorycznych podmiejskich osiedli wręcz organizuje się na własny rachunek – w zebraniach wspólnoty uczestniczy większość mieszkańców, a dobrowolna składka z każdego spotkania pozwala na wytyczenie i realizację bliższych lub dalszych planów rozwoju osady.

Największym problem tych ludzi jest brak meldunku, ubezpieczenia i dokumentów. Kobiety rodzą tu dzieci w fatalnych warunkach higienicznych, czasem przy porodzie asystuje im jedynie jakaś akuszerka. Niemowlęta pozbawione opieki lekarskiej, często bez szczepień, chorują, są niedożywione, umierają, bo matki nie stać ani na lekarza, ani na lekarstwa. Dzieci od małego niosą więc na sobie ten ciężar – klątwę nowostrojki. I brną dalej przez życie, a wkoło nich rodzą się kolejni nowostrojczanie. Kolejni, którzy będą się borykać z losem, idąc przez wyboiste ścieżki ubogiego życia. Bo ubóstwo w nowostrojkach zdaje się być dziedziczne. Dlatego nowe wyrastające w nich pokolenia jedyną szansę na przerwanie zaklętego kręgu biedy upatrują w wyjeździe do stolicy. Panorama odrapanych budynków miasta widziana z nowostrojki jawi się im jak nadzieja i perspektywa lepszego życia.

Zajmowanie ziemi i stawianie domu to w Azji Centralnej sprawa bardzo niedopracowana pod względem prawnym. Poza większymi miastami rządzi w tej kwestii nieuregulowana przepisami samowolka. Przypominam sobie zaskoczoną minę kierowcy dzielonej taksówki[35] w podróży z Osz do Taszkientu[36], po moich słowach na temat aktów notarialnych i podatku od gruntu… „U nas jest inaczej. Popatrz za szybę. Jeśli Ci się tu podoba, stawiasz dom i nikogo to nie obchodzi… najwyżej sąsiada, żeby twoje zwierzęta nie mieszały się z jego stadem. Jesteście bogatsi, ale dlaczego każą wam płacić za budowę domu i jeszcze za ziemię?” – mówił zdumiony taksówkarz, a ja już nie wiem, kto kogo zadziwił bardziej. Biszkek jest pełen tubylców znikąd. Dusz krążących dzień po dniu ulicami, których podmiejskie domy nie mają adresu. W czasie kwietniowych wydarzeń, to właśnie oni – narod z nowostrojek – stali się motorem przełomu. To tłum spod Biszkeku forsował ogrodzenie „Białego Domu” i setkami przybywał na plac Ała-Too, aż do jedenastego dnia rewolucji. Potężny siłą setek zwykłych ludzi wyrażał odwagą i czynem interes wąskiej grupy obecnej na placu inteligencji i rzeczywistej politycznej opozycji. Niestety tłum był niemy i nieprzysposobiony do kolejnych postulatów, i w dalszym biegu wydarzeń (co słusznie zauważa większość komentatorów) posłużył jedynie za siłę.

Nowostrojczanie wrócili do domów.

Nie poprawili własnej sytuacji, nie upomnieli się o regulację praw. Obalili demokrację prezydencką i samego prezydenta.

Wrócili do domów, które nie mają adresu.

***

– Wypijemy piwo na Dzierżynce i pogadamy.

– Dobra, ale najpierw obiad.

– To może mecz. Kirgistan gra dziś z Mongolią. Będzie transmisja w stołówce – nalega Timur.

– Stoi. Za piętnaście minut na Dzierżynce.

Po półtorej godziny azjatyckiej kopaniny człowiekowi przechodzi ochota na wszystko.

– Żenada. Znowu żenada… – bulwersuje się Timur. – Te gamonie nadają się tylko do ulak-tartysz[37]. Sam bym lepiej zagrał. A następny ma być towarzyski z Rosją, ale będzie siara.

Wymieniamy po posiłku parę uwag na temat gry kirgiskiej reprezentacji i gadamy trochę o futbolu, a potem ruszamy w kierunku parku im. Dzierżyńskiego. Jak co weekend, spotyka się tu wielu emerytów szachistów i młodych, spędzających czas na rozmowach i żartach. Park jest towarzyskim centrum Biszkeku. Jego sercem, które bije o każdej porze nocy i dnia. Bywa tu niebezpiecznie, ale najczęściej jest po prostu gwarno i wesoło.

 

– Może na dziewczyny – proponuje Tima.

– Ja raczej nie bardzo…

– Nie musi być tania ani miejscowa. Znajdę ci Rosjankę. Świeża Rosjanka albo Ukrainka?

– Chodź lepiej po arpę[38]. Posiedzimy, pomyślimy.

– Dobra. Ale potem pokażę ci inne uroki miasta – nalega Timur, kierując kroki w stronę kiosku, a ja cieszę się, że znów ominąłem temat proponowanych już któryś raz uciech w towarzystwie prostytutki.

Arpa jest jak ambrozja. Pierwsze spotkanie z tym piwem wiąże się często z długimi posiedzeniami w toalecie. Arpę trzeba zwyczajnie przyswoić. Spędzając dłuższy czas w świecie Kirgizów i łapiąc powoli „wkus” piwa, czuje się smak tego kraju… gorzki z lekką słodkawą nutą. Butelka świetnie gasi pragnienie. Ale żeby ugasić pragnienia, niepokój i ostre światło zachodzącego słońca, potrzeba dziś więcej butelek. Siedzimy z Timurem leniwie na ławce i popijamy piwo. Rozmawiamy. Tima co jakiś czas, widząc przechodzącą dziewczynę, naciąga głęboko kaptur. Niemalże na twarz.

– To dziewczyny ode mnie, przyjechały zarobić. Wolę nie mówić im „cześć” – tłumaczy, bo widzi moją zdziwioną minę. Potem już tylko się śmiałem, gdy szturchał mnie łokciem w ramię, a obok przechodziły kolejne panny.

– Dużo u was tego?

– Z tych, co dorosły przynajmniej połowa. Ale mniejsza o nie. Jest nawet paru chłopaków. Gdybym miał pieniądze, pojechałbym do Rosji. Pojechałbym do Nowosybirska i skończył szkołę, a potem został menedżerem w jakiejś firmie. Stamtąd próbowałbym, żeby wysłali mnie do Europy. I niezależnie od tego, co by się dalej działo, więcej bym tu nie wrócił.

– To twoje marzenie?

– Tak na pewno będzie.

– Po co była w Kirgistanie rewolucja? Co się zmieniło?

– Prezydentem jest Otunbayewa[39]! – wykrzykuje, śmiejąc się – ale wciąż zbyt wiele znajomych twarzy. Mam do sprzedania jeszcze dwa telefony…

Odprowadzając Timura w stronę Centralnego Uniwiermagu[40], podpytuję jeszcze o obecną sytuację polityczną i układ sił w parlamencie. Okazuje się, że demokratyczne rządy w Kirgizji sprowadzają się do zachowania równowagi i odpowiednich proporcji pomiędzy frakcjami wywodzącymi się ze środowisk konkretnych regionów i klanów. To skomplikowana sprawa. Dla miejscowych wszystko wydaje się jasne, ale dla przybysza z zewnątrz, jak ja, jest trudne do zrozumienia. W dużym uproszczeniu wygląda to tak, że na dychotomię Północ–Południe, będącą główną osią balansu, nakładają się jeszcze podziały rodowo-plemienne. Zapewnienie wszystkim frakcjom proporcjonalnej liczby krzeseł w parlamencie jest gwarantem stabilności. Ze słów Timy wynikało (co sugerował mi już wcześniej jeden z obserwatorów życia politycznego, piszący na łamach gazety „Vecherniy Bishkek”), że właśnie zachwianie tej wątłej równowagi sprowadza najwięcej zagrożeń; prowadzi do politycznych oskarżeń, protestów, a nawet bijatyk. U samego podnóża tej parlamentarnej piramidy leżą jeszcze makro- lub mikrointeresy i wpływy danych grup etnicznych, które predestynują je do odgrywania mniejszej albo większej roli politycznej. Taki stan rzeczy uniemożliwia dotarcie do sedna konfliktu, szczególnie gdy ten od dawna już ewoluuje. Problemy z kirgiską demokracją to woda na młyn dla autorytarnych sąsiadów (zwłaszcza Kazachstanu i Uzbekistanu), którzy w imię własnych interesów nie wahają się podsycać tutejszych nastrojów. W telewizyjnych debatach i prasie nie milkną echa sporu terytorialnego z Kazachstanem, który rości sobie prawo do części północnego terytorium Kirgizji. Na wschodzie nieustannie dochodzi do potyczek z uzbeckimi pogranicznikami. Nie są to, co prawda, małe wojny, jakie toczono jeszcze przed paru laty, ale idee rewizji granic wytyczonych w Ferganie wciąż pozostają niebezpiecznie żywe.

Mimo to Kirgizi się nie poddadzą. Przecież wielu z nich – jak mój przyjaciel z nowostrojki – nosi imię na cześć słynnego wojownika…

Stariki

W domu starców nieopodal Dżalalabadu[41] wyraźne poruszenie. Niektórzy z pensjonariuszy nawet trochę się odświeżyli, część pań pomalowała na dzisiaj bezzębne usta, a mężczyźni zaczesawszy jakoś resztki dawnej czupryny paradują swobodnie w co lepszych koszulach. Okazją jest Dien’ Pożyłych Ludiej (dzień starych ludzi) – do tego zbiega się dzisiaj z wypłatą. Gdy wraz z zaprzyjaźnionym salezjaninem podjeżdżamy pod stary spółdzielczy budynek, odizolowany od pobliskich siedlisk płotem i zakrzaczonym parkanem, przed wejściem wita nas grupa starszych i niedołężnych ludzi. Przez ostatnie dni przygotowywaliśmy paczki z prowiantem i słodyczami ku uciesze pensjonariuszy, odwiedzając dwukrotnie w poszukiwaniu upominków dżalalabadzki bazar. Pozdrawlajem was s dniem pożyłych ludiej – powtarzamy, witając każdego z osobna i starając się w miarę możliwości zamienić też z każdym choć kilka słów, a staruszkowie nie kryją zadowolenia, że znów odwiedziła ich salezjańska misja. Jedynie misja, prócz zatrudnionych w ośrodku dwóch pielęgniarek, wciąż o nich pamięta. Niektórzy od razu łakomie przystępują do konsumpcji. Inni chowają ostrożnie to, co dostali, nieufnie rozglądając się przy tym wokół.

– Staruszkowie lubią się okradać – podpowiada salezjanin, komentując z uśmiechem półgłosem całą sytuację. – Choć to jeszcze nie najgorsze. Kiedyś zdarzyło się nawet zabójstwo, a przez trzy dni po każdej wypłacie pijaństwo nie ma granic – dodaje.

Dzień starych ludzi niesie zawsze nadzieję na odwiedziny. Wiarę w to, że doba choć jeden raz zmieni swój cykl. Termin wypłaty jest tutaj również nie lada wydarzeniem. Dom starców ożywa – rozliczane są zaległości, ściągane stare i zaciągane nowe długi, czynione drobne inwestycje. Zwyczajem tego dnia stało się też przekazywanie jednemu (najbardziej sprawnemu) pensjonariuszowi zebranych pieniędzy. Kiedy tylko grupie uda się skutecznie odwrócić uwagę personelu, ten niepostrzeżenie wymyka się poza mury, kierując się w stronę najbliższego sklepu. Bierze tyle alkoholu, ile tylko zdoła unieść. Kolejnych parę dni uczestnicy tego spisku przeleżą zalani na umór, aby pod koniec miesiąca znów z irytacją klepać puste kieszenie. Dni libacji są zmorą dla pielęgniarek. „Znów nasikane do łóżka, bójki, agresja… w najlepszym wypadku zero kontaktu” – mówią. Niestety zdarzają się również zgony…

W ciemnych przestrzeniach budynku unosi się zapach garkuchni pomieszany z odorem brudu i potu. Wraz z salezjaninem wędrujemy od pokoju do pokoju, z piętra na piętro, wręczamy paczki i życzymy (co raczej nigdy już się nie spełni) nadziei i zdrowa. Jesteśmy wśród ludzi, którzy nie wyszli nam na spotkanie. Większość z nich nie jest już w stanie samodzielnie się poruszać. Niektórzy leżą bez ruchu, jakby zapadli w letarg. Inni śpią lub szeroko otwartymi oczyma patrzą w jeden punkt jak zaklęci.

– Nie ma z nimi kontaktu, potrafią tak całe dnie – mówi asystująca nam pielęgniarka, chowając paczki pod ich poduszki.

Odwiedziliśmy kilkanaście pokojów. Tylko dwa razy ktoś otworzył do nas usta. Jedna kobieta powiedziała „dziękuję”, inna, nieco młodsza, zapytała, kim jesteśmy i czy są z nami jej dzieci. Pokoje, z których większość przypomina cele, są bardzo ubogie… ciche i smutne – jak ich lokatorzy. U wejścia do wielu w nozdrza uderza odór nieprzetrawionego alkoholu i fekaliów. Po meblach pełznie karaluch czy inne licho… przed każdą z twarzy siostra pstryka palcami. Gdy pensjonariusz zareaguje chociaż mrugnięciem oka, zagląda pod łóżko, by zebrać puste butelki lub zarekwirować te, które nie zostały w pełni opróżnione.

– Zajrzeliśmy do wszystkich. Pora wyjść na powietrze – mówi wciąż uśmiechnięty salezjanin. Przytakuję. Kilka razy przykry zapach niemal przyprawił mnie o wymioty.

Żywotna gawiedź nie rozeszła się sprzed budynku. Staruszkowie dyskutują, dokazują i ze szczerą radością przyjmują to, że do nich wracamy. Jednak personą dnia pozostaje kierownik, który ma się tu lada chwila zjawić z pieniędzmi.

Miejsca takie jak dom starców pod Dżalalabadem obnażają materialną i duchową biedę lwiej części kirgiskiego społeczeństwa. Unaoczniają, jak ciężko poza Biszkekiem odnaleźć się człowiekowi w kraju „nowoczesnym”. Kiedy patrzę na tutejszą „nowoczesność”, widzę alkoholizm i upadłą ekonomię. Demokratyczne standardy i prawa rynkowe są koktajlem radzieckich i koczowniczych przyzwyczajeń. Widzę domy zaniedbanych i pijanych starców, więzienia pełne analfabetów pokutujących za drobne przewinienia, niemających szansy w żaden sposób się obronić, kupiony policyjny mundur, mandat wzięty „w łapę”…

Nowe państwo to ludzie pracujący na polach bawełny za równowartość dwóch dolarów dziennie, z lepioszką na plecach lub dzieckiem zawieszonym na piersi, mieszkańcy prowincji, ubodzy, prości, potrafiący wykonać na sobie zabieg chirurgiczny tępym narzędziem… „Bo u nas w pobliżu nie ma lekarza” – tłumaczą. W Kirgizji mawiają: „Za pieniądze można być każdym – nawet prezydentem”. Z prezydentem to może żart, lecz jestem pewien, że gubernatorem, urzędnikiem albo milicjantem. Milicyjny mundur i dokument ma powszechnie znaną cenę. Większa suma gwarantuje prawo do działań na lepszej, bardziej uczęszczanej drodze – wiąże się to oczywiście z lepszym zarobkowaniem. Obecny „ład” zazwyczaj nie dziwi Kirgizów. Kiedy wypytuję o szczegóły, często rozkładają ręce i odpowiadają, że świat już tak jest skonstruowany. Jedynie mieszkający tu Rosjanie, zagryzając wargę albo sarkastycznie się uśmiechając, nazywają ten stan rzeczy pieniężną lub plemienną demokracją (drugie określenie dotyczy zazwyczaj nepotyzmu). I nie są to, niestety, czcze słowa. Za swej kadencji prezydent Bakijew uczynił swoją rodzinną wieś Barpa największym po Biszkeku skupiskiem państwowych urzędników. Kirgiska demokracja i otwarcie się kraju na świat, oprócz niewątpliwych korzyści, przyniosły też ze sobą destrukcję. Ciągłe rewolucje i przewroty destabilizują państwo. Widoczna jest coraz większa bieda i niemoc zwykłych mieszkańców, zaś tymi zatrudnionymi na państwowych etatach, coraz bardziej rządzi chciwość i prywata.

Widziałem wszechobecną niedolę, brak perspektyw i sprawiedliwych rozwiązań społecznych, więc teraz, gdy piszę o Kirgizach i ich kraju, towarzyszy mi niepokój, że jestem autorem złej baśni… Opowieści o wielkim ludzie pasterskim, który utknął w potrzasku „cywilizacji”. Historii pogrzebanego szczęścia, straconej nadziei.

Myślę nieraz, jak by się to wszystko potoczyło, gdyby Kirgiz znowu dosiadł konia, albo gdyby przynajmniej nie Rosjanin i nie Amerykanin pomagali mu przy zsiadaniu.

Helena

Dobrze wspominają ją tu wszyscy. Wszyscy, znaczy ci, których pamięć jeszcze nie zawodzi.

Małą dziewczynkę wraz z całą rodziną zesłano w bezkresny step Kazachstanu. Dołączając do walki w czasie odwrotu niemieckich wojsk, w jednym z czołgów dojechała aż nad Bug. Było w tej historii sporo romantyzmu, nowe życie i miłość do oficera. Gorejące uczucie nie przetrwało prób i trudów, które niósł ze sobą nowy polityczny czas, lecz mimo niepowodzeń doświadczona przez bojowy szlak dziewczyna postanowiła zostać w Polsce. Pochodzenie i znajomość ojczystego języka nie pomogły jej odnaleźć się w obcej rzeczywistości. Bezradność i coraz boleśniej odczuwana samotność na zrujnowanej, rodzinnej, lecz nieznanej ziemi, przesądziły w końcu o decyzji powrotu. W Kirgiskiej SSR chwytała się licznych zajęć. Czas upływał mniej lub bardziej szczęśliwie (większość jej życia pozostaje zagadką). Po latach znów wróciła do Polski, korzystając z szansy, jaką daje repatriacja. Starsza kobieta trafiła pod opiekę chętnej rodziny i specjalnego ośrodka, ale drugi polski epizod w jej życiu znów nie trwał długo… przyszła depresja. Lekarstwem na wszystko, co ciężko przeżyć i czego nie sposób opowiedzieć, stał się alkohol, butelka… melisa i aspiryna ludzi ze Wschodu. Nasilające się problemy spowodowały, że na przekór sobie i wszystkim ponownie wróciła do Kirgizji, gdzie, już niesamodzielna z racji wieku i licznych schorzeń, trafiła do domu starców. Niebawem wygasł tutejszy zasiłek. Urzędy tłumaczą to repatriacją, ale w rzeczywistości chodzi o niestabilność przepisów oraz bałagan w systemie świadczeń socjalnych. Przez lata nikt nie potrafi wyjaśnić, dlaczego nagle wstrzymano pomoc.

Helena została sama jak palec, bez grosza przy starej zbolałej duszy…

W zamian za łóżko i ciepły posiłek asystuje więc pielęgniarkom przy opiece nad innymi. Za drobną opłatą – na kawę, butelkę i szminkę, jak mówią – myje ciała zmarłych pensjonariuszy. Przygotowuje też im najlepszą garderobę na ostatnią drogę.

 

Sama opuszcza świat na kilka dni przed Bożym Narodzeniem 2009.

Z upływem czasu coraz trudniej dowiedzieć się o tej kobiecie czegoś więcej. Nie ma po niej śladu w dokumentach, mało też już Heleny w pamięci mieszkańców. Pamięta jeszcze wciąż pan Iwan, który raz po raz o niej wspomni, choć czas zaciera szczegóły i zniekształca obrazy przeszłości.

Nie ma Heleny.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?