Rytuał łowcy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rytuał łowcy
Rytuał łowcy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Rytuał łowcy
Audio
Rytuał łowcy
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 17

Prokurator Gabriela Seredyńska otworzyła drzwi swojego gabinetu.

– Proszę, niech pani wejdzie – powiedziała.

Siedząca na korytarzu kobieta podniosła się. Nawet pomimo dość mocnego i zrobionego ze sporym znawstwem – co Seredyńska natychmiast zauważyła – makijażu, widać było, że niedawno płakała i że nie jest w najlepszej formie.

– Napije się pani może kawy? – Ekspres na kapsułki kupiony przez Seredyńską, oczywiście za własne pieniądze, pozwalał jej na takie niestandardowe, jeśli chodzi o przesłuchania prokuratorskie, propozycje. Nie każdego jednak o to pytała. W tym konkretnym przypadku uznała, że może warto wprowadzić nieco bardziej niezobowiązującą atmosferę.

Kobieta spojrzała na nią zaskoczona.

– Myślałam, że takie rzeczy to tylko w banku.

Seredyńska uśmiechnęła się na tyle sympatycznie, na ile umiała.

– To mój prywatny ekspres i prywatne pytanie. Widzę, że jest pani ciężko, a z doświadczenia wiem, że kawa i ciastko jeszcze nigdy w takiej sytuacji nie zaszkodziły.

– Ale to oficjalne przesłuchanie? – upewniła się kobieta.

– Oczywiście. Po wszystkim dostanie pani do podpisania protokół. Napoje i przekąski nie zostaną w nim uwzględnione. To jak, czarna czy cappuccino?

– Poproszę cappuccino. Jeśli oczywiście to nie kłopot.

Seredyńska włożyła odpowiednią kapsułkę do ekspresu i nacisnęła przycisk. Urządzenie cicho zawarczało. W międzyczasie sięgnęła do szuflady biurka i wyjęła stamtąd przygotowany wcześniej talerzyk z brązowym, płaskim ciastkiem. Postawiła go przed kobietą.

– Bardzo dobre – powiedziała. – Moja babcia robiła kiedyś takie. Znalazłam je w jednej z warszawskich cukierni. Smakują niemal identycznie.

Po chwili dostawiła obok filiżankę z kawą.

– Nie słodzi pani?

– Nie.

Oczywiście. Kobiety z taką figurą – jeszcze nie jednoznacznie grubą, ale już dawno nie szczupłą – nigdy nie słodzą.

Kobieta wypiła łyk kawy, potem odgryzła kawałek ciastka.

– Rzeczywiście pyszne – powiedziała.

– Możemy zaczynać? – Seredyńska uśmiechnęła się po raz drugi.

– Oczywiście.

– Pani imię i nazwisko? Pytam dla porządku.

– Anna Jabłońska.

– Znała pani ofiarę?

Szybkie, nerwowe mrugnięcie po słowie „ofiara”. Zapewne po raz pierwszy ktoś tak przy niej o nim mówił.

– Tak, pracowaliśmy razem.

– Od dawna?

Zastanowiła się.

– Od trzech lat.

– Jak go pani poznała?

– Przyjmował mnie do pracy.

Seredyńska zerknęła w papiery.

– Wasza firma działa dopiero od dwóch.

– Do poprzedniej pracy. Namówił mnie, bym przeszła razem z nim. Uważał mnie za dobrego fachowca. Budował zespół.

– Łączyło was coś jeszcze?

Znowu mrugnięcie wyglądające tym razem bardziej jak skurcz mięśni wokół oczu.

– Tak, byliśmy parą.

– Od dawna?

– Od ponad roku.

Kobieta uciekła na chwilę spojrzeniem, jakby podświadomie wstydziła się romansu z żonatym mężczyzną.

– Jak wam się układało? – spytała Seredyńska.

– Dobrze. Bardzo dobrze. Chciał się rozwieść. Mieliśmy zamieszkać razem.

– Ktoś jeszcze o tym wiedział?

– Nie afiszowaliśmy się z tym zbytnio.

– A w pracy?

– Staraliśmy się być dyskretni. Ale nie wiem, może.

– A pani mąż?

– Nie mam męża. Jestem rozwiedziona.

– Od dawna?

– Od dwóch lat.

– To tyle, ile pracuje pani w tej firmie.

– Przypadkowa zbieżność. Nie układało nam się od lat.

– Mąż znał pana Różańskiego?

– Nie, nie poznali się nigdy. Jak już mówiłam, nasze małżeństwo było wtedy praktycznie martwe.

Seredyńska zmrużyła oczy, starając się ocenić, czy przesłuchiwana podaje jej prawdziwy obraz sytuacji, czy też taki, który po czasie sobie stworzyła, by usprawiedliwić swoje postępowanie.

– Rozwiodła się pani przed przejściem do nowej pracy czy po tym? – spytała.

– Po. – W głosie Jabłońskiej nie było słychać wahania. – Ale to naprawdę nie miało nic do rzeczy. Wtedy nawet nie byliśmy jeszcze razem.

– Czy pani były mąż mógł chcieć się zemścić na panu Różańskim?

Pokręciła głową.

– Naprawdę nie sądzę. Rozstaliśmy się spokojnie, bez dramatycznych scen. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że nic nas już nie łączy. Poza tym to zupełnie do niego niepodobne. Nigdy nawet nie był o mnie specjalnie zazdrosny.

– A Monika Cichocka?

Kobieta spojrzała na nią zaskoczona, jakby nie spodziewała się, że Seredyńska wie o tej sprawie.

– Ona już prędzej. Ale to raczej wtedy, nie teraz.

– Wtedy, czyli kiedy?

– Kiedy Marcin… kiedy Różański od niej odszedł.

Seredyńska nieznacznie przechyliła głowę.

– Co się wtedy działo?

– Bardzo źle to przyjęła… Robiła dziwne rzeczy… Miała problemy psychiczne… Była nawet w szpitalu. Wtedy rzeczywiście można się było jej obawiać.

– Kiedy to było?

– Rok… Półtora roku temu.

Prokurator delikatnie uniosła brwi.

– To nie tak znowu dawno. Wie pani, co się z nią teraz dzieje?

– Niespecjalnie. Kiedy wróciła ze zwolnienia, zmieniła pracę. Znalazła inną i odeszła za porozumieniem stron. Nie mam z nią żadnego kontaktu. Ale to powinno być w kadrach. To znaczy to, gdzie odeszła.

Wypiła resztę kawy. Ręka jej lekko drżała.

– Rozumiem. A oprócz niej pan Różański miał innych wrogów?

– O tak, wielu.

– Wielu?

– Tacy ludzie jak on nie są zazwyczaj lubiani.

– Jacy ludzie?

– Zdolni, energiczni, wiedzący, czego chcą, i umiejący stawiać na swoim.

– Ktoś konkretny?

Jabłońska się zastanowiła.

– Nie, nie jestem w stanie wskazać jednej szczególnie wrogiej mu osoby. W poprzedniej pracy wielu ludzi rzucało mu kłody pod nogi. Z czystej złośliwości i zazdrości. Dlatego odszedł. Tu było trochę lepiej, chociaż też parę osób krzywo na niego patrzyło.

– Któraś z nich mogła mieć powód, by go zabić?

Kobieta potrząsnęła głową.

– Nie, nie sądzę. To nie są tego typu emocje. Mimo wszystko.

– Może pan Różański wszedł komuś w drogę? Przejął jakiś projekt albo storpedował czyjeś plany? – Prokurator próbowała ją nakierować. – Albo, czy ja wiem, otrzymał awans, na który ktoś inny bardzo liczył?

– Nie przypominam sobie niczego takiego.

Seredyńska zerknęła w swoje papiery. Sama miała ochotę napić się kawy, lecz głośne buczenie ekspresu w tym momencie byłoby jak dzwonek telefonu w trakcie przedstawienia w teatrze – zniszczyłoby atmosferę i zdekoncentrowało aktorów. Spojrzała na kobietę. Puste, martwe spojrzenie jej ciemnych oczu utkwione było gdzieś w ścianie za plecami prokurator. Była ładna, a bijąca od niej rozpacz jeszcze dodawała jej szlachetnego uroku.

– Pan Różański miał też własną firmę – zaczęła znowu. – Wie pani coś na ten temat?

– Tak, pracuję w niej. – Wzrok kobiety przeniósł się mechanicznie ze ściany na Seredyńską.

– Czym się zajmuje? – zapytała.

– Och, wieloma rzeczami. Na przykład nowymi materiałami i technologiami.

– Czyli mniej więcej tym samym, co ośrodek badawczy, w którym też pracowaliście?

– Tak, lecz my próbujemy znaleźć dla nich konkretne zastosowanie. Zamienić je na projekt, który można wdrożyć do produkcji.

Prokurator w milczeniu pokiwała głową.

– W wieczór przed śmiercią Marcina Różańskiego świętowaliście jakiś sukces – zauważyła.

– Tak, byliśmy w Oberży pod Czerwonym Wieprzem na Żelaznej. Często tam chodziliśmy.

– My, czyli kto?

– Ja, Marcin, nasz wspólnik z Krakowa i jeszcze dwóch pracowników. Podać nazwiska?

– Później wpiszemy je do protokołu. Jak zachowywał się Różański?

– Normalnie. Był wesoły, wszyscy byliśmy. Mieliśmy powód.

– Pił alkohol?

– Kieliszek wina. Ale w sumie to nie wiem. Wyszłam wcześniej, mężczyźni jeszcze zostali.

– Co to był za sukces?

– Udało nam się uzyskać grant z Unii Europejskiej na jeden z naszych projektów – wyjaśniła Jabłońska. – Chodziło o materiał, w którym ukryte są czujniki umożliwiające monitorowanie na bieżąco podstawowych parametrów życiowych. Można by szyć z niego na przykład koszulki, które pacjenci z chorobami zagrażającymi życiu nosiliby pod ubraniem. W razie nagłej drastycznej zmiany któregoś z parametrów włączałby się alarm i wysyłana byłaby automatycznie wiadomość do pogotowia. Mieliśmy opracować prototyp i rozpocząć testy we współdziałaniu z Uniwersytetem Jagiellońskim.

– W grę wchodziła duża kwota?

– Dwieście tysięcy euro na początek. Ale sprawa była rozwojowa.

– Jak dzielone są takie pieniądze?

– Wydawane są na projekty, materiały i wynagrodzenia. Na wszystko muszą być faktury, z których trzeba się potem rozliczyć.

– Te technologie pochodziły z ośrodka badawczego, w którym pracował Różański?

– Tak, ale wszystko było legalnie, mieli zgody i patenty, inaczej nie dostalibyśmy grantu.

– Czy pani zdaniem ktoś mógł mieć do niego pretensje o to, że wykorzystuje te technologie i będzie zarabiał na tym pieniądze?

Kobieta westchnęła.

– Wie pani, ludzie są zawistni, zwłaszcza ci, którzy sami nie potrafią niczego zrobić…

– Ma pani kogoś konkretnego na myśli? – przerwała jej prokurator.

– Nie, nikogo konkretnego. Mówiłam raczej ogólnie. Zresztą wszyscy właściciele patentów, czy to ludzie, czy instytucje, mieliby z tego wymierną korzyść, gdyby produkcja naszego projektu ruszyła.

 

Ciastko leżało wciąż na talerzu – z wyjątkiem pierwszego kęsa nieruszone.

Seredyńska zamilkła. Czas było przeprowadzić atak, a chwila ciszy przed rozpoczęciem ostrzału – wzbudzająca zaniepokojenie i wytrącająca z równowagi – jeszcze nigdy wtedy nie zaszkodziła. Tamta kobieta zdawała się tego jednak nie zauważać. Przedłużające się milczenie nie robiło na niej żadnego wrażenia. Wyglądała, jakby się zawiesiła, ze wzrokiem utkwionym znów w ścianę za plecami przesłuchującej ją prokurator.

– Pani Anno – nachyliła się w jej kierunku, kładąc oba przedramiona na biurku – proszę mi powiedzieć… to bardzo ważne i może mieć decydujący wpływ na odnalezienie zabójcy… czy wie pani o jakichkolwiek przekrętach, malwersacjach, nielegalnych lub półlegalnych operacjach finansowych lub jakichś innych sprawach związanych z działalnością firmy Marcina Różańskiego, które mogłyby być ewentualnym powodem pozbawienia go życia?

Wzrok kobiety z powrotem odnalazł twarz prokurator.

– Nie, nic mi o tym nie wiadomo.

Odpowiedź szybka, ale nie przesadnie.

– Pani Anno, wie pani, gdzie zginął Marcin Różański?

Brwi kobiety się ściągnęły.

– Przed jakimś blokiem.

– Wie pani, dlaczego się tam znalazł?

– Nie.

– Był umówiony z prostytutką. Nie pierwszy raz ją odwiedzał. Wiedziała pani o tym?

– Nie…

Wyraz twarzy Jabłońskiej zauważalnie się zmienił.

– Jak pani widzi, nie ma pani żadnych powodów, by chronić jego i jego pamięć. Co więcej, jeśli takie nieprawidłowości miały miejsce i rzeczywiście były przyczyną zabójstwa, pani również może być zagrożona.

Kobieta patrzyła na nią wzrokiem, w którym było tyle upokorzenia i cierpienia, że aż trudno to było znieść.

– Powtarzam, nic mi na ten temat nie wiadomo – odpowiedziała wreszcie.

ROZDZIAŁ 18

– Wchodź, musimy pogadać.

Zaczynał coraz bardziej lubić te wizyty w biurze u pani prokurator. Co więcej, chyba wręcz na nie czekał.

– Kawy? – spytała, wskazując na ekspres.

– A wiesz, że chętnie.

Usiadł na krześle przed jej biurkiem.

Prawie nie patrząc, włożyła kapsułkę do maszyny i nacisnęła przycisk. Ekspres zabuczał i do filiżanki stojącej już pod dyszą zaczął spływać rozkosznie gęsty czarnobrązowy płyn.

– Muszę napisać wreszcie plan śledztwa – powiedziała. – Ustalić wersje śledcze. Masz dla mnie coś nowego?

– Coś tam mam – odpowiedział. – Rozmawiałem z tą Moniką, poprzednią flamą Różańskiego.

– I co?

– Nie sądzę, żeby to była ona. Pół roku temu wyszła za mąż. Za kolegę z nowej pracy. Jest w ciąży, szczęśliwa. O Różańskim opowiada z mieszaniną zdziwienia i odrazy. Jakby nie do końca wierzyła, że mogła aż tak bardzo zabujać się w kimś takim.

– Jest wiarygodna w tym, co mówi?

– Słuchaj – poprawił się na krześle – wiesz dobrze, że ludzie potrafią nieraz naprawdę dobrze kłamać i że nawet doświadczony śledczy czasem nie jest w stanie tego wyczuć. Ale zazwyczaj jednak potrafi. No więc ja myślę, że ona mówi prawdę. To dobra dziewczyna, która po prostu w pewnym momencie została opętana i zmanipulowana przez niezbyt fajnego kolesia. I tyle.

– A te problemy psychiczne?

– Pokazała mi wypis ze szpitala. Depresja. Załamanie nerwowe. Każdemu coś takiego może się przytrafić w dostatecznie niesprzyjających okolicznościach; tobie, mnie, ministrowi sprawiedliwości…

Seredyńska nie zamierzała dawać się wciągać w takie dywagacje.

– Mówiła jeszcze coś ciekawego o Różańskim? – spytała.

– Mnóstwo ciekawych rzeczy. Aż żałuję, że go wcześniej nie poznałem. Strasznie fajny gość.

– Wyczuwam sarkazm – powiedziała. – A on dość słabo wypada w oficjalnych dokumentach.

Usadziła go trochę, ale uśmiechnęła się przy tym, więc nie przestało być sympatycznie.

– Facet umiał manipulować ludźmi, potrafił sprawiać wrażenie, że co to nie on. Przyszły mistrz świata, który aktualnie ma pewne absolutnie przejściowe trudności. Bardzo skupiony na sobie. Typowy narcyz. Wielu ludzi dawało mu się uwieść, a ci, którzy go przejrzeli, z miejsca stawali się jego najgorszymi wrogami – streszczał swoje ustalenia Aleksanderski. – To na nich zrzucał potem wszystkie swoje niepowodzenia. A miał ich wbrew pozorom całkiem sporo. Zawsze snuł wielkie plany, z których zazwyczaj niewiele potem niestety wychodziło. Winni byli oczywiście ci, którzy z zazdrości rzucali mu kłody pod nogi. Generalnie można powiedzieć, że jechał na dobrej opinii, której sam był najpoważniejszym źródłem. Też chciałbym tak umieć – zakończył nieco sarkastycznie.

– Ten ostatni projekt mu jednak wypalił – zauważyła.

– Tak, dostał grant. Ale to podobno głównie dzięki tej swojej nowej kochance, która za niego to wszystko ogarnęła. To jego druga podstawowa umiejętność: wyręczanie się innymi, a potem przypisywanie sobie ich zasług.

– Niezbyt sympatyczny obraz nam się z tego wyłania. Ale nie zapominajmy, że wszystko to mówi odtrącona kobieta, więc może nie być to do końca obiektywne.

– Oczywiście – zgodził się. – Choć z drugiej strony, gdyby choć z połowa tego była prawdą, to wcale się nie dziwię, że ktoś chciał go zabić.

Seredyńska postawiła przed nim kawę; przyjął ją z wdzięcznością.

– Pytałeś ją o ewentualne machlojki? – spytała, gdy brał pierwszy łyk.

– Chyba coś może być na rzeczy. Twierdzi, że zawsze miał dużo pieniędzy, co nie do końca odpowiadało jego oficjalnym zarobkom. Ale podobno nigdy nie dopuszczał jej do wszystkich swoich spraw, mimo że przez jakiś czas była jego najbliższą współpracownicą. Twierdzi też, że gdy odchodził z poprzedniej firmy, takie oskarżenia się pojawiały. On oczywiście zwalał je na tych, którzy mu zazdrościli i kopali pod nim dołki. Nic z tym nie zrobiono. Podobno dlatego, żeby nie robić skandalu i nie zaszkodzić tym, którzy tam zostali.

– Wspominałeś, że według jego żony żył na kredyt, ponad stan i miał wieczne kłopoty finansowe.

– Może właśnie w ten sposób próbował z nich wybrnąć? Na pewno warto by to sprawdzić. To mógłby być całkiem zgrabny motyw.

Seredyńska pokiwała głową.

– A, i jeszcze jedno – dodał. – Na koniec oświadczyła mi wyraźnie, że nie powtórzy tego podczas ewentualnego procesu.

– Dlaczego?

Komisarz wzruszył ramionami.

– Oficjalnie dlatego, że to dla niej zamknięty temat. Dużo wysiłku włożyła, żeby zapomnieć o Różańskim, i nie chce do tego wracać. Boi się też, że jej mąż i aktualny pracodawca mogliby się dowiedzieć przy okazji o niej paru niezbyt przyjemnych rzeczy. Zdaje się, że nie powiedziała im o tym załamaniu i pobycie w szpitalu. Nie chce więc być w to w żaden sposób zamieszana. – Upił kolejny łyk kawy. – A tak naprawdę to nie wiem, może nie mówiła mi wszystkiego i też miała w tym jakiś udział?

– Gdy te rzeczy się potwierdzą, i tak będzie zamieszana. Sama osobiście ją w to zamieszam.

Nie skomentował tego. Pomyślał sobie, że sam chyba wolałby tego uniknąć. Przypomniał sobie Monikę Cichocką. Pełną spokoju i cichej wewnętrznej radości, jaką może odczuwać tylko kobieta, która jest w upragnionej ciąży. Kobieta, której wreszcie zaczęło się układać, a wszystkie klocki jej życia powskakiwały w końcu na swoje miejsce. Wciągnięcie ją w bezduszną machinę śledztwa i procesu, zmuszenie, by ekshumowała dawno już pochowane trupy przeszłości, zaburzy ten spokój i przygasi radość.

Ale może to on na starość robił się po prostu zbyt miękki. Zwłaszcza w stosunku do młodych, atrakcyjnych kobiet.

– No dobrze. – Prokurator Seredyńska podniosła na niego wzrok znad akt. – To jakie wersje śledcze ustalamy?

Znów wzruszył ramionami.

– Jakie ty ustalasz. Ja jestem tylko psem, który węszy tam, gdzie mu każą.

– Oj, daj spokój – żachnęła się. – Jestem tu nowa, a ty masz doświadczenie sto razy większe ode mnie. Pomóż mi.

Popatrzył na nią. Też była ładna i też była młoda. Wyglądała wręcz jak dwudziestoparolatka, choć na pewno przekroczyła już trzydziestkę, a on zawsze miał słabość do kobiet o takim właśnie, dziewczęcym typie urody. Poza tym chciał jej pomagać, nie mógł tego nie zauważyć. Chciał się nią zaopiekować i sprawić, by była zadowolona. Stary, głupi dziad. Naprawdę musi uważać, żeby nie zrobić z siebie kiedyś z tego powodu głupka.

– Przecież sama to wiesz – powiedział. – Po co ci moja pomoc? Dwie wersje śledcze. Pierwsza: sprawca znał Różańskiego; motyw albo osobisty, albo związany z jakimiś przewałami w jego firmie. Druga: zabił go jakiś świr.

– Myślisz, że w świetle tego, czego się dowiedzieliśmy o denacie, warto w ogóle zajmować się drugą wersją?

– A ten wiersz? Jakoś średnio pasuje do pierwszej.

Ściągnęła usta ze zniecierpliwieniem.

– Rozmawialiśmy już o tym. Po pierwsze wciąż nie mamy jednoznacznego dowodu, że zostawił go zabójca. Jest to najbardziej prawdopodobne, zgadzam się, ale nie możemy też wykluczyć, że znalazł się tam przypadkiem. Ale nawet jeśli, to może jest to tylko próba odwrócenia naszej uwagi od prawdziwego motywu – zasugerowała. – Jeśli zabójcą jest ktoś z kręgu Różańskiego, to możemy założyć, że jest raczej inteligentnym człowiekiem. I mógłby coś takiego wymyślić. Upozorować zabójstwo przez jakiegoś zwyrola, podrasować trochę trupa. I podrzucić ten wiersz.

– Może. Ale podobno pierwsze wrażenie bywa najczęściej najbliższe prawdy. A moje było takie, że zrobił to ktoś, kto jest ostro rąbnięty.

Z powrotem utkwiła wzrok w leżących przed nią papierach. Zastanawiała się. Decyzja należała do niej, nie do niego.

– Dobra – powiedziała wreszcie. – Musimy szukać tam, gdzie prawdopodobieństwo znalezienia czegoś jest większe. A hipoteza świra nie daje nam w tym momencie żadnych możliwości. Ustalam jedną wersję śledczą: zabójstwo miało związek z tym, co robił Różański. Do tej drugiej zawsze możemy wrócić.

Roma locuta, causa finita, pomyślał.

– Przepytaj ludzi z tego ośrodka badawczego, przejrzyj też dokumenty jego drugiej firmy. Może coś tam będzie.

– Okej – powiedział. – A wiersz?

– Też będziemy musieli się tym kiedyś zająć, ale to jest na razie ważniejsze.

– W porządku.

Zamknęła teczkę z aktami sprawy, dając tym samym do zrozumienia, że uważa rozmowę za zakończoną. Poczuł lekkie ukłucie żalu.

– Dzięki za kawę – powiedział, podnosząc się z krzesła. Chciałby tu jeszcze zostać. Stary, głupi dziad.

*

Gdy wyszedł, siedziała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w zamkniętą teczkę. Pierwsze wrażenie… Intuicja… Obie te rzeczy bywają zawodne, zwłaszcza gdy ktoś próbuje na nie wpływać. A ona była prokuratorem, urzędnikiem państwowym, prawnikiem. Musi używać przede wszystkim rozumu. Szacować prawdopodobieństwo, określać, które kierunki są najbardziej rozwojowe, pamiętać o ograniczonych siłach i zasobach. Poczuła nagle silną chęć, by jeszcze raz otworzyć teczkę, wyjąć z niej ten dziwny wiersz i po raz kolejny go przeczytać. Zwalczyła ją jednak. Nie może fiksować się na pomysłach, które właśnie przed chwilą uznała za zbyt mało prawdopodobne.