Rytuał łowcy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rytuał łowcy
Rytuał łowcy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Rytuał łowcy
Audio
Rytuał łowcy
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 13

Prokurator Gabriela Seredyńska zamknęła za sobą drzwi i z ulgą zdjęła buty. Chodzenie w szpilkach było jedną z głównych niedogodności uprawianego przez nią zawodu. Oraz kolejnym dowodem na brak równości między kobietami i mężczyznami.

Nie było oczywiście takiego oficjalnego wymogu. Teoretycznie mogłaby przyjść do pracy nawet w tenisówkach albo płóciennych espadrylach. No ale przecież wiadomo, że nie. Litera prawa może i na to pozwalała, ale jego duch był kategorycznie przeciw.

Weszła z niechęcią do swojego mieszkania. Wprowadziła się do niego niedawno i nic w nim jeszcze nie było. Jedna rozkładana, stara wersalka, niewygodna jak sam diabeł, mały, kwadratowy stół w kuchni z dwoma krzesłami i telewizor, taki jeszcze z dużym pudłem z tyłu.

Podczas pierwszej nocy nie miała nawet pościeli. Spała na tej śmierdzącej kanapie przykryta zatęchłym kocem. Dopiero następnego dnia po pracy kupiła w Tesco dwie ulice dalej komplet za dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć. Akurat likwidowali sklep, więc była spora przecena. Musiała zwracać uwagę na takie rzeczy, bo mimo iż pensja prokuratorska nie należała do najniższych, to wynajem mieszkania w Warszawie – nawet takiego niewielkiego, dwupokojowego – zżerał niemal jej połowę. Jeśli dodać do tego czynsz i ratę za samochód, zostawało jej nie tak znowu wiele, a musiała się przecież w nim jeszcze jakoś urządzić.

Nie pochodziła z prawniczej rodziny. Nie należała do jednej z tych prokuratorskich czy adwokackich dynastii, nie miała w odwodzie zaklepanego miejsca w żadnej pachnącej starym drewnem kancelarii. Do wszystkiego doszła sama. Sama wymyśliła, że zostanie prawnikiem, sama zdała na studia i sama je skończyła, dorabiając jako asystentka w kancelarii adwokackiej. Nikt jej nie pomógł, gdy robiła aplikację, ani potem, gdy starała się o pracę w prokuraturze rejonowej. Zawsze była uparta i nigdy się nie poddawała.

Parę tylko razy miała chwile załamania, i to zazwyczaj bez specjalnego powodu. Nie mogła wtedy jeść, chudła, stawała się osłabiona i zniechęcona. Lekarze po przeprowadzeniu serii badań i wykluczeniu przyczyn natury fizycznej sugerowali wtedy zazwyczaj podłoże psychosomatyczne, ale to przecież w końcu zawsze przechodziło, a skoro przechodziło, to nie było po co się tym przejmować.

Teraz, wchodząc do tego czegoś, co kiedyś być może stanie się jej mieszkaniem, poczuła coś podobnego, ale dość szybko wzięła się w garść. Wyjęła ze swojej torebki – na szczęście wystarczająco dużej, by wszystko to tam się zmieściło – butelkę czerwonego wina, zapakowaną w kartonik eklerkę oraz nową książkę, którą kupiła w księgarni w centrum, i rozłożyła te rzeczy na małym stoliku przy wersalce. Potem przebrała się w domowe ciuchy, zmyła makijaż, otworzyła wino i nalała go do kieliszka. Usiadła na kanapie, podciągając nogi pod siebie, i zaczęła czytać.

Nie za dobrze jej to jednak szło. Miała problemy, żeby się skupić i wejść tak, jak należy, w świat książki. Wypiła jeden kieliszek, potem drugi i w końcu odłożyła ją na bok. Po raz kolejny zaczęła się zastanawiać, czy dobrze zrobiła, przeprowadzając się do Warszawy. Z poprzedniej pracy musiała odejść, to było oczywiste. Za dużo spraw się nawarstwiło. Nie, nie natury służbowej, raczej… Atmosfera po prostu zrobiła się zbyt gęsta. Poza tym stolica to zawsze obietnica kariery. Ale trudno było jej nie zauważyć, że czuła się tu dość samotna.

Zjadła eklerkę; była bardzo smaczna. Ciastka to coś, co jeszcze nigdy jej nie zawiodło. Aż dziw, że Seredyńska była wciąż taka chuda. Ale nie jadła ich znowu aż tak wiele. Wolała raz na jakiś czas zjeść coś naprawdę dobrego niż opychać się bez ustanku pączkami, batonikami i czekoladą, jak to robią niektóre kobiety. Z innymi rzeczami było podobnie.

Pomyślała o tej ostatniej sprawie. Dokładnie na coś takiego zawsze czekała. W swojej dotychczasowej karierze prokuratorskiej nigdy nie otarła się nawet o podobny przypadek. Ludzie wyobrażają sobie, zresztą ona sama tak to sobie wyobrażała, gdy wybierała studia prawnicze, że bycie prokuratorem to jakaś nieustanna heroiczna walka ze złem. Tymczasem jest to może walka, ale na pewno z czymś innym. Z biurokracją, z bezwładnością systemu, z banalnością i miałkością spraw, z nudą ciągnących się w nieskończoność procesów, których tempo i emocje w niczym nie przypominają tego, co pokazują hollywoodzkie filmy. A tu tymczasem takie coś. I to na samym początku, tuż po przeniesieniu. Jakie to szczęście, że miała wtedy dyżur!

Gdy Seredyńska zobaczyła tamte zwłoki, tak straszne i tak fascynujące, wiedziała, że musi zrobić wszystko, by to właśnie jej przydzielono tę sprawę. Mimo że była nowa i mimo braku doświadczenia w tego typu przypadkach. I rzeczywiście zrobiła wszystko. Przydzielono ją do niej. Być może również dlatego, że jej starsi i bardziej doświadczeni koledzy i koleżanki – tacy, którzy już dawno wybrali wygodę w miejsce emocji – wcale się do niej nie palili. Już na pierwszy rzut oka było przecież widać, że sprawa będzie trudna; że będzie wymagała mnóstwo pracy, a wynik był niepewny; że może zaniżyć statystyki. A jej statystyk jeszcze nie dało się przecież zaniżyć.

Teraz jednak poczuła chłód obawy. Jakby nagle gdzieś między sercem a żołądkiem utworzyło się w jej ciele puste, pulsujące miejsce. A co, jeśli oni mieli rację? Sprawa rzeczywiście wyglądała na trudną. Przypadkowy atak szaleńca, bez możliwości powiązania ofiary i sprawcy motywem lub czymkolwiek innym. Do większości zabójstw dochodzi w kręgu rodziny lub bliskich znajomych. Bardzo łatwo odnaleźć winnego, bo motyw i powiązanie z ofiarą są często widoczne już na pierwszy rzut oka. W sytuacji, w której zabójca i denat się nie znali, gdy widzieli się po raz pierwszy w momencie dokonania zbrodni, sprawa niezwykle się komplikuje. Gdy do tego sprawca nie był wcześniej notowany, jego odcisków palców i profilu DNA nie ma w bazach danych, znalezienie go staje się praktycznie niemożliwe. Można wtedy tylko czekać na kolejne morderstwa, licząc, że zabójca popełni jakiś błąd i na tej podstawie będzie można stworzyć profil psychologiczny i geograficzny. Pojawią się jakieś schematy, jakieś punkty zaczepienia, cokolwiek.

Mimo to jednak nie żałowała. Odczuwany teraz niepokój miał przecież swoją drugą stronę – ekscytację. Jarało ją to, jarało jak jasna cholera. Chciała go znaleźć i dopaść; chciała pokazać wszystkim, co jest warta. Zwłaszcza tu, teraz, w Warszawie, w tej nowej pracy, gdzie wszystko zaczynała z czystym kontem.

Wyjęła spomiędzy stron książki złożoną na czworo kartkę papieru. Ten wiersz, jedyny trop, który jak dotąd mieli. Skserowała go z akt sprawy i przeczytała już kilkakrotnie. Naprawdę był niezły. Nie w sensie literackim – choć to być może też, ale na tym się przecież nie znała – był niezły, bo poruszał coś, jakąś strunę w jej duszy. Jakby był napisany poniekąd o niej.

Także dlatego chciała go dorwać.

ROZDZIAŁ 14

– Ruszyliście z czymś? – Tym razem to ona go wezwała.

Wszedł i usiadł na tym samym krześle, co poprzednio. Dopiero wtedy odpowiedział:

– Parę ciekawych informacji, żadnej przełomowej.

– Dajesz – ponagliła go.

– Badania toksykologiczne wykazały niewielkie stężenie alkoholu we krwi denata oraz bardzo niskie tego gówna, które jest w tabletkach ecstasy.

– Metylenodioksymetamfetaminy. Dlaczego niewielkie?

– Nie zdążyła się wchłonąć. Badania treści żołądka wykazały, że większość była ciągle tam. Musiał to połknąć tuż przed morderstwem.

– Czyli przyjechał i łyknął – stwierdziła. – Wiadomo już, co tam robił?

– Ostatnie połączenie wykonał na numer należący do prostytutki ogłaszającej się na Odlotach.

– Tym portalu z kurwami?

Zabawne, że to ona użyła tego wulgarnego określenia, nie on.

– Tak, na tym portalu z kurwami – poprawił się Aleksanderski. Sam z niego często korzystał. – Ofiara przyjechała właśnie do niej. Kobieta przyjmuje w jednym z tych dużych bloków naokoło.

– To jakaś agencja?

– Nie, zwykłe mieszkanie. Jedna kurwa, dwa pokoje. Śpi tam i przyjmuje klientów.

Seredyńska postukała długopisem w blat.

– Rozmawialiście z nią? – spytała.

– Niczego nie wie. Nie zdążył do niej dotrzeć. A ona nie wyglądała tęsknie przez okno, więc nic nie widziała. Mówi, że to się zdarza, że klienci nie zjawiają się na umówionym spotkaniu, więc po prostu zasnęła w oczekiwaniu na następnego.

– Aha.

– To nie była jego pierwsza wizyta u niej. Był kimś w rodzaju stałego klienta.

– No proszę. Powiedziała o nim coś ciekawego?

– Niespecjalnie. – Komisarz potarł dłonią czoło i lekko się skrzywił. – Lubił się chwalić sukcesami w pracy, nie miał szczególnie zboczonych wymagań i nie dawał napiwków. Płacił zawsze dokładnie tyle, ile się należało. Zazwyczaj przyjeżdżał do niej mniej więcej o tej właśnie porze, czasami trochę wcześniej. Żeby odreagować, jak mówił.

– Co odreagowywał tym razem?

– Zamknięcie jakiegoś ważnego projektu. Pracował na Bemowie w firmie o nazwie IZTM. Instytut Zaawansowanych Technologii Materiałowych – wyjaśnił w odpowiedzi na jej pytający wzrok. – Ośrodek badawczy stworzony przez konsorcjum warszawskich uczelni.

Uniosła wzrok z zainteresowaniem.

– Naukowiec? – rzuciła.

– Pracownik administracji. Ale raczej wyższego szczebla. Menadżer.

– I to tam zamykali ten projekt?

– Nie. Prowadził też własną firmę. Niewielką. O profilu, z tego, co zdążyłem się zorientować, zazębiającym się jakoś z tym, co robił w tamtym ośrodku. Pracuje w niej też co najmniej jeszcze jedna osoba stamtąd. To właśnie tam zamykali ten projekt. Nie wiem dokładnie, o co chodziło, ale mogę się dowiedzieć.

 

– Na razie uznajmy, że to nieistotne – powiedziała, lecz zapisała to na kartce.

– Poszedł ze współpracownikami do knajpy. Posiedzieli trochę. Stąd alkohol we krwi. Potem najwyraźniej postanowił kontynuować zabawę już na własną rękę.

– Jechał pod wpływem alkoholu? Kozak.

– Król życia. Ecstasy zapewne wziął, bo podobno zwiększa doznania w trakcie uprawiania seksu.

Sam by tego chętnie spróbował, gdyby nie kłopoty z sercem.

Obróciła się na obrotowym krześle i wyjrzała przez okno. Zobaczył, że nad czymś bardzo usilnie się zastanawia.

– Jakieś wskazówki dotyczące kierunku śledztwa, szefowo? – spytał.

Słowa „szefowa” użył trochę żartobliwie, ale zauważył, że sprawiło jej to pewną przyjemność.

Odwróciła się i spojrzała na niego.

– Skoro był u tej dziwki już nie pierwszy raz – zaczęła wolno – i skoro miał zwyczaj w ten sposób odreagowywać różne wydarzenia związane z pracą, możemy chyba założyć, że ktoś wiedział o tym jego zwyczaju i, co za tym idzie, mógł się spodziewać, że i tego dnia do niej pojedzie, prawda?

Popatrzył na nią uważnie.

– Więc mógł tam na niego czekać – ciągnęła dalej. – A to morderstwo mogło nie być tak bardzo przypadkowe.

Powoli kiwnął głową.

– Liczba ran kłutych świadczy o silnym wzburzeniu napastnika – powiedział. – A to zazwyczaj wiąże się z osobistymi motywami. I z tym, że sprawca zna dobrze ofiarę.

– Właśnie – potwierdziła. – Może więc ktoś tylko upozorował to wszystko na przypadkowy atak szaleńca. A rany na twarzy i cała reszta zostały zadane po to, żeby nas zmylić.

Brzmiało to całkiem sensownie.

– A co z tym wierszem? – spytał.

– Zostawmy to na razie – powiedziała. – Może znalazł się tam przypadkiem, porzucony przez kogoś zupełnie innego, a może był jednym z elementów inscenizacji.

– Ale nie musiało tak być – zastrzegł.

– Nie musiało – zgodziła się. – Ale hipoteza świra nie daje nam praktycznie żadnych punktów zaczepienia, ta daje.

– Ta daje – zgodził się.

– Ustalam więc następujące kierunki śledztwa – podjęła oficjalnym tonem. – Sprawdźcie rodzinę i współpracowników denata. Może miał kochankę, może jej mąż albo jego żona o tym wiedzieli; może miał jakiś konflikt w pracy, robił jakieś przewały na styku tych dwóch instytucji, w których pracował… Spróbujcie znaleźć coś, co mogłoby być motywem.

– Tak jest, szefowo.

Tym razem użył tego określenia jak najzupełniej poważnie.

ROZDZIAŁ 15

Odłożył waporyzator. Czuł się teraz dobrze, nawet bardzo. Gonitwa myśli ustała, a zamiast niej pojawiło się bardzo przyjemne otępienie. Jego wewnętrzny krzyk, ten, który towarzyszył mu praktycznie przez całe jego dotychczasowe życie, teraz nareszcie ucichł.

Osunął się niżej na kanapie, wyciągnął przed siebie nogi. Zrobiło mu się nagle gorąco w stopy, postanowił więc zdjąć skarpetki. Założył nogę na nogę, podciągnął stopę do siebie, włożył palec pod czarny, elastyczny materiał i zaczął go ściągać.

Wszystko działo się wolno, bardzo wolno. Zatrzymywał się, zawieszał w trakcie tej czynności kilka razy. Myśli, uwolnione, krążyły gdzieś w przestworzach. Nie był to szalony, rwący potok, jak poprzednio, raczej wody roztopów spokojnie rozlewające się po łąkach.

Prawie tak samo było wtedy, gdy tamten leżał już na ziemi, gdy przestał nawet charczeć i mrugać. Uklęknął nad nim, przypatrując się z ciekawością twarzy ofiary. Zastygła w jakimś dziwnym wyrazie ni to zdziwienia, ni to przerażenia. Także wówczas opanował go taki spokój. Jakby wypełniła go kosmiczna próżnia. Jakby wziął go w posiadanie jakiś demon albo bóg, dobry, wyrozumiały i wszystkowiedzący.

To on zdawał się kierować jego ręką. No nie, nie w sensie dosłownym, nie zwariował przecież, ciągle był sobą. Ale był to inny on, taki, którego spotkał wtedy po raz pierwszy. Lekko uśmiechnięty, pełen dystansu, ale i ciekawości, gotów na zabawę oraz nowe wyzwania. Jakiś pieprzony zakrwawiony Budda.

Nożem, który ciągle trzymał w dłoni, zaczął wodzić po twarzy tamtego. Powoli, jakby rzeźbił w miękkiej glinie. Jeszcze wczoraj, gdy sobie o tym przypominał, zbierało mu się na mdłości; był przerażony, włosy stawały mu dęba, jakby stał samymi piętami na brzegu przepaści. Dziś nie, dziś wszystko było w porządku. Dziś przypominał to sobie nawet z pewnym rozbawieniem. Jakby zrobił krok w stronę otchłani i odnalazł tam niewidzialny most.

Poczuł, jak rozlewa się po jego ciele dziwne, trudne do określenia uczucie. Uczucie zdrowia i siły. I nie był to tylko efekt działania tego świętego zioła. Chodziło na pewno o coś innego, na pewno. Jakby dokonała się w nim jakaś zmiana, jakby siły witalne tamtego, jego bezwstydna, tępa arogancja, jego bezrefleksyjne samozadowolenie wniknęły w niego i przemieniły go niczym magiczny eliksir. Wiedział, że to nieprawda, że to nie może być prawda. Ta część jego osobowości, która wciąż była do bólu racjonalna, przypominała mu o tym z kpiącym uśmiechem. Ale jednocześnie coraz bardziej w to wierzył. Jakby myślał naraz dwie całkowicie sprzeczne z sobą myśli. Jakby żył równocześnie w dwóch nieprzystających do siebie i wykluczających się wzajemnie rzeczywistościach. Jakby w jego głowie egzystowały w najlepsze dwa diametralnie różne światopoglądy, tłumaczące świat w kompletnie inny sposób. Fizyka newtonowska i fizyka kwantowa. Wiara i wiedza. A on coraz bardziej skłaniał się ku wierze.

Wstał i podszedł do framugi drzwi między salonem a przedpokojem. Chwycił jedną z drewnianych, pionowych listew, którymi otoczony był otwór drzwiowy. Nie pełniły one żadnej funkcji z wyjątkiem wykończeniowej. Pociągnął ją do siebie. Odeszła powoli, odsłaniając poszarpany mur. To była jego skrytka, znalazł ją jeszcze w dzieciństwie. Mała niedoróbka, o której nikt oprócz niego nie wiedział. Widocznie któryś z fachowców montujących drzwi zapomniał ją przykleić albo po prostu mu się nie chciało i włożył ją tylko na wcisk.

Sięgnął do środka i wyjął swoje skarby. Małą, foliową torebkę po bułkach, a w niej dwa przedmioty: sprężynowy nóż i jeszcze coś; coś, co pojawiło się tu całkiem niedawno.

Najpierw wyjął nóż. Otworzył go, obejrzał, a potem powąchał. Wytarł go i umył po ostatnim użyciu, ale wciąż dał się na nim wyczuć lekki zapach krwi. Widocznie jakieś resztki zostały na wewnętrznym mechanizmie sprężynowym. Przez chwilę zrobiło mu się znów niedobrze, ale tylko przez chwilę. Potem sięgnął po drugi przedmiot. Zegarek na błyszczącej, metalowej bransolecie. Wyglądał na bardzo drogi. Jeden z tych, jakie bogate dupki noszą na nadgarstkach, żeby zaimponować innym, trochę mniej bogatym dupkom. Ile mógł kosztować? Dziesięć tysięcy, dwadzieścia? Nie miało to znaczenia. Dla niego też był cenny, ale z zupełnie innego powodu. Był trofeum, pamiątką, widomym i namacalnym dowodem pewnego niezwykłego przeżycia.

Wsunął z powrotem listwę w otwór i wrócił do salonu. Podszedł do regału. Na półce nad telewizorem stały pamiątki z jego nielicznych zagranicznych podróży: butelka koniaku w kształcie wieży Eiffla, figurka dobrego wojaka Szwejka z kuflem piwa przywieziona z Pragi, mały hełm Leonidasa z brązu, pamiątka z podróży do Grecji. Zgarnął je wszystkie i wrzucił do szuflady na dole.

Na zwolnionym w ten sposób miejscu położył otwarty nóż i zegarek. Po chwili dołożył jeszcze plastikową figurkę Matki Boskiej, którą kupił kiedyś, gdy jako nastolatek przeżywał krótki okres wzmożonej religijności. Aż się uśmiechnął na to połączenie. Ale podobało mu się ono. Było w jakiś sposób… znaczące. To będzie jego ołtarzyk, jego Święte Świętych. Jego kolekcja.

Nie mógł się doczekać, kiedy dołoży do niej kolejny element.

ROZDZIAŁ 16

– Komisarz Piotr Aleksanderski – przedstawił się. – To ja do pani dzwoniłem.

Kobieta, która mu otworzyła, popatrzyła na niego wzrokiem bez wyrazu, potem cofnęła się bez słowa, otwierając mu drogę do wnętrza swojego mieszkania. Przybita, ale nie zrozpaczona, pomyślał od razu. Z pozostałymi ocenami postanowił na razie się wstrzymać.

Weszli do środka. Niezbyt duży przedpokój prowadził do pozostałych pomieszczeń. Największe z nich, pozbawione drzwi, było salonem połączonym z kuchnią.

– Kawy, herbaty? – spytała kobieta, wskazując mu miejsce na dużej kanapie o geometrycznych kształtach.

Wchodząc, zauważył stojący w otwartej kuchni drogi, włoski ekspres. Nigdy nie odmawiał kawy z takiego urządzenia.

– Podwójne espresso, jeśli mógłbym prosić – powiedział.

– Oczywiście – odpowiedziała kobieta i weszła za oddzielający kuchnię od salonu kontuar.

Komisarz rozejrzał się po mieszkaniu. Już na pierwszy rzut oka sprawiało dziwne wrażenie. Nie pasowało do końca do obrazu nieżyjącego właściciela. To wypasione, lśniące, nowe bmw, którym przyjechał na miejsce swojej śmierci, drogi, bardzo dobrej jakości garnitur, podobne buty – wszystko to były widome, krzyczące wręcz oznaki bardzo wysokiego statusu społecznego. To mieszkanie znajdowało się jakby o poziom albo nawet dwa poziomy niżej. Gdyby nie spieprzył tak koncertowo swojego życia, nawet on, komisarz Piotr Aleksanderski, mógłby takie mieć.

Sam budynek był już dość stary, miał pewnie ze trzydzieści lat. Należał do pierwszej fali apartamentowców wybudowanych po zmianie ustroju. W porównaniu z blokami z wielkiej płyty był więc niemal luksusowy, ale na dzisiejsze standardy już jednak bardzo nie. Wykończenie, użyte materiały, jego architektura – wszystko to pachniało jeszcze minioną epoką. Ktoś, kto jeździł takim samochodem, nie powinien tu mieszkać.

Podobnie było z samym mieszkaniem. Nie było specjalnie wielkie, miało najwyżej osiemdziesiąt metrów. Meble też nie należały raczej do drogich. Jedynymi wyjątkami, o ile komisarz zdążył się zorientować, był ten lśniący chromem włoski ekspres i ogromny, co najmniej sześćdziesięciocalowy telewizor na ścianie.

Wszystko to pozwalało myśleć o jego właścicielu jako o kimś, kto bardzo dużą wagę przywiązywał do swojego wizerunku i do osobistej wygody; o kimś, kto nie miał zwyczaju sobie niczego odmawiać, a już zwłaszcza luksusu; wreszcie o kimś, kto był dla siebie ważniejszy niż dom i małżeństwo.

Kobieta wróciła z kuchni i postawiła przed nim białą filiżankę z grubymi ściankami. Sobie nic nie przyniosła. Potem usiadła na drugim końcu kanapy.

– Słucham – powiedziała po prostu.

Spojrzał na nią. Wydawała się rozsądna i pogodzona ze swoim losem. Emanował od niej spokój z rodzaju tego często bijącego od ludzi, którzy zrozumieli, że nic już ich nie czeka i nie ma o co walczyć.

– Nie wydaje się pani specjalnie zrozpaczona. – Postanowił zacząć bez owijania w bawełnę.

Wzruszyła ramionami.

– To oczywiście straszne, gdy ktoś, kto był twoim mężem przez kilkanaście lat, ginie, i to do tego w tak przerażający sposób, ale nie będę ukrywać, że dawno przestał on być dla mnie kimś bliskim. Czy też raczej – poprawiła się – to ja dawno przestałam być kimś bliskim dla niego.

Mówiła powoli, cicho, z namysłem dobierając słowa, ale raczej nie jak ktoś, kto boi się, że powie za dużo, tylko jak ktoś, kto chce precyzyjnie przedstawić swoje odczucia.

– Zdradzał panią? – Strategia pytania wprost zdawała się przynosić dobre rezultaty.

Roześmiała się, jakby odpowiedź była aż nazbyt oczywista.

– Tak. Od dawna i wielokrotnie.

– A pani jego?

Uśmiechnęła się i nie był to zbyt wesoły uśmiech.

– Nie. Choć często przychodziło mi to do głowy.

– Dlaczego nie?

Wzruszyła ramionami.

– Nie jestem zbyt dobra w te klocki. Poza tym depresja nie sprzyja atrakcyjności.

Obrzucił ją spojrzeniem. Szczupła, zadbana, czterdzieści parę lat, a więc mniej więcej w wieku nieżyjącego męża. Dla komisarza była bardzo atrakcyjna. Szkoda, że nie mógł jej tego powiedzieć.

– Zna pani jakieś szczegóły dotyczące tych zdrad?

– Rozumiem, że interesują pana ostatnie lata?

Pytanie techniczne. Żadnych emocji.

– Powiedzmy.

– Okej – powiedziała. – Pozwoli pan, że zapalę?

A więc emocje mimo wszystko były.

– Oczywiście. To pani mieszkanie.

– Pan też ma ochotę?

– Nie, dziękuję.

Wstała, otworzyła drzwi balkonowe i stanęła w nich tak, by móc wydmuchiwać dym na zewnątrz. Sięgnęła po paczkę leżącą na parapecie, wyjęła z niej papierosa i odpaliła go.

– A więc po kolei – zaciągnęła się i wypuściła dym. – Monika. Lat trzydzieści pięć. Była kimś w rodzaju asystentki mojego męża. Szczupła, wysoka, bardzo zgrabna, choć uroda raczej przeciętna. Trwało to, z tego, co wiem, parę lat. Dał sobie z nią spokój, bo zaczęła robić problemy. Nie wiem, może chciała czegoś więcej? Potem zaczęła robić jeszcze większe problemy. Zdaje się, że dała mu trochę popalić. Leczyła się psychiatrycznie. Nie, nie była wariatką. Po prostu trudno jej było sobie z tym wszystkim poradzić. Poszła na zwolnienie. Najpierw jedno, potem drugie, trzecie. W końcu odeszła z firmy. Czy miała motyw? Niewątpliwie. Mocno to przeżyła. Przeszła załamanie. Czy go zabiła? Nie mam pojęcia.

 

Przerwała na chwilę. Zaciągnęła się. Wypuściła dym. Mimo że wydmuchiwała go na zewnątrz, poczuł jego zapach.

– Następna – kontynuowała. – Anna. Trochę starsza. O wiele ładniejsza, choć już nie tak zgrabna. Też, można powiedzieć, koleżanka z pracy. Przyjęta później, była chyba jedną z przyczyn odstawienia tej wcześniejszej. O ile wiem, aktualna, choć nie mam pojęcia, na jakim ich związek był etapie. Czy miała motyw? Nie wiem, to zależy chyba właśnie od tego etapu. Nie śledziłam tego ostatnio zbyt uważnie.

Dobrą chwilę wpatrywał się nią w zamyśleniu, nim wreszcie zapytał:

– Skąd pani to wszystko wie?

– Och, mój mąż nie był zbyt dobrym konspiratorem, jeśli chodzi o te rzeczy. Był zbyt nieuważny. Zostawiał niezablokowany telefon albo nie wylogowywał się z poczty na komputerze. Nie było trudno poznać jego tajemnice.

– Któraś z nich miała męża?

– Pierwsza na pewno nie, druga była po rozwodzie.

Zaciągnięcie się, wypuszczenie dymu.

– A pani miała motyw? – spytał.

Spojrzała na niego niemal z rozbawieniem.

– Jak pan widzi, raczej tak. Zazdrość jest świetnym motywem, prawda? Ale musiałabym być chyba głupia, żeby to zrobić.

– Dlaczego?

– Mój mąż zostawił po sobie długi. To wszystko – zatoczyła koło lewą ręką – jest na kredyt albo w leasingu. Nigdy nie miał specjalnych skłonności do oszczędzania. Zawsze wszystko musiało być od razu, natychmiast. Moja sytuacja znacznie się pogorszy po jego śmierci. – Nadal mówiła wypranym z emocji głosem. – Jestem nauczycielką, nie dam rady spłacać tych wszystkich rat. On też miewał z tym problemy, ale zawsze jakoś udawało mu się w ostatniej chwili uciec do przodu. A potem kupował sobie zegarek za dwadzieścia tysięcy. Ja nie mam takich zdolności. Będę się musiała stąd wyprowadzić.

Zgasiła papierosa w popielniczce po drugiej stronie okna.

– I odpowiadając na pana następne pytanie: nie, nie miał żadnej polisy na życie. Należał do ludzi, którzy zamierzają żyć wiecznie. A nawet gdyby przez chwilę, gdzieś kiedyś, przyszła mu do głowy myśl o własnej śmierci, na pewno miałby w dupie to, co się ze mną wtedy stanie.