Opowieści Central Parku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Opowieści Central Parku
Opowieści Central Parku
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 29,98  23,98 
Opowieści Central Parku
Opowieści Central Parku
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
19,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

BUCK NO I CO Z TEGO

Buck był największym łgarzem, jakiego widziałem w życiu. Mówił, że coś zrobi, a nie robił. Mówił, że przyjdzie, a nie przychodził. Kłamał przy każdej okazji, jakby nie mógł inaczej.

Buck nie był przy tym artystą w swoim fachu, był raczej chałupnikiem. Kłamał dużo, ale głupio. I zazwyczaj sam się wsypywał. Mówił:

– Świetny film wczoraj widziałem. No rewelacja!

My na to:

– Jak to: świetny film wczoraj widziałeś? Byłeś w kinie? Buck, wczoraj obrabialiśmy Chińczyka. Mówiłeś, że nie możesz iść, bo twoja matka jest chora! I byłeś w kinie?!

Buck na to:

– No i co z tego?

No i co z tego! Trzeba przyznać, że z tym argumentem wyjątkowo trudno się dyskutuje. Dlatego Buck tak chętnie go używał.

Drugim jego ulubionym powiedzeniem było: „No i co zrobisz?” Mówiłeś:

– Buck, miałeś mi na dzisiaj załatwić tego gnata! Obiecałeś, że załatwisz!

Buck na to:

– Nie załatwiłem. No i co zrobisz?

Gdyby jeszcze Buck kłamał w poważnych sprawach! Gdyby mówił, że nie wziął tej forsy, a tak naprawdę ją wziął, albo gdyby mówił, że nie kapuje, a kapował, można by go było załatwić. Ale Buck okłamywał nas w kwestiach jakichś głupot. Był jak cieknący kran w kuchni. Wnerwiał cię, ale nie przeszkadzał jakoś strasznie. W każdym razie nie na tyle, by próbować coś z tym zrobić.

Poza tym, był naszym kumplem. Był sympatyczny, wesoły, i nigdy się nie stawiał. Mogłeś go obsobaczyć jak burą sukę, a on mówił tylko: „Sorry, chłopaki. Przepraszam”. Tylko że, kuźwa, wiedziałeś, że wcale nie jest mu przykro, że ma w nosie to, że się wściekasz, i że przy najbliższej okazji znowu zrobi to samo.

Taki właśnie był Buck. Kiedyś spotykamy się, a Buck mówi:

– Słuchajcie, w Dallas jest zupełnie inaczej niż tutaj. Kiedy tam byłem w zeszłym miesiącu…

My na to:

– Buck, byłeś w Dallas? Nic nam nie mówiłeś?

Na to Buck:

– Ja? Bo nie byłem.

Mówiliśmy mu:

– Buck, kiedyś się przejedziesz na tych swoich kłamstwach. Zakręcisz coś tak, że nie będziesz mógł już tego odkręcić.

Buck na to:

– Wiem. No i co z tego?

Buck miał jedną żelazną zasadę. Zawsze kłamał aż do końca. Wypierał się w żywe oczy. Choćbyś go przyłapał z wyciągniętym fiutem na jakiejś dziwce, Buck twierdziłby, że upadł na nią przypadkiem, kiedy poślizgnął się, wychodząc z wanny. I dopiero kiedy byś mu pokazał, że w tym mieszkaniu nie ma żadnej wanny, powiedziałby: „Nie ma? No to nie ma. No i co z tego?”.

Trzeba przyznać, że ta strategia była wyjątkowo skuteczna. Nigdy nie byłeś na sto procent pewien, czy Buck rzeczywiście kłamie. Choćbyś go złapał na gorącym uczynku, choćby dziesięciu ludzi to potwierdziło, choćby cały twój rozsądek, całe doświadczenie i wieloletnia znajomość Bucka mówiły ci, że kłamie, Buck wypierał się tak uparcie i konsekwentnie, że mimowolnie myślałeś: „Kurczę, może rzeczywiście mówi prawdę?”.

Buck zresztą sprawiał wrażenie, jakby po jakimś czasie sam zaczynał wierzyć w swoje kłamstwa. O ile dzień po, jeszcze ewidentnie kłamał, o tyle po upływie miesiąca już w zasadzie nie, bo w międzyczasie zdążył już uwierzyć w to, co mówi.

Czasami miałeś wrażenie, jakby w Bucku kłamał nie tylko Buck, ale jakby kłamało w nim samo kłamstwo. Jakby przemawiał przez niego jakiś bożek robienia ludzi w konia. Kłamało w nim wszystko i przy każdej okazji. Buck, na przykład, notorycznie przekręcał imiona i różne nazwy. Nie mówił Chuck Mańkut, tylko Chuck Kulas. Nie mówił Piąta Aleja, tylko Szósta. Albo Czwarta. Wydawałoby się, że zwyczajnie się pomylił, ale ja sądzę, że po prostu już nie mógł przestać. Był jak pijak, który musi być cały czas pijany, bo nie potrafi już żyć na trzeźwo.

Kiedy tak o nim opowiadam, zaczyna mi być go trochę żal. Żal mi tego małego, nałogowego, hurtowego łgarza, który tylu ludzi zrobił w konia, że aż dziw, że cały Nowy Jork nie biega dziś na czterech kopytach. Jest mi go żal tym bardziej, że wiem, jak skończył.

Jak myślicie, co załatwiło Bucka? Prawda. Zginął, kiedy pierwszy raz w życiu ją powiedział.

Było to jakoś na początku zimy. Ulicami Nowego Jorku przelatywały pierwsze śnieżne zadymki. Buck wracał właśnie do domu. Kapelusz mocno wciśnięty na głowę, wysoko postawiony kołnierz płaszcza, ręce głęboko schowane w kieszenie. Nagle drogę zastawiło mu dwóch dryblasów.

– Ty jesteś kumplem Sama? – spytał jeden z nich.

– Nie znam żadnego Sama – odpowiedział Buck i była to najświętsza prawda, bowiem rzeczywiście nie znał żadnego pieprzonego Sama.

– Ta, nie znasz! – Słowom pełnym powątpiewania towarzyszył metaliczny dźwięk odciąganego kurka.

– Chłopaki, przysięgam, ja naprawdę nie znam żadnego Sama!

– A to nie ty piłeś z nim wczoraj w barze przy Dwunastej Przecznicy? – odezwał się drugi.

– Nigdy nie byłem w tym barze, nie wiem nawet, gdzie to jest! – zarzekał się Buck.

Cóż, lata kłamania zrobiły jednak swoje… Prawda, w nienawykłych do niej ustach Bucka, zabrzmiała wyjątkowo nieprzekonująco.

– Oj, wydaje mi się, że to jednak byłeś ty…

Dwa głuche wystrzały ledwie przebiły się przez świst zadymki. Ciało Bucka powoli osunęło się na świeży śnieg. Ten, który strzelał, dymiącą lufą rozchylił kołnierz płaszcza Bucka.

– Ej, to chyba rzeczywiście nie był on. Zabiliśmy nie tego faceta! – powiedział.

– No i co zrobisz? – filozoficznie zauważył drugi.

DICK SZAJBUS

Opowiadałem wam już o Dicku? Nie? No to opowiem teraz. Zabawnie koleś zginął. Nie wiem, może niektórych to nie śmieszy, ale ja rechotałem przez pół dnia, kiedy się dowiedziałem, że umarł ze starości.

Z Dickiem nigdy nic nie było wiadomo. To był szajbus. Kiedyś przywiązał pijanego policjanta do polewaczki i… No i w zasadzie już nic. Dowcipy Dicka nigdy nie były zbyt skomplikowane.

Dick był jak źle ułożony pies myśliwski. Idziesz z takim na polowanie, oczekujesz, że wytropi ci jakiegoś, powiedzmy, jelenia, a ten od razu zaczyna szczekać i płoszy całą zwierzynę w lesie.

Taki też był Dick. Szajbus. Dlatego nikt nie chciał brać go na skoki. Dick mówił:

– Chłopaki, weźcie mnie ze sobą!

My na to:

– Po co? Żebyś znowu zaczął do wszystkiego strzelać, potem rozkręcił hydrant, a potem biegał nago po banku?

– Tym razem wszystko będzie okay, obiecuję!

My na to:

– Akurat! Poprzednim razem też tak mówiłeś.

Dick strasznie się z tego powodu frustrował. A kiedy był sfrustrowany, świrował jeszcze bardziej. A kiedy świrował jeszcze bardziej, my tym bardziej nie chcieliśmy go brać. I koło się zamykało.

Kiedyś Dick postanowił jednak przerwać ten zaklęty krąg. Pomyślał: „Skoro nikt nie chce mnie brać na robotę, zorganizuję sobie swój własny skok!”. Niby dobrze pomyślane. Skoro żadna lala cię nie chce, zamknij się w łazience i załatw sprawę sam. Brzmi rozsądnie. Plan Dicka miał jednak jeden słaby punkt. Tym punktem był sam Dick.

Zaczęło się od tego, że nikt nie chciał z nim iść. Każdy, komu to proponował, śmiał się tylko i mówił: „Organizujesz skok, Dick? Co to będzie? Chcesz obrobić gołębie z ziarna?”. Albo coś w tym stylu. Powiadają, że nawet O’Hara nie chciał się zgodzić.

Dick się jednak nie poddawał. W końcu znalazł jednego gościa. Podobno świeżo przyjechał z Polski, nie znał angielskiego i był pewien, że idzie pomalować komuś mieszkanie.

Jeśli to prawda, to niewiele się pomylił. Plan Dicka był wypisz, wymaluj, właśnie jak malowanie mieszkania. Kiedy zaczynasz, wydaje ci się to doskonałym pomysłem. Pod koniec wszystko jest upieprzone farbą, włosy masz posklejane, coś skapnęło ci do oka, a ty stoisz na środku tego burdelu i myślisz: „po cholerę się w ogóle za to brałem?”.

Ale poczekajcie, opowiem wszystko po kolei. Dick postanowił, że na początek, żeby się wprawić, obrobi coś niewielkiego. Bardzo rozsądnie, należałoby jednak uściślić, co dla Dicka znaczyło „coś niewielkiego”. „Coś niewielkiego” nie oznaczało kiosku z gazetami ani nawet delikatesów na rogu. „Coś niewielkiego” znaczyło, że nie idziemy od razu do Fort Knox, albo dobra, idziemy, ale nie bierzemy wszystkiego.

OK, pomyślicie, to co sobie upatrzył? Bank? No i zgadliście. Bingo.

Plan Dicka był prosty. Kradniemy wóz strażacki, włączamy syrenę, przez szklane drzwi wjeżdżamy do środka, zgarniamy forsę i na sygnale odjeżdżamy. Znowu – brzmi rozsądnie. Ale pamiętajcie, kto miał tym wozem kierować. Dick.

Na początku wszystko szło dobrze. Wóz strażacki został ukradziony, syrena włączona i jedziemy. Tylko koleś z Polski, który siedział obok Dicka, robił coraz większe oczy. Póki co, jednak postanowił się nie odzywać. W końcu przyjechał do Ameryki niedawno, nie znał miejscowych zwyczajów. Skąd mógł wiedzieć – może właśnie tak tu maluje się mieszkania?

Niepokoić zaczął się dopiero potem. Dick, jako kierujący pojazdem uprzywilejowanym, miał niewątpliwie pierwszeństwo, wszystkie auta zjeżdżały mu więc z drogi. I chyba właśnie wtedy coś przeskoczyło w jego mózgu. Odezwała się ta jego słynna szajba. Dickowi spodobało się to. Spodobało mu się, że samochody spieprzają przed nim na chodnik, spodobali mu się uciekający przed nim przechodnie, spodobała mu się wyjąca na dachu syrena. Wszystko to naprawdę było bardzo fajne. Dick zapomniał o swoim skoku, zapomniał o banku, zamiast tego, śmiejąc się jak szalony, gnał przez miasto, kasował samochody, wjeżdżał na chodniki, przewracał stoiska z owocami i ścinał hydranty.

Podobno rozbił cztery policyjne blokady. Podobno dopiero w New Jersey załatwili go, zagradzając mu drogę śmieciarką. Podobno, gdy wyciągali ich spomiędzy śmieci, facet z Polski śmiał się i krzyczał „I love America!”.

 

Dick, niestety, nie przeżył. Jego pusty łeb pękł jak marzenia o wielkim skoku. Kiedy o nim myślę, dochodzę jednak do wniosku, że miał piękną śmierć. No powiedzcie sami, czy choć jeden z was nie marzył nigdy o takiej jeździe? Warto było! Warto było zginąć, żeby choć raz w życiu tak się przejechać.

Ale jak to – spytacie – chwileczkę! Mówiłeś przecież na początku, że Dick umarł ze starości? Faktycznie, tak mówiłem. Pomyliłem się. Zresztą nie wiem, może i umarł. Z Dickiem nigdy nic nie było wiadomo.

ŻÓŁTY JOE

Trzeba przyznać, że problem narodowościowy był w Nowym Jorku wyjątkowo nabrzmiały. Wszędzie kręcili się jacyś brudni Makaroniarze, parszywi Irlandczycy, jełopowaci Polacy czy parchaci Żydzi. Co było robić? Każdy z nas należał do którejś z tych kategorii, a niektórzy, dzięki tradycyjnej w Nowym Jorku łatwości kontaktów seksualnych, nawet do kilku z nich jednocześnie.

I tak, na przykład: jeśli jakiś jełopowaty Polak przeleciał parszywą Irlandkę, rodził się z tego jełopowato-parszywy mieszaniec, a jeśli dodatkowo jeszcze wyobracał on jakąś parchatą Żydówkę, która urodziła mu następnie bachora – to macie już pełny obraz statystycznego mieszkańca Nowego Jorku.

Co ciekawe, wszyscy oni nienawidzili się jak wściekłe psy. Każdy przy tym uważał siebie i swoich ziomków za bóg wie co. Niezależnie od tego, ile małych, żałosnych, europejskich kraików złożyło się na jego szacowny tyłek, zawsze uważał siebie za jedynego prawdziwego nowojorczyka, a całą resztę za zbieraninę złodziei, brudasów i bękartów.

Wszystko to nie odnosiło się jednak do Chinoli. Ci byli jak odrębny gatunek, jakby przylecieli do nas z kosmosu. Nie wiadomo było, lubią nas, czy nie lubią? Uważają za śmieci czy nie uważają? Siedzieli tylko w tych swoich sklepikach, pralniach i restauracyjkach, ledwo mówili po angielsku, a kiedy patrzyli na ciebie, to jakby patrzyli na ścianę.

W przypadku innych, wiadomo było mniej więcej, kto kogo lubi, a kogo nie. Irlandczycy nienawidzili Makaroniarzy, ale dogadywali się z Polakami. Żydzi nie cierpieli Irlandczyków i Polaków, ale Makaroniarzy już tolerowali. Wszyscy oczywiście robili z sobą interesy, obrabiali się wzajemnie, co jakiś czas do siebie strzelali, ale to było co innego. Chińczycy nie mieli ani przyjaciół, ani wrogów. Po prostu byli. Jak szedłeś coś kupić u Chińczyka, to jakbyś kupował colę w automacie. Płacisz, zabierasz i tyle.

Chińczyków też się oczywiście obrabiało, ale jakby mniej. Było to z jednej strony łatwiejsze, ale z drugiej – jakby mniej ekscytujące. Kiedy obrobiłeś Irlandczyka, wiedziałeś, że jeszcze jego dzieci i wnuki będą cię za to nienawidzić, i że zyskasz dzięki temu porządnego wroga, z którym to i postrzelać się można, i powyzywać w knajpie. Kiedy obrabiałeś Chińczyka, zyskiwałeś, co prawda, parę dolców, ale przyjemności z tego nie miałeś żadnej. Kiedy wyobracałeś żonę Makaroniarzowi, wiedziałeś, że dopiero teraz zaczyna się prawdziwa zabawa, i że przez najbliższy rok czas wolny masz już zorganizowany. Jeśli zaś chodzi o Chinoli, to nie wiadomo było nawet, czy oni w ogóle mają żony. Zobaczyć Chinkę, to jak spotkać trzeźwego Polaka – trzeba było mieć naprawdę sporego farta.

Wiadomo jednak, że od każdej reguły są jakieś wyjątki, i że nawet policjanci potrafią być uczciwi. Takim właśnie wyjątkiem był Żółty Joe, Chińczyk jak się patrzy.

Podobno już jako dziecko był dziwny. Nie lubił ryżu, wolał hamburgery. Kiedy dorósł, jeszcze mu się to pogłębiło, bo zamiast rodzinną pralnią, zajął się wymuszeniami rozbójniczymi.

Jego metoda zyskała potem specjalną nazwę – „na Chińczyka”. Joe przychodził do knajpy albo sklepu, witał się, pytał o zdrowie, po czym bardzo grzecznie prosił właściciela o jakiś stały, comiesięczny datek. Oczywiście odmawiano mu, ale Joe się nie zrażał. Przychodził następnego dnia i prosił jeszcze grzeczniej. Przedstawiał zalety takiego rozwiązania, którymi były a to jego dozgonna wdzięczność, a to możliwość zwrócenia się do niego w każdej chwili z prośbą o pomoc. Wyliczał bardzo skrupulatnie, że tych kilka dolarów to zaledwie ułamek zysków przedsiębiorstwa, i że to naprawdę bardzo niska cena za poczucie bezpieczeństwa. Kiedy okazywało się, że z danego lokalu haracz ściąga już ktoś inny, Joe również się nie zniechęcał. Mówił: „Zawsze lepiej jest przecież mieć dwóch przyjaciół niż jednego.”. Miał nawet na to specjalną nazwę – „drugi filar”.

Po kilkunastu takich wizytach każdy wymiękał. Podobno kilka firm ubezpieczeniowych proponowało Joemu pracę. Joe jednak zawsze odmawiał. Mówił: „Nie będę pracował dla tych złodziei. Wolę uczciwą robotę.”.

Kiedyś jednak i Joe się przejechał. Jak to się mówi: „trafiła kosa na kamień”. Było to wtedy, kiedy Buck No I Co Z Tego postanowił założyć zakład bukmacherski. Opierał się on na bardzo prostej zasadzie. Buck przyjmował zakłady na różne mecze czy wyścigi, po czym kłamał w kwestii wyników. Mówił, że nikt nie wygrał, albo że mecz odwołano, albo że zdyskwalifikowano obie drużyny, ewentualnie że w ogóle nie pamięta, żebyś u niego kupował jakiś zakład.

Przedsiębiorstwo to przynosiło gigantyczne zyski. Kiedy Joe się o tym dowiedział, postanowił uszczknąć coś dla siebie. Przyszedł do Bucka, jak zwykle bardzo elegancko ubrany, z nieodłączną, skórzaną teczką, spryskany średnio drogimi perfumami i bardzo grzecznie poprosił o niewielki, comiesięczny datek. Buck oczywiście od razu się zgodził, ale powiedział, że dziś nie ma pieniędzy, więc żeby przyjść jutro. Kiedy Joe przyszedł następnego dnia, Buck przez długi czas upierał się, że nic nie pamięta, w końcu jednak przypomniał sobie, zgodził się na wszystko jeszcze raz, ale powiedział, że niestety musi właśnie wyjść odebrać matkę z dworca, ale jutro na pewno uda się wszystko załatwić. Kiedy Joe przyszedł kolejnego dnia, Buck powiedział, że to nie on rozmawiał z nim wczoraj, ale jego brat bliźniak, a on o niczym nie wie. Więc Joe jeszcze raz zaczął mu wszystko bardzo grzecznie tłumaczyć, Buck jeszcze raz na wszystko bardzo chętnie się zgodził, ale powiedział, że kasę trzyma jego brat, który musiał pilnie wyjechać na tydzień do Ohio, więc żeby przyjść za tydzień.

Kiedy Joe przyszedł za tydzień, Buck przywitał go z obandażowaną głową i wyjaśnił, że miał straszny wypadek w Ohio, że stracił w jego wyniku pamięć, więc żeby mu wszystko wytłumaczyć jeszcze raz. Kiedy Joe, ciągle bardzo grzecznie, wszystko mu ponownie wytłumaczył, Buck oczywiście zgodził się jeszcze raz, ale powiedział, że teraz w związku z amnezją jest niepoczytalny, bank zablokował mu dostęp do konta, ale żeby przyjść za miesiąc, wtedy już na pewno wszystko będzie dobrze.

Ten pojedynek trwał prawie pół roku. Joe przez ten czas wychudł, pożółkł jeszcze bardziej na twarzy, podobno nawet przestawał już być taki cholernie grzeczny. Mówiliśmy mu:

– Joe, weź po prostu kija i mu przywal. Buck to żaden chojrak, znamy go, na pewno zmięknie.

Joe się jednak zawziął. Powtarzał:

– Urobię go, dajcie mi jeszcze kilka dni. Albo on mnie, albo ja jego!

W końcu chyba Buckowi się znudziło. A może zrobiło mu się żal Joego? Ostatecznie Buck to był w sumie porządny gość. Któregoś dnia powiedział:

– Dobra Joe, wygrałeś. Masz tu dziesięć dolców, po następne przyjdź za miesiąc.

Joe zbladł.

– Nie jestem żebrakiem, Buck. Nie musisz mi tego dawać z litości.

Potem odwrócił się i wyszedł. Nigdy więcej już go nie widzieliśmy.

No i powiedzcie sami, czy ci Chińczycy to nie dziwni ludzie? Gdyby na jego miejscu był jakiś parszywy Irlandczyk, brudny Makaroniarz albo nawet jełopowaty Polak, Buck już po tygodniu miałby rozpirzony ten swój kramik i błagałby o litość ciągnięty na linie za samochodem. Wszyscy byliby zadowoleni, nawet Buck. Bo nic nie daje takiego poczucia bezpieczeństwa w życiu, jak jasne, proste i niezmienne reguły gry. To w końcu na nich opiera się Nowy Jork, a nie na jakichś pieprzonych, azjatyckich sztuczkach.

Spytacie się pewnie, co się stało z Żółtym Joem? Nie wiem, nie mam pojęcia. Zresztą kogo obchodzi jakiś głupi Chińczyk?

CHICAGO

Myślicie pewnie, że znudził mi się już ten cały Nowy Jork, że skończyły mi się tematy i muszę, jak to się mówi, zmienić lokal? Nic z tych rzeczy. Chicago, o którym wam opowiem, nie ma nic wspólnego z miastem nad jeziorem Michigan. Chicago w Nowym Jorku było synonimem syfu. Mówiło się: „Patrzcie, jaki tu burdel, istne Chicago!”. Albo: „Urządziliśmy im tam wczoraj niezłe Chicago…”

Nigdy nie byłem w Chicago, więc nie wiem, jak tam jest. Podobno strasznie wieje. W Nowym Jorku mówi się, że to pewnie dlatego, że wszyscy jego mieszkańcy ciągle jedzą fasolę. Rozumiecie, co mam na myśli.

Takie niewinne żarciki były solą Nowego Jorku. Chłopaki lubili pożartować. Życie było niebezpieczne, to i trzeba się było czasami pośmiać. Pamiętam, jak kiedyś Chuck Mańkut założył policyjną czapkę, a potem zaczął biegać po ulicy i krzyczeć: „Patrzcie, jestem frajerem!”. Mówię wam, w życiu się tak nie uśmiałem.

Tak, to były czasy! Teraz nie jest tak wesoło. Życie schodzi na psy. Wokoło pełno kretynów z teczkami, polityków i feministek. Istne Chicago!

A właśnie, Chicago. Chicago to było wszystko to, co znajdowało się poza Nowym Jorkiem. Nieważne, czy chodziło o Paryż, Rzym, czy Los Angeles, wiadomo było, że nie ma tam nic dobrego. Wszędzie tam było Chicago.

Najlepsze precle są w Nowym Jorku. A gdzie indziej? Chicago. Jakbyś jadł gumę. Najlepsze dziwki? Nowy Jork! Poza nim Chicago. Stare, drogie i brzydkie. Powiedzieć komuś, że ma Chicago we łbie, to gorzej niż obrazić jego matkę.

Po tym wszystkim, co tu powiedziałem, jest już chyba jasne, że ktoś, kogo nazywaliśmy Chicago, nie zajmował zbyt wysokiej pozycji w społeczeństwie. A taką właśnie ksywę miał Rick. Chicago Rick.

Rick podobno nawet urodził się nieporządnie. Wiadomo, wszyscy rodzimy się umazani w łajnie i jest to, w jakimś sensie, wróżba na resztę naszego zafajdanego życia. U Ricka wróżba ta była jednak szczególnie parszywa. Powiadają, że jego matka urodziła go w publicznym szalecie, a jego pierwszą pieluszką był papier toaletowy. Mówią też, że przez dłuższą chwilę zastanawiała się, co zabrać z tej toalety – jego, czy raczej szczotkę do kibla.

Wiem, wiem! Myślicie sobie, że to zbyt okrutny żart. I zbyt niesprawiedliwy. Myślicie tak, bo nie znaliście Ricka.

Rick, powiedzmy to sobie szczerze, śmierdział. Chłopaki w ogóle raczej nie przesadzali z myciem, Rick jednak przesadzał z niemyciem. Mówiło się, że tłuszcz z pizzy, którą Rick zjadł na Wielkanoc, zostawał mu na palcach aż do Bożego Narodzenia. Sam Rick uważał się przy tym za eleganta. Zawsze odstawiony był w najmodniejszy, prążkowany gajer, modne, skórkowe pantofle, kapelusz Borsalino. Co z tego, skoro to wszystko było wymięte, poplamione i kiepsko zalatywało?

Kiedyś Rick przez tydzień chodził z rozwiązaną sznurówką. Wyciągała mu się z buta coraz dalej i dalej, aż w końcu została gdzieś na którejś ulicy. Mówiliśmy mu: „Hej, Rick! Pies ci się zerwał! Ciągniesz za sobą samą smycz!”. Rick jednak nie zwracał na to uwagi. Czasami tylko odburkiwał: „Odpieprzcie się!”.

No to co było robić? Odpieprzaliśmy się.

Zastanawiam się czasami, jak to jest? Przecież wszystkim nam w dzieciństwie matki kładą do głowy, że trzeba myć ręce przed jedzeniem, a zęby przed snem. Dlaczego więc tylko niektórzy w to wierzą, a inni nie? Nasze matki przecież zazwyczaj mają rację i brzydko robi ten, kto ich nie słucha. Rick miał się o tym przekonać aż nadto dotkliwie.

Było to chyba tuż przed wybuchem wojny. Rick i Harry Indianiec pojechali do Nevady po jakiegoś gościa, który myślał, że tam przed nimi ucieknie. Koleś nieźle kluczył. Zawsze, kiedy gdzieś przyjeżdżali, okazywało się, że właśnie stamtąd wyjechał. W końcu jednak namierzyli go w jakiejś mieścinie.

Była to jedna z tych zapyziałych dziur, które wyglądają jak rozlatująca się dekoracja do dawno zapomnianego westernu. Miało się wrażenie, że za frontami domów nie ma nic, z wyjątkiem ukośnych belek powstrzymujących to wszystko przed przewróceniem.

– Okay. Musi tu być. Dalej jest już tylko pustynia – powiedział Harry.

Wysiedli ze swojego mocno już przykurzonego, czarnego forda. Harry fachowym wzrokiem rozejrzał się po mieście. Między domami rosły kaktusy, agawy i inne tego typu dziadostwa. Gorąco było jak w chińskiej knajpie. Harry zdjął marynarkę, rozpiął kamizelkę i poluzował krawat. Kapelusz przesunął na tył głowy, lecz mimo to, pot ciągle spływał mu po twarzy. Rick nigdy, nawet w największe upały, niczego nie zdejmował. Może to zresztą i dobrze. Lepiej było nie wiedzieć, co tam hoduje pod spodem.

 

– Ależ ty cuchniesz, Rick! – Harry próbował zatkać sobie nos szmatką do czyszczenia spluwy. – Mógłbyś się czasem umyć!

– To nie ja, to te agawy – ze stoickim spokojem odparł Rick.

Ruszyli przed siebie, niczym dwaj rewolwerowcy. Miasteczko wydawało się wymarłe. Nie zaszczekał nawet pies, nie zaskrzypiała okiennica. Słońce prażyło, jakby ktoś walił im w głowy stukilowym młotem.

– Dobra, zrobimy tak – z trudem wysapał Harry. – Ty idź środkiem i miej na wszystko oko, a ja spróbuję zajść go od tyłu. Wykurzę go jak lisa z nory.

– Okay – powiedział Rick, przeganiając dzięki temu kilka much ze swojej twarzy. „Nic dziwnego, że się pomyliły! – pomyślał Harry – Co za smród!”.

Skręcił w którąś z bocznych uliczek. Z gnatem w jednej ręce i marynarką przewieszoną przez drugą, zaczął ostrożnie skradać się między drewnianymi domami. Uliczki, zaułki i podwórka między nimi przypominały labirynt zbity ze starych desek. Chyba widział taką scenę w jakimś westernie. Tamci kowboje jednak tak się nie pocili. I to pomimo tych wszystkich czarnych, skórzanych strojów i długich płaszczy.

„Co za Chicago!” – pomyślał i skręcił w którąś z kolejnych, zapyziałych uliczek. Potem w następną i jeszcze następną. Zaczynało go to wszystko ostro wkurzać. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie dechy. I ani żywego ducha.

Nagle poczuł coś. Coś za swoimi plecami. Nie był to dźwięk, ani nawet ruch, raczej…

Bang, Bang, Bang! – Harry odwrócił się błyskawicznie, strzelając jak oszalały. I wtedy zrozumiał. Zrozumiał, co to było. Smród. Poczuł za plecami smród.

Rick leżał przed nim w kałuży krwi, mrugając ze zdziwieniem oczami.

– Co jest, do cholery?! – spytał, a z ust buchnęła mu krew.

– Miałeś iść środkiem, kretynie! – powiedział bezradnie Harry.

– Chciałem zejść do cienia. Straszny upał. I jeszcze te agawy tak śmierdzą – z trudem wyszeptał Rick i zdaje się, że były to jego ostatnie słowa. Harry przyklęknął przy nim, ocierając pot z czoła. „Trzeba go będzie jakoś pochować – pomyślał. – Teraz dopiero zacznie cuchnąć”.

Ciekawi was pewnie, co stało się z tym gościem, którego tam wtedy szukali? Harry dorwał go w końcu czy nie? No więc, nie bardzo. Okazało się, że przez cały ten czas nie wyjeżdżał z Nowego Jorku. Był w swoim własnym mieszkaniu, tylko udawał, że go tam nie było. Nie otwierał drzwi, cwaniaczek.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?