Niedobry pasterz

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niedobry pasterz
Niedobry pasterz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,90  52,72 
Niedobry pasterz
Audio
Niedobry pasterz
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 10

Jechali już prawie godzinę. Karolina za kierownicą, Rozłucki w fotelu pasażera. Jej czarne bmw, choć niezbyt wielkie, było jednak o niebo wygodniejsze od volkswagena, a i Karolina prowadziła je jakby spokojniej, choć może wymuszała to po prostu niezbyt szeroka i pełna zakrętów droga.

Gdy zobaczył, jak podjeżdża pod jego dom, ten dom, w którym kiedyś przeżyli tyle dramatycznych chwil, w pierwszej chwili miał ochotę uciec, wskoczyć do jeziora i się utopić. Patrzył sparaliżowany, jak jej samochód zatrzymuje się na podwórku, szyba od strony kierowcy odsuwa się, a ona macha do niego, ponaglając go z żartobliwą niecierpliwością. Zmieniła się, ufarbowała włosy na inny kolor. Były teraz znacznie ciemniejsze. Czerwień jej szminki także była intensywniejsza niż dawniej. Poza tym była równie piękna. A on był nią równie zauroczony.

Kiedy wreszcie pokonując odrętwienie i tłumiąc każącą mu uciekać jak najdalej stąd panikę, wsiadł do jej samochodu, a ona pocałowała go na przywitanie w policzek, wszystkie systemy w jego mózgu zaczęły wariować, jakby trafił w nie piorun. Nagły wyrzut adrenaliny do krwi, przyspieszone bicie serca, rozszerzone źrenice skutkujące niezbyt ostrym widzeniem, potliwość i drżenie rąk – żaden z fizjologicznych symptomów zakochania nie został mu oszczędzony. Miał tylko nadzieję, że ona tego nie dostrzegła.

Przez większość drogi był więc spięty, najeżony i milczący. Patrzył w okno i odpowiadał na jej pytania zdawkowo, prawie nieuprzejmie. W końcu zauważyła to i spytała:

— Coś ty dzisiaj taki mrukliwy? Stało się coś?

— Nie, nic – odpowiedział. – Miałem wczoraj ciężką noc. Chyba wypłukałem sobie wszystkie elektrolity. Przydałaby się kawa.

Dojechali w końcu do miejscowości, której nazwę przekazał im jeden ze znajomych Karoliny w olsztyńskim radiu. Była to mała wieś tuż za Lidzbarkiem Warmińskim połączona z nim w zasadzie w jeden organizm. Wjechali do niej i zatrzymali się pod kościołem. Był on równie gotycki i równie surowy w formie jak wszystkie kościoły, które do tej pory widział w tej krainie.

— Słuchaj – przypomniało mu się nagle – jak się w zasadzie nazywa ten ksiądz?

Uświadomił sobie, że do tej pory wszyscy zawsze mówili o nim właśnie tak: „ksiądz”. Nikt nigdy nie używał jego imienia i nazwiska.

— Stolarek – odpowiedziała. – Ksiądz Andrzej Stolarek.

— Stolarek? – pokiwał głową. – Dobre chłopskie nazwisko. Założę się, że pochodzi ze wsi, był najmłodszym dzieckiem w rodzinie, a jego matka zawsze chciała, żeby został księdzem.

— Być może – odpowiedziała. – A to ma jakieś znaczenie?

— Nie – odparł. – Chyba nie. A może? Nie umiem tego wytłumaczyć, ale jest mi go w jakiś sposób żal.

— Żal ci pedofila, który zamordował piętnastoletnią dziewczynę? – Spojrzała na niego zdziwiona.

— Nie wiemy jeszcze, czy ją zamordował. Poza tym to tylko takie moje odczucie. Sam nie wiem, skąd się wzięło. Widziałem go kiedyś w kościele jak odprawiał mszę. Sprawiał dość żałosne wrażenie. Jakby był głęboko nieszczęśliwy. Może to stąd?

Tak naprawdę – i dopiero teraz to sobie uświadomił – poczuł z nim wówczas jakiś rodzaj wspólnoty. Wspólnoty losu. Jakby zobaczył w tym drugim, nieszczęśliwym człowieku swoje własne odbicie. Jakby patrząc na niego rozumiał, choć w intuicyjny i niewypowiedziany sposób, skąd się bierze jego stan, bo sam kiedyś takiego doświadczał z podobnych powodów. Wspólnota losów z pedofilem? Czemu w sumie nie? Zbrodnia często bierze się z nieszczęścia, choć to jej przecież nie usprawiedliwia. Człowiek, który jej dokonuje, przekazuje tylko pałeczkę dalej. Zbrodnia rodzi zbrodnię, a nieszczęście sprowadza nieszczęście. Zamknięty krąg krzywdy i przemocy. Znał go z własnego domu. Ciągle w pewnym sensie w nim tkwił.

Nie powiedział jej jednak tego. Nie zrozumiałaby zapewne. Nawet on tego nie do końca rozumiał.

Wysiedli z samochodu.

— Znasz nazwisko tej dziewczyny? – spytał.

— Nie – odpowiedziała. – Ale to mała miejscowość. Wystarczy popytać.

Ruszyła w kierunku małego sklepu umiejscowionego, a jakże, w pobliżu kościoła. Poszedł za nią. „Kościół, sklep, przystanek”, pomyślał. „Święta Trójca każdej niewielkiej miejscowości w Polsce. Te trzy miejsca wystarczą, by mogło się toczyć życie”.

Weszli do środka. Za kontuarem stała grubawa i na oko pięćdziesięcioletnia kobieta. Spojrzała na nich z ciekawością. Zapewne nie często odwiedzali jej sklep ludzie, których nie znała od dziesięcioleci.

Karolina zaczęła kręcić się miedzy regałami, udając, że czegoś szuka, Rozłucki przystanął przy półce z gazetami. Leżały na niej same tygodniki telewizyjne i plotkarskie magazyny o życiu gwiazd. Nie było ani jednego opiniotwórczego tygodnika czy ogólnopolskiego dziennika. Honor prasy informacyjnej ratowała „Gazeta Olsztyńska” – lokalny dziennik o ponad stuletniej tradycji.

Wziął do ręki jakiś kolorowy szmatławiec. Z jego okładki, wydymając usta, patrzyła na niego skandalizująca piosenkarka. Przerzucił kilka stron czekając, aż Karolina zagadnie wreszcie sprzedawczynię. Spojrzał w jej stronę. Stała za ladą i wyciągała szyję, chcąc mieć lepszy widok na Karolinę, która schowała jej się właśnie za jedną z półek. Za plecami kobiety prezentował swe wdzięki regał z alkoholami. Zaczął z ciekawością przyglądać się ich etykietom. Tanie wódki, tanie wina, kilka likierów i wermutów oraz obowiązkowy Johnnie Walker z czerwoną etykietą. Już miał wrócić do przeglądania plotkarskiej gazety, gdy jego uwagę przykuł kształt odróżniający się od innych. Odłożył magazyn na półkę i podszedł do kontuaru. Przez chwilę nie mógł wprost uwierzyć własnym oczom. Na półce stał najprawdziwszy osiemnastoletni Glendronach! Jedna z jego ulubionych whisky.

— Przepraszam, mógłbym obejrzeć tę fioletową butelkę? – zwrócił się do sprzedawczyni.

— Tą? – spytała kobieta, wskazując na wysmukłą butelkę.

— Tak, tę – odpowiedział, starając się, by użycie poprawnej formy nie zabrzmiało jak poprawianie.

Sprzedawczyni podała mu to, o co prosił.

Butelka wyglądała na oryginalną. Pasek akcyzy był porządnie naklejony, etykieta, choć odrobinę wypłowiała, także wyglądała na niepodrobioną. Przeciągnął palcem po charakterystycznych, lekko wypukłych, złoconych literach.

— Skąd pani to ma? – spytał.

Kobieta machnęła dłonią.

— A daj pan spokój! Namówił mnie taki jeden przedstawiciel handlowy od alkoholi. Że niby w każdym sklepie powinien być choć jeden alkohol z wyższej półki. I tak mnie czarował, aż się, głupia, zgodziłam. Ale kto tu u nas coś takiego kupi? No i stoi to teraz i się kurzy. Już pewnie ze trzy lata będzie.

Cena faktycznie wyglądała na taką sprzed kilku lat. Bardzo dobra cena.

— Ja to kupię – powiedział Rozłucki i wyciągnął portfel. Kolejna wyrwa w jego budżecie. Ale okazja była tak wielka, że grzech byłoby z niej nie skorzystać.

— Naprawdę? – ucieszyła się kobieta. – Z nieba mi pan spadł! Już myślałam, że nigdy tego dziadostwa nie sprzedam. U nas powyżej stu złotych to żaden alkohol nie schodzi. Jeszcze jak był poprzedni proboszcz, to czasem coś droższego kupował. Ale go potem przenieśli. A ten nowy to chyba w ogóle nie pije.

Usłyszał, jak Karolina podchodzi do niego od tyłu.

— Przenieśli go? – spytała. – Pewnie na emeryturę?

— A gdzie tam, pani! – Kobieta ucieszona pozbyciem się kłopotu rozgadała się na dobre. – Na jaką emeryturę? Młody był, aż dziw, że takiego młodego księdza zrobili proboszczem. Ale podobno jakiegoś wujka biskupa miał, czy coś takiego.

— To czemu go przenieśli?

Sprzedawczyni nachyliła się w ich stronę konfidencjonalnie.

— Zaciążył z parafianką, dlatego. Ale się skandal zrobił, mówię pani! Jej ojciec to nawet z siekierą na plebanię latał. No i przenieśli go, a szkoda. Dobry był z niego ksiądz, przystojny. Ładnie mówił, miły był, porozmawiał z każdym, nie był wyniosły, jak niektórzy.

Rozłucki z Karoliną wymienili się spojrzeniami. Ta ciąża to było coś nowego.

— To i policja pewnie się tym interesowała? – spytała Karolina.

— A co miała do tego policja? – zdziwiła się sprzedawczyni. – To już prędzej inkwizycja! – zaśmiała się, ukazując w dolnej szczęce wyrwę po zębie.

— A ta parafianka, to nie była jakaś młoda? – spytał Rozłucki.

— Nie no, młoda to była. – Uniosła brwi. – Matury jeszcze nie zrobiła. Z siedemnaście lat wtedy miała. Ale i on niestary. Nie miał jeszcze trzydziestki. Było między nimi z dziesięć lat różnicy. Jak między mną i moim mężem.

Spojrzenia jego i Karoliny spotkały się po raz drugi.

— Można płacić kartą? – spytał Rozłucki.

— Można, a pewnie – kiwnęła głową kobieta. – U nas nie całkiem taka zabita dechami wieś.

Wyciągnęła spod lady terminal i położyła go przed Rozłuckim.

— A żona nic nie bierze? – Wskazała brodą na Karolinę.

Rozłuckiemu jakieś dziwne ciepło rozlało się po sercu.

— Poproszę paczkę L&M-mów. Tych niebieskich – powiedziała Karolina. – Ale sama zapłacę. Nie jesteśmy małżeństwem.

— A to przepraszam – odparła kobieta. – Wyglądacie, jakbyście byli. Pasujecie do siebie.

— Też tak sądzę – uśmiechnął się Rozłucki. – Ale koleżanka uważa inaczej. – Zobaczył, jak Karolina piorunuje go wzrokiem.

— To pewnie ta dziewczyna już tutaj nie mieszka – powiedział szybko, żeby zagadać swoje wzruszenie i zmieszanie. – Po czymś takim…

— Nie, dlaczego, mieszka. – Sprzedawczyni po raz kolejny uniosła brwi. – Gdzie ma mieszkać, jak nie tu? Jej rodzice mają gospodarstwo ogrodnicze, za ich domem stoją cztery tunele foliowe, tego nie da się spakować w walizkę i przenieść w inne miejsce. A ona sama to gdzie pójdzie? I to jeszcze z dzieckiem… Zresztą wie pan, tu jest wieś. Ludzie na początku trochę pogadali, jedna z drugą za nią splunęła, ale potem wszyscy się przyzwyczaili. I teraz jest tak, jakby nic się nie stało. Tutaj każdy ma coś za uszami. Ten pije, ten żonę bije, tamten w więzieniu siedział. – Machnęła ręką. – Gdybyśmy mieli każdemu wszystko pamiętać, nie dałoby się razem żyć.

 

— Tu mieszka, we wsi? – spytał Rozłucki. Najnaturalniejszym, pełnym niewinnej ciekawości tonem, na jaki go było stać.

— A pewnie. O, tam! – Wskazała coś przez okno. – W tym żółtym domu za remizą. Nie miała daleko na plebanię. Wystarczyło przejść przez ulicę.

— Nieźle to rozegrałeś – powiedziała Karolina. – Jestem pełna podziwu. Rozwijasz się. Ta zagrywka z whisky była naprawdę świetna. W życiu bym na coś takiego sama nie wpadła.

On też by na to w życiu sam nie wpadł, ale nie powiedział jej tego. Naprawdę przecież chciał kupić tę butelkę.

— Ciekawych rzeczy żeśmy się dowiedzieli, nie sądzisz? – odparł zamiast tego. – Ksiądz miał co prawda romans, ale trudno go nazwać pedofilem. Siedemnastolatka nie jest może zgodnie z prawem dorosła, ale nie jest też dzieckiem. Utrzymywanie z nią stosunków seksualnych nie jest karalne. To dlatego policja nic do tego nie miała.

— To skąd ta plotka o pedofilii? – spytała Karolina.

— Stąd, skąd biorą się wszystkie plotki – wzruszył ramionami – z wyolbrzymienia, ze złej woli, ze stereotypu księdza pedofila, który jakoś tam funkcjonuje w społecznej świadomości. I z powszechnego u wszystkich zamiłowania do obgadywania bliźnich.

— To nam trochę odsuwa podejrzenia od niego, prawda?

Zastanowił się.

— Niekoniecznie. Wszystko zależy od tego, jak ten ich romans przebiegał. Na przykład czy był z jej strony całkowicie dobrowolny. Czy nie zmusił ją do niego podstępem, wykorzystaniem swojego autorytetu księdza, czy szantażem. Albo po prostu zwyczajną przemocą. Siedemnastolatkę od piętnastolatki nie dzieli aż tak znowu duża różnica. Mogą wyglądać bardzo podobnie. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Odkrycie schematu ciągle jest jeszcze możliwe.

— Czyli co, musimy z nią porozmawiać?

— I tak byśmy musieli.

— Idziemy?

— Poczekaj, zostawię tylko tę butelkę. Otworzysz na chwilę samochód?

Poszli na piechotę. Dom dziewczyny był na tyle blisko, że nie opłacało się wsiadać do auta. Weszli na nowy chodnik z betonowej kostki, minęli remizę Ochotniczej Straży Pożarnej i już po chwili stali pod pomalowanym na żółto domem ze spadzistym dachem. Przy furtce nie było domofonu, weszli więc na podwórko. Przestrzeń między domem a płotem wyglądała nadzwyczaj schludnie. Wszystko obsadzone było kwiatami, zaś między rabatkami pasł się mały plastikowy jelonek. Nie wyglądało to w każdym razie na miejsce, w którym mieszka dysfunkcyjna i patologiczna rodzina.

Podeszli do drzwi i nacisnęli dzwonek. Otworzyła im dość gruba, choć całkiem ładna blondynka. Rozłucki w pierwszej chwili zakwalifikował ją jaką starą, dopiero po chwili zreflektował się, że przecież mogła być mniej więcej w jego wieku.

— Tak, słucham?

— Dzień dobry. – Tym razem zaczęła Karolina. – Chcielibyśmy z panią porozmawiać.

— W jakiej sprawie? – spytała rzeczowo. – Mąż jest w tunelach. Jeśli chodzi o pomidory, to najlepiej do niego.

— Nie, my w innej sprawie. Jesteśmy dziennikarzami. Prowadzimy śledztwo dziennikarskie w sprawie księdza, który był poprzednim proboszczem w tej parafii. Nie wiem, czy doszły do pani te informacje, ale jest on oskarżony o zamordowanie piętnastoletniej dziewczyny. Słyszeliśmy, że kiedyś skrzywdził również pani córkę. Informacje, które pani posiada, mogłyby pomóc w jego skazaniu.

Twarz kobiety zmieniła się. Rysy ściągnęły się i wyostrzyły.

— Nie mam na ten temat nic do powiedzenia – powiedziała.

— Proszę pomyśleć – włączył się Rozłucki – ten człowiek zniszczył już życie dwóm bardzo młodym dziewczynom. Jedną z nich prawdopodobnie zabił. Za to, co zrobił pani córce, nie poniósł żadnych konsekwencji. Został tylko przeniesiony do innej parafii, gdzie znowu zrobił to samo. Jeśli go nie powstrzymamy, jeśli pozwolimy, by zło, które wyrządził, kolejny raz uszło mu bezkarnie, być może znowu skrzywdzi następną młodą, niewinną dziewczynę.

— Moja córka wcale nie była taka niewinna – odparła ostro kobieta. – A ja nie mam na ten temat nic do powiedzenia. To sprawa policji, nie moja. Przyjechaliście na darmo.

Zamknęła im drzwi przed nosem.

Spojrzeli na siebie.

— To co? – spytała Karolina. – Może faktycznie przejdziemy się do tych tuneli? Skoro ojciec latał na plebanię z siekierą, to może ma większą ochotę na wyrównanie rachunków?

— Nie sądzę – odparł Rozłucki. – Przez te lata zdążyli już wypracować wspólny pogląd na tę sprawę. Nawet jeśli kiedyś chciał się mścić z siekierą w ręku, teraz myśli pewnie tak jak żona. Poza tym, nie wiem, czy zauważyłaś – było to widać, jak otworzyła drzwi – w przedsionku ich domu wisi krzyż.

— Tak jak w wielu polskich domach, to o niczym nie świadczy. – Wzruszyła ramionami. – Nawet ja, choć nie jestem specjalnie religijna i z kościołem mi naprawdę nie po drodze, mam mały krzyżyk na ścianie.

— Ten nie był mały. Był duży. No i to nie wszystko. Na framudze między przedsionkiem a resztą domu jest przymocowane małe metalowe naczynko. Kiedyś na wsiach było to bardzo popularne, moja babcia takie miała. Teraz raczej rzadko się coś takiego spotyka. To, że oni to mają, świadczy o dużej religijności. Ta sprawa z księdzem i ich córką musiała być dla nich olbrzymim wstrząsem. Czymś, co zachwiało posadami ich świata. W takich przypadkach można albo całkowicie zrewidować swój światopogląd, albo jeszcze bardziej go usztywnić. Oni, jak sądzę, wybrali to drugie. Prawdopodobnie to córkę bardziej winią za to, co się stało, niż jego. Że go uwiodła, sprowadziła na pokuszenie. Słyszałaś, co powiedziała? „Nie była wcale taka niewinna”. Niczego się od nich raczej nie dowiemy.

— Musimy w takim razie porozmawiać z córką.

Pokiwał głową.

— Ona może być podwójną ofiarą. Jego i ich. Zapewne będzie miała większą ochotę na zwierzenia. Jeśli jest tak, jak myślę, to w jej domu się raczej o tym nie mówi i nigdy nie mówiło. Po początkowych awanturach sprawa została wyparta z ich rodzinnej świadomości i teraz wszyscy zachowują się, jakby nic takiego nigdy się nie wydarzyło. A ona bardzo potrzebuje o tym z kimś porozmawiać.

— Myślisz, że jest teraz w domu?

— A która jest? – Spojrzał na zegarek. – Prawie osiemnasta. Jeśli pracuje gdzieś w Lidzbarku, to może niedługo będzie wracać.

— Pan to chyba z Warszawy, prawda? – spytała z ironią w głosie. – W takich miejscowościach jak Lidzbark pracuje się do piętnastej albo szesnastej. Jeśli w sklepie, to do siedemnastej. Jeśli więc pracuje w Lidzbarku, to dawno powinna być już w domu.

— A jeśli pracuje w Olsztynie?

— To może właśnie wracać.

— Chyba że po prostu pomaga rodzicom w gospodarstwie. Ma małe dziecko, równie dobrze może siedzieć z nim całymi dniami w domu.

— Nawet jeśli, to czasami chyba musi gdzieś wyjść. Do sklepu, z dzieckiem na spacer, do kościoła…

— Do niedzieli jeszcze parę dni. Miejmy więc nadzieję, że chodzi na spacery. W każdym razie musimy poczekać i to sprawdzić.

Wrócili do samochodu. Karolina przeparkowała go tak, by stał przodem do drogi i by mogli, siedząc w nim, widzieć dom, w którym mieszka dziewczyna. Odsunęli szyby i włączyli cicho radio.

— Przydałaby się kawa w papierowych kubkach i pączki – powiedział. – Na filmach policjanci zawsze w takiej sytuacji piją kawę i jedzą pączki. Takie z dziurką w środku.

— Ciekawe, gdzie potem sikają – mruknęła.

— O tym filmy milczą – odpowiedział.

Rozpoczęli obserwację. Dziewczyna nie pracowała najwyraźniej ani w Lidzbarku, ani w Olsztynie, bowiem nadjechał jeden autobus, a potem drugi i nikt, kto by choć trochę przypominał dwudziestoletnią kobietę nie wysiadł z niego i nie ruszył w stronę żółtego domu. Rozłucki spojrzał na zegarek.

— Za piętnaście siódma – powiedział. – Powoli robi się za późno na spacer z dzieckiem. A jeśli nie wyjdzie?

— Kiedyś wyjdzie – odparła wpatrzona w żółty dom. – Jak nie dziś, to jutro.

— Chcesz tu czekać do jutra? – spytał. – W samochodzie?

— Jak będzie trzeba.

— To mała miejscowość. Jak ktoś zobaczy dwoje ludzi śpiących w nocy w aucie, wezwie policję.

— Nie wezwie. Tutaj ludzie pilnują swoich spraw i nie wtrącają się w cudze.

Całe szczęście nie musieli tego sprawdzać, bo drzwi domu otworzyły się i wyszła z nich młoda dziewczyna. Jasne włosy miała spięte w koński ogon, była dość szczupła i raczej niska. Ubrana była w szarą bluzę i granatowe dresowe spodnie. Wyglądała po domowemu, jakby miała zamiar wyjść tylko na chwilę.

— Idzie do sklepu – powiedziała Karolina. – Gdzie indziej by się tak nie ubrała.

Dziewczyna zamknęła furtkę i ruszyła chodnikiem w ich stronę. Rozłucki mimowolnie wstrzymał oddech.

— Kto do niej podchodzi? Ty czy ja? – spytała Karolina.

— Ty – odpowiedział. – Mężczyzny może się przestraszyć. Ale poczekaj, aż wyjdzie ze sklepu.

— Zaprosić ją do samochodu?

— Nie wiem. Musisz to wyczuć w trakcie rozmowy. Do niczego jej w każdym razie nie zmuszaj. Musi czuć się bezpiecznie.

Dziewczyna zbliżała się do nich szybko. Obserwował ją uważnie. Wyglądała bardzo kobieco, nawet w bezkształtnych dresach. Niektóre kobiety w jej wieku ciągle wyglądają jak nastolatki, a nawet jak dzieci. Ciekawe, jak wyglądała trzy lata temu? Czy już tak dojrzale, czy to dopiero ciąża ją zmieniła? Innymi słowy, czy ksiądz poleciał na dziecko, czy raczej na młodą kobietę? Próbował ocenić, jak duże ma piersi. Bluza dosyć wyraźnie wybrzuszała się z przodu. Biodra też wyglądały na szerokie. Mimo iż była szczupła, nie miała dziewczęcej sylwetki.

Dziewczyna minęła ich i weszła do sklepu. Nie zabawiła tam długo. Po chwili wyszła, niosąc małą przezroczystą torebkę z dwoma czy trzema produktami.

Karolina otworzyła drzwi i wysiadła z samochodu. Podeszła do dziewczyny i cicho coś powiedziała. Wyłączył radio. Ulicą przejechał samochód, skutecznie zagłuszając ich rozmowę. Po chwili dziewczyna odeszła, a Karolina wróciła do samochodu.

— I co? Nic z tego? – spytał, gdy już wsiadła.

— Wręcz przeciwnie – uśmiechnęła się. – Bardzo chętnie porozmawia. Ale nie dziś i nie tutaj, gdzie wszyscy ją widzą. Jutro jedzie z synkiem do Lidzbarka do lekarza. Mały ma jakąś alergię pokarmową. Po wizycie spotka się z nami.

— Jak w ogóle na to wszystko zareagowała?

Karolina spojrzał na niego w zamyśleniu.

— Bardzo poruszyło ją to, że ksiądz jest oskarżony o morderstwo. Ale wiesz co…

— Co?

— Nie sprawiała wrażenie dyszącej żądzą zemsty. Wręcz przeciwnie. Wyglądała, jakby się o niego martwiła.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?