Niedobry pasterz

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niedobry pasterz
Niedobry pasterz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,90  52,72 
Niedobry pasterz
Audio
Niedobry pasterz
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Twarz komisarza wyrażała zakłopotanie.

— Tak, oczywiście, sprawdzimy to.

— Zróbcie to jak najszybciej. To samo zresztą wypadałoby zrobić z komputerem księdza.

— To na razie odpada. Nie jest na razie o nic podejrzany. Musiałbym uzyskać nakaz, a nie ma do tego specjalnych podstaw. Nie mogę tak po prostu wejść na plebanię i zabrać komputer księdzu.

— Nie macie tam w Olsztynie jakiegoś antyklerykalnego prokuratora, który aż przebiera nogami, żeby dowalić Kościołowi?

Komisarz uśmiechnął się półgębkiem.

— Pewnie by się taki znalazł.

— No to już, dawaj, dzwoń do niego.

Komisarz nie odpowiedział.

— Uważaj, Rafał. Widzę, że już zafiksowałeś się na tym pryszczatym chłopaku. Chciałbyś, żeby to był on. Ja to rozumiem. Dla wszystkich byłoby wygodniej, żeby tak było. Spokój społeczny pozostałby nienaruszony. Ale póki co nie wiemy, kto zabił tę dziewczynę. Musimy sprawdzić wszystkie możliwości.

— Sprawdzimy je, ale po kolei.

— Zachowując się tak, ryzykujesz, że skupiając się na jednym podejrzanym, przeoczysz ważne poszlaki dotyczące drugiego. Albo będziesz wręcz naginał fakty i naciągał interpretacje, byleby tylko pasowały do z góry upatrzonego winnego. Podświadomie oczywiście, nie posądzam cię przecież o to, że zechcesz świadomie wrobić tego chłopaka, byleby tylko nie musieć oskarżać księdza i narażać się na przypięcie etykietki wroga wiary i Kościoła.

— O to mnie lepiej nie posądzaj. – Komisarz zerknął na niego spode łba. Nie był zadowolony z tego, co usłyszał. – A czy również ty przypadkiem, podświadomie, jak wy to mówicie, nie wolałbyś, by winnym okazał się właśnie ksiądz? – przeszedł nagle do kontrataku. – Dlatego podświadomie naginasz interpretacje, by przekonać mnie, że mam się skupić na nim? Bo wiesz, że gdyby mordercą okazał się ten chłopak, to Karolina by tu nie przyjechała. Nie miałaby po co. Myślisz, że nie widziałem, jak się na nią patrzyłeś? Zresztą wcale ci się nie dziwię. I też ci powiem: uważaj. To nie jest łatwy przeciwnik. Mam w tej sprawie, jak wiesz, pewne doświadczenie, więc poradzę ci jak przyjacielowi: odpuść sobie. Tego ptaszka nie da się złapać. Za każdym razem, gdy będziesz myślał, że jesteście już razem, ona ucieknie. Nie wiem dlaczego. Tak już ma. Ty jako psycholog pewnie mógłbyś coś więcej powiedzieć o powodach takiego zachowania. Ja wiem tylko, że tak właśnie robi. Zawsze i za każdym razem. Nie zdziwiło cię, że taka kobieta nie ma dotąd faceta? A może myślałeś, że czekała właśnie na ciebie?

Spojrzał na niego wyzywająco. Rozłucki odwrócił wzrok. To była seria naprawdę celnych ciosów. Pan komisarz nie był wcale taki durny, jakiego czasami zgrywał. Czy miał rację? Czy i on również zafiksował się na księdzu, bo chciał się po prostu spotkać z Karoliną? Nie było to wcale takie nieprawdopodobne. Nikt nie potrafi być w pełni obiektywny, wiedział o tym. Każdy ma jakieś za i jakieś przeciw. Jeden wynik pasuje mu bardziej, a drugi mniej.

Zapadła cisza. Obaj przeżuwali w milczeniu słowa, które właśnie usłyszeli. Trochę obrażeni, trochę źli, zastanawiając się, czy odgryźć się przeciwnikowi, czy może lepiej udawać, że nic się nie stało. Obaj doszli jednak do wniosku, że lepiej będzie puścić w niepamięć tę krótką wymianę uprzejmości.

— Nie twierdzę przecież, że ten chłopak nie jest winny, mówię tylko, że póki co nie można wykluczać innych możliwości – odezwał się pierwszy Rozłucki, całkowicie ignorując wątek Karoliny. Jakby nikt nic o niej nie wspomniał.

— Niczego nie wykluczam. Mówię ci tylko, że według mojej dzisiejszej wiedzy nie ma najmniejszych podstaw, by podejrzewać księdza o cokolwiek. Chyba że chcesz oskarżać ludzi na podstawie plotek. – Komisarz również postanowił najwyraźniej nie ciągnąć dalej tego tematu.

— Nie chcę go oskarżać, chcę go sprawdzić. Zginęła piętnastolatka. Motyw zabójstwa jest prawdopodobnie seksualny, tak?

— Tak.

— A w najbliższej okolicy mieszka człowiek podejrzewany – choćby tylko na podstawie plotek – o pedofilię. Nie sądzisz, że to wystarczający powód, by się nim zainteresować?

Komisarz Rafał Sądecki wpatrywał się bez słowa w przestrzeń. Ruszał przy tym szczęką, jakby liczył językiem swoje zęby. W końcu się odezwał.

— Sądzę.

— To się tym zajmij.

— Dobrze. Zajmę się. – Nie był uszczęśliwiony tą perspektywą.

— A, no i skoro macie tam w swojej komendzie profilera, choćby takiego po kursie weekendowym, niech sporządzi profil sprawcy. Chętnie go przeczytam. Zawsze dobrze spojrzeć na coś z innej perspektywy.

Rozdział 7

Wyszedł ze szpitala tuż po drugiej. Tym razem doktor ­Goczał dotrzymał słowa – przypadki, którymi się dziś zajmował, nie były zanadto skomplikowane. Poza tym pierwsze rozmowy z nowymi pacjentami zazwyczaj nie są zbyt wymagające. Zadaje się pytania otwarte i pozwala im mówić. Im więcej, tym lepiej.

Przeszedł przez ulicę i stanął na przystanku. Autobus podjechał po niecałej minucie. Wsiadł do niego i pojechał w kierunku centrum. Wysiadł na przystanku pod miejskim teatrem, niedaleko ratusza. Musiał teraz przejść przez duże skrzyżowanie i dostać się na inny przystanek zlokalizowany pod murem starego więzienia przylegającego do budynku sądu. Więzienie to – duże ponure gmaszysko z czerwonej cegły otoczone wysokim, betonowym murem z drutem kolczastym na szczycie – zbudowane było w czasach, gdy to zapewne tam właśnie kończyło się miasto. Obecnie stało w samym jego centrum, naprzeciwko nowej, lśniącej blichtrem galerii handlowej, co stanowiło widoczny i zdaniem Rozłuckiego bardzo zabawny przykład, do jakich dwóch skrajności może prowadzić nadmierne umiłowanie dóbr materialnych.

Stanął na światłach, lecz gdy zapaliło się zielone, nie ruszył się z miejsca. W zasadzie nie chciało mu się wracać do domu. Było bardzo wcześnie, dzień był pogodny i ciepły, a on nie zwiedził jeszcze Olsztyna. Odwrócił się i poszedł w dół, w kierunku starego miasta. Przeszedł obok wielkiego neorenesansowego ratusza ze strzelistą wieżą, z balkonu której – jak dowiedział się już pierwszego dnia – przemawiał kiedyś Hitler. Ulica zaprowadziła go do wysokiej, gotyckiej bramy z czerwonej cegły. Przeszedł pod nią i wkroczył na teren starego miasta. Także i ono, jak chyba wszystko w tym mieście, położone było na wzgórzu. Z jego lewej strony wznosiła się ogromna, przysadzista wieża katedry, z prawej, trochę w dole, w zakolu, jakie tworzyła w tym miejscu rzeka Łyna, rozsiadł się zamek.

Poszwendał się trochę wąskimi uliczkami, obszedł naokoło rynek, zajrzał w podcienia stojących wokół niego kamienic, przeszedł przez most nad fosą i wstąpił na zamkowy dziedziniec. Przeczytał opis informujący go, że zamek wbrew pozorom nigdy nie należał do Zakonu Krzyżackiego, że wręcz przeciwnie, był własnością biskupów warmińskich, a w latach takich i takich mieszkał tu Mikołaj Kopernik, który to prawdopodobnie właśnie tu, a nie w jakimś głupim Fromborku, wstrzymał Słońce i ruszył Ziemię. Przyjrzał się uważnie twarzy obłego i dość topornego kamiennego posągu stojącego na dziedzińcu i pochodzącego jeszcze z czasów pogańskich Prusów. Posąg ten, jak dowiedział się z tabliczki umieszczonej tuż obok, powszechnie zwany „babą pruską” przedstawiał tak naprawdę wojownika albo nawet jakiegoś pogańskiego boga. Na koniec zajrzał do ogromnej zamkowej studni i właśnie wtedy poczuł, że jest głodny. Wyszedł z zamku i ruszył w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby coś zjeść.

Trafił w końcu do małej hamburgerowni, z rodzaju tych, które wyrastały od kilku lat w całej Polsce, a które – w opozycji do sieciowych fast foodów – próbowały podnieść hamburgera na wyżyny sztuki kulinarnej i niektórym, trzeba przyznać, nawet się to udawało. Zjadł w niej całkiem smacznego hamburgera z grillowanym bekonem, serem pleśniowym i ostrym sosem z papryczek habanero, a potem popił go równie smacznym, beczkowym piwem z miejscowego browaru. Przeglądał właśnie z nudów leżącą na stole ulotkę reklamową, zastanawiając się przy okazji, co by tu dalej robić, gdy jego wzrok padł na adres lokalu umieszczony pod informacją o warunkach i zasięgu dostawy: Hugona Kołłątaja 3. Zaraz, czy to nie przy tej ulicy mieścił się klub, w którym spędziła swój ostatni wieczór Ewa Krupińska? Zapłacił i wyszedł na zewnątrz. Drzwi hamburgerowni wychodziły na mały placyk między budynkami, ulica Kołłątaja, jak się okazało, znajdowała się z drugiej strony kamienicy. Poszedł w tamtą stronę. Obchodząc budynek, trafił wprost na wejście do klubu Chili. Nie zastanawiając się długo, wszedł do środka.

Klub o tej porze pełnił funkcję czegoś w rodzaju restauracji. Menu łączyło w sobie potrawy kuchni amerykańskiej, meksykańskiej, śródziemnomorskiej i polskiej. Był już najedzony, więc zamówił jeszcze jedno piwo. Lokal był ładny, z dużym podświetlanym, oszklonym i bogato zaopatrzonym barem oraz kanapami obitymi czerwonym pluszem. Na ścianach wisiały duże, czarno-białe zdjęcia przedstawiające głównie Nowy Jork z lat trzydziestych dwudziestego wieku.

Zaczął się zastanawiać, czy nie powinien podejść do baru i wzorem wszystkich detektywów z wszystkich filmów zacząć wypytywać o Ewę Krupińską, ale po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że byłoby to bez sensu. Policja na pewno już to zrobiła, a on czułby się w takiej roli wyjątkowo niezręcznie. Zamiast tego spróbował wyobrazić sobie, jak to miejsce wygląda w piątek wieczorem. Puste miejsce DJ-a świadczyło, że króluje tu muzyka. Ulotka na stoliku dokładnie wyszczególniała, jaki jej rodzaj grany jest którego dnia. Dziś miała to być salsa, bachata i kizomba. Dwie ostatnie nazwy widział pierwszy raz w życiu. Sala do tańczenia znajdowała się na górze. Ogródek na zewnątrz musiał być pełen ludzi. Piwo, koktajle, drinki, kuchnia czynna do późna – wydawało się to być idealne miejsce, by przyjść tu na imprezę w letnią, piątkową lub sobotnią noc.

 

Rozejrzał się dookoła. Co robiła ta młoda dziewczyna w tamtą noc? Gdzie stała, z kim rozmawiała? Piła pewnie piwo – najtańszy alkohol, jaki można kupić w takim miejscu. Zakładając oczywiście, że w ogóle jej coś takiego sprzedano, w końcu była niepełnoletnia. W tym drugim przypadku zapewne wypiła przed wejściem jakąś małą wiśniówkę albo już potem, w toalecie. Skądś w końcu wzięło się to, że, jak twierdził taksówkarz, była pijana.

Jego wzrok padł na kolekcję butelek stojących za barem. Mieli tu kilka całkiem niezłych whisky. Wypatrzył nawet taliskera. Z doświadczenia wiedział jednak, że nie należy zamawiać takich alkoholi w takich miejscach. Ich cena była zazwyczaj absurdalnie wysoka. Podszedł do blatu i przywołał barmana. Zamówił podwójnego czarnego jima beama bez lodu. Przyzwoity burbon w przyzwoitej cenie. Usiadł na stołku barowym i odwrócił się do sali. Lokal powoli się zapełniał. Kelnerki donosiły jedzenie i piwo do stolików. Pojawiły się pierwsze głośne rozmowy i śmiechy. Spojrzał na zegarek. Minęła osiemnasta. Początek wieczoru. Nagle stanęła mu przed oczami Karolina. Przypomniał sobie o niej bez powodu, jak wiele razy wcześniej. W zasadzie stale przy nim była, myśli o niej towarzyszyły mu nieustannie, czasami tylko przykryte jakimiś bardziej bieżącymi sprawami. Przechylił szklankę i wlał do ust alkohol. Odkładając ją, stwierdził z pewnym zdziwieniem, że wypił wszystko na raz. Zamówił jeszcze raz to samo. Dawno już nie pił, starał się ostatnio ograniczać tego typu przyjemności. Tym bardziej, że po sprawie Romanowskiego i po powrocie do Warszawy trochę za bardzo popłynął w tym kierunku. Jego ucieczka na wieś miała być ucieczką także od tego. No ale raz na jakiś czas można przecież popuścić sobie wodze. Tym bardziej, że nie wiadomo, czy Karolina tu w o ogóle przyjedzie i czy jest się jeszcze o cokolwiek w życiu starać.

Do baru podeszła jakaś młoda dziewczyna. Zagadał do niej. Bardzo się zainteresowała tym, że jest psychologiem. Jak się okazało, była tu z chłopakiem i znajomymi. Zaprosiła go do ich stolika. Stała już na nim wódka. By podziękować za zaproszenie, zamówił drugą butelkę. Ich też bardzo ciekawiło, jak leczy się świrów. Ani się obejrzał, a był już pijany.

Minęła dwudziesta pierwsza i jego towarzystwo postanowiło zakończyć imprezę. Dziewczyna ze swoim chłopakiem poszli do domu, podobnie jak jeszcze jedna para. Dwóch pozostałych mężczyzn, na oko w okolicach trzydziestki, postanowiło zmienić lokal. Poszedł wraz z nimi.

Zapadł już zmrok. Szli pod górę brukowaną ulicą, przeszli przez rynek, minęli niezbyt duży kościół, ciemny jak głaz z kosmosu, po lewej stronie w oddali mignęła im podświetlona bryła zamku. Zaczął padać drobny deszcz, bruk był mokry, zrobiło się chłodniej. „Od świętej Anki zimne wieczory i ranki”, przypomniał sobie ni stąd ni zowąd ludowe przysłowie. Potem już nie mógł przestać powtarzać go w myślach. „Anki czy Hanki?”, zaczął się zastanawiać. Akurat wtedy doszli do miejsca swojego przeznaczenia, pytanie pozostało więc nierozstrzygnięte.

Rozejrzał się półprzytomnie. Znajdowali się na placu otoczonym nowymi, lecz stylizowanymi na stare kamienicami. Był tu już kiedyś. Z Karoliną. Wtedy, trzy miesiące temu. Padał deszcz, mocniejszy niż teraz. Schronili się pod tymi parasolami po drugiej stronie placu. Gdzieś tam, po lewej stronie na wzgórzu wznosiło się liceum, w którym uczył Romanowski.

Jego nowi znajomi rozmawiali z dwoma ochroniarzami pilnującymi wejścia do lokalu, nad którego drzwiami świecił się na różowo neon układający się w słowo „Glamour”. Wielcy jak szafy ochroniarze najwyraźniej dość dobrze znali się z mężczyznami, bo ich rozmowę raz po raz przerywał rechoczący śmiech. W końcu jeden z mężczyzn kiwnął na Rozłuckiego i weszli wszyscy do środka. Zapłacili po pięćdziesiąt złotych przy stoliku stojącym tuż za drzwiami, po czym miła, ładna i dość skąpo ubrana dziewczyna przystawiła im na rękach świecące pieczątki i poprowadziła w głąb lokalu.

Wszystko tu było – zgodnie z nazwą – glamour. Czerwony, co prawda trochę już przybrudzony chodnik ścielił się po podłodze. Niewielkie lampki na ścianach roztaczały różową, delikatną poświatę. Mosiężne gałki słupków, między którymi rozpięte były grube, czerwone sznury, lśniły, wyznaczając im drogę, jakby kroczyli na ceremonię rozdania Oscarów. Weszli wreszcie na salę. Półnaga dziewczyna zaprowadziła ich do stolika. Również i tu był bar, równie lśniący, jak w klubie Chili, lecz podświetlony, jak wszystko tutaj, na różowo. Usiedli na otaczających stolik z trzech stron kanapach. Rozłucki z lewej strony, jego dwaj towarzysze w środku i po prawej. Naprzeciwko stolika była scena, na której zamontowano błyszczącą niklowaną rurę. Wyginała się przy niej tancerka. Jej nagie ciało było tylko trochę jaśniejsze od spowijającego wszystko dookoła różowego półmroku.

Niemal natychmiast pojawiły się przy nich dziewczyny. Wyglądały na całkiem nagie, lecz po bliższym przyjrzeniu się można było dostrzec, że mają na sobie kuse stringi w kolorze ciała. Dosiadły się do nich. Jego nowi znajomi, których imion za nic nie pamiętał, najwyraźniej dobrze zaznajomieni byli z regułami rządzącymi w tym miejscu. Zamówili wódkę i szampana. Po chwili jak spod ziemi wyrosła kelnerka.

Szampan, jak się okazało, był dla dziewczyn, wódka dla nich. Rozłucki wychylił kolejny tego wieczoru kieliszek. Wszedł już na ten poziom w alkoholowej grze, że nawet niespecjalnie poczuł różnicę. Dziewczyna siedząca obok niego zagadnęła go. Była ładna. Ładna i naga. Nie miała więc najmniejszych problemów, by zainteresować go rozmową.

Dziewczyna pochodziła, jak się okazało, z Ukrainy. Studiowała na miejscowym uniwersytecie, a w ten sposób zarabiała na czesne i utrzymanie. Była w Polsce już trzeci rok, więc dość dobrze mówiła po polsku, choć z wyraźnym akcentem. Urodziła się w Połtawie, zatem Rozłucki postanowił błysnąć wiedzą i spytał ją o bitwę, jaką w osiemnastym wieku stoczyli pod tym miastem Szwedzi i Rosjanie. Wiedziała o niej, a jakże. W ogóle mądra była dziewczyna. I coraz bardziej mu się podobała.

Z początku próbował nie patrzeć się w trakcie rozmowy na jej piersi. Później jednak stwierdził, że przecież o to dokładnie chodzi w takich miejscach jak te, i już bezceremonialnie wgapiał się w jej cycki. Cierpiała na tym konwersacja, bowiem raz na jakiś czas zawieszał się wpatrzony w te dwa nadzwyczaj kształtne i znajdujące się tak blisko niego atrybuty kobiecości. Jego sąsiad z prawej strony upijał się coraz bardziej. Objawiał to między innymi w ten sposób, że mówił coraz głośniej. Rozłucki z kolei wraz z wlewaniem w siebie kolejnych kieliszków wódki coraz bardziej milknął. Siłą rzeczy punkt ciężkości jego percepcji przesuwał się więc coraz bardziej w tamtą stronę.

Mężczyzna i dziewczyna, która koło niego siedziała, rozmawiali o rzeczach daleko bardziej współczesnych niż bitwa pod Połtawą. O tym mianowicie, jakie laski przychodzą do jakiego lokalu w Olsztynie. Do którego studentki, do którego licealistki, a do którego głupie dresiary. Gdzie przesiadują, próbując udawać dorosłe, małolaty. Gdzie najłatwiej jest kogoś wyrwać. Gdzie trzeba uważać, by nie trafić na niepełnoletnią i nie narobić sobie kłopotu. Rozmowa w końcu zeszła na klub Chili. Rozłucki całe szczęście nie był aż tak bardzo pijany ani aż tak bardzo zapatrzony w piersi swojej ukraińskiej przyjaciółki, by nie zacząć przysłuchiwać się temu z zainteresowaniem.

Dziewczyna siedząca obok jego świeżego znajomego – wysoka, zdrowa blondynka, lecz o niezbyt interesującej jego zdaniem twarzy – pochodziła z Olsztyna, więc miała na ten temat wyrobione zdanie. Twierdziła, że kiedyś klub Chili był najfajniejszym lokalem w mieście, ale niestety jakiś czas temu to się zmieniło. Wszystko przez to, że upodobały go sobie małolaty, „gimbaza”, jak pogardliwie o nich mówiła. Przychodzili, udawali dorosłych, męczyli przez cały wieczór jedno małe piwo, jeśli udało im się je kupić. Jeśli nie, siedzieli godzinami nad colą lub sokiem, zajmowali miejsce i parkiet. Najgorsze było zaś to, że jak głosiła fama na mieście, przyłaziły tam dziewczyny – małoletnie lub nie – które szukały sponsora. Efekt był taki, że przy barze przesiadywały głupie dziewuchy, wdzięczące się do każdego gościa, który wyglądał na choć trochę śmierdzącego kasą, pojawiało się też mnóstwo oblechów, niekoniecznie mających środki na tego typu imprezę, za to lubiących się poślinić za darmo i podowalać do kogo się da. Blondynka znała podobno kogoś, kto znał kogoś, kto znał właściciela tego przybytku i z tego oto źródła miała informację, że zastanawia się on nad zwinięciem interesu. Dochód każdego tego typu lokalu bierze się głównie ze sprzedaży alkoholu, a zarówno gimbaza, jak i głupie panny i ich napaleni absztyfikanci nie byli zbytnio przy forsie i niechętnie zamawiali więcej niż jednego drinka na wieczór. Normalna klientela z kolei zaczęła coraz częściej omijać to miejsce szerokim łukiem. Obrót spadał, a koszty pozostawały takie same. Właściciel próbował jakoś odwrócić ten trend, ale niełatwo jest odkleić łatkę, która raz przyklei się do jakiegoś lokalu. Powoli miał już tego wszystkiego dosyć, więc, jak prorokowała blondynka, to już ostatni sezon, gdy można tam pójść i potańczyć. A szkoda, bo sala do tańczenia na piętrze jest całkiem spoko, a i muzykę puszczali zawsze niezłą.

W pewnym momencie dziewczyna doszła najwyraźniej do wniosku, że dość już tych czczych i bezpłatnych rozmów, i zaproponowała mężczyźnie prywatny taniec w ­VIP-roomie. Towarzysz Rozłuckiego zgodził się na to chętnie, wydając przy tym serię głośnych okrzyków, które musiał podpatrzeć w jakimś amerykańskim filmie. Wstali i zaczęli się przeciskać do wyjścia. Wybrali niestety stronę Rozłuckiego. Kobieta omal nie przejechała mu sutkami po twarzy.

Jego ukraińska towarzyszka wkrótce zaproponowała mu to samo. Z początku opierał się, ale gdy wstała i zaczęła przy nim zmysłowo tańczyć, ciągnąc go jednocześnie za rękę, potulnie poszedł za nią.

Znowu znalazł się przy stoliku, przy którym płacił za wejście. Uiścił tam opłatę za indywidualny taniec – dwieście złotych. Zdążył tylko przez chwilę pomyśleć, że rujnuje w ten sposób swój tak dobrze zbilansowany miesięczny budżet, bo oto dziewczyna pociągnęła go w lewo, gdzie widać było kilkoro obitych czerwonym pluszem drzwi. Z jednych z nich ktoś właśnie wychodził. Jakaś para, która najwyraźniej już skończyła to, co oni za chwilę będą robić. Niska brunetka z czarnymi, kręconymi włosami i łysiejący mężczyzna w rozchełstanej na piersiach koszuli. Ten mężczyzna kogoś mu przypominał, tylko kogo? Przecież na dobrą sprawę nikogo nie znał w Olsztynie, z wyjątkiem może komisarza Sądeckiego, a komisarz Sądecki to nie był na pewno.

Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad tym dłużej, gdyż jego dziewczyna otworzyła drzwi obok i wciągnęła go do środka. VIP-room okazał się być niezbyt dużym pokojem z czerwoną tapetą na ścianach i czerwoną wykładziną na podłodze. Na wszystkich jego ścianach wisiały duże lustra, a pod jedną, tą naprzeciwko drzwi, stała spora czerwona kanapa. Dziewczyna poleciła mu na niej usiąść, poinformowała jeszcze dla porządku, że to nie burdel, a ona nie jest prostytutką, więc żeby nie liczył na nic więcej niż taniec, nacisnęła przycisk w stojącym na małym stoliku magnetofonie i zaczęła swój pokaz.

Światło, różowe oczywiście, bo jakżeby inaczej, było tu chyba jeszcze nawet bardziej przyćmione niż na sali. Dziewczyna wiła się i przeginała w rytm muzyki. Jej szczupłe, zgrabne ciało odbijało się w wiszących na ścianach lustrach. W końcu ściągnęła swoje cieliste majteczki i podeszła do Rozłuckiego. Tańczyła teraz naprawdę blisko, dotykając raz po raz udami jego kolan. Czas stracił już dawno swój linearny charakter. Byli teraz w jakimś jego bąblu, w bańce niezależnej i autonomicznej wobec wszystkiego, co było kiedyś, i wszystkiego, co zdarzy się jutro.

Wyciągnął ręce, próbując dotknąć tych wszystkich migających mu przed oczami cudów. Dziewczyna trochę się odsuwała, a trochę nie. Udało mu się w końcu chwycić ją za piersi, potem spróbował włożyć dłoń między jej nogi. Jeśli czegoś się później wstydził, przypominając sobie ten wieczór, to właśnie tego. Jeśli zaś coś go bawiło, to to, że nie przestał przez cały ten czas analizować swojego zachowania. Mały psycholog siedział ciągle w jego głowie i szeptał mu do ucha swoje obserwacje. Może nie był zbyt odkrywczy, może jego uwagi nie były do końca profesjonalne, w końcu alkohol działał także i na niego, ale na pewno nie poszedł spać. „Tak… – mówił – to kiedy ty w ogóle ostatnio uprawiałeś seks? Nawet nie pamiętasz, co? Stłumione potrzeby zawsze w końcu znajdą drogą na powierzchnię, chyba nie muszę ci tego tłumaczyć. A to jest właśnie tego efekt. Alkohol rozhamowuje, a w twoim przypadku także schamia. Znajdź sobie wreszcie kogoś, z kim mógłbyś normalnie, bez popadania w konflikt ze swoim resztkowym superego, realizować swoje naturalne przecież seksualne potrzeby. Karolina czy nie Karolina – dla twojego libido naprawdę nie ma to żadnego znaczenia”.

 

Opłacony czas dobiegł końca. Dziewczyna skończyła tańczyć i wyłączyła magnetofon. Poczekała jeszcze chwilę, jak sobie to dopiero później uświadomił, pewnie na napiwek, po czym wyszła z pokoju. Wstał i również wyszedł. Wrócił na salę. Jego znajomych już na niej nie było. Może poszli, a może zamawiali kolejne tańce w VIP-roomach? Postanowił ewakuować się z tego miejsca, póki był jeszcze w stanie podejmować jakiekolwiek decyzje. Przy wyjściu dowiedział się, że musi opłacić swoją część należności za wódkę i szampana. Dobrze, że miał kartę i dobrze, że rachunek, przy którego wysokości omal nie jęknął, nie przekroczył jej limitu. Wyszedł w końcu za zewnątrz. Deszcz przestał już padać, lecz w powietrzu ciągle unosiła się wilgoć. Betonowy bruk na placu lśnił w blasku ulicznych latarni. Niemal natychmiast podjechała taksówka. Wsiadł do niej. Taksówkarz odwrócił się do niego i z obleśnym uśmiechem zaproponował kurs do agencji towarzyskiej. Nie pamiętał, co odpowiedział, taksówkarz najprawdopodobniej musiał jednak wziąć to za zgodę, bowiem następny przebłysk świadomości miał, gdy wysiadał pod jakimś jednorodzinnym domkiem. Potem pamiętał jakieś pomieszczenie, w którym siedziały na krzesłach pod ścianą częściowo ubrane i półśpiące kobiety. Jedna z nich przypominała mu w czymś Karolinę. Machnął na nią i poszli do pokoju na górze. Potem znowu miał dziurę, a następną rzeczą, którą pamiętał, był hałas i krzyki. Na szczęście był ubrany – już? jeszcze? – wyszedł więc na korytarz. Hałas dobiegał z dołu, więc zszedł na dół. W pomieszczeniu, w którym jeszcze przed chwilą oczekiwały na swoją kolej ospałe prostytutki, było pełno policji. Granat ich mundurów zabawnie kontrastował z białością ciał rozebranych kobiet i z bladoczerwonymi cielskami ich klientów. Jeden z nich leżał skuty kajdankami na podłodze. Stała nad nim kobieta, która również najwyraźniej była policjantką, choć nie była w mundurze. Wysoka, szczupła, nawet bardzo, o dziewczęcej sylwetce i długich prostych włosach w kolorze ciemnego brązu. Na nogach miała wysokie szpilki i obcisłą spódnicę do kolan, na ramionach dopasowaną garsonkę. Wyglądała, jakby wyszła właśnie z biura lub kancelarii adwokackiej, a nie stała na środku burdelu. Może była prokuratorem? W każdym razie wszystko wskazywało na to, że to ona zawiaduje tym zamieszaniem.

Rozłucki stanął niepewnie w połowie schodów. Jeden z policjantów zauważył go i sprowadził na dół. Naprawdę dobrze, że był ubrany. Kobieta obrzuciła go spojrzeniem od góry do dołu. Była ładna, choć w nieoczywisty i bardzo interesujący sposób. Mogła mieć koło trzydziestu lat.

Adrenalina związana z widokiem policji trochę go otrzeźwiła. Spojrzał jej prosto w oczy i powiedział na tyle wyraźnie i stanowczo, jak tylko w tym momencie potrafił:

— Dobry wieczór. Nazywam się Zygmunt Rozłucki. Jestem psychologiem. Znam komisarza Sądeckiego. Współpracujemy przy sprawie tej zamordowanej piętnastolatki.

Niepotrzebnie użył słowa „piętnastolatka”. Było za trudne do powiedzenia w jego obecnym stanie. Wywalił się na nim jak dzieciak.

Kobieta patrzyła na niego spokojnie i uważnie.

— Tu ze sobą współpracujecie? – spytała z ledwie wyczuwalną ironią w głosie.

Mówiła niezbyt głośno. W jej słowach była jednocześnie nieśmiałość i stanowczość. Zaczął nagle żałować, że przedstawił jej się w taki sposób i w takich okolicznościach.

Kobieta odwróciła się i powiedziała coś do jednego z policjantów. Policjant podszedł do niego, wyprowadził na zewnątrz i wsadził do radiowozu. Ruszyli. Rozłucki zsunął się w dół na kanapie samochodu i oparł głowę o zagłówek. Cały alkohol wywietrzał z niego bez śladu, choć wiedział, że to tylko złudzenie i że rano kac nie da mu żyć. Całe szczęcie nie musiał jutro iść do poradni. Praca na pół etatu miała swoje plusy.

Nie wiedział, dokąd jechali – do aresztu czy do izby wytrzeźwień. Szczerze mówiąc, było mu wszystko jedno. Starał się nie myśleć o niczym. Chyba zasnął.

Obudził się pod swoim domem. Świtało. Policjant był do niego odwrócony i coś mówił. Nie zdziwił się, że się tu znalazł. Nie był w odpowiednim stanie, by się czemukolwiek dziwić.

Podziękował policjantowi i wysiadł z radiowozu. Nigdy jeszcze nie jechał taką taksówką. Otworzył drzwi do domu i wszedł do środka. Usłyszał odgłos odjeżdżającego samochodu. W jego sypialni bez okien pachniało świeżo wypraną pościelą. Rzucił się na nią w ubraniu. Ostatnim wysiłkiem świadomej woli, zahaczając stopą o stopę, zzuł buty. Ten mężczyzna, którego widział w klubie go-go. Ten, który wychodził z VIP-roomu. Chyba wiedział, kto to był. A może mu się tylko wydawało?

W każdym razie był podobny do księdza.