Gra w pochowanego

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gra w pochowanego
Gra w pochowanego
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Gra w pochowanego
Gra w pochowanego
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przemysław Borkowski

Gra w pochowanego

Saga

Gra w pochowanegoZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2009, 2020 Przemysław Borkowski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726630220

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ROZDZIAŁ I

Porucznik Frank Quetzalcoatl James, zastępca podkomisarza III-go wydziału 148. Komisariatu policji municypalnej Eurocity, obudził się nagle i niespodziewanie. Jego czoło, zazwyczaj gładkie i pogodne, tym razem zroszone było potem. Szeroko otwarte oczy wpatrywały się w sufit. Sen. Najwyraźniej zły sen. Lecz co też takiego mogło mu śnić się o tej porze? Sądząc po natężeniu ruchu ulicznego, była najwyżej druga lub trzecia w nocy. O tej godzinie zazwyczaj spał jak kamień. Sny tak, owszem, śniły mu się, ale to zwykle nad ranem. Pościgi, przesłuchania, miejsca zbrodni – normalne sny normalnego policjanta. Czasem śniło mu się na przykład, że celuje w niego bandyta, a on nie może wyszarpać pistoletu z kabury. Albo że musi napisać bardzo ważny raport, ale nie może sobie przypomnieć o czym. Normalka. Ten sen był jednak jakiś dziwny. Jakiś… nie wiadomo jaki. I za nic nie mógł go sobie przypomnieć.

Porucznik Frank Quetzalcoatl James przewrócił się na drugi bok. Zawsze spał na prawym, i to od dziecka. Czasem tylko, gdy nie mógł zasnąć, przewracał się na lewy. Zazwyczaj nie pomagało, ale coś przecież trzeba było robić. Nie można tak całą noc leżeć na jednym boku, gapić się w ścianę i czekać, aż nadejdzie sen. Trzeba działać, próbować, szukać nowych rozwiązań. Jak nie na tym boku, to na tamtym. Jak nie na plecach, to na brzuchu. Inicjatywa i niekonwencjonalne myślenie – tego właśnie uczyli ich przecież w akademii.

Ale, ale! Co też to mógł być za sen? Nie był to sen erotyczny, pamiętałby przecież. Nie był to też koszmar. Więc co?

Zagadka. Kolejna zagadka. No, teraz już wiedział, że na pewno nie zaśnie. Zagadki lubił niezmiernie. Gdy pojawiała się zagadka, wszystko inne przestawało się liczyć.

Nie było sensu dalej bezproduktywnie się wiercić. Frank Quetzalcoatl James wstał. Zapalił światło, wsunął stopy w kapcie, przetarł oczy. Jedynym właściwie sposobem postępowania w tego typu sytuacjach było wstać i zapalić światło. Coś porobić, coś poczytać, potem położyć się znowu i spróbować zasnąć jeszcze raz. Jak gdyby od początku. Jakby zaczynało się noc od nowa. Skoro tamta nie wyszła, trzeba rozpocząć następną. Tak ich uczyli w akademii – gdy coś ci nie wychodzi, przestań, a potem spróbuj jeszcze raz.

Tym razem nie było to jednak takie proste. Ten sen jakoś w nim siedział. Niby nie zapamiętany, ale jednak jakby zapamiętany. Niepokoił, dręczył, przeszkadzał. O co w nim, do diabła, mogło chodzić?

Rankiem tego samego dnia porucznik Frank Quetzalcoatl James przybył na komisariat jak zwykle odrobinę spóźniony.

– Dziwna sprawa – jego partnerka, Natasza Wang, przywitała go, jakby się nawet na chwilę nie rozstali. – Mamy morderstwo bez trupa. Zabójca przyznał się, wskazał miejsce, gdzie ukrył zwłoki, lecz ciała nie odnaleziono. Ciekawe, co?

– Pewnie dzieciaki zabrały – wtrącił Tom, kolega z pokoju. – Był taki przypadek w 256. dzielnicy. Zderzyły się dwa transportery. Jeden kierowca zginął, drugi w szoku poleciał gdzieś przed siebie. Gdy na miejsce przyjechała policja, ciała tego pierwszego już nie było. Dzieciaki zabrały. Bawiły się w klonowanie.

– Napisz „desubstancjacja corpus delicti” – poradził Frank. – I odłóż do szafy. I tak nikt tego nie będzie czytał.

148. Komisariat policji municypalnej Eurocity nie należał do najnowocześniejszych tego typu obiektów w mieście. Stary, dwudziestowieczny jeszcze budynek, mimo licznych przeróbek był, co tu kryć, trochę dysfunkcjonalny. Przeciążona sieć co i raz ulegała awariom. W pokojach panowała ciasnota. Jedyne, co Frank w nim lubił, to schody. W mało którym budynku były jeszcze schody.

– A pan jak zwykle na schodach! – wesoły głos pana Vigo, policyjnego specjalisty od trupów, w zestawieniu z jego profesją zawsze sprawiał cokolwiek dziwne wrażenie. – Pytałem w pana pokoju, pytałem na stołówce, nigdzie pana nie ma! Wreszcie pomyślałem sobie: no, skoro go nigdzie nie ma, to pewnie jest na schodach! I znalazłem pana! Co też pana tak ciągnie do tych schodów?

– Podświadoma chęć ucieczki zapewne – rzucił kwaśno Frank. – Ma pan dla mnie coś ciekawego?

– No właśnie. Bo ja przecież do pana z nowinami! Pamięta pan te zwłoki, które zniknęły z miejsca zbrodni?

– Znalazły się?

– Niezupełnie. Ale był pan blisko. – Pan Vigo zaśmiał się nieprzyjemnie. – Zniknęły następne.

Frank Quetzalcoatl James uważnie wpatrywał się w siedzącego przed nim człowieka. Widywał już takich wielokrotnie. Narkotyki w połączeniu z naukami pewnych ezoterycznych sekt od dłuższego czasu siały spustoszenie wśród mieszkańców Eurocity. Plagę tę przywleczono z Marsa. Początkowo problem dotyczył wyłącznie mieszkańców ziemskich kolonii badawczych. Długie przebywanie w warunkach całkowitej izolacji od ziemskiego życia, monotonia pracy i marsjański krajobraz powodowały dziwne stany psychofizyczne. Objawienia, wizje, halucynacje wzmocnione przez działanie tlenu, który w warunkach marsjańskich działał jak narkotyk, zaowocowały powstaniem rozmaitych sekt, a nawet kościołów.

Koloniści wracający na Ziemię (Karta Praw Kosmicznych ograniczała pobyt na stacjach pozaziemskich do dwóch lat) przywozili to paskudztwo ze sobą. Nie mogąc odnaleźć się na powrót w rzeczywistości ziemskiego życia, sięgali po syntetyczne narkotyki częstokroć stworzone jeszcze w marsjańskich laboratoriach. Zakładali tajne związki, mistyczne stowarzyszenia i kluby. W niedługim czasie ich nauki stały się bardzo modne, zwłaszcza wśród kontestującej młodzieży (takiej nigdy nie brakuje) i zblazowanych trzydziestolatków pracujących w wielkich ogólnoświatowych korporacjach. Władze jak zwykle ignorowały to zjawisko. Nazywały je nieuniknionym kosztem wielkiego dzieła eksploracji kosmosu, które, oprócz wielu widocznych gołym okiem zysków, niesie za sobą również pewne problemy, z którymi jednakże już wkrótce się uporamy. Może i tak. Póki co jednak, zyski mieli inni (zwłaszcza owe wielkie korporacje), a problemami zajmowała się niedoinwestowana jak zwykle policja. W tym konkretnym przypadku Frank.

– No i co my tu mamy? – zagadnął ni to do siebie, ni do stojącego obok policjanta.

– Typowa narkotykowa balanga, połączona z jakimiś sekciarskimi obrzędami. – Policjant najwyraźniej uznał, że pytanie skierowane było do niego. – Znajdujący się tu osobnik twierdzi, że w jej trakcie zamordował swojego współ, jeśli tak można powiedzieć, biesiadnika. Ciała, zaznaczam, nie odnaleziono. Osobnik utrzymuje, że zniknęło.

– Tu, tu leżało, panie inspektorze! – płaczliwie zaczął mężczyzna. – Jak Boga kocham, tu! Rozpoczęliśmy właśnie nawiązywanie kontaktu. Narkotyk musiał być skażony, bo nie zdołałem się opanować. Zdarza się. No i zabiłem Luisa. A potem on zniknął. Wyszedłem na balkon, żeby trochę ochłonąć, a kiedy wróciłem, ciała już nie było.

– Kto zawiadomił policję?

– On – powiedział funkcjonariusz. – Zaznaczam przy tym, że zachowywał się, jakby przestępstwem nie było samo morderstwo, ale fakt kradzieży zwłok. Bardzo nalegał na odszukanie sprawców.

– No bo do czego to podobne, panie inspektorze! Jak tak może ciało znikać? Widział pan kiedyś coś takiego? Zabiłem go, przysięgam, że zabiłem! Proszę mnie aresztować!

– Niestety, proszę pana – nie ma ciała, nie ma sprawy. Brak podstaw. – Frank wzruszył ramionami.

– Przecież się przyznałem!

– Proszę pana, gdybyśmy wierzyli każdemu na słowo, musielibyśmy aresztować wszystkich wariatów w Euro. Ja mogę nawet panu wierzyć, ale sąd potrzebuje dowodów.

– A krew? Przecież tu jest pełno krwi!

– Krew ludzka, nienależąca do zatrzymanego – wtrącił się policjant.

– Właśnie! N… nienależąca do mnie!

– Może był tu ktoś przed panem i zaciął się w palec? Niestety, potrzebne jest ciało. I to nie jakaś część ciała, powiedzmy palec albo ręka. Znalezienie ręki świadczy co najwyżej o fakcie obcięcia ręki. Potrzebne jest całe ciało. Ewentualnie głowa. Takie są przepisy. Nie możemy pana aresztować.

– Chociaż na czterdzieści osiem godzin!

– Niestety. Ale możemy panu pobrać kod DNA – pocieszył go Frank. – Ciała będziemy szukać. Jak się znajdzie, zadzwonimy do pana.

Natasza Wang była naprawdę niezła. Frank stwierdził to po raz nie wiadomo już który. Lekko skośne oczy i delikatnie śniada cera w zestawieniu z piekielną inteligencją i dość wrednym, trzeba to przyznać, charakterem, tworzyły piorunującą mieszankę. No ale cóż, służba nie drużba, jak to mówią. W pracy – absolutnie wykluczone.

– No i jak tam? – spytała zza biurka, ledwo podnosząc głowę.

– Jak tam co? – zająknął się, jakby przyłapała go na jakiejś nieprzyzwoitej czynności.

– Jak tam ten trup? Znalazł się?

– Aaa… Nie. Dwóch gości się naćpało i chciało wprowadzić w trans. Coś tam nie poszło i jeden podobno zabił drugiego. Podobno, bo ciała nie znaleziono.

– Aresztowaliście go?

– Co ty. Każdy adwokat by go wybronił. Facet się naszprycował i wydawało mu się, no nie? Taka byłaby linia obrony. Musieliśmy wypuścić.

 

– A wydawało mu się?

– Czy ja wiem? W mieszkaniu było pełno krwi. Jasne, ten drugi mógł się czymś zranić, wytrzeźwieć i po prostu sobie pójść. Nie znamy nawet jego nazwiska. Luis. Wiesz, ilu jest Luisów w Euro? Weź i sprawdź, czy któryś nie zaginął!

– Może porwali go kosmici?

– Rozmawiamy poważnie, czy sobie żartujemy?

– Rozmawiamy poważnie. Właśnie przejrzałam rejestry zgłoszeń z ostatnich miesięcy. Zaginięcia zwłok pojawiają się z zadziwiającą regularnością. Schemat ten sam – zabójstwo i zniknięcie ciała. W większości przypadków sprawy umarzano.

– W większości?

– No, tak się mówi. We wszystkich.

– A! Witam, witam i o zdrowie pytam! – pan Vigo jak zwykle był w wyśmienitym humorze. – No i jak, znalazł się mój trupek?

– Nie znalazł się, przykro nam bardzo.

– Hm. Ciekawa sprawa, nieprawdaż? Ludzie czasami znikają, jak na przykład moja żona przed pięciu laty zniknęła z jakimś fagasem – zachichotał. – Ale żeby trupy?

– Ale żeby trupy, z tym pan się do tej pory nie spotkał? – Natasza zadała tak zwane pytanie retoryczne.

– Ano nie.

– No to musi się pan powoli zacząć przyzwyczajać. Ostatnio takie rzeczy zdarzają się dość często. W ciągu ostatnich czterech miesięcy zanotowano siedem podobnych przypadków. Z tym dzisiejszym osiem. Panie Vigo, czy są jakieś fizyczne możliwości samoczynnego zniknięcia zwłok? Nauka zna takie przypadki?

– Nauka, proszę pani, zna wiele różnych przypadków. Części nawet nie potrafi wytłumaczyć. Dematerializacje zwłok również się zdarzają. Wybuch o bardzo dużej mocy, niezwykle wysoka temperatura, naturalne procesy gnilne wreszcie – nie wydaje mi się jednakże, by któraś z tych przyczyn wchodziła w grę tym razem.

– Czyli przyczyny naturalne możemy wykluczyć?

– Przyczyn naturalnych wykluczyć się nigdy nie da. Swego czasu bardzo wiele mówiono o samoczynnym zapłonie ludzkiego ciała. Teoretycznie – zupełnie niemożliwe, ale w praktyce podobno się zdarzało. Również tutaj mógł zajść analogicznego typu, nieznany jeszcze proces. Chociaż osobiście stawiałbym na stare, poczciwe zakopanie w lesie.

– Tylko po co ktoś miałby wykradać zwłoki, i to tuż po morderstwie, po czym zakopywać je w lesie?

– Świat pełen jest tajemnic, a ludzie to bardzo dziwne stworzenia. Po paru latach pracy w policji powinna pani zdawać sobie z tego sprawę.

– Pozostaje jeszcze pewien mały problem natury logistycznej – wtrącił się Frank. – Skąd ktoś, ów teoretyczny ktoś, mógł wiedzieć, że wczoraj w mieszkaniu przy Barcelona Street o godzinie osiemnastej z minutami jeden naćpany gość zabije drugiego naćpanego gościa? A musiał to wiedzieć bardzo dokładnie, gdyż, jeśli wierzyć naszemu mordercy, zniknięcie zwłok nastąpiło momentalnie, w przeciągu kilku minut, kiedy morderca znajdował się na balkonie.

– Nie wiem. To pan tu jest detektywem. Zresztą, może morderca sam ukrył zwłoki? To rozwiązanie byłoby najprostsze.

– Znowu – po co? Po co ktoś, kto właśnie zabił, miałby ukrywać trupa, skoro chwilę potem dzwoni na policję i przyznaje się do wszystkiego? Zwłoki ukrywa się zazwyczaj po to, żeby nie musieć się do niczego przyznawać. Zresztą to tłumaczyłoby co najwyżej ten jeden przypadek, a co z pozostałymi siedmioma?

– A dajcie wy mi wszyscy święty spokój! – wykrzyknął Pan Vigo. – Jestem lekarzem! Znajdźcie mi trupa, to powiem wam, dlaczego umarł. Znikanie zwłok to nie moja specjalność.

– Nasza niestety też nie. Ale staramy się.

ROZDZIAŁ II

Eurocity to było cholernie duże miasto. Ilekroć Frank po nim podróżował, czy to samochodem, czy też którąś z superszybkich kolejek, zawsze zastanawiał się, po co ludzie budują takie metropolie. Co każe im wszystkim osiedlać się w jednym i tym samym miejscu, jakby na całym bożym świecie nie było już lepszych terenów do zamieszkania? Choć z drugiej strony zawsze, kiedy z niego wyjeżdżał, towarzyszyło mu nieodparte wrażenie, że opuszcza obręb cywilizowanego świata. Nie mógł wtedy uwolnić się od głupiego w sumie i w jakiś sposób nieuprzejmego pytania, co też można robić poza Euro. Jak ci ludzie tam w ogóle żyją?

Jak więc widać, każdy kij ma dwa końce. Choć, jak twierdził pewien chiński mędrzec, niektóre mają ich trzy, i wtedy można z nich zrobić wiatrak. Nieważne. Nad pewnymi rzeczami lepiej się nie zastanawiać.

Takie to myśli zaprzątały głowę Franka, podczas gdy jego samochód mknął po jednym z dziesięciu pasów wielkiego, trzydziestokilometrowego mostu nad Kanałem. Automatyczny system nawigacji satelitarnej pewnie prowadził wóz z prędkością ponad dwustu kilometrów na godzinę, pozwalając kierowcy zajmować się bezproduktywnymi marzeniami. Obok siedziała Natasza. Frank mógł co prawda jak zwykle myśleć o jej udach i o tym, co by było, gdyby niby przypadkiem położył rękę na jednym z nich, ale dziś wolał się zająć raczej czymś neutralnym. Ostatnimi czasy takie fantazje dziwnie go rozdrażniały.

– Obudź się. – Natasza miała niecodzienny zwyczaj zasypiania w każdej wolnej od pracy chwili. – Niedługo będziemy na miejscu.

– Tak? – Przeciągnęła się leniwie. – A tak mi się dobrze spało!

Londyńska strona Euro różniła się znacznie od części kontynentalnej. Przede wszystkim było w niej więcej Azjatów, była też gęściej i jakby mniej starannie zabudowana. Frank lubił ją jednak, kto wie, może nawet bardziej niż główne miasto. Miała klimat – rzecz we współczesnych metropoliach rzadko spotykaną. Choć może było to tylko złudzenie wynikające z faktu, że rzadko tu przyjeżdżał, przez co wszelkie różnice wydawały mu się wciąż dziwne i ekscytujące.

– Wyłączam system, nasz profesorek mieszka w części nieoznakowanej. Nie mogłaś znaleźć kogoś bliżej?

– To najlepszy specjalista tego typu w Euro, a podobno nawet jeden z lepszych na świecie. Dziwny facet, taki trochę starej daty, nie ma nawet telełącza. Twierdzi, że nienawidzi rozmawiać z ekranem. Zaprosił nas na herbatę.

– Przynajmniej się przejechaliśmy.

Dom, w którym mieszkał profesor Bożydar Sonnenberg, to było naprawdę coś. Pochodził co najmniej z dziewiętnastego wieku i mimo ogromnego zapuszczenia, zdradzał jeszcze znamiona dawnej świetności. Duży, z czerwonej cegły, z białymi, podnoszonymi do góry oknami i biegnącymi po zewnętrznych ścianach rurami, mógłby z powodzeniem zagrać w jakiejś adaptacji przygód Sherlocka Holmesa. Pewnie miał jeszcze te idiotyczne, podwójne kurki w umywalkach – jeden do zimnej, drugi do gorącej wody. Albo gazowe kuchenki na monety.

– Dzień dobry państwu, jak to miło zobaczyć kogoś z kontynentu! – Profesor Bożydar Sonnenberg ubrany był w staromodne dżinsy i sweter, znad którego wystawał kołnierzyk koszuli. – Kiedyż to ja po raz ostatni zapuściłem się na tamtą stronię? Chyba przed tym cholernym zjednoczeniem. No, nie było wtedy jeszcze państwa na świecie. Proszę, proszę dalej! Herbata już czeka.

– Co też państwa do mnie sprowadza? – spytał uprzejmie, kiedy już zasiedli w fotelach i ujęli filiżanki.

– Tak jak mówiłam już przez telefon – zaczęła Natasza – prowadzimy pewną sprawę dość luźno, zdaje się, związaną z przedmiotem pańskich zainteresowań. Póki co jednak jest to jedyny trop, jakim dysponujemy. Nie sądzimy, by marsjańskie sekty miały istotne znaczenie dla naszej sprawy, ale nie chcemy niczego zaniedbać. Nigdy zresztą nie wiadomo, zwłaszcza na tym etapie śledztwa, które informacje okażą się ważne, a które nie. Chodzi o tajemnicze znikanie zwłok.

– O, to ciekawe.

– W przeciągu ostatnich kilku miesięcy sytuacja taka miała miejsce co najmniej ośmiokrotnie. Schemat jest zawsze ten sam – morderstwo i, chwilę po nim, zniknięcie ciała. Zazwyczaj…

– Czyli zawsze – poprawił partnerkę Frank.

– Tak, zawsze sami sprawcy zawiadamiają policję. Są przy tym mocno przerażeni. W co najmniej czterech przypadkach morderca, ofiara bądź oboje byli członkami tajnych marsjańskich bractw. W jednym – morderstwo miało miejsce bezpośrednio w trakcie obrzędu opętania.

– Czy przy okazji tych morderstw pojawiała się krew?

– Słucham?

– Czy ofiary krwawiły?

– T-tak. – Natasza szybko spojrzała do notatek – zawsze nosiła je ze sobą. – Cztery razy morderstwa dokonano za pomocą broni palnej, trzy razy za pomocą noża, raz z użyciem innego niebezpiecznego narzędzia, czyli w tym przypadku butelki.

– To by się zgadzało. Prawdopodobnie chodzi o kery.

– O co?

– O kery. W mitologii greckiej były to demony płci żeńskiej, żywiące się trupami poległych wojowników. Zazwyczaj pojawiały się na pobojowiskach w noc po bitwie, kiedy ciała jeszcze nie były pochowane. Przywabiał je zapach krwi.

– Jak wyglądały? – zainteresował się Frank.

– Nagie kobiety, raczej dziewczyny niż stare baby, o długich, splątanych włosach i ciałach uwalanych kurzem i zakrzepłą krwią. Oczywiście nieźle uzębione.

– Ciekawe.

– Nie wygłupiaj się, Frank! – żachnęła się Natasza. – Panie profesorze, rozmawiamy o prawdziwych morderstwach, nie o mitologii starożytnej Grecji.

– Zapytała pani specjalistę od demonów, więc niech się pani nie dziwi, że odpowiadam jak specjalista od demonów. Jeśli chce pani innej odpowiedzi, proszę bardzo, mogę takiej udzielić: ciała schowali sami mordercy, żeby zrobić policję w konia. Może być?

– Niech się pan nie obraża, profesorze. – Frank starał się załagodzić sytuację. – W te demony dość trudno uwierzyć.

– Sama pani mówiła – Sonnenberg zwrócił się do Nataszy – że mordercy osobiście zawiadamiali policję, i że byli przy tym przerażeni. Sądzi pani, że to naturalna reakcja w tego typu sytuacji? Jaka byłaby pani pierwsza myśl, gdyby przydarzyło się pani coś takiego? Gdyby pani kogoś zabiła, po czym stwierdziła zniknięcie ciała? Że delikwent jednak przeżył i uciekł, nieprawdaż? W takiej sytuacji nikt nie dzwoni na policję. Odczuwa raczej ulgę, że nic się jednak nie stało, ewentualnie rozpoczyna poszukiwania ofiary, aby dokończyć swoje dzieło. Na policję nikt jednak nie dzwoni i nie informuje jej o popełnionym morderstwie. I nie jest przy tym tak przerażony.

– To jednak nie świadczy od razu…

– Proszę pani! Reakcja tych osobników świadczy o jednej rzeczy: że zobaczyli tam coś, co spowodowało, że strach przed ujawnieniem zbrodni i strach przed karą zeszły na plan dalszy. I nie chodzi o pracowników nadzwyczaj sprawnie i szybko działającego zakładu pogrzebowego.

W gabinecie profesora Sonnenberga zaległa cisza. Natasza wyglądała jak ktoś, kto zupełnie, ale to zupełnie nie wie, co odpowiedzieć. Bardzo by chciała, ale nie wie co. Frank zaś nigdy nie był aż tak szybki, żeby mieć od razu zdanie na temat tego, co przed chwilą usłyszał. Potrzebował czasu. Pewnie dlatego było mu łatwiej.

– Co jednak mają wspólnego jakieś greckie pożeraczki trupów z całkiem współczesnymi marsjańskimi sektami? – spytał. – Z tego, co wiem, sekty te posiadają własnych bogów, czy też jak tam to nazwać, i niespecjalnie przyznają się do powinowactwa z ziemskimi religiami.

– Jak zwał, tak zwał. Proszę pana, tu nie chodzi o nazwę. Świat – jakby to powiedzieć? – wyobrażeń mitycznych rządzi się własnymi prawami. Ludzie mogą różnie nazywać te same rzeczy. Nasi przyjaciele z towarzystw marsjańskich mogli nigdy w życiu nie słyszeć o kerach. Co nie znaczy, że one im się nie objawiają. To znaczy, że nie objawiają im się pożerające ciała demony, które my najlepiej znamy pod antyczną nazwą ker.

– Chwileczkę! – Natasza najwyraźniej trochę już ochłonęła. – Panowie, jak widzę, definitywnie uznali, że za nasze kłopoty odpowiadają jakieś upaprane błotem duchy. Pozwolicie jednak, że ja zachowam odrobinę więcej zdrowego rozsądku. Zostawmy na razie te wątpliwe dywagacje i wróćmy do celu naszej wizyty – marsjańskich sekt mistycznych. Czy mógłby nam pan, profesorze, przybliżyć trochę ten temat?

– Proszę bardzo, ale to niezwykle szerokie zagadnienie. Może, zanim rozpoczniemy, napiją się państwo jeszcze czegoś? Może czegoś mocniejszego?

– Ja prowadzę.

– A ja nie piję.

– Hm. Wobec tego naleję sobie sam.

Profesor Sonnenberg podszedł do barku. Frank dopiero teraz przyjrzał mu się dokładniej. Nie był wcale taki stary, jak mogło się wydawać na początku. Miał co najwyżej pięćdziesiąt kilka lat. Pewnie ten dom powodował, że na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie o wiele starszego niż w rzeczywistości. Wchodząc tu, podświadomie oczekiwało się kogoś wiekowego i nobliwego. Zwłaszcza że profesor był profesorem, a profesorowie powinni przecież być starzy.

– Tak. A zatem chcieliby państwo dowiedzieć się czegoś o kultach marsjańskich? – rozpoczął Sonnenberg. – To temat bardzo ciekawy, z pogranicza psychologii i nauk społecznych, można powiedzieć. Jeszcze dziesięć lat temu nikt nie przypuszczał, że takie zjawisko może się pojawić. Podróże w kosmos kojarzyły nam się z postępem i nowoczesnością, a tu nagle zaowocowały czymś takim. I to w sytuacji, gdy tu, na Ziemi, zdajemy się coraz bardziej zapominać o mistycyzmie.

 

– Z psychologicznego punktu widzenia wytłumaczenie tego zjawiska wydaje się dosyć proste. Podróże na Marsa, jak państwo wiecie, są dosyć długie, trwają po kilka miesięcy. Przez te kilka miesięcy astronauci nie mają zbyt wiele do roboty – zajmują się głównie kontrolą urządzeń na statku i ćwiczeniami fizycznymi, żeby jak najlepiej znieść pobyt w stanie nieważkości. Tak długi okres monotonii, i to w warunkach całkowitego praktycznie odizolowania od życia ziemskiego, połączony z nienormalną sytuacją, w jakiej znajduje się ludzki organizm w stanie nieważkości, działa niezwykle destruktywnie na psychikę. Po jakimś czasie pojawiają się halucynacje, omamy wzrokowe i słuchowe, stany lękowe – w zasadzie pełny repertuar zaburzeń psychicznych. Co prawda spodziewając się, że takie niekorzystne zjawiska mogą występować, już od początku podróży na Marsa dokładano wszelkich starań, by astronauci byli osobnikami o bardzo dużej odporności psychicznej. W praktyce jednak okazało się, że nie ma ludzi aż tak odpornych, by mogli przeżyć tego typu lot bez żadnego szwanku.

– Sama podróż to jednak dopiero początek. Po niej astronauta trafia na jedną z załogowych stacji na Marsie, na których warunki tylko wydają się być lepsze. Co prawda utrzymywane są tam sztucznie pozory ziemskiej grawitacji i atmosfery, pojawiają się jednakże nowe utrudnienia. Przede wszystkim jest równie ciasno co na statku. Warunki bytowania są więcej niż spartańskie. Panuje podobna monotonia. Do tego dochodzi jeszcze czynnik, którego z początku nie doceniano – niezwykły, hipnotyczny wręcz wpływ marsjańskiego krajobrazu.

– Sytuację tę porównać można do tego, co spotyka na przykład ludzi mieszkających jakiś czas na Antarktydzie albo podróżujących po pustyni. Monotonny, martwy krajobraz pozbawiony jakichkolwiek śladów życia – drzew, przejawów działalności człowieka i tak dalej – do tego utrzymany w jednolicie czerwonej tonacji. W zasadzie trudno się dziwić, że po pewnym okresie wpatrywania się w takie widoki człowiek głupieje.

– Cały pobyt trwa zazwyczaj ponad rok. Tylko pierwsze tygodnie są ekscytujące. Nowe warunki, pierwsze wyjścia na zewnątrz, wdrażanie się do obowiązków – po tym czasie następuje nieunikniony okres nudy i rutyny. Wtedy właśnie zaczynają się kłopoty. Pojawiają się i nasilają zaburzenia psychiczne, które wystąpiły już w trakcie lotu. Zostają one dodatkowo wzmocnione, gdyż świeżo przybyli astronauci spotykają się na stacjach z ludźmi, którzy na Marsie przebywają już jakiś czas, a u których te objawy są znacznie silniejsze. Sprzyja temu wytworzenie się naturalnej w takich warunkach, bardzo silnej więzi wewnątrz grupy. Ci ludzie przebywają przecież ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę przez bardzo długi czas. Wszystko to prowadzi do stanu, który można by określić mianem zbiorowej psychozy.

– Nie istnieje żaden sposób, by temu zaradzić? – zapytał Frank.

– Problem polega na tym, że bardzo długo nic nie wiedziano o takim stanie rzeczy. Wystąpienie jakichkolwiek zaburzeń świadomości dyskwalifikuje automatycznie astronautę, nic więc dziwnego, że fakty te były głęboko ukrywane przez samych zainteresowanych. Później, gdy pojawiły się pierwsze bractwa, utrzymywanie ścisłej tajemnicy zyskało jeszcze dodatkową, religijną motywację. W krótkim czasie zresztą bractwa te wyszły poza granice stacji marsjańskich. Astronauci, którzy z racji wieku bądź stanu zdrowia nie mogli już latać, otrzymywali pracę w ziemskich agencjach kosmicznych. To normalna procedura, która swym początkiem sięga jeszcze czasów pierwszych lotów.

– Tam, zajmując częstokroć bardzo wysokie stanowiska, nie tylko kryli kolegów, ale rozpoczęli też coś w rodzaju akcji misyjnej. Doszło do tego, że młodzi astronauci pierwsze wtajemniczenia otrzymywali jeszcze tu, na Ziemi, w trakcie szkolenia. Zanim władze zorientowały się, o co chodzi, było już za późno. W chwili obecnej proces zaszedł tak daleko, że należałoby podjąć kroki, które z oczywistych względów są niemożliwe – rozwiązać agencje i wymienić personel wszystkich stacji. Oraz rozpocząć od nowa nabór i szkolenie astronautów. Oznaczałoby to kilku, a nawet kilkunastoletnią przerwę w lotach i zaprzepaszczenie wielu lat pracy.

– Prawdziwe kłopoty rozpoczęły się jednak stosunkowo niedawno. Wraz z rozbudową stacji marsjańskich wzrastała również liczba astronautów potrzebnych do ich obsługi. Ponieważ okres aktywności zawodowej w tym fachu jest dosyć krótki – od pilotów statków kosmicznych wymaga się sprawności fizycznej wyższej niż od wyczynowych sportowców, a długotrwałe podróże rujnują dość poważnie zdrowie – w krótkim czasie pojawiła się armia bezrobotnych astronautów, których ziemskie agencje kosmiczne nie były już w stanie wchłonąć. Ludzie ci odchodzili „do cywila”, lecz nie potrafili dać sobie rady w normalnej rzeczywistości. Cierpieli na swego rodzaju syndrom „weterana” – nic nie było w stanie dorównać temu, co przeżyli tam, w kosmosie. Nic innego nie potrafili też robić. Czuli się jak marynarz na lądzie albo jak żołnierz, który wrócił z wojny – niepotrzebni, wykorzystani, zepchnięci na margines.

– Część z nich zaczęła szukać ratunku w marsjańskich kultach, których wkrótce stali się najzagorzalszymi wyznawcami, część zasiliła szeregi organizacji przestępczych. Jedno zresztą nie wykluczało drugiego. Szukając tu, na Ziemi, tych samych stanów i przeżyć, których doświadczali w kosmosie, sięgnęli po narkotyki. W niedługim czasie opanowali ich rynek. Razem z narkotykami rozprowadzali także swoją wiarę, tworząc mieszankę iście piorunującą.

– Nowi wyznawcy, których w ten sposób pozyskali, zmienili jednak dość wyraźnie oblicze ruchu. Przede wszystkim stracił on jednolitość. Dziś co melina, to inna sekta. Po drugie, i chyba ważniejsze, zdegenerował się – stał się o wiele bardziej brutalny i bezwzględny. Skłonny do sięgania po przemoc. Pojawiły się również pewne niepokojące zjawiska, które mnie, staremu specjaliście od demonologii, najłatwiej byłoby wytłumaczyć interwencją Szatana. A już na pewno objawianiem się jakiejś siły dotąd głęboko uśpionej w ludzkiej podświadomości, zagrzebanej tam pod tysiącletnimi warstwami kultury i cywilizacji, która teraz, jak zresztą już parę razy w historii, właśnie się uaktywniła.

Profesor Sonnenberg uśmiechnął się promiennie. Wiedział, że zrobił wrażenie na rozmówcach i sprawiło mu to wyraźną przyjemność. Z zadowoleniem pociągnął duży łyk ze swojej szklanki. Jego dobry nastrój dość niemiło kontrastował z ponurymi wizjami, które przed chwilą roztoczył, ale on zdawał się w ogóle tego nie dostrzegać.

– Czy są państwo usatysfakcjonowani moją opowieścią? Tego typu informacji poszukiwaliście?

– Tak. Najogólniej. Dziękujemy panu. Koniec końców nie powiedział nam pan jednakże, na czym polegają owe kulty. W co ci ludzie wierzą?

– O! To najmniej ciekawe. Koniec świata, apokalipsa, przetrwają tylko wybrani, trzeba przenieść życie na Marsa. Banał.

– A co z obrzędami opętania? – Natasza nie dawała za wygraną.

– Właśnie. Dobrze że pani o tym przypomniała. To jest w sumie najbardziej interesujące. Ludzie ci wierzą, że w trakcie specjalnych obrzędów kontaktują się z nimi za pomocą telepatii kosmici. Określają ich terminem „bracia” albo „nasi kosmiczni bracia”. Siebie też nazywają „braćmi”, co zapewne ma podkreślić ich szczególną łączność z mieszkańcami kosmosu. Seanse te, które członkowie sekt nazywają „kontaktem”, są z punktu widzenia religioznawstwa klasycznymi obrzędami opętania, czyli takimi, w czasie których we wtajemniczonego wciela się duch lub demon. W tym przypadku delikwenta opętuje nie demon, ale kosmita, i nie w wyniku działania nadprzyrodzonego, ale w wyniku kontaktu telepatycznego. Zasadniczo jest to typowe zracjonalizowanie dawnego wierzenia, mające przystosować je do współczesnych, dość niereligijnych czasów. Kosmici przekazują pewne prawdy czy też objawienia dotyczące natury świata i jego przyszłości.