Całkiem zwyczajny krajTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Co po­wie­dziaw­szy, wy­pa­da z ko­lei pod­kre­ślić, że pa­ństwo znisz­czo­ne w 1795 roku nie było już Rze­cząpo­spo­li­tą opar­tą na za­sa­dzie ni­hil novi, a to za spra­wą ru­chu, któ­re­go naj­wi­ęk­sze osi­ągni­ęcie sta­no­wi­ła Kon­sty­tu­cja 3 maja – akt za­ło­ży­ciel­ski Pol­ski ca­łkiem in­ne­go ro­dza­ju, ta­kiej, w któ­rej Sejm zo­stał po­my­śla­ny w zu­pe­łnie od­mien­ny spo­sób: jako przed­sta­wi­ciel­stwo ró­żnych warstw spo­łecz­nych, a nie je­dy­nie szlach­ty. In­su­rek­cja ko­ściusz­kow­ska po­szła na­wet da­lej, obie­cu­jąc w Uni­wer­sa­le po­ła­niec­kim z 1794 roku wol­no­ść oso­bi­stą i ochro­nę praw­ną. Do­pro­wa­dzi­ło to do dzi­wacz­ne­go zbie­gu hi­sto­rycz­nych oko­licz­no­ści: w tym sa­mym cza­sie, w któ­rym nisz­czo­no Rzecz­po­spo­li­tą Oboj­ga Na­ro­dów, ruch re­wo­lu­cyj­ny prze­pro­wa­dzał pro­ces two­rze­nia na­ro­du pol­skie­go, przy­naj­mniej na po­zio­mie de­kla­ra­cji wi­ążąc in­te­re­sy ca­łej po­pu­la­cji kra­ju z in­sty­tu­cja­mi pa­ństwa. Bez tego re­wo­lu­cyj­ne­go bo­dźca ruch na rzecz od­zy­ska­nia przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści ogra­ni­cza­łby się za­le­d­wie do wy­cin­ka spo­łe­cze­ństwa.

Re­wo­lu­cyj­na iskra mia­ła za­sad­ni­cze zna­cze­nie, po­zo­sta­ła jed­nak tyl­ko iskrą. Mó­wi­ąc żar­go­nem nauk spo­łecz­nych, sta­no­wi­ła wa­ru­nek ko­niecz­ny, ale nie­wy­star­cza­jący. Na­wet zbieg dwóch tak wa­żnych zda­rzeń jak Kon­sty­tu­cja 3 maja i Uni­wer­sał po­ła­niec­ki miał w owym cza­sie je­dy­nie sym­bo­licz­ną wagę, po­nie­waż roz­bio­ry spra­wi­ły, że oby­dwa do­ku­men­ty po­zo­sta­ły mar­twą li­te­rą. Prze­kszta­łce­nie re­to­ry­ki lat dzie­wi­ęćdzie­si­ątych xviii wie­ku w rze­czy­wi­sto­ść pol­skiej wspól­no­ty na­ro­do­wej wy­ma­ga­ło o wie­le wi­ęcej pra­cy, i to pro­wa­dzo­nej przez całe stu­le­cie. Z cza­sem co­raz wi­ęcej dzia­ła­czy na­ro­do­wych zda­wa­ło so­bie spra­wę, że je­dy­na dro­ga do od­zy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści musi za­kła­dać przy­ci­ągni­ęcie do wspól­nej spra­wy chło­pów. Hi­sto­ry­cy pi­szą o nie­ko­ńczącej się dys­ku­sji mi­ędzy dwo­ma obo­za­mi, od po­ło­wy xix wie­ku okre­śla­ny­mi jako „Bia­li” (ci, któ­rzy chcie­li za­cho­wać ist­nie­jącą hie­rar­chię spo­łecz­ną, ewen­tu­al­nie wpro­wa­dza­jąc kil­ka ostro­żnych re­form) i „Czer­wo­ni” (prze­ko­na­ni, że je­dy­nie re­wo­lu­cja spo­łecz­na mo­gła­by włączyć chło­pów do wspól­no­ty oby­wa­tel­skiej). Uj­mo­wa­nie pro­ble­mu w ten spo­sób spra­wia jed­nak, że umy­ka nam cała jego głębia. Cho­dzi­ło nie tyl­ko o prze­ko­na­nie chło­pów do wal­ki o nie­pod­le­gło­ść, nie wy­star­czy­ło też sze­rze­nie wśród nich wie­dzy o tym, że są Po­la­ka­mi. Przed­si­ęw­zi­ęcie było o wie­le po­wa­żniej­sze: za­kła­da­ło prze­kszta­łce­nie sil­nie po­dzie­lo­ne­go spo­łe­cze­ństwa re­pu­bli­ka­ńskie­go w spo­łe­cze­ństwo na­ro­do­we. Opi­sy­wa­nie tego pro­ce­su jako pro­ce­su „prze­bu­dze­nia” na­ro­do­we­go lub bu­dze­nia „świa­do­mo­ści” na­ro­do­wej su­ge­ru­je, że na­ród już ist­niał i że trze­ba było je­dy­nie na­uczyć chło­pów pol­sko­ści, któ­rą no­si­li w ser­cach. W rze­czy­wi­sto­ści dzia­ła­cze na­ro­do­wi mu­sie­li do­pie­ro stwo­rzyć pol­ski na­ród i prze­ko­nać chło­pów, by we­szli w jego skład. Po­jęcie na­ro­du (jako okre­śle­nie wspól­no­ty po­li­tycz­nej szer­sze niż wspól­no­ta jed­ne­go sta­nu) po­wsta­ło w xviii wie­ku. Stwo­rze­nie sa­me­go na­ro­du wy­ma­ga­ło wi­ęcej cza­su i pra­cy.

Pro­blem w tym, że im bar­dziej ra­dy­kal­ny sta­wał się pol­ski pa­trio­tyzm, tym mniej po­pu­lar­ny był wśród swo­jej pier­wot­nej bazy, czy­li wśród szlach­ty. Wi­ęk­szo­ść człon­ków tego sta­nu pra­gnęła od­two­rze­nia pa­ństwa i chcia­ła od­zy­skać utra­co­ną po­zy­cję oby­wa­te­li Rze­czy­po­spo­li­tej. W scen­tra­li­zo­wa­nych mo­nar­chiach ro­syj­skiej, pru­skiej i au­striac­kiej szlach­ta utra­ci­ła znacz­ną część wła­dzy po­li­tycz­nej. Nie utra­ci­ła jed­nak wła­dzy eko­no­micz­nej i w wi­ęk­szo­ści nie chcia­ła zre­zy­gno­wać z tego ostat­nie­go ele­men­tu daw­nej po­zy­cji. Szlach­ta mu­sia­ła się za­tem zmie­rzyć z trud­nym pro­ble­mem: za­ak­cep­to­wać ra­dy­kal­ną eman­cy­pa­cję po to, by zdo­być chło­pów dla (ca­łko­wi­cie prze­for­mu­ło­wa­nej) spra­wy na­ro­do­wej lub za­cho­wać wła­dzę i po­zy­cję w ra­mach pa­ństw ro­syj­skie­go, pru­skie­go i au­striac­kie­go. Ró­żni człon­ko­wie sta­nu szla­chec­kie­go po­dej­mo­wa­li w ró­żnym cza­sie ró­żne de­cy­zje, w żad­nym przy­pad­ku jed­nak wy­bór nie był ła­twy. Mó­wi­ąc naj­ogól­niej (i po­mi­ja­jąc wie­le zna­czących wy­jąt­ków): ruch na­ro­do­wy był w znacz­nej części dzie­łem drob­niej­szej szlach­ty – tych, któ­rzy czu­li się wy­star­cza­jąco bli­sko zwi­ąza­ni z daw­ną Rze­cząpo­spo­li­tą, by pra­gnąć jej od­bu­do­wy, ale za­ra­zem mie­li o wie­le mniej do stra­ce­nia w ra­zie zmia­ny eko­no­micz­ne­go sta­tus quo.

Sy­tu­ację do­dat­ko­wo kom­pli­ko­wał fakt, że po­jęcie „su­we­ren­no­ści” czy „nie­pod­le­gło­ści” oka­za­ło się zde­cy­do­wa­nie nie­ja­sne. Ła­two było po­wie­dzieć, że utra­ta nie­pod­le­gło­ści jest zła, jed­nak wła­ści­wie dla­cze­go? Często okres 1795–1918 na­zy­wa się okre­sem nie­wo­li, ale co tak na­praw­dę dla lu­dzi tam­tych cza­sów ozna­cza­ło ży­cie w świe­cie, w któ­rym Pol­ska po­zba­wio­na jest nie­pod­le­gło­ści? Czy ozna­cza­ło to utra­tę kon­tro­li nad bie­giem wła­sne­go jed­nost­ko­we­go ży­cia? Ko­niecz­no­ść uży­wa­nia ob­ce­go języ­ka w kon­tak­tach z in­sty­tu­cja­mi pa­ństwo­wy­mi? A może ramy praw­ne kie­ru­jące re­la­cja­mi spo­łecz­ny­mi ule­gły za­sad­ni­czej zmia­nie? W rze­czy­wi­sto­ści żad­na z po­wy­ższych kwe­stii nie do­ty­ka ani w ca­ło­ści, ani na­wet w znacz­nej części tego, co istot­ne dla xix stu­le­cia. Dla prze­wa­ża­jącej części lu­dzi za­miesz­ku­jących zie­mie daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej zmia­ny, któ­re wpły­nęły na ich ży­cie w ko­lej­nych dzie­si­ęcio­le­ciach po roz­bio­rach, mia­ły nie­wie­le wspól­ne­go z obec­no­ścią lub bra­kiem pol­skie­go pa­ństwa. Wła­śnie dla­te­go tak trud­no było prze­ko­ny­wać miesz­ka­ńców tych ziem, że ist­nie­je coś, co mo­żna na­zwać „na­ro­dem pol­skim”, i że nie­pod­le­gło­ść tego na­ro­du jest spra­wą wiel­kiej wagi.

Religijne zróżnicowanie Rzeczypospolitej Obojga Narodów w xviii wie­ku


Za­ak­cep­to­wa­nie okre­śle­nia „pol­ski” było nie­ła­twe na­wet dla pol­sko­języcz­nych chło­pów – a dla tych, któ­rzy mó­wi­li in­ny­mi języ­ka­mi, było to jesz­cze trud­niej­sze. Dziś uzna­je­my za rzecz oczy­wi­stą, że oso­ba mó­wi­ąca po ukra­ińsku jest Ukra­in­ką lub Ukra­ińcem, ktoś, kto mówi po bia­ło­ru­sku, jest Bia­ło­ru­sin­ką lub Bia­ło­ru­si­nem, a ktoś, kto mówi po li­tew­sku – Li­twi­nem lub Li­twin­ką. Nie­słusz­nie. Przez znacz­ną część xix stu­le­cia re­gion, któ­ry na­zy­wa­my dziś Ukra­iną, ro­syj­scy kar­to­gra­fo­wie opi­sy­wa­li jako Małą Ro­sję (Ma­ło­ruś, Ma­ło­ros­si­ja), pod­czas gdy ich pol­scy od­po­wied­ni­cy i wi­ęk­szo­ść miej­sco­wych pre­fe­ro­wa­li ter­min „Ruś”. „Ukra­ina” była na­zwą uży­wa­ną przez nie­któ­rych kar­to­gra­fów w śre­dnio­wie­czu, pó­źniej jed­nak po­ja­wia­ła się rzad­ko. Przez kil­ka stu­le­ci ob­szar ten sta­no­wił część Pol­ski, do­pó­ki w xvii wie­ku Ro­sja nie za­jęła jego wschod­niej części. W xix wie­ku nie­mal całe te­ry­to­rium dzi­siej­szej Ukra­iny zna­la­zło się w Ce­sar­stwie Ro­syj­skim, nie li­cząc części za­chod­niej, któ­ra przy­pa­dła Au­strii. W epo­ce przed­no­wo­cze­snej sa­mo­iden­ty­fi­ka­cja chło­pów miesz­ka­jących na tym ob­sza­rze, po pro­stu nie mia­ła zna­cze­nia. Byli chło­pa­mi i tyl­ko to się li­czy­ło.

Rzecz­po­spo­li­tą Oboj­ga Na­ro­dów przed­sta­wia się nie­kie­dy jako spo­koj­ną przy­stań to­le­ran­cji et­nicz­nej i po­ko­jo­we­go wspó­łży­cia; choć ob­raz taki nie jest ca­łkiem fa­łszy­wy, może być my­lący. Nie zna­my do­kład­nych liczb, sza­cu­je się jed­nak, że w kra­ju znisz­czo­nym przez roz­bio­ry oko­ło po­ło­wy po­pu­la­cji sta­no­wi­li rzym­scy ka­to­li­cy, jed­ną trze­cią – gre­ko­ka­to­li­cy (tak zwa­ni uni­ci). Oko­ło 7 pro­cent po­pu­la­cji sta­no­wi­li wy­znaw­cy ju­da­izmu, po 5 pro­cent – pro­te­stan­ci i pra­wo­sław­ni.

Ka­to­li­cy w wi­ęk­szo­ści mó­wi­li po pol­sku lub po li­tew­sku, uni­ci naj­częściej po ukra­ińsku, pra­wo­sław­ni – po ro­syj­sku lub bia­ło­ru­sku, pro­te­stan­ci na ogół po nie­miec­ku, a wy­znaw­cy ju­da­izmu w języ­ku zna­nym pó­źniej jako ji­dysz. Mimo to by­ło­by po­wa­żnym nie­po­ro­zu­mie­niem przy­kła­dać na­sze wspó­łcze­sne ka­te­go­rie et­nicz­no-na­ro­do­we (Po­lak, Ukra­iniec, Ro­sja­nin, Bia­ło­ru­sin, Żyd, Nie­miec) do rze­czy­wi­sto­ści xix wie­ku i do miesz­ka­ńców ziem, któ­re na­le­ża­ły nie­gdyś do Rze­czy­po­spo­li­tej. Je­śli chce­my zro­zu­mieć tych lu­dzi na ich włas­nych wa­run­kach, mu­si­my przy­jąć do wia­do­mo­ści, że w ich świe­cie po­zy­cja spo­łecz­na i funk­cja zna­czy­ły wi­ęcej niż język czy na­wet re­li­gia. Zwa­żyw­szy że lu­dzie nie­na­le­żący do sta­nu szla­chec­kie­go nie mie­li żad­ne­go po­li­tycz­ne­go zna­cze­nia, było zu­pe­łnie obo­jęt­ne, do kogo się mo­dli­li i jak się po­ro­zu­mie­wa­li. Wśród gmi­nu mo­żli­wa była ró­żno­rod­no­ść, po­nie­waż (na ogół) nie mia­ła ona żad­ne­go wpły­wu na ży­cie pu­blicz­ne. Rzecz nie w tym, że pol­ska wi­ęk­szo­ść to­le­ro­wa­ła nie­po­lskie mniej­szo­ści, lecz ra­czej w tym, że nie było na­wet po­czu­cia, że pol­sko­języcz­ni rzym­scy ka­to­li­cy (szlach­ta i chło­pi) na­le­żą do ja­kie­jś jed­nej wspól­no­ty, któ­ra wy­klu­cza­ła­by lu­dzi in­nych wiar i języ­ków. Oko­ło 750 ty­si­ęcy człon­ków sta­nu szla­chec­kie­go (tyle było w ko­ńcu xviii wie­ku) istot­nie two­rzy­ło wspól­no­tę i często da­wa­ło wy­raz uczu­ciom pa­trio­tycz­nym. Pa­trio­tyzm ten jed­nak by­naj­mniej nie obej­mo­wał lu­dzi o od­mien­nym sta­tu­sie spo­łecz­nym – przy czym była to od­wza­jem­nio­na obo­jęt­no­ść.

 

Mia­ło to sku­tek ubocz­ny: za­le­d­wie nie­licz­ni wspó­łtwór­cy pol­skie­go ru­chu na­ro­do­we­go na po­cząt­ku xix wie­ku uwa­ża­li, że ist­nie­ją ja­kie­kol­wiek prze­słan­ki, by wy­klu­czyć od ręki ko­go­kol­wiek, kto miesz­kał na ob­sza­rze Pierw­szej Rze­czy­po­spo­li­tej, nie­za­le­żnie od języ­ka lub wy­zna­nia. W pierw­szych dzie­si­ęcio­le­ciach two­rze­nia na­ro­du pol­skie­go po­my­sł, że Po­lak musi być rzym­skim ka­to­li­kiem mó­wi­ącym po pol­sku, brzmia­łby co naj­mniej dzi­wacz­nie. Wszy­scy zna­my słyn­ne sło­wa Mic­kie­wi­cza: „Li­two, Oj­czy­zno moja”, ale może wła­śnie dla­te­go, że są tak do­brze zna­ne, z rzad­ka uświa­da­mia­my so­bie, jak bar­dzo są oso­bli­we. Ten wers zo­stał, w pew­nym sen­sie, udo­mo­wio­ny i włączo­ny w nasz świa­to­po­gląd. Mic­kie­wicz nie twier­dził, że Li­twi­ni mogą być Po­la­ka­mi, a już z pew­no­ścią nie twier­dził, że te­ry­to­rium Li­twy na­le­ży do Pol­ski w ja­ki­mś im­pe­ria­li­stycz­nym sen­sie. Nie pro­po­no­wał na­wet wie­lo­kul­tu­ro­wej wi­zji zró­żni­co­wa­ne­go ob­sza­ru kre­so­we­go, w któ­rym lu­dzie wszel­kich kul­tur i języ­ków czu­li­by się jak w domu. Za­świad­czał na­to­miast, że w świe­cie, w któ­rym żył, to­żsa­mo­ść kul­tu­ro­wa i pa­trio­tycz­na lo­jal­no­ść nie zo­sta­ły jesz­cze ze sobą skle­jo­ne. Po pro­stu, kie­dy roz­wa­ża­ło się czy­jeś od­da­nie tej lub in­nej oj­czy­źnie, nie było po­wo­du py­tać, ja­kim języ­kiem lub języ­ka­mi ten ktoś mówi i jaka jest jego czy jej to­żsa­mo­ść kul­tu­ro­wa. W Wil­nie znaj­du­je się po­mnik Ado­ma­sa Mic­ke­vi­čiu­sa, Bia­ło­ruś zaś w 1998 roku umie­ści­ła por­tret mło­de­go Адамa Міцкевіча na znacz­ku pocz­to­wym, dla upa­mi­ęt­nie­nia dwu­set­le­cia uro­dzin po­ety – i tak wła­śnie być po­win­no. Czy za­tem Mic­kie­wicz jest Po­la­kiem, Li­twi­nem czy Bia­ło­ru­si­nem? Cóż, wszyst­kim tym i za­ra­zem żad­nym z po­wy­ższych. Wszyst­kim, bo sam Mic­kie­wicz nie po­strze­gał tych ety­kiet jako wy­klu­cza­jących się wza­jem­nie. Żad­nym, jako że po­jęcia te zna­czy­ły dlań zu­pe­łnie co in­ne­go, niż zna­czą dla nas.

Kie­dy pol­ski ruch na­ro­do­wy (po­dob­nie jak ana­lo­gicz­ne ru­chy w Niem­czech, na Węgrzech, we Wło­szech i w wie­lu in­nych miej­scach) za­czął upo­wszech­niać po­gląd, zgod­nie z któ­rym ka­żda et­no­lin­gwi­stycz­na gru­pa sta­no­wi od­ręb­ną wspól­no­tę, część pi­sa­rzy i dzia­ła­czy po­li­tycz­nych za­częła do­ma­gać się uzna­nia ist­nie­nia wspól­no­ty ukra­ińskiej. A jako że za­rów­no okre­śle­nie „Ma­ło­ru­si­ni”, jak i „Ru­si­ni”, uży­wa­ne przez Ro­sjan i Po­la­ków, mia­ły nie­co pe­jo­ra­tyw­ny wy­dźwi­ęk, przy­wo­ła­no i od­ku­rzo­no sta­rą na­zwę. Tyle że wy­bór ety­kie­ty to jed­no, wpo­je­nie to­żsa­mo­ści zaś to coś ca­łkiem in­ne­go. Mia­ło mi­nąć wie­le dzie­si­ęcio­le­ci, nim uda­ło się prze­ko­nać lu­dzi w re­gio­nie, by my­śle­li o so­bie jako o części jed­ne­go na­ro­du ukra­ińskie­go, i na­wet w po­cząt­kach xx wie­ku pro­ces ten był jesz­cze da­le­ki od za­ko­ńcze­nia.

To, co jest praw­dą w przy­pad­ku Ukra­ińców, jest nią po­dwój­nie w przy­pad­ku Li­twi­nów i po­trój­nie w przy­pad­ku Bia­ło­ru­si­nów. Wiel­kie Ksi­ęstwo Li­tew­skie sta­no­wi­ło część skła­do­wą daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej, na­zwa ta była jed­nak przede wszyst­kim wy­ra­że­niem ma­jącym sens po­li­tycz­ny i te­ry­to­rial­ny, a nie et­no­lin­gwi­stycz­ny. W rze­czy­wi­sto­ści ofi­cjal­nym języ­kiem Wiel­kie­go Ksi­ęstwa przed unią z Pol­ską był je­den z obec­nie już nie­ist­nie­jących języ­ków sło­wia­ńskich; języ­ka, któ­ry uwa­ża­my za li­tew­ski, uży­wa­no je­dy­nie w nie­wiel­kim re­gio­nie na pó­łno­cy kra­ju, nad Mo­rzem Ba­łtyc­kim. Nie­mniej moda na mo­bi­li­za­cję et­nicz­no-na­ro­do­wą do­ta­rła osta­tecz­nie ta­kże w oko­li­ce Wil­na i Kow­na: w po­cząt­kach xx wie­ku ist­nia­ła już nie­wiel­ka gru­pa dzia­ła­czy dążących do stwo­rze­nia od­ręb­ne­go pa­ństwa li­tew­skie­go. Miesz­ka­ńców Wiel­kie­go Ksi­ęstwa, któ­rzy nie mó­wi­li ani po li­tew­sku, ani po pol­sku, ani po ukra­ińsku, et­no­gra­fo­wie na­zwa­li Bia­ło­ru­si­na­mi. Była to gru­pa prze­wa­żnie nie­pi­śmien­na i bar­dzo bied­na, za­miesz­ku­jąca ob­szar, gdzie nie­wie­le było do­brych dróg i wi­ęk­szych miast. Na­wet je­śli ga­rść am­bit­nych in­te­lek­tu­ali­stów roz­pra­wia­ła o bia­ło­ru­skim ru­chu na­ro­do­wym, w rze­czy­wi­sto­ści nie­mal nie ist­niał on przed pierw­szą woj­ną świa­to­wą. Jed­nak brak sil­nej bia­ło­ru­skiej to­żsa­mo­ści nie ozna­czał, że chło­pi, o któ­rych mowa, uwa­ża­li się za Po­la­ków, Li­twi­nów czy Ukra­ińców albo za ko­go­kol­wiek in­ne­go. Mie­li sil­ne po­czu­cie przy­na­le­żno­ści do kon­kret­ne­go miej­sca, to zaś nie wpa­so­wy­wa­ło się do­brze w wiel­kie to­żsa­mo­ścio­we ka­te­go­rie, któ­re pre­fe­ro­wa­li na­cjo­na­li­ści.

Zwa­żyw­szy, że et­nicz­no-języ­ko­we ety­kie­ty były w xix wie­ku w wie­lu przy­pad­kach płyn­ne, pol­scy dzia­ła­cze na­ro­do­wi ży­wi­li na­dzie­ję, że przy­szła nie­pod­le­gła Pol­ska obej­mie całe te­ry­to­rium daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej. Wraz z ka­żdą mi­ja­jącą de­ka­dą ten ro­dzaj wie­lo­kul­tu­ro­wo­ścio­wych wy­obra­żeń sta­wał się co­raz mniej prze­ko­nu­jący, po­nie­waż w re­gio­nie co­raz moc­niej za­ko­rze­niał się et­no­lin­gwi­stycz­ny na­cjo­na­lizm. Nie ozna­cza to by­naj­mniej, że chło­pi, któ­rzy byli kie­dyś Po­la­ka­mi, zo­sta­li „prze­jęci” przez li­tew­skich, bia­ło­ru­skich i ukra­ińskich se­pa­ra­ty­stów. Po pro­stu przed za­bo­ra­mi byli chło­pa­mi pa­ńsz­czy­źnia­ny­mi, po­zba­wio­ny­mi praw po­li­tycz­nych, ewen­tu­al­ny suk­ces lub klęska Rze­czy­po­spo­li­tej w ogó­le ich nie do­ty­czy­ły, nie mie­li też w za­sa­dzie po­czu­cia na­ro­do­wej to­żsa­mo­ści. W xix wie­ku o ich lo­jal­no­ść za­częły wal­czyć rze­sze ró­żnych dzia­ła­czy na­ro­do­wych i wca­le nie było oczy­wi­ste, któ­ra gru­pa zwy­ci­ęży. Oczy­wi­ste było je­dy­nie to, że w przy­pad­ku chło­pów nie­mó­wi­ących po pol­sku za­an­ga­żo­wa­nie ich w spra­wę pol­ską było mniej praw­do­po­dob­ne niż w przy­pad­ku ich pol­sko­języcz­nych sąsia­dów.

* * *

Gra­ni­ce usta­no­wio­ne po trze­cim roz­bio­rze w 1795 roku nie prze­trwa­ły dłu­go. Za­le­d­wie kil­ka lat pó­źniej Na­po­le­on za­czął wy­wra­cać eu­ro­pej­ski po­rządek do góry no­ga­mi. Suk­ce­sy mi­li­tar­ne fran­cu­skie­go przy­wód­cy do­pro­wa­dzi­ły do stwo­rze­nia w 1807 roku po­pie­ra­ne­go przez Fran­cję pa­ństwa zwa­ne­go Ksi­ęstwem War­szaw­skim, wy­po­sa­żo­ne­go we wła­sną li­be­ral­ną kon­sty­tu­cję, sejm i ar­mię. Ksi­ęstwo, cho­ciaż w kwe­stiach zwi­ąza­nych z po­li­ty­ką za­gra­nicz­ną skrępo­wa­ne z uwa­gi na za­le­żno­ść od Na­po­le­ona, w prak­ty­ce dzia­ła­ło jako au­to­no­micz­ne pa­ństwo pol­skie. Ma­jąc ob­szar za­le­d­wie 155 ty­si­ęcy ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych i 4,3 mi­lio­na lud­no­ści, po­zo­sta­wa­ło za­le­d­wie cie­niem daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej. Obej­mo­wa­ło jed­nak naj­wa­żniej­sze mia­sta: War­sza­wę, Kra­ków, Po­znań i Lu­blin, a wie­lu pol­skich po­li­ty­ków li­czy­ło na to, że gdy Na­po­le­on po­ko­na Ro­sję i ze­zwo­li Ksi­ęstwu na prze­jęcie ziem na wscho­dzie, pod­nie­sie je za­ra­zem do god­no­ści kró­le­stwa. Sam Na­po­le­on na­zy­wał nie­kie­dy swo­ją woj­nę z ca­rem „woj­ną pol­ską”. W ma­sze­ru­jącej w 1812 roku na Mo­skwę Wiel­kiej Ar­mii znaj­do­wa­ło się oko­ło 100 ty­si­ęcy pol­skich żo­łnie­rzy (obok 300 ty­si­ęcy Fran­cu­zów i oko­ło 200 ty­si­ęcy żo­łnie­rzy z in­nych kra­jów eu­ro­pej­skich).

Atak na Mo­skwę za­ko­ńczył się wi­do­wi­sko­wą klęską, kie­dy jed­nak w 1815 roku, po osta­tecz­nym po­ko­na­niu Na­po­le­ona, eu­ro­pej­scy dy­plo­ma­ci pod­jęli pró­bę po­skła­da­nia Eu­ro­py na nowo, nie mo­gli już tak po pro­stu po­now­nie zmie­ść Pol­ski pod dy­wan. Przy­naj­mniej na pa­pie­rze Kon­gres Wie­de­ński (pod­czas któ­re­go ne­go­cjo­wa­no trak­ta­ty po­ko­jo­we po po­ko­na­niu Na­po­le­ona) wy­ko­nał gest hoj­niej­szy od ge­stu Fran­cu­zów, two­rząc Kró­le­stwo Pol­skie. Po­dob­nie jak Ksi­ęstwo War­szaw­skie, było to pa­ństwo, któ­re mia­ło kon­sty­tu­cję, sejm, ar­mię, od­ręb­ny sys­tem praw­ny i au­to­no­micz­ną ad­mi­ni­stra­cję. Było jesz­cze mniej­sze (128,5 ty­si­ąca ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych, 3,3 mi­lio­na miesz­ka­ńców), po­nie­waż za­chod­nią część Ksi­ęstwa War­szaw­skie­go od­ci­ęto i włączo­no do Prus jako tak zwa­ne Wiel­kie Ksi­ęstwo Po­zna­ńskie. Na nie­wiel­kim ob­sza­rze wo­kół Kra­ko­wa usta­no­wio­no for­mal­nie nie­za­le­żnie pa­ństwo-mia­sto, pod pa­tro­na­tem Au­strii, któ­ra za­cho­wa­ła kon­tro­lę nad Ga­li­cją. Po po­wsta­niu kra­kow­skim, któ­re wy­bu­chło i upa­dło w 1846 roku, Kra­ków osta­tecz­nie wcie­lo­no do Ga­li­cji. Dla pol­skich na­cjo­na­li­stów naj­wi­ęk­szym pro­ble­mem w ca­łym tym ukła­dzie był fakt, że kró­lem no­we­go Kró­le­stwa Pol­skie­go zo­stał Alek­san­der Ro­ma­now, zna­ny le­piej dzi­ęki pe­łnio­nej przez sie­bie funk­cji jako car Ro­sji Alek­san­der I. Po­łącze­nie mo­nar­chii kon­sty­tu­cyj­nej z sa­mo­wład­nym im­pe­rium stwo­rzy­ło ła­twe do prze­wi­dze­nia na­pi­ęcie, zwłasz­cza gdy po śmier­ci Alek­san­dra w 1825 roku Mi­ko­łaj, jego o wie­le bar­dziej kon­ser­wa­tyw­ny młod­szy brat, odzie­dzi­czył po­zy­cję cara i kró­la. Jako że Mi­ko­łaj pró­bo­wał rządzić Pol­ską w taki sam spo­sób, w jaki rządził Ro­sją, sejm sta­wił opór i w Kró­le­stwie za­czął na­ra­stać kry­zys kon­sty­tu­cyj­ny. W 1830 roku, po wy­bu­chu po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go, sejm zde­tro­ni­zo­wał Mi­ko­ła­ja, co do­pro­wa­dzi­ło do woj­ny pol­sko-ro­syj­skiej, a osta­tecz­nie do for­mal­nej anek­sji Kró­le­stwa Pol­skie­go przez Ro­sję.

Kon­sty­tu­cja Ksi­ęstwa War­szaw­skie­go z 1807 roku ogło­si­ła ko­niec praw­ne­go pod­da­ństwa chło­pów i w Kró­le­stwie Pol­skim utrzy­ma­no tę za­sa­dę. Po­dob­nych re­form do­ko­na­no w za­bo­rach pru­skim i au­striac­kim. Szyb­ko jed­nak sta­ło się oczy­wi­ste, że samo znie­sie­nie pod­da­ństwa zna­czy nie­wie­le, o ile nie to­wa­rzy­szy temu uwłasz­cze­nie, czy­li nada­nie chło­pom upra­wia­nej przez nich zie­mi na włas­ność, oraz li­kwi­da­cja pa­ńsz­czy­zny. Póki chło­pi po­zba­wie­ni byli pra­wa do zie­mi, szlach­ta na­dal za­cho­wy­wa­ła kon­tro­lę nad ich pra­cą i ży­ciem, tak więc samo nada­nie rów­nych praw nie two­rzy­ło no­wo­cze­snych oby­wa­te­li, któ­rzy mo­gli­by de­cy­do­wać o wła­snym lo­sie. Je­śli cho­dzi o pa­ńsz­czy­znę, część szlach­ty de­cy­do­wa­ła się w swo­ich do­brach za­mie­niać pra­cę przy­mu­so­wą na czyn­sze, opła­ca­ne w pie­ni­ądzu. Po­ro­zu­mie­nia tego ro­dza­ju for­ma­li­zo­wa­no w po­sta­ci no­wo­cze­snych umów, ale w re­la­cjach spo­łecz­nych nie za­szły zna­czące zmia­ny. Je­dy­nie w za­bo­rze pru­skim roz­po­częto, wpro­wa­dza­ną eta­pa­mi, re­for­mę uwłasz­cze­nio­wą, jed­nak na­wet tam dzia­łki zie­mi przy­zna­wa­ne chło­pom były zbyt małe, by mo­gło to mieć po­wa­żniej­sze kon­se­kwen­cje spo­łecz­ne. W tych oko­licz­no­ściach wi­ęk­szo­ść chło­pów na­dal nie in­te­re­so­wa­ła się po­li­ty­ką i wal­ka­mi na­ro­do­wy­mi. Oczy­wi­ście, pol­sko­ść za­czy­na­ła się ro­dzić. Rząd Kró­le­stwa Pol­skie­go sta­rał się wy­ko­rzy­stać swo­je skrom­ne za­so­by w dzie­dzi­nie edu­ka­cji, in­for­ma­cji i kul­tu­ry do pro­mo­wa­nia pa­trio­ty­zmu, po­dob­nie jak ro­bi­ły to w tym sa­mym cza­sie inne pa­ństwa eu­ro­pej­skie. Po­bór do pol­skiej ar­mii za­szcze­piał set­kom ty­si­ęcy mło­dych mężczyzn po­czu­cie to­żsa­mo­ści na­ro­do­wej. Być może naj­wa­żniej­szym czyn­ni­kiem był ruch wy­daw­ni­czy: wy­da­wa­no ta­nie ilu­stro­wa­ne ksi­ążki i al­ma­na­chy, upo­wszech­nia­jące opo­wie­ści z hi­sto­rii Pol­ski, tak sub­tel­nie do­bra­ne, by pod­kre­ślać rolę chło­pów i za­ma­zy­wać ka­sto­wy cha­rak­ter Rze­czy­po­spo­li­tej. Mimo wszyst­ko w cza­sie po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go wi­ęk­szo­ść chło­pów sta­nęła z boku, bo po­wsta­ńcy wci­ąż nie mo­gli (i często nie chcie­li) prze­ko­nać ich, że nie­pod­le­gła Pol­ska przy­nie­sie uwłasz­cze­nie i znie­sie­nie pa­ńsz­czy­zny. Pro­ble­my, któ­rych do­ty­czy­ło po­wsta­nie, znacz­nej części lu­dzi nie wy­da­wa­ły się jak­kol­wiek zwi­ąza­ne z ich ży­ciem, przy czym taką po­sta­wę do­dat­ko­wo wzmac­niał sil­ny prze­kaz z ko­ściel­nych am­bon (o czym wi­ęcej za chwi­lę), z któ­rych na­wo­ły­wa­no, aby oka­zy­wać lo­jal­no­ść „pra­wo­wi­te­mu” wład­cy, ca­ro­wi.

War­to pod­kre­ślić, że w okre­sie mi­ędzy ro­kiem 1807 (po­wsta­nie Ksi­ęstwa War­szaw­skie­go) a 1830 (wy­buch po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go) spra­wy po­li­tycz­ne i rządo­we do­ty­czące Pol­ski po­zo­sta­wa­ły na ogół w rękach Po­la­ków. Je­śli po­trze­bo­wa­łeś po­zwo­le­nia na bu­do­wę lub kon­ce­sji na wy­szynk, uda­wa­łeś się do pol­skie­go urzęd­ni­ka. Jeś­li po­trzeb­ne było nowe pra­wo, spi­sy­wa­no je po pol­sku i oma­wia­no w pol­skim sej­mie. Je­śli chcia­łeś zdo­być wy­kszta­łce­nie (i stać cię było na cze­sne), mo­głeś pó­jść do pol­sko­języcz­nej szko­ły. A je­śli chcia­łeś czy­tać o któ­re­jś z tych rze­czy, mia­łeś do dys­po­zy­cji pol­skie ga­ze­ty i cza­so­pi­sma. Na­wet lu­dzie z daw­nych wschod­nich, po­łu­dnio­wych czy za­chod­nich części Rze­czy­po­spo­li­tej Oboj­ga Na­ro­dów, któ­rzy zna­le­źli się poza gra­ni­ca­mi Ksi­ęstwa czy Kró­le­stwa, nie pod­le­ga­li w pierw­szej po­ło­wie xix wie­ku po­wa­żnym re­pre­sjom et­nicz­no-na­ro­do­wym. Wła­dze w Pe­ters­bur­gu, Ber­li­nie i Wied­niu ob­cho­dzi­ła je­dy­nie po­li­tycz­na lo­jal­no­ść i po­słu­sze­ństwo (lub ich brak). Ja­kim języ­kiem kto się po­słu­gi­wał, nie mia­ło z per­spek­ty­wy im­pe­riów zna­cze­nia. Po­wsta­nie, któ­re wy­bu­chło w 1830 roku, nie było re­ak­cją na ucisk na­ro­do­wy – po­wo­dem było to, że Mi­ko­łaj I nie pod­po­rząd­ko­wy­wał się za­sa­dom mo­nar­chii kon­sty­tu­cyj­nej. Zna­czące, że pol­scy żo­łnie­rze pod­czas tej woj­ny jako pierw­si uży­li słyn­ne­go dziś ha­sła „Za wol­no­ść na­szą i wa­szą”, wy­pi­sa­ne­go na sztan­da­rach po jed­nej stro­nie po pol­sku, po dru­giej – po ro­syj­sku, by po­ka­zać, że wal­czą w imię ogól­nej po­li­tycz­nej za­sa­dy, a nie swo­ich par­ty­ku­lar­nych praw.

 

Po roku 1830 ten­den­cje cen­tra­li­stycz­ne, wspól­ne wszyst­kim no­wo­cze­snym pa­ństwom, sta­wa­ły się w pa­ństwach za­bor­czych co­raz wy­ra­źniej­sze. Wła­dze ro­syj­skie pro­wa­dzi­ły twar­dą po­li­ty­kę wo­bec wszyst­kich cho­ćby w naj­mniej­szym stop­niu uwi­kła­nych w po­wsta­nie, w zwi­ąz­ku z czym ty­si­ące przed­sta­wi­cie­li szlach­ty zna­la­zło się na wy­gna­niu (albo siłą prze­sie­dlo­nych na Sy­be­rię, albo jako ucho­dźcy we Fran­cji). Wła­dze pru­skie i au­striac­kie były mniej su­ro­we, jed­nak i tu­taj za­cho­wy­wa­no czuj­no­ść wo­bec mo­żli­wych wy­wro­to­wych dzia­łań rzecz­ni­ków pol­skiej spra­wy na­ro­do­wej. Kró­le­stwo Pol­skie prze­trwa­ło, jed­nak jako za­le­d­wie jed­nost­ka ad­mi­ni­stra­cyj­na w Ce­sar­stwie Ro­syj­skim, z nie­co od­ręb­nym pra­wem cy­wil­nym oraz kar­nym i nie­co od­ręb­ną for­mą rządu. Mimo wszyst­ko przez dwie trze­cie xix wie­ku pa­ństwa za­bor­cze po­zo­sta­wia­ły co­dzien­ne za­rządza­nie spra­wa­mi pol­ski­mi w pol­skich rękach, przy czym często były to ręce pol­skiej szlach­ty po­zba­wio­nej zie­mi, gdyż ta gru­pa spo­łecz­na po­trze­bo­wa­ła pra­cy, by zwi­ązać ko­niec z ko­ńcem.

Sy­tu­acja zmie­ni­ła się dra­ma­tycz­nie pod ko­niec stu­le­cia. Kie­dy pol­scy dzia­ła­cze na­ro­do­wi do­pro­wa­dzi­li w 1863 roku do wy­bu­chu po­wsta­nia stycz­nio­we­go, re­ak­cja ro­syj­skie­go rządu była jesz­cze ostrzej­sza niż po po­wsta­niu li­sto­pa­do­wym. Ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną dru­gie­go po­wsta­nia sta­ła się woj­na par­ty­zanc­ka, któ­rej stłu­mie­nie przy­szło ro­syj­skiej ar­mii z wiel­kim tru­dem. W re­zul­ta­cie stro­na ro­syj­ska prze­pro­wa­dzi­ła in­ter­wen­cję zbroj­ną, któ­ra do­tknęła wie­lu nie­win­nych cy­wi­lów. Gdy po­wsta­nie upa­dło, wła­dze car­skie do­szły do wnio­sku, że pro­blem miał cha­rak­ter nie tyl­ko po­li­tycz­ny: za­częto uwa­żać, że jego źró­dłem jest sama obec­no­ść Po­la­ków w ce­sar­stwie.

W tym sa­mym cza­sie rów­nież w za­bo­rze pru­skim za­cho­dzi­ły duże zmia­ny. W roku 1871 po­wsta­ło Ce­sar­stwo Nie­miec­kie, zło­żo­ne z do­tych­czas od­ręb­nych środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich ksi­ęstw i kró­lestw. Pierw­szy kanc­lerz no­we­go pa­ństwa, Otto von Bi­smarck, przy­jął za­sa­dę (po­wszech­nie wy­zna­wa­ną przez my­śli­cie­li na­cjo­na­li­stycz­nych w ca­łej Eu­ro­pie), że prze­trwa­nie może za­pew­nić Niem­com je­dy­nie spój­no­ść kul­tu­ro­wa kra­ju.

Tak oto naj­pierw w za­bo­rze nie­miec­kim, pó­źniej w ro­syj­skim roz­po­czął się pro­ces de­po­lo­ni­za­cji. Od szkół za­częto wy­ma­gać na­ucza­nia od­po­wied­nio po nie­miec­ku i ro­syj­sku, wszyst­kie in­sty­tu­cje pa­ństwo­we i sądy mu­sia­ły się po­słu­gi­wać języ­kiem ofi­cjal­nym. Na­wet szyl­dy skle­po­we w War­sza­wie mu­sia­ły być dwu­języcz­ne, mimo że w mie­ście miesz­ka­ło bar­dzo nie­wie­lu Ro­sjan. Na te­re­nie Nie­miec pró­bom zin­te­gro­wa­nia Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go z no­wym pa­ństwem to­wa­rzy­szy­ły wy­si­łki na rzecz wpro­wa­dze­nia języ­ka nie­miec­kie­go do sfe­ry pu­blicz­nej. W tak zwa­nym Kul­tur­kampf (do­słow­nie: wal­ce kul­tu­ro­wej) po­cząt­ko­wo do­mi­no­wał aspekt re­li­gij­ny, jed­nak praw­dzi­wą woj­ną sta­ła się dłu­go­tr­wa­ła wal­ka o ger­ma­ni­za­cję języ­ka. W 1874 roku za­ka­za­no uży­wa­nia pol­skie­go we wszyst­kich nie­miec­kich szko­łach śred­nich, w 1886 roz­ci­ągni­ęto ten za­kaz na szko­ły pod­sta­wo­we. Wła­dze ro­syj­skie si­ęgnęły po po­dob­ne me­to­dy. Oba im­pe­ria po­nio­sły osta­tecz­nie ca­łko­wi­tą klęskę. Ko­lej­ne ob­ostrze­nia od­nio­sły ten sku­tek, że roz­gnie­wa­ły masę lu­dzi, któ­rzy w in­nej sy­tu­acji za­pew­ne po­zo­sta­li­by obo­jęt­ni wo­bec po­li­ty­ki to­żsa­mo­ści. Po­par­cie dla ru­chu na­ro­do­we­go za­częło gwa­łtow­nie ro­snąć. Zmo­bi­li­zo­wa­ły się na­wet dzie­ci: we Wrze­śni (w za­bo­rze nie­miec­kim) w 1901 roku ucznio­wie zor­ga­ni­zo­wa­li strajk szkol­ny, po tym jak na­uczy­ciel zbił kil­ku­na­stu z nich za mó­wie­nie po pol­sku pod­czas lek­cji re­li­gii. Spra­wa Wrze­śni przy­ci­ągnęła uwa­gę mi­ędzy­na­ro­do­wą i usta­no­wi­ła wzo­rzec, któ­ry za­czął się upo­wszech­niać. Do 1906 roku już po­nad ty­si­ąc szkół w za­bo­rze nie­miec­kim straj­ko­wa­ło prze­ciw ogra­ni­cze­niom w uży­wa­niu języ­ka pol­skie­go.

Nie­za­le­żnie od tego, jak bar­dzo kon­se­kwent­nie pro­wa­dzo­no kam­pa­nie wy­na­ra­da­wia­jące, wa­żne, żeby nie przy­pi­sy­wać im ja­kie­goś prze­ło­mo­we­go zna­cze­nia. Za­częły się prze­cież do­pie­ro w la­tach sie­dem­dzie­si­ątych i osiem­dzie­si­ątych xix wie­ku, osta­tecz­nie zaś na­wet przed­sta­wi­cie­le władz nie­miec­kich i ro­syj­skich do­strze­gli, że były da­rem­ne. Po re­wo­lu­cji 1905 roku po­rzu­co­no nie­mal ca­łko­wi­cie po­li­ty­kę ru­sy­fi­ka­cji. Co wi­ęcej, w cza­sach naj­wi­ęk­sze­go uci­sku w la­tach osiem­dzie­si­ątych wci­ąż po­zo­sta­wa­ło w ży­ciu pu­blicz­nym i pry­wat­nym wie­le ob­sza­rów, w któ­rych mo­żna było uży­wać języ­ka pol­skie­go. Ga­ze­ty, cza­so­pi­sma i ksi­ążki na­dal uka­zy­wa­ły się po pol­sku, a choć cen­zu­ra wpro­wa­dza­ła znacz­ne ogra­ni­cze­nia, do­ty­czy­ły one ta­kże pu­bli­ka­cji nie­miec­kich i ro­syj­skich. Sztu­ki te­atral­ne na­dal wy­sta­wia­no po pol­sku, po pol­sku or­ga­ni­zo­wa­no ró­żne roz­ryw­ki. Prak­tycz­nie całe ży­cie go­spo­dar­cze i wszyst­kie in­te­re­sy w pol­skich mia­stach i mia­stecz­kach pro­wa­dzo­no po pol­sku lub w ji­dysz. Ksi­ęża po pol­sku wy­gła­sza­li ka­za­nia, co nie zmie­nia fak­tu, że uzna­nie Ko­ścio­ła za ba­stion pol­sko­ści by­ło­by pew­ną prze­sa­dą: był on osta­tecz­nie tyl­ko jed­ną z wie­lu in­sty­tu­cji pu­blicz­nych, któ­re uży­wa­ły języ­ka pol­skie­go. Przy czym msze od­pra­wia­no prze­cież nie po pol­sku, lecz po ła­ci­nie. Tyl­ko w kon­tak­tach z pa­ństwem (a więc ta­kże w szko­łach) ro­syj­ski lub nie­miec­ki sta­wa­ły się obo­wi­ąz­ko­we – i to już samo w so­bie sta­no­wi­ło po­wa­żny pro­blem. Choć in­sty­tu­cje pa­ństwo­we wci­ąż po­zo­sta­wa­ły, we­dle na­szych wspó­łcze­snych stan­dar­dów, sła­bo roz­wi­ni­ęte, od­gry­wa­ły wy­star­cza­jąco wa­żną rolę w ży­ciu lu­dzi, by uczy­nić języ­ko­we re­stryk­cje kwe­stią za­uwa­żal­ną, opre­syj­ną i głębo­ko dys­kry­mi­nu­jącą. Tego ro­dza­ju po­li­ty­ka wy­wo­ły­wa­ła bar­dzo sil­ne re­ak­cje, tak więc, pa­ra­dok­sal­nie, wy­si­łki na rzecz wy­na­ro­do­wie­nia do­pro­wa­dzi­ły do upo­li­tycz­nie­nia pol­skiej to­żsa­mo­ści i zna­cząco po­mo­gły w bu­do­wie no­wo­cze­sne­go pol­skie­go na­ro­du.