Całkiem zwyczajny krajTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie mam za­mia­ru w ża­den spo­sób umniej­szać bólu i cier­pie­nia, któ­rych do­świad­czy­li miesz­ka­ńcy Pol­ski w epo­ce no­wo­żyt­nej, i za­wsze pod­kre­ślam, że w pew­nych mo­men­tach (zwłasz­cza pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej) wy­cier­pie­li wi­ęcej niż wi­ęk­szo­ść in­nych. Chcia­łbym jed­nak ta­kże przy­po­mnieć czy­tel­nicz­kom i czy­tel­ni­kom, że na­ro­dy nie mogą cier­pieć – cier­pią za­wsze lu­dzie. Choć w ty­tu­le ni­niej­szej ksi­ążki po­ja­wia się okre­śle­nie „hi­sto­ria Pol­ski”, czy­tel­ni­cy nie po­win­ni spo­dzie­wać się opo­wie­ści, w któ­rej głów­ną rolę gra zbio­ro­wy ak­tor imie­niem „Pol­ska”. To nie jest opo­wie­ść o tym, w jaki spo­sób Pol­ska osi­ągnęła to czy tam­to, jak Pol­ska zno­si­ła taką czy inną nie­spra­wie­dli­wo­ść ani jak Pol­ska że­glo­wa­ła po wzbu­rzo­nym mo­rzu xx wie­ku. Jest to na­to­miast opo­wie­ść o kon­kret­nych ludz­kich isto­tach – do­brych i złych, za­mo­żnych i bied­nych, szczęśli­wych i nie­szczęśli­wych, od­no­szących suk­ce­sy i po­no­szących klęski. Wi­ęk­szo­ść z nich (ale w żad­nym ra­zie nie wszy­scy) na­zy­wa­ła sie­bie Po­la­ka­mi, a te­ry­to­rium, na któ­rym żyli, na­zy­wa­no za­zwy­czaj (choć nie za­wsze) Pol­ską. Ta ksi­ążka sta­ra się po­ka­zać, że „pol­sko­ść” jest nie­zwy­kle trud­ną do uchwy­ce­nia ka­te­go­rią to­żsa­mo­ści: lu­dzie ją przyj­mu­ją, od­rzu­ca­ją, re­de­fi­niu­ją, spie­ra­ją się o nią i wy­ko­rzy­stu­ją w ka­żdym mo­żli­wym do po­my­śle­nia celu. Pi­sa­nie hi­sto­rii „Pol­ski” jest za­da­niem skom­pli­ko­wa­nym, po­nie­waż nie ma – i być nie może – żad­nej po­wszech­nie uzna­wa­nej de­fi­ni­cji tego, kto jest Po­la­kiem ani gdzie do­kład­nie Pol­ska się znaj­du­je. Te­mat ni­niej­szej ksi­ążki jest fru­stru­jąco ulot­ny, nie bar­dziej jed­nak, niż by­łby te­mat zwa­ny „Niem­cy”, „Chi­ny” czy „Bra­zy­lia”. Jed­ną z pierw­szych rze­czy, ja­kich uczy­my się dzi­ęki per­spek­ty­wie glo­bal­nej, jest to, że na­ród to po­jęcie po­zba­wio­ne spój­no­ści, przed­miot hi­sto­rycz­nych spo­rów, sam w so­bie jed­nak nie sta­no­wi pod­mio­tu dzie­jów. Pol­ska nie jest ani zbio­ro­wą męczen­ni­cą, ani zbio­ro­wym czar­nym cha­rak­te­rem. Pol­ska to gru­pa lu­dzi, któ­rzy byli zmu­sze­ni przez ostat­nich kil­ka wie­ków zro­zu­mieć zmie­nia­jący się świat, i wła­śnie te ich wy­si­łki są te­ma­tem mo­jej ksi­ążki.

Uwaga o przypisach

Jako hi­sto­ryk zo­sta­łem na­uczo­ny do­da­wa­nia ca­łej masy przy­pi­sów, zda­ję so­bie jed­nak spra­wę z tego, że dla wi­ęk­szo­ści czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków spo­za śro­do­wi­ska na­uko­we­go mo­gło­by to być uci­ążli­we i nud­ne. Sta­ra­łem się tu wy­pra­co­wać pe­wien zło­ty śro­dek, wy­ko­rzy­stu­jąc coś, co na­zy­wam „te­stem Wi­ki­pe­dii”. Je­śli dana in­for­ma­cja (wy­da­rze­nie, zna­na po­stać, data, aneg­do­ta…) jest na tyle zna­na, że w Wi­ki­pe­dii po­da­je się ją bez od­no­śni­ka, nie wa­ha­łem się ją przy­ta­czać. Je­śli na­to­miast ja­kieś in­for­ma­cje po­ja­wia­ją się dzi­ęki kon­kret­nym ba­da­niom prze­pro­wa­dzo­nym przez spe­cja­li­stę w da­nej dzie­dzi­nie, da­wa­łem przy­pis. Do­ty­czy to przede wszyst­kim da­nych sta­ty­stycz­nych i cy­ta­tów. Ro­bi­łem przy­pi­sy ta­kże wów­czas, gdy war­to było po­dać przy­kład spo­ru na­uko­we­go, do któ­re­go w da­nym mo­men­cie się od­no­si­łem (nie­za­le­żnie od tego, po któ­rej stro­nie sta­wa­łem), tu jed­nak na­rzu­ca­łem so­bie ostrzej­sze ogra­ni­cze­nia, niż gdy­bym pi­sał ar­ty­kuł na­uko­wy. Ni­niej­sza ksi­ążka jest opar­ta na na­uko­wych dys­ku­sjach, nie jest jed­nak ksi­ążką po­le­micz­ną. In­ny­mi sło­wy, pro­po­nu­ję pew­ną per­spek­ty­wę, któ­ra może nie­kie­dy ró­żnić się od tego, co na­pi­sa­li inni ba­da­cze, a bar­dzo często od tego, co mo­żna zna­le­źć w pod­ręcz­ni­kach do hi­sto­rii, nie chcę jed­nak, żeby te ró­żni­ce zdań przyj­mo­wa­ły po­stać oso­bi­stych spo­rów mi­ędzy mną a pro­fe­so­rem X.

Je­śli idzie o no­wa­tor­skie in­ter­pre­ta­cje, z któ­ry­mi się zga­dzam, sta­ram się za­wsze po­wo­łać na na­zwi­sko au­to­ra. Gdy ja­kąś ar­gu­men­ta­cję za­czerp­nąłem od kon­kret­nej oso­by, wów­czas zo­ba­czy­cie przy­pis. Często ana­li­zy pre­zen­to­wa­ne w tej ksi­ążce są re­zul­ta­tem sku­mu­lo­wa­nej pra­cy wie­lu ba­da­czy i wła­śnie stąd bie­rze się dział Li­te­ra­tu­ra uzu­pe­łnia­jąca umiesz­czo­ny na ko­ńcu ka­żdej części, co wy­da­ło mi się roz­wi­ąza­niem wy­god­niej­szym niż roz­bu­do­wa­ne przy­pi­sy bi­blio­gra­ficz­ne. I wresz­cie, ile­kroć to mo­żli­we, sta­ram się wska­zy­wać od­nie­sie­nia do ma­te­ria­łów źró­dło­wych do­stęp­nych w in­ter­ne­cie. Wszyst­kie ad­re­sy in­ter­ne­to­we zo­sta­ły spraw­dzo­ne w lip­cu 2020 roku. Jed­nym z naj­wi­ęk­szych osi­ągni­ęć ostat­nich lat jest di­gi­ta­li­za­cja za­so­bów ar­chi­wal­nych. Uła­twi­ła ona pra­cę hi­sto­ry­ków, umo­żli­wia­jąc nam (i co wa­żniej­sze – wam, czy­tel­nicz­ki i czy­tel­ni­cy) si­ęgni­ęcie bez­po­śred­nio do tek­stów ory­gi­nal­nych, z po­mi­ni­ęciem nie­wy­gód zwi­ąza­nych z ko­rzy­sta­niem z ar­chi­wów czy wiel­kich bi­blio­tek. Chcia­łbym za­chęcać do ta­kiej prak­ty­ki, do­ku­men­ty hi­sto­rycz­ne są bo­wiem o wie­le cie­kaw­sze niż wszyst­ko, co ja mó­głbym na­pi­sać.

roz­dział pierw­szy
polacy bez polski, 1795–1918

Mi­ędzy ro­kiem 1795 a 1918 od­dziel­na, nie­pod­le­gła Pol­ska nie ist­nia­ła na ma­pach świa­ta. To zda­nie może brzmieć, jak gdy­by opi­sy­wa­ło pro­sty fakt hi­sto­rycz­ny, w rze­czy­wi­sto­ści jed­nak kry­je się za nim wie­le pro­ble­mów, któ­re spra­wia­ją, że tak trud­no opo­wia­da się dzie­je pó­łnoc­no-wschod­niej Eu­ro­py w xix wie­ku. Po pierw­sze i przede wszyst­kim, mu­si­my so­bie za­dać py­ta­nie, co to na­praw­dę zna­czy, że „Pol­ska nie ist­nia­ła”.

Ani roz­bio­ry, któ­re po­ło­ży­ły kres pierw­szej Rze­czy­po­spo­li­tej, ani wcze­śniej­szy dłu­gi okres ogra­ni­czo­nej su­we­ren­no­ści, trwa­jący przez cały nie­mal wiek xviii, nie były wy­da­rze­nia­mi nad­zwy­czaj­ny­mi. W epo­ce no­wo­żyt­nej dość po­wszech­nym zja­wi­skiem było to, że eli­ty jed­ne­go pa­ństwa mie­sza­ły się w we­wnętrz­ne spra­wy in­ne­go. W la­tach 1740–1748 cho­cia­żby mo­car­stwa eu­ro­pej­skie sto­czy­ły woj­nę, któ­rej przed­mio­tem było na­stęp­stwo tro­nu w Au­strii, przy czym wi­ęk­szo­ść dy­plo­ma­tów uwa­ża­ła, że wal­czące stro­ny mają uza­sad­nio­ne po­wo­dy, by się w tę woj­nę an­ga­żo­wać. Rzecz­po­spo­li­ta była przed­mio­tem ró­żne­go ro­dza­ju in­ge­ren­cji na dłu­go przed roz­bio­ra­mi. W la­tach 1733–1735 w tak zwa­nej woj­nie suk­ce­syj­nej pol­skiej Fran­cja i Hisz­pa­nia sta­nęły na­prze­ciw Ro­sji, Au­strii, Sak­so­nii i Prus, przy czym ka­żda ko­ali­cja wal­czy­ła o umiesz­cze­nie na pol­skim tro­nie swo­je­go kan­dy­da­ta. Po­dob­ne przy­kła­dy mo­żna by mno­żyć, co­fa­jąc się o ko­lej­ne stu­le­cia. Za­sa­da nie­in­ge­ren­cji ni­g­dy nie ist­nia­ła.

Nie było ta­kże ni­czym nie­spo­ty­ka­nym to, że ja­kieś pa­ństwo zni­ka z mapy. Wła­ści­wie w do­wol­nym mo­men­cie hi­sto­rii Eu­ro­py mo­że­my wska­zać dzie­si­ąt­ki by­tów po­li­tycz­nych, któ­re dziś już nie ist­nie­ją; nie­mal żad­na z dzi­siej­szych gra­nic nie prze­bie­ga tak samo jak w prze­szło­ści. W świe­cie przed­no­wo­cze­snym pa­ństwa po­ja­wia­ły się, zni­ka­ły, łączy­ły, roz­dzie­la­ły i zmie­nia­ły kszta­łt z osza­ła­mia­jącą często­tli­wo­ścią. Nie­wie­le znaj­dzie się dziś osób, któ­re by ża­ło­wa­ły utra­ty nie­pod­le­gło­ści przez (na przy­kład) Bur­gun­dię, Ara­go­nię czy Gwy­nedd, a prze­cież ka­żde z nich przez stu­le­cia było nie­pod­le­głym pa­ństwem, do­pó­ki nie zo­sta­ło pod­bi­te i wchło­ni­ęte przez sil­niej­sze­go sąsia­da. Przy­kła­dy spo­za sa­mej Eu­ro­py są jesz­cze wy­mow­niej­sze. Za­nim do­szło do roz­bio­rów Pol­ski, po­tęgom ko­lo­nial­nym już uda­ło się znisz­czyć sku­tecz­nie wszyst­kie wspól­no­ty po­li­tycz­ne na pó­łku­li za­chod­niej, a w xix wie­ku te same po­tęgi mia­ły po­dzie­lić mi­ędzy sie­bie cały kon­ty­nent afry­ka­ński. Na­wet sfor­ma­li­zo­wa­ne trak­ta­ty za­twier­dza­jące do­ko­na­ne roz­bio­ry nie były ni­czym nie­zwy­kłym: od trak­ta­tu z Tor­de­sil­las z 1494 roku, po­przez kon­fe­ren­cję ber­li­ńską z 1885 i po­dział Afry­ki, po ukła­dy ja­łta­ńskie z 1945, ci, któ­rzy mie­li wła­dzę, ra­do­śnie roz­gry­wa­li mi­ędzy sobą kar­to­gra­fię, ry­su­jąc i prze­ry­so­wu­jąc mapę po­li­tycz­ną. In­ny­mi sło­wy, roz­bio­ry Pol­ski nie sta­no­wi­ły ani aber­ra­cji, ani aktu bez­pre­ce­den­so­wej nie­spra­wie­dli­wo­ści: były je­dy­nie wi­ęk­szym i nie­co bar­dziej dra­ma­tycz­nym przy­kła­dem zwy­kłe­go ob­ro­tu spraw w wiel­kiej po­li­ty­ce mi­ędzy­na­ro­do­wej. Sta­no­wi­ły, je­śli mo­żna tak po­wie­dzieć, akt pre­ce­den­so­wej nie­spra­wie­dli­wo­ści.

Sko­ro jed­nak roz­bio­ry pierw­szej Rze­czy­po­spo­li­tej były zwy­czaj­nym wy­da­rze­niem, cze­mu wci­ąż o nich pa­mi­ęta­my? Przy czym „my” nie zna­czy tu­taj „my, hi­sto­ry­cy za­in­te­re­so­wa­ni dzie­ja­mi Eu­ro­py Wschod­niej”. W prak­tycz­nie ka­żdym po­wa­żniej­szym an­glo­języcz­nym pod­ręcz­ni­ku uni­wer­sy­tec­kim po­świ­ęco­nym hi­sto­rii Eu­ro­py (a ta­kże w ca­łkiem licz­nych pod­ręcz­ni­kach li­ce­al­nych) oma­wia się roz­bio­ry Pol­ski. Je­śli hi­sto­ria roz­bio­rów na­bra­ła zna­cze­nia, to zna­cze­nie to tyl­ko po części daje się wy­tłu­ma­czyć wy­da­rze­nia­mi lat dzie­wi­ęćdzie­si­ątych xviii wie­ku. W wi­ęk­szym stop­niu cho­dzi o coś, co roz­wi­ja­ło się po­wo­li w ci­ągu ko­lej­ne­go stu­le­cia: o po­wsta­nie pol­skie­go ru­chu na­ro­do­we­go i, w prak­ty­ce, stwo­rze­nie pol­skie­go na­ro­du.

Wie­le czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków może uznać za dzi­wacz­ne twier­dze­nie, że na­ród pol­ski na­ro­dził się po roz­bio­rach. Czyż nie jest rze­czą po­wszech­nie wia­do­mą, że hi­sto­ria Pol­ski za­czy­na się wraz z chrztem Miesz­ka w 966 roku? No cóż, tak, z X wie­ku po­cho­dzą naj­star­sze za­cho­wa­ne świa­dec­twa ist­nie­nia cze­goś z grub­sza przy­po­mi­na­jące­go pó­źniej­sze pa­ństwo pol­skie, wie­my też, że lud po­słu­gu­jący się pra­sło­wia­ńskim na­rze­czem, któ­re przy­po­mi­na­ło pó­źniej­szy język sta­ro­pol­ski, żył w tym miej­scu już od pew­ne­go cza­su. Na­wet jed­nak je­śli odło­ży­my na bok ana­chro­nicz­no­ść na­zy­wa­nia do­me­ny Miesz­ka „Pol­ską” i na­wet je­śli zi­gno­ru­je­my prze­sko­ki, ko­niecz­ne, by wy­ty­czyć pro­stą li­nię mi­ędzy świa­tem śre­dnio­wiecz­nym a epo­ką no­wo­żyt­ną (nie mó­wi­ąc już o cza­sach wspó­łcze­snych), wci­ąż po­zo­sta­je kwe­stia pod­sta­wo­wa: by­tem, któ­ry zo­stał znisz­czo­ny w 1795 roku, nie była Pol­ska, ale Rzecz­po­spo­li­ta szla­chec­ka, pa­ństwo pol­sko-li­tew­skie. Cho­dzi tu o coś wi­ęcej niż o ró­żni­cę w tech­nicz­nym na­zew­nic­twie. Pierw­sza Rzecz­po­spo­li­ta ma się do dzi­siej­szej Pol­ski tak jak my do au­stra­lo­pi­te­ków: bez wąt­pie­nia jest z nią zwi­ąza­na po­cho­dze­niem i kil­ko­ma wspól­ny­mi ce­cha­mi, za­ra­zem jed­nak jest ja­skra­wo od­mien­na pod ka­żdym istot­nym względem. Mamy skłon­no­ść do trak­to­wa­nia Rze­czy­po­spo­li­tej sprzed 1795 roku, jak gdy­by była za­le­d­wie wcze­śniej­szym wcie­le­niem po­nad­hi­sto­rycz­ne­go bytu zwa­ne­go „Pol­ską”. Mó­wi­my na przy­kład, że w 1918 roku do­szło do „od­zy­ska­nia” nie­pod­le­gło­ści, a pa­ństwo, któ­re w wy­ni­ku tego po­wsta­ło, na­zy­wa­my Dru­gą Rze­cząpo­spo­li­tą. Na­wet za­wo­do­wi hi­sto­ry­cy za­po­mi­na­ją się cza­sem i mó­wią o „roz­bio­rach Pol­ski” za­miast (choć przy­zna­ję, że brzmi to go­rzej) o roz­bio­rach Rze­czy­po­spo­li­tej, pa­ństwa pol­sko-li­tew­skie­go. Gdy­by­śmy chcie­li być pre­cy­zyj­ni, po­wie­dzie­li­by­śmy, że Rzecz­po­spo­li­ta zo­sta­ła znisz­czo­na w 1795 roku, 123 lata pó­źniej zaś po­wsta­ło kil­ka no­wych pa­ństw – wśród nich Pol­ska. „Dru­ga Rzecz­po­spo­li­ta” od­wo­ły­wa­ła się do pa­mi­ęci i sym­bo­li­ki Pierw­szej, była jed­nak pa­ństwem zu­pe­łnie in­ne­go ro­dza­ju.

 

Żeby do­brze zro­zu­mieć ni­niej­szy wy­wód, po­win­ni­śmy zro­bić krok wstecz i za­sta­no­wić się nad zna­cze­niem sło­wa, któ­re bar­dzo często trak­tu­je­my jako coś oczy­wi­ste­go: na­ród. Nie ma jed­nej, za­wsze nie­za­wod­nej de­fi­ni­cji tego po­jęcia, po­nie­waż ró­żni lu­dzie w ró­żnych cza­sach i miej­scach ro­zu­mie­li je w od­mien­ny spo­sób. Czy wspól­no­tę na­ro­do­wą de­fi­niu­je wspól­ny język? Wspól­na re­li­gia? Dzie­dzic­two bio­lo­gicz­ne? Hi­sto­ria zwi­ąz­ków po­li­tycz­nych? Czy wspól­no­ta na­ro­do­wa może być we­wnętrz­nie zró­żni­co­wa­na i pod­le­gać nie­usta­jącym zmia­nom w mia­rę upły­wu cza­su, czy też wy­ma­ga kul­tu­ro­wej jed­no­rod­no­ści i ci­ągło­ści, przy­naj­mniej do pew­ne­go stop­nia? Czy wspól­no­ta na­ro­do­wa może ist­nieć bez pa­ństwa albo przy­naj­mniej bez ży­we­go ru­chu dążące­go do po­li­tycz­nej nie­pod­le­gło­ści? Wszyst­kie te kwe­stie były i są przed­mio­tem do­cie­kań, wszyst­kie jed­nak omi­ja­ją to, co naj­istot­niej­sze, po­nie­waż opie­ra­ją się na za­ło­że­niu, że na­ród jest ja­kąś rze­czą, któ­ra ist­nie­je gdzieś tam w re­al­nym świe­cie i cze­ka, aż zo­sta­nie do­strze­żo­na, opi­sa­na, zde­fi­nio­wa­na i wy­ja­śnio­na. Tak jed­nak nie jest. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku in­nych głów­nych ha­seł na­sze­go po­li­tycz­ne­go słow­ni­ka (kla­sa, ka­sta, stan, rasa i tak da­lej), na­ród mo­żna naj­le­piej zro­zu­mieć, wy­obra­ża­jąc go so­bie jako skrzyn­kę, do któ­rej ró­żni lu­dzie nie­usta­jąco sta­ra­ją się wkła­dać ró­żne rze­czy, bez ko­ńca wal­cząc o to, co ma się w niej znaj­do­wać, jak po­win­no zo­stać uło­żo­ne oraz czy po­kryw­kę na­le­ży po­zo­sta­wić otwar­tą, czy za­mkni­ętą. Te pod­sta­wo­we po­jęcia za­wsze są przed­mio­tem walk i spo­rów: są re­to­rycz­ny­mi two­ra­mi, któ­rych lu­dzie uży­wa­ją, kie­dy chcą mó­wić o sile, przy­na­le­żno­ści, wła­dzy, dys­cy­pli­nie, wspól­no­cie czy za­an­ga­żo­wa­niu. Na­ród z pew­no­ścią ist­nie­je, ale tyl­ko tak, jak ist­nie­ją inne po­jęcia po­li­tycz­ne i spo­łecz­ne: jako na­rzędzia języ­ko­we, któ­rych lu­dzie uży­wa­ją, żeby nadać świa­tu zna­cze­nie, żeby świat zmie­niać i żeby świat kon­tro­lo­wać1.

1 Rzecz ja­sna, nie jest to ory­gi­nal­ny spo­sób opi­sy­wa­nia na­ro­du, w isto­cie od­zwier­cie­dla kon­sen­sus w śro­do­wi­sku na­uko­wym, bu­do­wa­ny od dzie­si­ęcio­le­ci. Omó­wie­nie ba­dań nad na­ro­da­mi i na­cjo­na­li­zmem mo­żna zna­le­źć w moim ar­ty­ku­le Po­dzwon­ne dla ba­dań nad na­cjo­na­li­zmem, [w:] Na­ród, to­żsa­mo­ść, kul­tu­ra. Mi­ędzy ko­niecz­no­ścią a wy­bo­rem, red. W. Bursz­ta, K. Ja­sku­łow­ski i J. No­wak, Sla­wi­stycz­ny Ośro­dek Wy­daw­ni­czy, War­sza­wa 2005, s. 79–89.

Co za tym idzie, „na­ród” – po­dob­nie jak inne ka­te­go­rie zwi­ąza­ne z to­żsa­mo­ścią – ni­g­dy nie jest czy­mś sta­tycz­nym. Mamy skłon­no­ść do wy­obra­ża­nia so­bie to­żsa­mo­ści jako ze­sta­wu cech, któ­re okre­śla­ją, kim je­ste­śmy, i de­ter­mi­nu­ją na­sze za­cho­wa­nia. W prak­ty­ce jed­nak ka­żde z nas ma bar­dzo wie­le to­żsa­mo­ści, któ­re przyj­mu­je­my i od­kła­da­my za­le­żnie od oko­licz­no­ści. Ży­dow­ski skle­pi­karz w Kra­ko­wie oko­ło 1900 roku, roz­ma­wia­jąc z sąsia­dem ka­to­li­kiem, praw­do­po­dob­nie jego na­zwa­łby „Po­la­kiem”, a sie­bie – „Ży­dem”. Gdy­by jed­nak ten sam skle­pi­karz udał się do Bu­da­pesz­tu od­wie­dzić ku­zy­na, od­kry­łby, że pod wie­lo­ma względa­mi jego pol­sko­ść od­ró­żnia go od węgier­skich krew­nych. Żeby rzecz jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wać, nasz skle­pi­karz mia­łby za­pew­ne często do czy­nie­nia z wła­dza­mi miej­ski­mi, wo­bec któ­rych wy­stępo­wa­łby jako ku­piec, a jego in­te­re­sy i po­trze­by wcho­dzi­ły­by nie­kie­dy w kon­flikt z in­te­re­sa­mi i po­trze­ba­mi do­staw­ców oraz klien­tów, nie­za­le­żnie od ich języ­ka i wy­zna­nia. Po po­wro­cie do domu roz­sądza­łby spo­ry mi­ędzy dzie­ćmi, przy czym w tym mo­men­cie naj­wa­żniej­sza by­ła­by jego rola ojca. Jego kon­tak­ty z żoną kszta­łto­wa­ły­by się pod wpły­wem norm okre­śla­jących role płcio­we, bar­dzo po­dob­nych jak w przy­pad­ku jego nie­ży­dow­skich sąsia­dów. Dzia­ła­cze na­cjo­na­li­stycz­ni za­wsze chcie­li (i chcą na­dal) móc po­ukła­dać wszyst­kich w ele­ganc­kich, schlud­nych prze­gród­kach, w któ­rych ka­żda oso­ba otrzy­ma jed­ną i tyl­ko jed­ną do­mi­nu­jąca to­żsa­mo­ść, po­zo­sta­jącą nie­za­le­żnie od oko­licz­no­ści pod­sta­wo­wym na­rzędziem sa­mo­okre­śle­nia. Inne to­żsa­mo­ści, o ile ist­nie­ją, trak­to­wa­ne są jako wtór­ne wo­bec to­żsa­mo­ści na­ro­do­wej. Tyle że w praw­dzi­wym ży­ciu to tak nie dzia­ła. Na­le­ża­ło­by ra­czej po­wie­dzieć, że to­żsa­mo­ść jest czy­mś, co ro­bi­my, a nie czy­mś, czym je­ste­śmy. Żad­na po­je­dyn­cza to­żsa­mo­ść ani przez cały czas, ani na­wet przez wi­ęk­szo­ść cza­su nie opi­su­je tego, kim je­ste­śmy. Być może brzmi to jak ba­nał. Kie­dy jed­nak już rze­czy­wi­ście uwew­nętrz­ni­my na­szą wie­dzę o tym, że je­ste­śmy isto­ta­mi wie­lo­wy­mia­ro­wy­mi, nie­ustan­nie pod­le­ga­jący­mi zmia­nom, wów­czas cze­ka nas grun­tow­na re­wi­zja spo­so­bu, w jaki opo­wia­da­my so­bie o prze­szło­ści.

Po­dob­nie jak wszel­kie tego ro­dza­ju na­rzędzia (i chwy­ty) re­to­rycz­ne, po­jęcie na­ro­du po­zo­sta­je uży­tecz­ne tyl­ko do­pó­ty, do­pó­ki po­tra­fisz prze­ko­nać in­nych, by uży­wa­li go mniej wi­ęcej w ten sam spo­sób. Mo­żesz swo­bod­nie twier­dzić, że na­le­żysz do na­ro­du dran­di­bia­ńskie­go – mo­żesz na­wet twier­dzić, że ja też do nie­go na­le­żę – o ile jed­nak nie prze­ko­nasz mnie, że Dran­di­bia ist­nie­je, a ta­kże że za­słu­gu­je na moją uwa­gę na tyle, że­bym uznał moje wo­bec niej zo­bo­wi­ąza­nia, po­zo­sta­niesz eks­cen­try­kiem. Po­dob­nie rzecz się mia­ła pod ko­niec xviii wie­ku: wie­lu lu­dzi uwa­ża­ło wów­czas, że gi­nąca Rzecz­po­spo­li­ta, pa­ństwo zre­for­mo­wa­ne przez Kon­sty­tu­cję 3 maja, pa­ństwo Sej­mu Wiel­kie­go i zło­tej wol­no­ści jest czy­mś wi­ęcej niż tyl­ko wspól­no­tą po­li­tycz­ną, czy­mś wi­ęcej niż je­dy­nie re­pre­zen­tant­ką in­te­re­sów szlach­ty. Twier­dzi­li, że ist­nie­je na­ród, na któ­rym wspie­ra się owa Rzecz­po­spo­li­ta (i vice ver­sa), z cze­go z ko­lei mia­ło wy­ni­kać, że pa­ństwo po­win­no słu­żyć in­te­re­som na­ro­do­wym. Jako że eli­ty Rze­czy­po­spo­li­tej mó­wi­ły po pol­sku i jako że Kró­le­stwo Pol­skie było w Rze­czy­po­spo­li­tej skład­ni­kiem sil­niej­szym, rzecz­ni­cy idei na­ro­do­wej na­zwa­li obiekt swo­jej czci „Pol­ską”. Nie było jed­nak by­naj­mniej prze­sądzo­ne i pew­ne, że ta idea się upo­wszech­ni. W rze­czy­wi­sto­ści pierw­si rzecz­ni­cy spra­wy na­ro­do­wej mie­li do po­ko­na­nia po­wa­żne prze­szko­dy. Osta­tecz­nie, po pra­wie stu la­tach ci­ężkiej pra­cy ide­olo­gicz­nej, mi­sjo­na­rzom na­ro­do­we­go świa­to­po­glądu uda­ło się prze­ko­nać wi­ęk­szo­ść (choć by­naj­mniej nie wszyst­kich) lu­dzi w oko­li­cach do­rze­cza Wi­sły, że są Po­la­ka­mi, że pol­sko­ść jest ka­te­go­rią po­li­tycz­ną i że Pol­ska jest czy­mś, o co wszy­scy po­win­ni dbać.

Na wie­ść o tym, że wład­cy z dy­na­stii Ro­ma­no­wów, Ho­hen­zol­ler­nów i Habs­bur­gów po­kro­ili na ka­wa­łki pierw­szą Rzecz­po­spo­li­tą, w ka­wiar­niach, sa­lo­nach i ga­bi­ne­tach dy­plo­ma­tów w ca­łej Eu­ro­pie za­wrza­ło. Był to bar­dzo po­wa­żny wy­pa­dek, na­wet je­śli (jak to już zo­sta­ło po­wie­dzia­ne wcze­śniej) nie­po­zba­wio­ny pre­ce­den­sów. Po­nie­waż to, co wie­my o prze­szło­ści, na ogół od­zwier­cie­dla per­spek­ty­wę wła­śnie tych lu­dzi, któ­rzy od­wie­dza­ją ka­wiar­nie, sa­lo­ny i ga­bi­ne­ty dy­plo­ma­tów, mo­że­my so­bie wy­ba­czyć, że prze­oczy­li­śmy pod­sta­wo­wy fakt: dla zde­cy­do­wa­nej wi­ęk­szo­ści Eu­ro­pej­czy­ków ży­jących w 1795 roku (w tym ta­kże dla zna­czące­go od­set­ka po­pu­la­cji za­miesz­ku­jącej samą Rzecz­po­spo­li­tą szla­chec­ką) do roz­bio­rów mo­gło­by rów­nie do­brze do­jść na Ksi­ęży­cu. Po­li­ty­ka nie na­le­ża­ła do spraw, któ­ry­mi „zwy­kli” lu­dzie za­zwy­czaj mu­sie­li się zaj­mo­wać, zwłasz­cza w tych częściach Eu­ro­py, w któ­rych na­dal ist­nia­ło pod­da­ństwo.

Tak więc nie było żad­ne­go na­tu­ral­ne­go po­wo­du, dla któ­re­go Rzecz­po­spo­li­ta nie mia­ła­by sko­ńczyć tak samo jak inne wspól­no­ty po­li­tycz­ne, któ­re w toku dzie­jów Eu­ro­py znik­nęły lub zo­sta­ły po­chło­ni­ęte przez sąsia­dów. Sta­ło się jed­nak ina­czej: nie umiesz­cza­my Pol­ski w tej sa­mej ka­te­go­rii co Sak­so­nię, Nor­thum­ber­land czy Ma­zow­sze. Ka­żde z nich jest dziś uzna­wa­ne za re­gion w ob­rębie pa­ństwa na­ro­do­we­go, nie zaś za od­ręb­ne pa­ństwo na­ro­do­we. Dla­cze­go? By­naj­mniej nie dla­te­go, że spo­łe­cze­ństwa Pol­ski i Li­twy były w 1795 roku po­wi­ąza­ne wspól­nym języ­kiem i kul­tu­rą. Na­wet je­śli człon­ków sta­nu szla­chec­kie­go łączy­ła po­dob­na kul­tu­ra, nie­za­le­żnie od tego, czy po­cho­dzi­li z Wiel­ko­pol­ski, Po­do­la czy Wi­le­ńsz­czy­zny, pod tą wąską war­stwą jed­no­rod­nej kul­tu­ry kry­ło się bo­gac­two kul­tu­ro­wej, re­li­gij­nej i języ­ko­wej ró­żno­rod­no­ści. Otóż klu­czo­wym po­wo­dem, dla któ­re­go Rzecz­po­spo­li­ta Oboj­ga Na­ro­dów mia­ła szan­sę na ży­cie po ży­ciu, był przede wszyst­kim przy­pa­dek, któ­ry spra­wił, że zgi­nęła w tym, a nie w in­nym mo­men­cie. Rzecz­po­spo­li­ta umie­ra­ła do­kład­nie w cza­sie, gdy po­jęcie na­ro­du na­bie­ra­ło zna­cze­nia – w samą porę, żeby mo­żna ją było opła­ki­wać w taki spo­sób, w jaki nie opła­ki­wa­no daw­nych kró­lestw i ksi­ęstw. Para słów: „lud” i „na­ród” po­ja­wia­ła się co­raz częściej w pu­blicz­nej re­to­ry­ce przez pra­wie cały wiek xviii, by osi­ągnąć szczyt w re­wo­lu­cyj­nej fali, któ­ra wznio­sła się w 1776 roku w Ame­ry­ce, w 1789 we Fran­cji i w 1791 w Rze­czy­po­spo­li­tej Oboj­ga Na­ro­dów. Kon­sty­tu­cję 3 maja uznać mo­żna za tekst za­ło­ży­ciel­ski ca­łko­wi­cie no­we­go pol­skie­go pa­ństwa na­ro­do­we­go, już w pierw­szych sło­wach po­wo­łu­jący Pol­skę do ży­cia: „W imię Boga w trój­cy świ­ętej je­dy­ne­go. Sta­ni­sław Au­gust, z bo­żej ła­ski i woli Na­ro­du król Pol­ski […], wraz z sta­na­mi skon­fe­de­ro­wa­ny­mi w licz­bie po­dwój­nej Na­ród Pol­ski re­pre­zen­tu­jący­mi”2. Nie był to praw­ny czy fi­lo­zo­ficz­ny mo­del Rzecz­po­spo­li­tej szla­chec­kiej, lecz praw­na rama pol­skie­go pa­ństwa na­ro­do­we­go, któ­re jesz­cze nie ist­nia­ło.

2 Ory­gi­nał Kon­sty­tu­cji 3 maja zo­stał zdi­gi­ta­li­zo­wa­ny przez Ar­chi­wum Akt Daw­nych i jest do­stęp­ny na: http://agad.gov.pl/?pa­ge­_id=1675. Pod­kre­śle­nie au­to­ra.

Do tej pory bo­wiem zde­cy­do­wa­na wi­ęk­szo­ść lu­dzi miesz­ka­jących w ob­rębie Rze­czy­po­spo­li­tej (poza szlach­tą) nie iden­ty­fi­ko­wa­ła się z pa­ństwem ani w ta­kim sen­sie, żeby uwa­żać je za „swo­je”, ani na­wet w ta­kim, żeby ra­do­wać się z jego zwy­ci­ęstw czy roz­pa­czać nad klęska­mi. W Rze­czy­po­spo­li­tej, przez znacz­ną część jej dzie­jów, to­żsa­mo­ści kul­tu­ro­we, spo­łecz­ne i oso­bi­ste dzia­ła­ły w jed­nej sfe­rze, a zo­bo­wi­ąza­nia po­li­tycz­ne – w in­nej (znów: z wy­jąt­kiem szlach­ty). Dzia­ło się tak nie tyl­ko dla­te­go, że pa­ństwo mia­ło sztyw­ną, hie­rar­chicz­ną struk­tu­rę spo­łecz­ną: by być bar­dziej pre­cy­zyj­nym, było to spo­łe­cze­ństwo zło­żo­ne z sa­mo­dziel­nych ca­ło­stek, z któ­rych ka­żda funk­cjo­no­wa­ła we­dług wła­snych za­sad, za­cho­wy­wa­ła wła­sne zwy­cza­je i sta­ra­ła się bro­nić wła­snych in­te­re­sów. Wi­ęk­szo­ść lu­dzi wie, że Ży­dzi miesz­ka­jący w Rze­czy­po­spo­li­tej mie­li pra­wo za­rządza­nia spra­wa­mi swo­jej wspól­no­ty i two­rze­nia od­ręb­nych in­sty­tu­cji, często jed­nak za­po­mi­na się, że we­dług tego mo­de­lu dzia­ła­ło w tym cza­sie całe spo­łe­cze­ństwo. Była to re­spu­bli­ca, w któ­rej nic nie było pu­bli­cum, do tego stop­nia, że ape­le o przed­kła­da­nie „do­bra wspól­ne­go” nad „in­te­re­sy lo­kal­ne” w za­sa­dzie nie mia­ły sen­su. Żeby mo­gło za­ist­nieć ja­kieś wspól­ne do­bro, trze­ba naj­pierw wy­obra­zić so­bie ist­nie­nie ja­kie­jś kon­kret­nej wspól­no­ty.

 

Za­kła­da­my często, że sejm Rze­czy­po­spo­li­tej re­pre­zen­to­wał na­ród, ta­kie my­śle­nie jest jed­nak ana­chro­nicz­ne. Owa tak wy­sła­wia­na in­sty­tu­cja z jej „zło­tą wol­no­ścią” nie była wła­dzą pra­wo­daw­czą we wspó­łcze­snym zna­cze­niu tego po­jęcia – była gru­po­wą re­pre­zen­ta­cją szlach­ty, a za­ra­zem or­ga­nem naj­wy­ższej wła­dzy. W Rze­czy­po­spo­li­tej sejm i sej­mi­ki ziem­skie (lo­kal­ne) na­le­ża­ły do szlach­ty, miesz­cza­nie mie­li rady miej­skie, Ży­dzi – gmi­ny, za­rządza­ne przez ka­ha­ły (a na po­zio­mie Rze­czy­po­spo­li­tej – Wa’ad, tak zwa­ny Sejm Czte­rech Ziem), du­cho­wie­ństwo mia­ło ku­rie bi­sku­pie i sądy ko­ściel­ne, na­wet chło­pi na mocy pra­wa zwy­cza­jo­we­go za­rządza­li wie­lo­ma lo­kal­ny­mi spra­wa­mi. Sejm Rze­czy­po­spo­li­tej szla­chec­kiej przed­sta­wia się często jako po­przed­ni­ka no­wo­cze­snych in­sty­tu­cji par­la­men­tar­nych i cho­ciaż z punk­tu wi­dze­nia ge­ne­alo­gii jest to w pew­nym sen­sie praw­da, za­ra­zem jed­nak jest to moc­no my­lące. Dzie­ja­mi sej­mu nie kie­ru­je żad­na we­wnętrz­na lo­gi­ka – nie ma jej zresz­tą ta­kże w pol­skiej hi­sto­rii po­li­tycz­nej – któ­ra wy­mu­sza­ła­by roz­sze­rza­nie praw wy­bor­czych na ko­lej­ne gru­py lu­dzi i we­jście na dro­gę wio­dącą ku no­wo­cze­snej de­mo­kra­cji. Wprost prze­ciw­nie, je­śli przyj­rzy­my się hi­sto­rii pol­skie­go ustro­ju i po­rów­na­my ją z hi­sto­ria­mi in­nych re­pu­blik, od sta­ro­żyt­nej Gre­cji po przed­wo­jen­ną Ame­ry­kę, do­trze do nas o wie­le bar­dziej nie­po­ko­jący fakt: swo­bo­dy nie­licz­nych zo­sta­ły wpro­wa­dzo­ne (przy­naj­mniej po części) po to, by ogra­ni­czyć swo­bo­dy wi­ęk­szo­ści.

Pod­da­ństwo nie jest do­kład­nie tym sa­mym co nie­wol­nic­two, ale chło­pi bez wąt­pie­nia nie byli lu­dźmi wol­ny­mi: pod­da­ństwo po­zba­wi­ło ich swo­bód oby­wa­tel­skich i praw­nych, pa­ńsz­czy­zna przy­wi­ąza­ła do ma­jąt­ków szla­chec­kich, w któ­rych miesz­ka­li, i fol­war­ków, któ­rych zie­mię zmu­sze­ni byli upra­wiać. Znacz­ną część (jeś­li nie wi­ęk­szo­ść) pra­cy wy­ko­ny­wa­li na rzecz pana. W od­nie­sie­niu do okre­su sprzed oświe­ce­nia (kie­dy in­te­lek­tu­ali­ści i po­li­ty­cy za­częli wpro­wa­dzać swo­je ra­dy­kal­ne no­win­ki) mó­wie­nie o „na­ro­dzie pol­skim”, któ­ry obej­mo­wa­łby za­rów­no pa­nów ziem­skich, jak i chło­pów, by­ło­by po­zba­wio­ne sen­su; w rze­czy­wi­sto­ści w tym okre­sie nie­któ­rzy uży­wa­li na­wet sfor­mu­ło­wa­nia „na­ród szla­chec­ki”, dla okre­śle­nia od­ręb­nej gru­py wła­da­jącej „na­ro­dem ple­bej­skim”. Chło­pi byli pod­da­ny­mi Rze­czy­po­spo­li­tej, szlach­ci­ce – jej oby­wa­te­la­mi. Aż do po­cząt­ków xx wie­ku sło­wa „oby­wa­tel” i „szlach­cic” były ca­łko­wi­ty­mi sy­no­ni­ma­mi.

Na­wet uży­cie sło­wa „pod­da­ny” w zna­cze­niu pod­da­ne­go Rze­czy­po­spo­li­tej jest w tym wy­pad­ku pew­ną prze­sa­dą, su­ge­ru­je bo­wiem, że chło­pi pod­le­ga­li pra­wom pa­ństwo­wym i że pra­wa te od­no­si­ły się do wszyst­kich w gra­ni­cach Rze­czy­po­spo­li­tej. Tak jed­nak nie było, a to dzi­ęki przy­wi­le­jom, któ­re szlach­ta zy­ska­ła w xv i xvi wie­ku. Sys­tem praw­ny Rze­czy­po­spo­li­tej opie­rał się na przy­wi­le­jach (sło­wo to po­cho­dzi od ła­ci­ńskie­go pri­vi­le­gium, któ­re po­wsta­ło z po­łącze­nia słów pri­vus – ‘oso­bi­ste’ i lex – ‘pra­wo’) w wi­ęk­szym stop­niu niż na pra­wach, a pod­sta­wo­we sta­tu­ty, ta­kie jak przy­wi­lej czer­wi­ński (któ­ry w 1422 roku wpro­wa­dził za­kaz ka­ra­nia – a ści­ślej, za­kaz kon­fi­sko­wa­nia ma­jąt­ków – bez wy­ro­ku sądo­we­go) czy przy­wi­le­je nie­szaw­skie (1454, żad­nych po­dat­ków bez przed­sta­wi­ciel­stwa) od po­cząt­ku po­my­śla­ne zo­sta­ły tak, że mia­ły do­ty­czyć je­dy­nie szlach­ty. Wi­ęcej na­wet: nie­któ­re przy­wi­le­je wpro­wa­dzo­no do­kład­nie po to, żeby szlach­ta mo­gła utrzy­mać kon­tro­lę nad chło­pa­mi, wol­ną od ja­kiej­kol­wiek in­ge­ren­cji cen­tral­nej wła­dzy kró­lew­skiej. Wol­no­ść sta­nu szla­chec­kie­go umo­żli­wi­ła pod­po­rząd­ko­wa­nie chło­pów i ze­pchni­ęcie ich w pod­da­ństwo. Zwie­ńcze­niem „zło­tej wol­no­ści” było po­twier­dze­nie w 1505 roku za­sa­dy ni­hil novi nisi com­mu­ne con­sen­su (nic no­we­go bez po­wszech­nej zgo­dy), czy też, mó­wi­ąc bar­dziej ko­lo­kwial­nie, nic o nas bez nas. „My” w tym ha­śle by­naj­mniej nie ozna­cza­ło ogó­łu lud­no­ści – od­no­si­ło się wy­łącz­nie do szlach­ty: in­ny­mi sło­wy, tak zwa­na kon­sty­tu­cja ra­dom­ska nie była pra­wem po­wszech­nym, lecz je­dy­nie po­twier­dza­ła przy­wi­le­je do­brze uro­dzo­nych. Co do­kład­nie szlach­ta chro­ni­ła, uchwa­la­jąc tę za­sa­dę? Na prze­ło­mie xv i xvi wie­ku ko­lej­ne przy­wi­le­je kró­lew­skie i ko­lej­ne kon­sty­tu­cje sej­mo­we prak­tycz­nie unie­mo­żli­wi­ły chło­pom zmia­nę miej­sca za­miesz­ka­nia bez zgo­dy pana ziem­skie­go, a mo­nar­chia wy­rze­kła się wszel­kiej wła­dzy nad tym, w jaki spo­sób pa­no­wie trak­to­wa­li swo­ich chło­pów. To ozna­cza­ło, że chło­pi nie mo­gli się już nad gło­wa­mi swo­ich pa­nów od­wo­ły­wać do sądów kró­lew­skich, a szlach­ta zy­ska­ła swo­bo­dę za­rządza­nia ma­jąt­ka­mi tak, jak to uwa­ża­ła za sto­sow­ne. Wol­no­ść szlach­ty zo­sta­ła za­tem nie­ro­ze­rwal­nie sple­cio­na z utra­tą wol­no­ści przez chło­pów. Nie trze­ba być mark­si­stą, by przy­znać, że nada­nie swo­bód sil­nym za­wsze wi­ąże się z ode­bra­niem ich sła­bym – już Ary­sto­te­les, pró­bu­jąc uspra­wie­dli­wić ist­nie­nie nie­wol­nic­twa, uznał je za ko­niecz­ny wa­ru­nek wstęp­ny sztu­ki, kul­tu­ry i po­li­ty­ki3.

3 Ary­sto­te­les, Po­li­ty­ka, 1, 1253b (wy­da­nie pol­skie w prze­kła­dzie Lu­dwi­ka Pio­tro­wi­cza, pwn, War­sza­wa 2006).

Nie ist­nia­ła żad­na oczy­wi­sta ani na­wet praw­do­po­dob­na ście­żka pro­wa­dząca od „Zło­tej Wol­no­ści” do po­wszech­nych swo­bód oby­wa­tel­skich gło­szo­nych przez osiem­na­sto­wiecz­nych re­wo­lu­cjo­ni­stów. W rze­czy­wi­sto­ści trze­ba było roz­wi­ązać fun­da­men­tal­ne sprzecz­no­ści tej pierw­szej, by móc w ogó­le wy­obra­zić so­bie te dru­gie. Nie­któ­rzy my­śli­cie­le epo­ki oświe­ce­nia do­ko­na­li tego sko­ku, re­in­ter­pre­tu­jąc prze­szło­ść Pol­ski tak, by roz­ci­ągnąć po­jęcie wol­no­ści na wszyst­kich i pod­wa­żyć całą struk­tu­rę pod­da­ństwa i pa­ńsz­czy­zny. O wie­le licz­niej­si byli jed­nak ci przed­sta­wi­cie­le szlach­ty, któ­rzy nie prze­sta­wa­li twier­dzić, że wol­no­ść „oby­wa­te­li” za­sa­dza się na po­li­tycz­nej hie­rar­chii: pra­ca osób po­zba­wio­nych wol­no­ści utrzy­my­wa­ła wąską gru­pę tych, któ­rzy an­ga­żo­wa­li się w po­li­ty­kę. Po­dob­nie jak wła­ści­cie­le ziem­scy na po­łud­niu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, pol­scy pa­no­wie lu­bi­li cy­to­wać grec­kie i (zwłasz­cza) rzym­skie źró­dła wy­chwa­la­jące cno­ty ustro­ju re­pu­bli­ka­ńskie­go – to nie przy­pa­dek, że ten mo­del re­pu­bli­ka­ni­zmu zo­stał wy­pra­co­wa­ny przez spo­łe­cze­ństwa wy­ko­rzy­stu­jące pra­cę nie­wol­ni­czą. Spra­wa wol­no­ści nie była by­naj­mniej tak oczy­wi­sta, jak mo­gło­by się wy­da­wać. Mo­żna zro­zu­mieć, cze­mu chłop w Rze­czy­po­spo­li­tej szla­chec­kiej ra­czej nie opła­ki­wał roz­bio­rów: chło­pi ży­jący w pod­da­ństwie nie tyl­ko byli w Rze­czy­po­spo­li­tej po­zba­wie­ni ja­kiej­kol­wiek wła­dzy, ich wy­klu­cze­nie było wręcz pod­sta­wą po­rząd­ku po­li­tycz­ne­go. Rzecz ja­sna, mo­car­stwa, któ­re do­ko­na­ły roz­bio­rów, nie­ko­niecz­nie były lep­sze, nikt za­tem nie za­mie­rza wy­chwa­lać upad­ku Rze­czy­po­spo­li­tej jako for­my wy­zwo­le­nia. Wi­ęk­szo­ści chło­pów w tym cza­sie cała zmia­na – jak się zda­je – była po pro­stu obo­jęt­na.