KarbalaTekst

Z serii: Linie Frontu
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Grzegorz Kaliciak

Karbala

Raport z obrony City Hall


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce i wewnątrz tomu pochodzą z archiwum żołnierzy II zmiany PKW IRAK

Copyright © by Grzegorz Kaliciak, 2015

Opieka redakcyjna Konrad Nowacki

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Małgorzata Poździk / d2d.pl, Edward Rutkowski / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-153-3

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Przykładowe dokumenty z misji 17 Batalionu Zmechanizowanego

Kolofon

Żołnierzom 17 Batalionu Zmechanizowanego, weteranom misji zagranicznych od czasów II wojny światowej, wszystkim żołnierzom polskich sił zbrojnych i ich rodzinom.

Nie z powodu trudności brak nam odwagi, to trudności pojawiają się, gdy nam jej brak.

motto kompanii FOX

Przez prawie sześć powojennych dekad polska armia nie brała udziału w działaniach bojowych. Symbolicznie za ostatnią bit­wę, w której polski żołnierz oddał strzały do wroga, uznawana była ta na ulicach Berlina w maju 1945 roku. I choć później nasze wojsko często uczestniczyło w misjach poza granicami kraju, to charakter tych działań lub ich przebieg sprawiały, że nie dochodziło do regularnych starć. Aż do kwietnia 2004 roku. Wtedy to w świętym dla szyitów mieście Karbala w środ­kowym Iraku garstka polskich żołnierzy, oblężona w dwupiętrowym budynku zwanym City Hall, stoczyła kilkudniową bitwę z wielokrotnie liczniejszymi oddziałami bojowników Muktady as-Sadra. To jest opowieść o tych wydarzeniach i ludziach, których hart ducha pozwolił zwycięsko zakończyć największą bitwę polskiego żołnierza od czasów drugiej wojny światowej.

Był to wysiłek zbiorowy i tylko dzięki temu udało się wyjść z bitwy nie tylko zwycięsko, ale co ważniejsze – bez strat. Dlatego z szacunku dla wszystkich biorących udział w operacji w poniższych wspomnieniach nie wymieniamy imion i nazwisk żołnierzy. Na pewno ktoś zostałby pominięty, a rola każdego z żołnierzy była równie ważna, tak samo kluczowa. Jedno niewłaściwe zachowanie, moment nieuwagi czy załamania mogły zagrozić nam wszystkim. Nikt jednak nie zawiódł. Dlatego wróciliśmy do kraju w komplecie.


Wspólne zdjęcie jednego z plutonów rozpoznawczych kompanii rozpoznawczej w Camp Lima (FOX 3)

1

Decyzję o udziale polskich wojsk w wojnie przeciwko Irakowi podjął prezydent Aleksander Kwaśniewski. Popierał go w tym premier Leszek Miller. Postanowienie o dołączeniu do George’a W. Busha i Tony’ego Blaira w wojnie przeciwko terroryzmowi uzasadniali niebezpieczeństwem, jakie miał nieść dla świata reżim Saddama Husajna. Irak rzekomo dysponował bronią masowego rażenia i wspierał na swoim terenie terrorystów z Al-Kaidy. Polska gospodarka, dzięki udziałowi naszego wojska w wojnie, miała, zdaniem premiera, urosnąć za sprawą późniejszych kontraktów związanych z odbudową Iraku. Decyzję podjęli politycy. Mleko się rozlało. Ktoś musiał pojechać. Wojsko nie podejmuje decyzji politycznych, lecz na nie reaguje.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

2

Obecność naszej armii w Iraku była wynikiem splotu wielu długotrwałych procesów politycznych, historii i bieżącej koniunktury. Saddam Husajn przez całe dziesięciolecia dyktatorskim szaleństwem terroryzował obywateli własnego kraju i państwa sąsiednie. W zależności od chwili i układu sojuszów państwom Zachodu raz to przeszkadzało, innym razem było na rękę. Z Irakiem Saddama Husajna handlowano ropą i bronią. Budowano mu rurociągi i drogi. W tym drugim wypadku znacząca była obecność nad Eufratem polskich przedsiębiorstw budowlanych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Pamięć o polskich budowlańcach i inżynierach jest do dziś żywa w Iraku, o czym wielokrotnie się przekonaliśmy.

O ile w latach osiemdziesiątych XX wieku podczas wojny iracko-irańskiej społeczność międzynarodowa nie podjęła interwencji zbrojnej, o tyle zamach Husajna na kuwejckie szyby naftowe spotkał się ze zdecydowanym sprzeciwem i akcjami militarnymi Pustynna Tarcza i Pustynna Burza.

Dla pokolenia obecnych czterdziestolatków tamta wojna w Zatoce była pierwszą wojną telewizyjną. Świat siedział przed ekranami i czekał na kolejne odcinki. Na przełomie 1990 i 1991 roku pod auspicjami ONZ zgromadzono na Półwyspie Arabskim siły kilkudziesięciu państw. Polska armia przyłączyła się do tej koalicji, wysyłając w rejon Zatoki Perskiej skromny personel militarny i okręty szpitalne.

Główny ciężar wysiłku bojowego wzięli wtedy na siebie Amerykanie, którzy w błyskawicznym tempie przegonili wojska irackie z Kuwejtu pod sam Bagdad.

Gromadzenie wojsk w Arabii Saudyjskiej, wyczekiwanie na uderzenie i wreszcie rozpoczęcie działań zbrojnych – wszystko to oglądane na żywo w telewizji robiło ogromne wrażenie. Uderzenia z odległości wielu kilometrów przedstawiane jako chirurgiczne, naloty myśliwców F-16, czołgi Abrams sunące po pustyni, trzydniowy blitzkrieg generała Normana Schwarzkopfa to była wojna XXI wieku. Sposób walki i użyte przez US Army środki techniczne boleśnie uświadamiały, w jakim miejscu była wtedy nasza armia i jej głównie po­radzieckie uzbrojenie.

To krótkie, ale intensywne doświadczenie powinno było zaowocować kilkanaście lat później, gdy wysłano nas do Iraku w ramach kolejnej międzynarodowej misji. Sprzęt, w który nas wyposażono na pierwsze miesiące pobytu, nie dawał jednak podstaw do stwierdzenia, by coś się zmieniło na lepsze. Po prostu pojechaliśmy z tym, co mieliśmy, wierni zasadzie, że jakoś to będzie.

Oczywiście to nie był pierwszy kontakt polskiego żołnierza z ziemią nad Tygrysem i Eufratem. Podczas naszej misji spotkaliśmy się z ciągle obecnymi pamiątkami po armii Andersa, która w latach czterdziestych, po wyjściu ze Związku Radzieckiego, stacjonowała w tym rejonie. A krótko przed pierwszą wojną w Zatoce piękną kartę w historii polskiego wojska zapisał zespół pułkownika Gromosława Czempińskiego, przeprowadzając z sukcesem wywiadowczą operację wywiezienia z Iraku amerykańskich pracowników CIA.

Saddam Husajn zachował władzę po operacji Pustynna Burza i przez wiele lat wydawało się, że mimo morderczych zapędów nie będzie w stanie zagrozić najbliższemu sąsiedztwu ani tym bardziej odległym rejonom świata. Innego zdania byli George W. Bush i Tony Blair.

3

Zamachy z 11 września 2001 roku rozpoczęły nową erę w politycznej historii świata i zupełnie nowy rozdział w historii wojskowości. Głównym wrogiem państwa była już nie narodowa armia innego kraju, lecz małe, luźno powiązane komórki przeróżnych organizacji militarnych i terrorystycznych, często bez centralnego przywództwa. Zagrożeniem była już nie liczebność, potęga wojsk czy nowoczesne uzbrojenie, lecz „niewidzialność” przeciwnika, jego mobilność, nieprzewidywalność i niewielki, a wręcz – w porównaniu z tradycyjnymi siłami zbrojnymi – mikroskopijny rozmiar grup bojowych. Przeciwko takim bojownikom wojna toczy się już od dwóch dekad. I trudno wskazać, kto ją wygrywa.

W niespełna dwa miesiące po ataku terrorystycznym z 11 września 2001 roku NATO rozpoczęło wojnę w Afganistanie przeciwko rządowi talibów.

Talibowie przejęli władzę w Kabulu pięć lat wcześniej, po drodze brutalnie rozprawiając się ze wszystkim, co nie pasowało do ich wizji porządku społeczno-religijnego. Według amerykańskich źródeł wywiadowczych to w obozach szkoleniowych w Afganistanie trenowali zamachowcy z 11 września, to stamtąd dowodził i organizował, także wcześniejsze zamachy w Kenii i Tanzanii, Osama bin Laden.

Państwa członkowskie NATO, w tym Polska, jednogłośnie uznały, że zaistniały warunki artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego: atak na jeden z krajów sojuszniczych został potraktowany jako atak na Sojusz w całości. Wrogiem Sojuszu stał się rząd talibów i grupy terrorystyczne ukrywające się w Afganistanie.

 

Akcję uderzeniową NATO przeprowadzono błyskawicznie. Już niespełna miesiąc po wydarzeniach z 11 września Afganistan został zaatakowany przez lotnictwo amerykańskie i brytyjskie. Ciężar działań lądowych wymierzonych w rząd talibów wziął na siebie Sojusz Północny – związek głównie tadżyckich i uzbeckich plemion zamieszkujących północną część Afganistanu. W połowie listopada fundamentalistyczny reżim w Kabulu został obalony. Amerykanie skupili wysiłek na swoim głównym celu: odnalezieniu Osamy bin Ladena. Atak na pozycje talibów w masywie jaskiń Tora Bora nie dał jednak pożądanych rezultatów. Główny poszukiwany najprawdo­podobniej ukrył się wtedy w sąsiednim Pakistanie.

Wojsko polskie włączyło się do misji w Afganistanie wios­ną 2002 roku. Operacja Enduring Freedom miała przywrócić spokojne życie w zrujnowanym kraju i ustabilizować jego sytuację społeczną, polityczną i gospodarczą. Pokonani talibowie na razie nie byli w stanie poważnie zagrozić wojskom Sojuszu Północnoatlantyckiego. Powołanie rządu tymczasowego dało złudną nadzieję na spokój w Afganistanie.

Rozpoczęta przez George’a W. Busha krucjata przeciwko terroryzmowi mogła być kontynuowana. Machina wojenna była już rozpędzona. Wzrok amerykańskiego wywiadu został skierowany na Irak i Saddama Husajna. Według amerykańskiego prezydenta i jego sekretarza obrony Donalda Rumsfelda Irak posiadał broń masowego rażenia i wspierał Al-Kaidę. Zachodziło niebezpieczeństwo użycia tej broni przez wojsko bądź grupy terrorystyczne.

4

Czy Irak posiadał broń masowego rażenia? Czy był to tylko pretekst do rozpoczęcia działań przeciwko Saddamowi? Jednym z celów naszej misji podczas służby w Iraku było zbieranie i zabezpieczanie broni. Z całą pewnością można powiedzieć, że Irak był państwem przemilitaryzowanym. Broń dosłownie się walała po składach, które zabezpieczaliśmy. W domach Irakijczyków pistoletów i karabinów, szczególnie AK-47, było mnóstwo. Podczas patroli i przejazdów zwiadowczych natrafialiśmy na całe sterty karabinów, granatników, amunicji – broni jak najbardziej konwencjonalnej. Ale śladu broni masowego rażenia nie odnaleziono do dzisiaj. Czy w Iraku była Al-Kaida? Wydarzenia z „naszej” wiosny w Iraku 2004 roku pokazały, że tak. Pojawiła się wkrótce po inwazji, zaraz po obaleniu Saddama.

Atak na Irak został przeprowadzony bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. Nie był też operacją NATO. Na wojnę z tym krajem wybrały się trzy kraje ścisłego sojuszu anglosaskiego, czyli USA, Wielka Brytania i Australia. Oraz Polska.

Ofensywę na Irak rozpoczęto równocześnie z powietrza i lądu 20 marca 2003 roku. Wojska amerykańskie i brytyjskie weszły do Iraku od południa, wspierane przez australijskich i polskich komandosów. Głównym celem sił specjalnych, w tym naszego GROM-u, było przejmowanie i zabezpieczanie punktów wydobycia, transportu, przerobu i przeładunku ropy naftowej. Nasi komandosi spisali się na medal. „Specjalsi” anglosascy również. Brawurowe akcje przejęcia obiektów infrastruktury naftowej zakończyły się sukcesem. Dzięki temu udało się uniknąć sytuacji z pierwszej wojny w Zatoce, kiedy to wojsko irackie wysadzało i podpalało szyby naftowe i punkty przerobu ropy, powodując gigantyczne zniszczenia i katastrofę ekologiczną.

Rajd armii amerykańskiej i brytyjskiej do Bagdadu był prawie tak łatwy i szybki jak dwanaście lat wcześniej. Mimo początkowego oporu wojsk irackich po niespełna miesiącu opanowano jednak główne miasta łącznie z Bagdadem. Oficjalnie operację wojenną zakończono 1 maja 2003 roku.

I podobnie jak w wypadku Afganistanu okazało się, że była to najłatwiejsza faza zaangażowania wojsk zachodnich na obcej ziemi.

Wraz z początkiem amerykańsko-brytyjskiej ofensywy kolejne państwa wyrażały ubolewanie z powodu użycia metody siłowej dla rozprawienia się z Irakiem i z powodu braku mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ dla tej operacji. Także państwa NATO wydawały komunikaty o „zaniepokojeniu sytuacją”. Prezydent Kwaśniewski był jednak zdania, że mandatem dla użycia środków siłowych były wielokrotne rezolucje Rady Bezpieczeństwa wzywające rząd iracki do rozbrojenia i grożące „poważnymi konsekwencjami” w razie niespełnienia żądań. Władze irackie oczywiście tych żądań nie spełniły. Tym samym znalazł się argument dla uczestnictwa naszego GROM-u w operacji Iraqi Freedom.

Po zdobyciu Bagdadu sytuacja się zmieniła i wielu przywódców zgłosiło akces swoich sił wojskowych do fazy stabilizacyjnej. Powstała koalicja złożona z dwunastu państw, w tym między innymi Danii i państw bałtyckich. Amerykanie podzielili Irak na cztery strefy odpowiedzialności. Dowództwo nad Międzynarodową Strefą Południowo-Centralną z Karbalą otrzymała Polska. Obszar strefy wynosił sześćdziesiąt cztery tysiące kilometrów kwadratowych. Latem 2003 roku wyleciały z Polski pierwsze kontyngenty wojsk.

Nie było mowy o możliwości utrzymania spokoju w tak dużej strefie polskimi siłami (pierwsza zmiana liczyła około dwóch tysięcy dwustu żołnierzy), dlatego do naszej strefy kierowano przysyłane coraz liczniej przez kolejne państwa kontyngenty wojskowe. Łącznie swoje siły do strefy międzynarodowej wysłały dwadzieścia trzy kraje. Były wśród nich państwa NATO, ale także tak egzotyczne, jak Salwador, Mongolia, Tajlandia czy Filipiny.

Początkowy, względnie spokojny okres „fazy stabilizacyjnej”, rzeczywiście miał charakter stabilizacyjny. Trudno było przypuszczać, by naród wymęczony dekadami dyktatury i kilkoma wojnami miał ochotę na zorganizowaną walkę. Chaos i niepewność to jednak najlepsza gleba dla ambitnych jednostek. Gdy Muktada as-Sadr, szyicki duchowny, zaczynał gromadzić wokół siebie zwolenników gotowych na wszystko, my przygotowywaliśmy się do wyjazdu w rejon Zatoki Perskiej.

5

Przez lata służby wojskowej nietrudno było trafić na kolegów, którzy mieli za sobą doświadczenia w misjach zagranicznych. Były to misje pod egidą ONZ w Bośni czy na pograniczu izraelsko-libańsko-syryjskim. Słyszało się różne historie, ale nie było wśród nich tych bitewnych. Koledzy ze wzgórz Golan mówili o spokojnie i miło spędzonym czasie. W tele­wizyjnych relacjach z Iraku rzadko jeszcze padały słowa o zamachach czy zamieszkach. W grudniu 2003 roku złapano Saddama.

Do Iraku jechali tylko ochotnicy. Różne były motywacje tych, którzy się zaciągnęli. Na pewno jedną z nich były pieniądze. Ale czy jedyną? Za miesiąc służby w Iraku jako dowódca kompanii otrzymywałem tysiąc osiemset dolarów. Moi żołnierze mniej. Dużo czy mało? Na pewno dla wielu były to kuszące zarobki. Bezrobocie w kraju było dość spore, misja w ramach zmiany to jednak nie praca na lata. W tym samym czasie w Londynie za barem dostawało się tysiąc funtów. Czyli podobnie jak u nas. Tyle że na naszą pracę składało się patrolowanie ulic Karbali, zabezpieczanie składów amunicji, zabezpieczanie miejsc zgromadzeń, wydawanie darów, reagowanie na zamachy terrorystyczne, udzielanie pomocy rannym, walka z bojownikami, namierzanie snajperów. Na pewno wielu traktowało to jak przygodę, inni jak wyzwanie. Jeszcze inni widzieli w tym krok naprzód w karierze żołnierza, nowe doświadczenie. Wojsko to misja, ale wojsko to też zwykła codzienna praca. Jedni chodzą do biura czy fabryki, inni na poligon. Ci z biura mają swoją ścieżkę awansu, ci z fabryki swoją, więc swoją ma też i żołnierz. Kto chce być lepszy w tym, co robi, korzysta z okazji do nauki.

Lepiej, żeby pojechał żołnierz dobry niż żołnierz słaby. Dobrze, by pojechał ktoś, kto chce się czegoś nauczyć i potem tę naukę przekazać innym. Dobrze, by Polski w razie wybuchu wojny bronili żołnierze, którzy coś potrafią.

Chętnych do wyjazdu było sporo. Wybierano spośród żołnierzy zawodowych i nadterminowych. Wielu ochotników odpadło w czasie badań. Nasza grupa miała do końca problem z obsadą podstawowych stanowisk. Mieliśmy dosyć oficerów, ale brakowało żołnierzy do pojazdów rozpoznawczych BRDM. Załogę udało się uzupełnić na sam koniec, przed wyjazdem. Czasu, by się zgrać i dobrze poznać, już nie starczyło.

Misja stabilizacyjna miała być jak robota policyjna. Patrole uliczne, zbiórka broni, ochrona budynków. Nikt nie przypuszczał, że akurat na naszej zmianie polski żołnierz stanie po raz pierwszy od wielu dekad do regularnej bitwy.

Ale zanim do tego doszło, wysłano nas na szkolenie.

Szkolenie miało kilka etapów i było prowadzone w różnych miejscach. Na potrzeby Polskiego Kontyngentu Wojskowego drugiej zmiany w Iraku utworzono 17 Batalion Zmechanizowany. Jednostką formującą była 17 Wielkopolska Brygada Zmechanizowana z Międzyrzecza, lecz w skład batalionu weszli ochotnicy z ponad sześćdziesięciu jednostek wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Batalion liczył trzystu dwudziestu żołnierzy. W batalionie znalazł się również konsultant do spraw psychoprofilaktyki. Był też zespół działań psychologicznych, który przygotowywał materiały dla miejscowej ludności: ulotki lub nadawane przez głośnik z samochodu terenowego Honker apele i informacje.

W armii nikt nie wiedział, jak w praktyce będą wyglądały nasze zadania, bo nikt wcześniej niczego podobnego nie robił. Owszem, mówiono nam, że będą patrole, zabezpieczanie konwojów, składów amunicji i tak dalej. Ale nie było w polskim wojsku ludzi, którzy mieli jakiekolwiek doświadczenia w tym zakresie. Dlatego z braku praktycznej znajomości warunków irackich pierwszy etap szkolenia przeprowadziła w Międzyrzeczu amerykańska Gwardia Narodowa z ­Illinois. Byli to doskonale przygotowani instruktorzy, zaznajomieni z sytuacją i warunkami Bliskiego Wschodu. Uczyli nas, jak patrolować ulice miast, jak organizować punkty kontroli – checkpointy, jak ochraniać transporty. Szkolenie było tak wartościowe, że po wzbogaceniu go o nasze późniejsze doświadczenie wyniesione ze służby w Iraku, amerykańscy instruktorzy nie byli już więcej potrzebni. Kolejne zmiany wojsk w Iraku były szkolone przez wracających naszych żołnierzy.

O ile szkolenie przez Amerykanów napawało optymizmem i wiarą w ich profesjonalizm, o tyle część szkoleń, które przeszliśmy podczas etapu w Kielcach, mogła zachwiać wiarę, czy dobrze robimy, wybierając się w gorący rejon świata. Kadra kieleckiego Ośrodka Szkolenia na potrzeby Sił Pokojowych w owym czasie miała dobre przygotowanie i rozeznanie w sytuacji krajów byłej Jugosławii, Syrii czy Libanu. Ich wiedza o Iraku wtedy była jednak jeszcze niewielka. Szczególnie zajęcia z profilaktyki zdrowia i zagrożeń czekających nas na miejscu były dość ubogie, żeby nie powiedzieć zniechęcające. Lekarze mało wiedzieli o Iraku i chorobach tam panujących. Raczej kwitowali całość swoich wysiłków retorycznym pytaniem: „Po jaką cholerę wy tam jedziecie?”.

Dobrze za to spisali się kulturoznawcy i religioznawcy. Zorganizowano nam nawet spotkanie z polskimi muzułmanami, którzy wyjaśniali zawiłości świata islamu, podział na szyitów i sunnitów, sposób zachowania w świętych miejscach. Dużo dowiedzieliśmy się o obyczajach i mentalności mieszkańców Iraku, o tym, jak z nimi rozmawiać, by ich nie urazić. Mieliśmy też zajęcia z arabskiego, podczas których nauczono nas podstawowych zwrotów.

Fachowo przeprowadzono też zajęcia saperskie. Do nich nie potrzeba bogatych doświadczeń regionalnych. Domowej roboty miny i bomby wyglądają tak samo na Bliskim Wschodzie, w Jugosławii czy Afryce.

Armia przygotowała też dla wyjeżdżających bardzo pomoc­ną książeczkę. Pełen przydatnych wiadomości Irak. Vademecum żołnierza. Długie czasy przejazdów i przelotów do Iraku powodowały, że żołnierze chętnie sięgali po coś, co im ten czas umilało. A książeczka była pod ręką. I za tę książeczkę armii należy się słowo pochwały.

Prosto, ale precyzyjnie opisywała iracką historię, sprawy religijne i konflikty z tym związane, zasady zachowania się w obecności kobiet (nie chwalić żony gospodarza, nie rewidować osobiście, unikać przebywania sam na sam, nie wpatrywać się) czy w miejscach sakralnych. Zawierała też cenne wskazówki, których zapamiętanie mogło uratować życie. Były tam porady, co robić po ukąszeniu przez węża lub pająka, czy jak radzić sobie ze stresem. Ale były i ważne przestrogi, jak na przykład ta, by wzmóc uwagę w miejscu publicznym, w którym nie ma dzieci. Brak dzieci w powszechnie uczęszczanym miejscu, w którym zatrzymał się patrol, może być bowiem syg­nałem o planowanym zamachu.

Cenne doświadczenia zebraliśmy też w Bielsku-Białej, gdzie przeszliśmy szkolenie z zakresu ochrony obiektów sakralnych.

 

Z powodu organizacyjno-technicznych słabości nie mogliśmy niestety liczyć na wymianę doświadczeń ze stacjonującymi już w Iraku polskimi oddziałami. To nie był jeszcze czas powszechnego internetu i telefonii komórkowej. A raporty miały cykliczność kwartalną. Jeśli zatem coś wydarzyło się w grudniu, armia przetrawiała to w marcu, kwietniu.

Pierwsze dwie zmiany polskich wojsk, które wyjechały do Iraku, nie poradziłyby sobie bez wsparcia Amerykanów. Nie tylko logistycznego, ale i szkoleniowego. Wojsko Polskie niewiele wiedziało o miejscu, w które wysyła swoich żołnierzy, o metodach wykonywania zadań, które na siebie wzięło, i nie było przekonane co do tego, że w ogóle dobrze robi, angażując się w tak trudną misję. Decyzje jednak zapadały gdzie indziej, a uspokajająca się mimo wszystko sytuacja w Iraku pozwalała mieć nadzieję, że będzie dobrze na tej „misji stabilizacyjnej”. Nasze szkolenie miało trwać sześć miesięcy. Trwało dwa.