Purpurowe motyle. Warszawski świt

Tekst
Z serii: Purpurowe motyle #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Purpurowe motyle. Warszawski świt
Purpurowe motyle. Warszawski świt
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 13,98  11,18 
Purpurowe motyle. Warszawski świt
Purpurowe motyle. Warszawski świt
Audiobook
Czyta Mirella Biel
9,99  7,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pola Neska

Purpurowe motyle 2

Saga

Purpurowe motyle 2

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Pola Neska i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726842135

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Podeszła do niego. Zupełnie naga. Uwielbiał jej pewność siebie i to, że nie krępowała się swojego ciała. Przechadzała się po ich sypialni lekko i swobodnie poruszając przy tym biodrami, jak żaglówka zakotwiczona w przystani, która poddaje się swobodnym falom jeziora. Wszystko było w niej teraz łagodne, a jednocześnie wyczuwało się lekkie zniecierpliwienie w jej ruchach. Cały pokój wypełniało napięcie. Czekała na coś ważnego, co miało nastąpić za chwilę. Obydwoje dobrze wiedzieli, co przyniesie noc. Obydwoje pragnęli tego równie mocno. Uśmiechnęła się do niego zalotnie. Postanowił wydłużyć jeszcze tę chwilę. Uwielbiał rozgrzewać jej zmysły, z kolei ona lubiła, kiedy kazał na siebie czekać.

- Powieszę go w szafie – wyciągnęła rękę przed siebie. Jej sutki, czerwone i sterczące patrzyły na niego z tęsknotą i oczekiwaniem.

Podał jej mundur, który zdjął wcześniej i starannie przełożył przez drewniane i szerokie ramiona wieszaka. Kiedy oddawał jej go, wierzchem prawej dłoni otarł się o jej prawą pierś, gorącą i nabrzmiałą. Poczuł tak znajome mu ciepło ciała Ady. I, choć od dawna nie miało ono przed nim żadnych tajemnic, chociaż znał je jak własnego siebie, to kusiło go wciąż z tą samą intensywnością. Pragnął ją posiąść, zanurzyć się w niej, zakotwiczyć jak statek wpływający do znanej przystani. Była mu przeznaczona. Wracał do niej z taką samą tęsknotą i pragnieniem, jakby czas dla nich nie istniał, jakby zatrzymali ziemię i trwali zawieszeni w przestworzach wszechświata. Ich sypialnia była ich mikrokosmosem. Niczego nie potrzebowali i nie pragnęli bardziej i mocniej, niż samych siebie.

Skóra Ady lśniła od balsamu, który pachniał jaśminem kwitnącym w czerwcu. Nigdy wcześniej nie zwracał uwagi na krzewy, które rosły wokół. Dopiero, kiedy zamieszkali w nowoczesnej kamienicy na Żoliborzu zrozumiał, co znaczą kwitnące rośliny.

To była ich pierwsza noc w nowym mieszkaniu. Był koniec maja i okna sypialni mieli szeroko otwarte. Powietrze, duszne i ciężkie nie dawało im spać. Kochali się czule, jak zawsze, jak gdyby jutro miało nie istnieć i ktoś cudem zesłał im ostatnią noc, którą mogli spędzić wspólnie. Zawsze oddawali się sobie z taką samą intensywnością i zaangażowaniem. I kiedy leżeli nago na nowym łóżku, a ich ciała splecione w uścisku dwojga kochanków zdawały się oddychać jednym sercem, a nie dwoma, kiedy starali się uspokoić zdyszane oddechy i zdrzemnąć, kiedy ich ciężkie powieki zamykały się samoistnie zmęczone nocą nagle obydwoje, w tym samym momencie zrozumieli, że w ich nowym mieszkaniu jest coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyli.

- Czujesz to? – spytał otwierając oczy i spoglądając w noc.

- Czuję – wciągnęła mocniej powietrze nosem – Obłędny zapach.

- To twoje perfumy?

- Nie sądzę – odwróciła się do niego bokiem i przytuliła mocniej.

- To co tak pachnie? – zamknął oczy i zanurzył twarz w jej włosach, gładkich i długich.

- Jaśmin… – pocałowała go w usta – Zauważyłam, że rośnie w dzikich kępach przy wyjściu do podwórka z drugiej strony kamienicy.

- Naprawdę? – szepnął – Nic tam nie widziałem. Myślałem, że to zwykłe krzaki.

- Bo to są zwykłe krzaki. Zielone, z długimi, przerośniętymi i powyginanymi gałązkami. Nic specjalnego w każdym razie. Wygląda całkiem niepozornie.

- No to nic dziwnego, że nawet go nie zauważyłem. Ale jak na zwyczajny krzew to pachnie bardzo mocno.

- Podoba ci się ten zapach? – oparła głowę na ramieniu.

- Bardzo.

- Niektórzy uważają, że jest zbyt intensywny i nie daje spać. – dodała szeptem.

- Nam to chyba nie będzie przeszkadzać. I tak nie śpimy zbyt często, prawda? – pocałował jej pierś. - Od kiedy tak znasz się na kwiatach?

- Nie znam się, przecież wiesz – odgięła głowę do tyłu – Po prostu pewnego dnia, zaraz po tym jak kupiliśmy ten apartament przyjechałam tu odebrać klucze do piwnicy. Pamiętam, że wtedy zdaje się miałeś lot do Singapuru?

- Aha… - nie przestawał bawić się językiem, którym pieścił jej sutki.

- Tamten agent z biura nieruchomości, który czekał na mnie z kluczami powiedział, że musi mnie o czymś uprzedzić. Przestraszyłam się, że chodzi o jakąś wadę techniczną, czy coś w tym stylu. A on zdradził mi tajemnicę tego zapachu. Wtedy dopiero zaczynał kwitnąć. Powiedział, że niejako w bonusie do mieszkania w tej okolicy dostaliśmy w gratisie ten niezwykły aromat unoszący się w powietrzu wiosną. Powiedział, że rośnie tu dziki gaj bzów i jaśminów. Podobno zasadzili je jeszcze przed wojną, i że one bardzo intensywnie kwitną w czerwcu i, żebym się nie zdziwiła, jak nie będziemy mogli spać. Ponoć można od tego zapachu nawet dostać migreny. Jak myślisz, kochanie, czy to nam grozi?

Nie odpowiedział. Całował jej ciało, które na powrót było rozbudzone i chętne, jakby noc miała nie mieć końca.

O świcie obudził ich zapach jaśminowych krzewów zmieszany z wonią lilaków, który wdzierał się przez otwarte okna, intensywny i słodki. Poranne słońce sprawiało, że kwiaty właśnie wtedy pachniały najpiękniej. Wydawało się, że cała Warszawa tonie od tej woni.

Teraz, kiedy Ada stała odwrócona do niego tyłem chowając jego mundur do szafy znowu poczuł tamten znajomy zapach. Jednak tym razem to nie kwiaty za oknem pachniały, ale jej skóra.

- Wezmę prysznic – powiedział składając niespodziewanie pocałunek na jej nagim ramieniu.

Drgnęła poruszona bliskością jego warg.

Kiedy Zbyszek zniknął za drzwiami łazienki zgasiła górne światło i położyła się na łóżku. Leżała na białym prześcieradle i patrząc za okno uniosła do góry głowę. Niebo było granatowe, usłane gwiazdami. Wyglądało jak kotara, na której czarnoksiężnik rozsypał garść diamentów. W taką noc grzechem było spać.

Tymczasem Zbyszek wyszedł spod prysznica i chwycił biały ręcznik, który czekał na niego przewieszony przez srebrną rączkę przytwierdzoną do ściany. Spojrzał w lustro. Było mocno zaparowane. Uwielbiał brać gorący prysznic. Czasami podkręcał temperaturę do granic wytrzymałości. Jak mały chłopiec, który startuje w wyimaginowanych zawodach ścigał się sam ze sobą i sprawdzał, ile da radę wytrzymać. Bywało, że zaciskał wargi z bólu i bał się, że strumień wrzątku może tym razem zostawić bliznę po oparzeniu. Jednak nigdy tak się nie stało. Sauna, która powstawała w wyniku wrzącej pary unoszącej się, aż pod sam sufit łazienki działała na niego kojąco i była najlepszym lekarstwem w regeneracji po długim locie.

Wyciągnął dłoń przed siebie i przejechał nią po zaparowanym lustrze. Jego powierzchnia była zimna, a dłoń rozgrzana. Para szybko ustępowała i spływała grubymi smugami wprost do okrągłej umywalki o nieregularnych kształtach w kształcie misy.

Uchylił drzwi łazienki, które wychodziły bezpośrednio na ich sypialnię. Był nagi. Stał w lekkim rozkroku boso na białych kafelkach, którymi wyłożona była podłoga. Skóra na całym ciele zarumieniła się lekko od pocierania szorstkim ręcznikiem. Uwielbiał to uczucie. Nie znosił delikatnych ręczników. Po kąpieli zawsze porządnie wycierał się do sucha szorstką bawełną. Uważał, że to taki sposób jest najlepszy do pobudzenia krążenia. Ostatnio nie znajdował czasu, by odwiedzać siłownię i wmawiał sobie, że takie wycieranie ciała po prysznicu zastępuje chociaż odrobinę wysiłek fizyczny. Wiedział, rzecz jasna, że to nie prawda i że to zdecydowanie za mało, by mówić o jako takim dbaniu o kondycję fizyczną, ale lubił w to wierzyć. Poza tym po tak zakończonej kąpieli czuł się fenomenalnie.

Mokry ręcznik przewiesił przez umywalkę i wszedł do sypialni.

Ada siedziała na brzegu łóżka. Naga, spokojna, oczekująca go całym ciałem. Na jej kolanach spoczywał woreczek z czarnego welwetu. Był pusty. Trzymała w dłoniach owalny wibrator z dziurką w środku, który przywiózł jej w prezencie. Był czarny i smagły. Z daleka wyglądał jakby był odlany z kremowej czekolady, która pomimo tego, że zastygła to nadal świeciła się jakby wciąż była gorącą, lepką mazią. Obserwował ją w milczeniu. W pewnej chwili Ada uniosła krążek i założyła go na palec wskazujący. Wyglądał teraz jak gruby pierścień, cieńszy dołem i masywnie rozszerzający się ku górze. Kciukiem szybko odnalazła niewielkie wgniecenie znajdujące się pod silikonową powłoką, u podstawy pierścienia, które przycisnęła. Urządzenie zaczęło delikatnie wibrować na jej palcu wydając przy tym cichutki dźwięk przypominający brzęczenie komara. Zaczęła masować nim lewą dłoń, którą miała szeroką otwartą. Uśmiechnęła się obracając pierścień. Uniosła rękę, przechyliła lekko głowę na lewą stronę i przyłożyła okrągły wibrator do szyi.

Podszedł i usiadł tuż za nią. Udami objął jej pośladki. Patrzył na jej plecy, szczupłe i wąskie. Zbliżył twarz do jej karku i pocałował. Drgnęła.

- Jesteś mokry… - szepnęła.

Gładził jej nagie ramiona. Patrzył na nią zza jej głowy na piersi, które z tej perspektywy sprawiały wrażenie nieco mniejszych, niż były w istocie. Uwielbiał do nich wracać po długim rozstaniu spowodowanym jego pracą.

 

- Widzę, że już zdążyłaś zapoznać się z prezentem, który ci przywiozłem…

Poczuła na ramieniu muśnięcie jego warg.

- Trochę przypomina pierścionek – powiedziała.

- Nazywają go pierścieniem rozkoszy.

- Dobra nazwa. Mam nadzieję, że jest tego warta – uśmiechnęła się.

- Zaraz się o tym przekonamy.

Odwróciła się do niego przodem. Patrzyła na jego twarz, której tak bardzo pragnęła.

- Tak bardzo tęskniłam… - powiedziała zbliżając usta do jego nieznacznie rozchylonych warg – Tak bardzo mi ciebie brakowało…

- Już jestem. Cały twój…Cały dla ciebie…

- Nie masz pojęcia, jakie noce potrafią być samotne bez ciebie. Do bólu…

- Ja także tęskniłem.

Ich usta spotkały się w długim, namiętnym pocałunku. Wyglądali jak młodzi kochankowie, których namiętność połączyła niedawno, a nie jak małżeństwo z kilku letnim stażem. Wciąż byli w sobie zakochani, ciągle pragnęli siebie tak samo mocno, jak wtedy, gdy się poznali. Ich ciała zdawały się być sobą nienasycone, pomimo tego, że znali się od dawna. Było to niezwykłe, zarówno dla niej, jak i dla niego. Zdawali sobie z tego sprawę i bardzo to cenili wiedząc, że są szczęśliwcami, których to spotkało. Większość ich znajomych nudziło się sobą po kilku latach, małżeństwa nawet tak młode stażem, jak ich rozpadały się. A oni, jak samotne żaglowce na oceanie wciąż płynęli razem w tym samym kierunku, pokonując przeciwności, które los tak jak wszystkim rzucał im pod nogi.

Świeca stojąca na nocnym stoliku przy ich łóżku płonęła cieniutkim, wzbijającym się ku górze płomieniem. Pachniała kadzidłami, ale zapach ten był niezwykle delikatny, prawie ledwo wyczuwalny. Z sąsiedniego pokoju dochodziły ciche dźwięki spokojnej muzyki sączącej się z głośników. Był wdzięczny Adzie, że wszystko tak skrupulatnie przygotowała. Ich noce były przez to czymś wyjątkowym, rytuałem, który przypominał wizytę w świątyni szczęścia. Wszystkie te drobiazgi, zapachy, muzyka, przyciemnione światło, wszystkie te wydawać by się mogło mało znaczące drobiazgi składały się na całość układanki, która łączyła ich namiętne noce. I każdy z tych elementów był dla nich istotny i godny zadbania. W końcu chodziło o to, by sprawić sobie przyjemność w jak najlepszych warunkach dla nich obojga. Ich wspólna sypialnia była warta tego, by traktować ją z jak najwyższym uznaniem.

Pozwoliła, by całował jej ramiona, by okrężnymi ruchami masował jej plecy. Czuła, jak zaczyna je delikatnie drapać opuszkami palców. Uwielbiała te zadrapania, czasem całkiem mocne, na granicy bólu, które doprowadzały ją do rozkoszy. Zbyszek wiedział o tym doskonale, znał ją i umiał samymi paznokciami doprowadzić ją prawie do orgazmu. Tymczasem wsunął dłonie pod jej włosy, tak gdzie łagodną falą opadały na kark. Teraz obejmował dłońmi jej czaszkę, delikatnie drapiąc skórę. Mruczała przy tym jak kotka poddając się jego rękom, na których kładła głowę. Całował jej zamknięte powieki, czoło i nos. Kiedy odwróciła się do niego przodem objął ustami jej piersi. Były nabrzmiałe i gorące. Czubkiem języka dotykał sutka, który stawał się coraz bardziej napięty. Zdawało mu się, że czuje jego drganie od uderzeń serca Ady. Jej dłonie obejmowały go w pasie, masowała jego skórę łaskocząc go zmysłowo i najczulej. Po chwili dłonie Ady dotknęły jego penisa. Był naprężony i sztywny. Objęła go całą dłonią i zaczęła go masować ruchami z góry na dół, powoli jednak uważając, by nie rozbudził się zbyt szybko.

Odnalazła jego wzrok, wilgotny i lekko rozmyty. W jego niebieskich źrenicach odbijał się teraz płomień tlącej się świecy. Patrzyli na siebie tak, jakby poznali się poprzedniego dnia, odkrywając się na nowo.

- Jak udał się lot, panie kapitanie? – uniosła nieznacznie kąciki ust w zmysłowym uśmiechu.

Uwielbiał, kiedy szeptała mu do ucha. Była przy tym niezwykle podniecająca, a jej głos, jego niska barwa i ton łaskotały go i pobudzały wyobraźnię.

- Lot odbył się prawidłowo – odpowiedział pozwalając jej całować jego szyję.

- A lądowanie?

- Odbyło się zgodnie z przepisami – przełknął ślinę. Jego grdyka uniosła się i opadła. Poczuł na niej jej delikatne usta.

- Ach te przepisy – szepnęła – Są takie szczegółowe i dokładne…

- Wszystko po to, by zapewnić pasażerom maksymalne warunki do bezpiecznego odbycia lotu.

- Jest w nich tyle paragrafów, tyle podpunktów… - przechyliła głowę.

Zbyszek w tym czasie objął ją w pasie dłońmi i zszedł pocałunkami poniżej jej brzucha. Szukał łona Ady, a ona w tym czasie wyginała ciało uciekając biodrami.

- Panie pilocie, nie tak natarczywie! – zaśmiała się i oswobodziwszy się z jego objęć uciekła na drugą połówkę ich łóżka.

- Ależ pani magister! – skoczył za nią jednym susem – Proszę nie uciekać.

- Nigdzie nie uciekam, staram się po prostu w spokoju pana wysłuchać. Przepraszam, ale nie dosłyszałam zamówienia. O, co pan właściwie prosił? Tabletki czy syropek może?

- Wszystko jedno, pani magister – czołgał się po prześcieradle coraz wyżej całując jej stopy, łydki i kolana.

- Panie pilocie, to nie jest wszystko jedno, zapewniam pana…

- Z pani rąk, pani magister, wszystko będzie cudownym ozdrowieniem.

- Tak pan myśli? – przekomarzała się z nim dalej rozchylając uda.

- Właściwie boli mnie trochę gardło… - szepnął.

- Proszę się nie martwić, to nic takiego. Mam na szczęście doskonały syrop, który powinien panu pomóc…

- Syrop… – powtórzył – Tak, on powinien mi pomóc…

- Zaraz go panu przepiszę…

- To nie będzie potrzebne – musnął czubkiem nosa jej łechtaczkę.

- Jak to…?

- Już go mam. Za chwilę będzie na moim języku, pani magister…

Jęknęła nie mogąc dłużej opierać się mu i odchyliła głowę. Miała zamknięte powieki, a dłońmi obejmowała jego głowę.

Jego język lizał teraz jej cipkę. Najpierw obejmował ustami jej boki, by ostatecznie masować czubkiem języka jej środek. Czuła, jak rozpiera ją rozkosz, jak krew wypełnia dół jej brzucha, jak rozpływa się w każdą szczelinę jej ciała. Zrobiła się tam śliska i wilgotna. Nagle Zbyszek odchylił głowę od jej krocza. Patrzył teraz na nią tam jakby podziwiał najpiękniejszy obraz w galerii. Palcami ostrożnie rozchylił jej wargi, które były delikatne niczym płatki róży w rozkwicie. Bawił się przesuwając palec wskazujący prawej dłoni wzdłuż jej krocza, nie odrywając od niego oczu ani na chwilę. Jęczała słodko, kiedy dotykał splotu łona, gdy opuszek palca łagodnie osiadał na jej nabrzmiałej łechtaczce. Pragnęła, by został w tym miejscu dłużej, by masował ją, aż do szczytu rozkoszy. On jednak powoli zjeżdżał palcem w dół pozwalając jej na chwilowe ostygnięcie. Tej nocy miał ochotę na dłuższą zabawę i nie chciał kończyć jej zbyt szybko. Była to bardzo ryzykowna gra, przypominająca taniec na stromym, śliskim od deszczu dachu wysokiego budynku. Wystarczył jeden ruch za daleko i cała zabawa mogła niespodziewanie skończyć się szybciej, niż tego się spodziewali.

Uniósł głowę nad jej udami i spytał:

- Gdzie jest nasza nowa zabawka, pani magister?

Skorzystała z tej okazji. Obróciła się na bok i wypinając ku jego twarzy swoją pupę sięgnęła po owalny wibrator, który Zbyszek wcześniej jej podarował. Uniosła go i włączyła. Zaczął przyjemnie wibrować. Był niewielki, mieścił się w dłoni. Kiedy objęła go palcami poczuła przyjemne fale, które rozlewały się, aż po łokieć.

Leżała cały czas na boku. Zbyszek przywarł do jej pleców całym ciałem, objął jej biodra swoimi. Uniósł przy tym prawą nogę i ostrożnie oparł ją o jej biodro. Poczuła na sobie ciężar jego uda, które było pięknie umięśnione. Głaskał jej rękę, po chwili ich dłonie spotkały się w uścisku. Teraz obydwoje trzymali wibrator, bawili się zakładając go sobie nawzajem na palce. Pocałował ją w kark i ostrożnie przejął wibrator w swoją dłoń.

- Hej, to się nazywa kradzież! – zaprotestowała szybko.

- Pozwól, że sprawdzę, czy wszystko w nim działa, jak trzeba.

- Myślisz, że może mieć jakieś wady techniczne? – jej głos był zalotny i tajemniczy.

- Zaraz to sprawdzimy.

Założył wibrujący pierścionek na wskazujący palec prawej ręki, podczas gdy lewą dłonią odnalazł jej cipkę i zaczął ostrożnie masować. Widział, jak ją to podnieca, jak jej uda rozchylają się, a biodra lekko uniesione kołyszą się w tak dobrze znanym im obojgu bezpiecznym rytmie. Ufała mu bezgranicznie. Patrząc w jej oczy, ciemne i błyszczące w ciemności nocy nakierował wibrator na jej łechtaczkę. Poczuła go natychmiast.

- Nie jest za zimny? – spytał z troską – Starałem się go ogrzać w dłoni.

- Jest idealny… - odparła.

Jej wargi rozchyliły się ulegając fali rozkoszy, która wzmagała się z każdą wibracją.

Pocierał jej łechtaczkę okrągłym wibratorem, który pracował na najmniejszych obrotach. Były na tyle powolne, że mogła w spokoju rozbudzić się. Zbyszek obserwował ją w tym czasie z uwagą, był przy niej, najbliżej jak tylko można, łagodny i cierpliwy.

Wygięła ciało w łuk i uniosła głowę opierającą się do tej pory na sztywnych ramionach wbitych w prześcieradło. Zbliżyła usta do jego warg i pocałowała go. Po chwili poczuła wibrator niżej spojenia łonowego. Zbyszek powolnymi, leniwymi ruchami zabrał go na wycieczkę wokół jej cipki. Zwiększył przy tym jego obroty przez co uderzenia stały się mniej odczuwalne, ale były przy tym zdecydowanie szybsze. Czuła je w kroczu, na szczycie ud, a nawet pod kolanami. W uszach słyszała rytmiczne brzęczenie, dźwięk, który prowadzić ją miał do bram rozkoszy.

Dłonie Ady w tym czasie odnalazły jej piersi i zaczęły pocierać sutki. Zbyszek sycił rozpalone oczy tym widokiem. Uwielbiał ten taniec zmysłów, w którym jego żona była najlepsza. Noc była długa i gorąca, pełna nieokrzesanych myśli, które nie skrępowane żadnymi więzami podsuwały mu najbardziej dzikie rozwiązania. Czekał na tę chwilę od tak dawna, że zdążył już porządnie zatęsknić za słodyczą jej ciała i ciepłem jego wnętrza.

Odnalazł jej prawą dłoń i ostrożnie wsunął na jej środkowy palec wibrator. Nie była tym zaskoczona. Przeciwnie, sprawiała wrażenie wygłodniałej kotki, która tylko na to czekała. Nie wypuszczając jej dłoni ze swojej ręki czuł, jak Ada prowadzi ją poniżej brzucha ocierając się przy tym o wnętrze ud. Była rozpalona i ognista, tak jak uwielbiał. Teraz, kiedy gładziła się po łechtaczce patrząc mu w oczy, kiedy zaciskała wargi coraz mocniej, kiedy z jej ust wychodziły ciche pojękiwania, właśnie teraz wydawała mu się najprawdziwsza. Biło od niej szczęście i piękno spełnionej kobiety, która rzucała się w życie i jadła je tak, jak je się lody z kruchego wafelka. Zlizywała każdą kroplę, która spływała jej po rękach, nie odpuszczała nic, co mogłoby zaspokoić jej żądze. Wszystko było jej i dla niej. Jakby natura stworzyła cały świat tylko dla rozkoszy i spełnienia tej jednej, jedynej osoby. Nikt tak jak ona nie umiał cieszyć się z życia. I nikt nie potrafił brać z niego garściami.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora