Pocałunek na balu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pippa Roscoe

Pocałunek na balu

Tłumaczenie: Agnieszka Baranowska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Virgin Princess’s Marriage Debt

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Pippa Roscoe

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6449-5

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

PROLOG

Theo ponownie spojrzał na zegarek. Spóźniała się. Nie pierwszy raz wymykali się nocą z nieprzyzwoicie drogiej prywatnej szkoły z internatem w Szwajcarii, ale ta noc miała być wyjątkowa. Sofia powiedziała, że ma dla niego niespodziankę. Mogło to być wszystko – Sofia była impulsywna, beztroska i uwielbiała tajemnice. Wszystko to sprawiało, że trudno było się jej oprzeć. Z czasem Theo przekonał się, że różniła się znacznie od pozostałych uczniów i uczennic szkoły, których szczerze nienawidził. Nie był naiwny, wiedział, że nigdy nie poczuje się tu jak w domu, pozostałe dzieciaki na każdym kroku dawały mu odczuć, że do nich nie pasuje. Szybko się zorientował, że uważały go, biednego stypendystę – bękarta, za czarną owcę psującą ich wizerunek.

Nauczyciele nie traktowali go lepiej. Służył im jako kozioł ofiarny, któremu przypisywano wszystkie winy. Jednemu nie mogli zaprzeczyć – uczył się świetnie. Miał dopiero siedemnaście lat, a już otrzymał oferty stypendiów od kilku prestiżowych uczelni. Nic nie mogło go zatrzymać, zamierzał zrobić wszystko, by nie wrócić do winnicy rodziny matki na Peloponezie. Chciał zostać bankierem, pracować w biurze, tak jak obecny pracodawca jego matki i sponsor jego stypendium. Zamiast się stawiać nękającym go rówieśnikom i nauczycielom, zamierzał ciężko pracować i spełnić swoje marzenie o lepszym życiu dla siebie i, przede wszystkim, dla matki. Nigdy więcej nie poczuje głodu, odrzucenia i upokorzenia, obiecywał sobie. A gdy już zdobędzie wykształcenie, nikt nie odważy się nim pomiatać.

Spojrzał ponownie na zegarek oświetlony blaskiem księżyca. Gdzie ona się podziewała? Theo się rozejrzał. Noc wydawała się niespotykanie cicha, jakby cały świat wstrzymywał oddech w oczekiwaniu… A może to on wstrzymywał oddech? Nadal nie mógł uwierzyć, że taka dziewczyna zainteresowała się właśnie nim. Ale dziś…. Dziś jej powie. Powie jej, że ją kocha. W znany tylko sobie sposób Sofia przedarła się przez mur złości i nieufności, za którym się skrył. Była jedynym jasnym punktem tych ponurych dni.

Przez długi czas Thea pochłaniała walka o przetrwanie w rodzinie, która pogardzała jego matką za to, że związała się z jego ojcem. I za to, że urodziła jego dziecko, Thea… Gdy pojawiła się okazja wyjazdu do najlepszej szwajcarskiej szkoły, nie mógł uwierzyć, że on, nieślubne dziecko gosposi, dostał taką szansę. Theo rzucił się w wir pracy i nie zwracał uwagi na nieprzyjemne zaczepki kolegów. Aż kiedyś zobaczył Sofię. Jej psotne lazurowe spojrzenie sprawiło, że serce Thea zabiło żywiej i poczuł, że pragnie od życia czegoś więcej. Wydawało się, że otacza ją aura beztroskiej pewności, że nic złego nie może się stać. Grzał się w jej cieple, gdy tylko mógł, choć nie przestawał się zamartwiać. Dyrektor szkoły nie domyślał się jeszcze, że za wieloma psotami stała anielska blondynka, ale Theo obawiał się, że gdy ją przyłapie na niesubordynacji, nie oszczędzi jej i wyrzuci ją ze szkoły. Oprócz beztroski była w Sofii także desperacja. Prawie nie mówiła o swojej rodzinie, z rzadka dzieląc się okruchami informacji o kochającym, ale surowym domu, w którym nie rozumiano jej potrzeby wolności. Theo czuł, że nie mówiła mu wszystkiego, ale miał nadzieję, że kiedyś odkryje przed nim swoje tajemnice. Kochał ją przecież i pragnął spędzić z nią resztę życia. Nie był jednak zachwycony faktem, że związek z nim Sofia także utrzymuje w tajemnicy, jakby z Theem było coś nie tak, jakby trzeba się go było wstydzić. Czy dlatego jego ojciec uciekł z wioski nocą, zaraz po narodzinach syna? Czy też się go wstydził? Hałas w krzakach nieopodal wyrwał Thea z ponurych rozmyślań.

– Tersi, powiedziano mi, że cię tu znajdę.

Głos dyrektora szkoły zmroził Theowi krew w żyłach.

– Coś się stało? – wykrztusił w końcu Theo.

– Stało? Nie, po prostu wreszcie złapałem szkodnika! Naprawdę sądziłeś, że pozwolę, by wsadzono mój samochód na dach sali gimnastycznej i nie wyciągnę konsekwencji?

Theo pokręcił energicznie głową.

– Nic mi o tym nie wiadomo, proszę pana, przysięgam.

Zacięty wyraz twarzy starszego mężczyzny nie złagodniał ani trochę. Theo poczuł, że panika łapie go za gardło.

– Gdzie jest Sofia? – zapytał cicho.

– Księżniczka wróciła do ojczyzny.

– Księżniczka? O czym pan mówi? – Theo był tak zaskoczony, że na moment zapomniał o strachu.

– Nie powiedziała ci?

– O czym, proszę pana?

– Naprawdę uwierzyłeś, że księżniczka jest zainteresowana kimś takim jak ty? Cóż, nic z tego. A ty pożałujesz tego ostatniego psikusa – tryumfował dyrektor.

– Panie dyrektorze, nie tknąłem pana samochodu.

– Nie? Dlaczego więc twój szkolny szalik zaplątał się pod koło mojego mini coopera?

– Nie mam poję…

Theo zamilkł przerażony. Ostatni raz widział swój szalik, gdy otulał nim zmarzniętą Sofię. Czyżby go okłamała? Naprawdę była księżniczką? Niemożliwe! Wlókł się noga za nogą do gabinetu dyrektora, a w myślach skanował każde spotkanie z Sofią, każde wypowiedziane przez nią zdanie, każdy pocałunek. Tylko Sofia wiedziała, gdzie będzie tej nocy Theo… Obiecała mu niespodziankę. Była autorką większości psikusów. Na miejscu ostatniego zostawiła jego szalik. Czy specjalnie? Czy przez ostatnie sześć miesięcy rozkochiwała go w sobie, by na koniec zrzucić na niego winę za wszystkie swoje występki? Czy okazała się najokrutniejsza ze wszystkich? Wyrzucą go teraz ze szkoły! Stracił swoją jedyną szansę. Przez nią.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Paryż, dziesięć lat później

W letni wieczór księżniczka Sofia de Loria podziwiała paryską panoramę skąpaną w blasku słońca zachodzącego nad czerwonymi dachami i uliczkami wyłożonymi kocimi łbami. Znajdowała się w mieście miłości, co wydało jej się wyjątkową ironią losu, zważywszy, że dziś wieczór miała poznać mężczyznę, z którym przyjdzie jej dzielić resztę życia. Niestety o miłości nie mogło być mowy. Wstępnej selekcji kandydatów dokonała Angelique, praktyczna i skuteczna swatka. W pokoju unosił się syntetyczny zapach jaśminowego odświeżacza powietrza, który wzmagał jedynie tęsknotę Sofii za domem. Zbyt wiele czasu spędziła z dala od ojczyzny, wypełniając liczne obowiązki dyplomatyczne i łagodząc niesnaski spowodowane przedłużającą się nieobecnością ojca na światowych salonach. Coraz bardziej pragnęła wrócić do domu.

Sofia oderwała wzrok od niesamowitego widoku na Ogród Luksemburski i przeszła do części wypoczynkowej apartamentu. Wczoraj była w Pradze, a dwa dni wcześniej w Stambule. Sztywna suknia z gorsetem stanowiąca jej kostium na dzisiejszy bal maskowy uciskała ją i wymuszała wyprostowaną, dumną pozę. Kilkumetrowy tren opadający na podłogę złotą kaskadą przygniatał ją do ziemi, całkiem adekwatnie symbolizując opresyjną sytuację, w której Sofia się znalazła.

Bal maskowy z okazji urodzin pomniejszego europejskiego arystokraty stanowił idealną okazję, by zgromadzić potencjalnych zalotników bez przyciągania uwagi światowych mediów spekulujących bez końca na temat potencjalnego kandydata do ręki owdowiałej przedwcześnie księżniczki. Serce Sofii ścisnął ból. Owdowiała księżniczka, tak nazwały ją media. Od śmierci Antoine’a minęły cztery lata. Nie połączyła ich gorąca romantyczna miłość, ale przyjaźnili się i ufali sobie. Antoine wiedział o chorobie teścia i pomagał Sofii chronić go przed światem, jednocześnie wspierając żonę w przygotowaniach do wcześniejszego przejęcia tronu. Brakowało jej jego spokoju i zrozumienia. Na myśl o nim zawsze stawał jej przed oczami obraz sześciu zgniecionych samochodów wyścigowych. Antoine był jedyną ofiarą karambolu podczas wyścigu w Le Mans.

Sofia nie mogła sobie pozwolić na użalanie się nad sobą bez końca, miała obowiązki wobec swego kraju. Antoine zrozumiałby na pewno, dlaczego musiała ponownie wyjść za mąż. W ostatnich miesiącach choroba ojca poczyniła ogromne spustoszenia i, czy jej się to podobało, czy nie, musiała się zgodzić z Radą Królewską. Jeśli świat dowie się o chorobie króla, zanim księżniczka wyjdzie ponownie za mąż, jej kraj może pogrążyć się w chaosie. Niedoświadczony młody premier wprowadził niepopularne wśród obywateli cięcia budżetowe i jedynie stabilna monarchia mogła powstrzymać eskalację niezadowolenia. A stabilna monarchia opierała się na następstwie pokoleń, którą gwarantował królewski potomek. Podczas krótkiego, czteroletniego małżeństwa Sofia i Antoine starali się parokrotnie spełnić swój królewski obowiązek, ale obojgu zabrakło determinacji, by skonsumować związek. Sofia wiedziała, dlaczego nie potrafiła wykrzesać z siebie entuzjazmu – tylko raz w życiu doświadczyła namiętności, która zawładnęła nią całkowicie i sprawiła, że prawie straciła głowę. Nie dla Antoine’a. Nie miała za złe mężowi, że to, czego nie dawała mu żona, znalazł poza małżeństwem. Zachowywał się niezwykle dyskretnie, co jakiś czas znikając po cichu i wracając z nieprzyzwoicie drogim prezentem, który dawał jej, unikając jej wzroku. Nie czuła rozdzierającej zazdrości, tak jak powinna jako młoda żona, jedynie głęboki smutek i współczucie dla przyjaciela, który utknął z nią w klatce małżeństwa z obowiązku. A teraz znowu miała dobrowolnie wejść do tego więzienia. Nie była na tyle naiwna, by oczekiwać, że tym razem sprawy potoczą się inaczej. Ale nie miała wyboru.

 

– Gotowa? – usłyszała za plecami głos Angelique.

– Tak – odpowiedziała, choć wszystko w niej krzyczało.

Surowa mina Angelique złagodniała nieoczekiwanie.

– Jesteś pewna? Zawsze możemy wszystko odwołać, znaleźć inny sposób…

– Nie chcesz chyba sama pozbawić się prowizji? – zażartowała niewesoło Sofia.

– Wasza Wysokość. Wybór należy do ciebie… – urwała.

Obie wiedziały, że to kłamstwo. Sofia spojrzała w kierunku okna, jakby szukała drogi ucieczki. Miała dziwne przeczucie, że ta noc zmieni jej życie na zawsze. Jakby stała nad przepaścią. Wzbierała w niej złość. Była wściekła, że musiała się poświęcać. Kiedyś nie wahałaby się dać upust swojej frustracji, strachowi i złości, ale tym razem musiała się opanować. Księżniczki się nie złościły.

– Okej – odpowiedziała z powagą Angelique, spoglądając księżniczce głęboko w oczy. – Jestem przekonana, że znajdzie się mężczyzna godny takiej żony. Wybrani trzej zalotnicy to świetni kandydaci. Rozumieją, jakie stoją przed Waszą Wysokością wyzwania i chcą ją wspierać w stawieniu im czoła. Już czas.

– Czas iść na bal, dobra wróżko?

– Czas zdjąć obrączkę od Antoine’a.

Sofia odruchowo zacisnęła pięść, ale wiedziała, że Antoine zrozumiałby, że musiała to zrobić. Położyła noszoną od ośmiu lat zwykłą złotą obrączkę na toaletce i poczuła, jak jakaś część przeszłości wymyka jej się z rąk i znika w otchłani niepamięci.

Angelique wyszła, a Sofia wyjrzała ponownie przez okno. Była wyczerpana utrzymywaniem w tajemnicy choroby ojca, ale nie miała wyjścia – musiała chronić swój kraj, niczym troskliwy rodzic. Przygotowywano ją do tej roli bezlitośnie i konsekwentnie od dziecka. Mimo chwili słabości stanęła na wysokości zadania. Odłożyła na bok własne pragnienia i marzenia o szczęśliwym życiu prywatnym. Biedna mała dziewczynka, pomyślała z przekąsem, słowami pewnego młodego chłopaka, którego kiedyś kochała, a którego zmuszona była okłamać i opuścić. Nie wolno ci teraz o tym myśleć, zbeształa się zdecydowanie. Czekało ją spotkanie z trzema ostrożnie wyselekcjonowanymi, świetnymi kandydatami na męża. Z jednym z nich przyjdzie jej spędzić resztę życia. Dawno pożegnała się z marzeniami o tym jedynym, którego wybrało jego serce. Prawdziwym księżniczkom nie przysługiwał luksus miłości.

Theo Tersi przesunął wzrokiem po ogromnej sali balowej i natychmiast pożałował swojej decyzji. Kusiło go, by zrezygnować, wyjść i oszczędzić sobie zachodu. Parę miesięcy później zastanawiał się, czy nie zignorował podszeptu intuicji ostrzegającej go przed tym, co miało się wydarzyć. Teraz jednak tkwił pod ścianą i obserwował tłum wystrojonych w balowe kostiumy gości.

– Już jestem – mruknął ponuro hrabia Geaten na wygnaniu.

– Nie marudź – odpowiedział Theo. – Wielki Sebastian Rohan de Lauen już jest znudzony? Bal jeszcze się nie zaczął na dobre. Powinieneś poszukać sobie nowego wyzwania.

– A ty powinieneś się wycofać z tego szalonego planu, zanim wpakujemy się w kłopoty.

Theo rzucił swemu najlepszemu przyjacielowi mroczne spojrzenie. Sebastian był jedynym człowiekiem, który stanął za nim murem, gdy jego świat zawalił się po raz drugi. Właśnie negocjowali warunki współpracy pomiędzy winnicą Thea a nagradzanymi gwiazdkami Michelina restauracjami w rozsianych po całym świecie hotelach Sebastiana, gdy zadzwonili ze szpitala, do którego właśnie przyjęto matkę Thea. Sebastian wyczarterował prywatny odrzutowiec, by Theo jak najszybciej wrócił do Grecji. I pomimo że nie podpisali umowy, podjął z nim współpracę, ratując winnicę przed wrogim przejęciem i, co ważniejsze, umożliwiając Theowi sfinansowanie prywatnej opieki medycznej dla matki. Gdyby nie wspaniałomyślny gest Sebastiana Theo straciłby winnicę, dach nad głową, a może nawet matkę. Ich relacja szybko przerodziła się z czysto biznesowej w prywatną, prawie braterską. Theo miał jednego przyjaciela. Miał też jednego wroga – jedną osobę, której niegodziwości i kłamstwa zrujnowały mu życie. Gdyby nie ona, skończyłby szkołę, zdobyłby dyplom renomowanej uczelni i zapewniłby matce lepsze warunki życia. Nigdy nie znalazłby się na skraju bankructwa. Nagłe zniknięcie Sofii uświadomiło mu, że ich miłość i wspólna przyszłość nigdy nie istniały. Sofia okazała się gorsza od otwarcie prześladujących go rówieśników, którzy nie ukrywali swego okrucieństwa. Knuła potajemnie aż do ostatniej chwili, gdy z premedytacją zrzuciła na niego winę za swoje występki i doprowadziła do wyrzucenia go ze szkoły. Oczywiście czuł złość i wstyd, ale dopiero kiedy ujrzał ogłoszenie o jej zaręczynach, jego serce pękło.

– Od lat czekam na okazję, by się przekonać, czy uda mi się pozbyć tej… żądzy zemsty.

Początkowo rzucił się w wir romansów, by przy pomocy innych kobiet wymazać Sofię z pamięci i z serca. Jednak każda z nich miała kruczoczarne włosy i ciemne oczy, w których brakowało niestety jedynej w swoim rodzaju mieszanki beztroski i inteligencji. Żaden z zawartych w tych mrocznych latach krótkotrwałych związków nie zdołał ugasić w nim dzikiej, obsesyjnej żądzy zemsty.

– Dorobiłeś się w tym czasie reputacji rozpustnika – zauważył Sebastian.

– Zazdrościsz mi?

– Oczywiście! Pokonałeś mnie w walce o tytuł najbardziej zepsutego playboya w Europie.

Theo rozchmurzył się wreszcie na moment.

– A mimo to – dodał Sebastian, poważniejąc – moja siostra nadal nie wierzy, że nigdy nie zdobędzie twojego serca.

– Ja nie mam serca, Sebastianie – burknął Theo. – Miałem nadzieję, że Maria to z czasem zrozumie… Cóż, porozmawiam z nią.

– Wiem, że jej nie zwodziłeś – zapewnił go Sebastian, obejmując przyjaciela ramieniem.

– Załatwię to – obiecał Theo. – Delikatnie – zapewnił.

Dzisiejszy wieczór mógł, zależnie od tego, jak się potoczy, położyć kres zadurzeniu Marii. Uspokojony Sebastian założył maskę i ruszył na parkiet. Theo podążył za przyjacielem, po drodze chwytając kieliszek prosecco. Wokół wirowały pary wystrojonych w wymyślne, ale gustowne kostiumy gości. Dekoracje, oprawa muzyczna, obsługa, najem sali i alkohol musiały kosztować fortunę, którą można by przeznaczyć na kapitał początkowy co najmniej tysiąca małych przedsiębiorstw. Przez pierwsze kilka lat swego dorosłego życia Theo musiał się liczyć z każdym groszem i rozważnie podejmować decyzje, dlatego nabrał nawyku przeliczania wszystkiego i nauczył się szacunku dla pieniędzy. Gdy wyrzucono go ze szkoły, a jego benefaktor stracił cierpliwość i zwolnił matkę Thea z pracy, musieli wrócić do rodziny, która nigdy ich nie akceptowała.

Gorycz tamtych chwil została z nim na zawsze i nie zdołała jej zmyć nawet słodycz sukcesu jego winnicy. Mimo że pracował bez wytchnienia od ośmiu lat i konsekwentnie powiększał swoje przedsiębiorstwo, podbijając kolejne rynki, nadal traktowano go jako skandalistę. Zamiast produkować wino z jednego szczepu, tworzył kupaże, a jednak odnosił sukcesy, i tego właśnie nie mogli mu darować konkurenci – tradycjonaliści. Theo, bękart, jak o nim mówiła rodzina, nie przejmował się odrzuceniem. Przyzwyczaił się działać bez wsparcia, wbrew wszystkim. Gdyby nie odniósł sukcesu, żadna z obecnych tu osób nie poświęciłaby mu ani chwili uwagi, więc i on nie zaszczycał ich dłuższym spojrzeniem. Panie posyłały mu powłóczyste spojrzenia, ale żadna z nich nie potrafiła rozpalić jego skutego lodem serca. Zbyt dotkliwie się sparzył, oddając swe serce Sofii.

– Dam jej ostatnią szansę – odpowiedział na pytające spojrzenie Sebastiana, który obejrzał się za ociągającym się Theem. – Jeśli przeprosi za to, co zrobiła, zostawię ją w spokoju.

Ale jeśli nie okaże skruchy, poniesie konsekwencje swych podłych czynów, dodał w myślach.

ROZDZIAŁ DRUGI

Sofia zakończyła rozmowę z drugim z zalotników, uśmiechnęła się z rezygnacją i zdała sobie sprawę, że zaczyna tracić nadzieję. Ani ten, ani poprzedni nie nadawał się, ale, z drugiej strony, czego się spodziewała? Stanęła pod ścianą sali, ciesząc się chwilą anonimowości, jakiej nie doświadczyła od prawie dziesięciu lat. W tłumie gości nikt nie zwracał na nią uwagi, a złota maska, mimo że niezbyt wygodna, chroniła ją przed wścibskimi spojrzeniami. Gdyby nie była księżniczką, zapewne czekałaby teraz z zapartym tchem, aż jakiś przystojny książę z bajki porwie ją do tańca i skradnie jej serce. Nawet jako dziecko buntowała się przeciwko swemu losowi, zachowywała się niegodnie miana księżniczki, dlatego zdegustowani rodzice wysłali ją do szkoły z internatem – mieli dość przekupywania prasy, by nie nagłaśniano kolejnych wpadek młodziutkiej księżniczki. Ze względów bezpieczeństwa postanowiono ukryć jej królewskie pochodzenie. Sofia cieszyła się, że dane jej będzie zaznać normalnego życia. Niestety nie potrwało to długo…

Mimo że zatopiona w myślach, Sofia poczuła wyraźnie, że ktoś się jej przygląda. Jako księżniczka przywykła do wścibskich spojrzeń, ale tym razem coś było inaczej. Jej nagie ramiona pokryła gęsia skórka, puls przyspieszył. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że ktoś na nią… czyha.

Rozejrzała się dyskretnie, by zidentyfikować źródło przyprawiającego ją o ciarki spojrzenia. Otaczało ją morze twarzy ukrytych za maskami, ale nikt nie patrzył w jej stronę. Orkiestra zagrała pierwsze nuty walca, a Sofię ogarnęła nostalgia. Nie mogła winić ojca za wczesną demencję. Jeśli ktokolwiek ponosił winę za straty finansowe, jakie poniosło królestwo pod wodzą chorego króla, to ona sama. Wstydziła się swojej beztroski i braku odpowiedzialności, z których wyleczyły ją dopiero dwa lata surowej dyscypliny i prostowania charakteru. Pomyślała o mamie uwięzionej z chorym mężem i garstką opiekunów medycznych w jednej z sekretnych posiadłości królewskich, gdzie nikt z zewnątrz nie mógł doświadczyć wybuchów gniewu, frustracji i zagubienia króla. Mimo że powinna zachować trzeźwy umysł przez resztę wieczoru, przyjęła kieliszek prosecco od przechodzącego kelnera i z ulgą wypiła duszkiem chłodny, musujący płyn.

Znowu poczuła, że jej ramiona pokrywa gęsia skórka, ktoś stanął tak blisko niej, że otuliło ją ciepło obcego ciała. Już miała się odwrócić, gdy sparaliżował ją piżmowy, zmysłowy zapach. Nieznajomy odczekał chwilę, pozwalając, by się oswoiła z nieoczekiwaną sytuacją, po czym stanął przed nią i skłonił się głęboko. Prostując się, wyciągnął do niej dłoń. Jego twarz zakrywała biała maska. Głową wskazał pytająco parkiet, zabawnie, ale i nieco arogancko, jakby rzucał jej wyzwanie. Serce Sofii ścisnęło się boleśnie na widok tego braku pokory, kuszącej beztroski… Podała mu dłoń, mimo że się nie odezwał. Zacisnął palce na jej ręce i poprowadził ją na parkiet. Wirowali w tańcu tak, że musiała oprzeć dłoń na piersi partnera, by nie stracić równowagi i nie wpaść w jego ramiona. Przez cienką koszulę poczuła ciepło jego ciała, które popłynęło parzącym prądem wzdłuż jej ramienia i pokryło jej policzki szkarłatem. Chciała się odsunąć, ale przycisnął jej dłoń swoją ręką. Wpatrywała się w jego mocne, opalone palce, pokryte odciskami, i nie mogła od nich oderwać wzroku.

Nie trzymał ramy – stał za blisko, rękę położył za nisko na jej plecach. Zamiast ją rozgniewać, rozpalił jej krew i wprawił całe ciało w drżenie. Szaleństwo, przemknęło jej przez myśl. Przecież nawet go nie znała! Trzymał ją mocno, a ona poddała się jego woli, niezdolna oprzeć się pokusie, by skraść losowi moment wolny od ciężaru odpowiedzialności. Poczuła zew wolności, jej krew musowała jak prosecco, choć przez chwilę mogła być sobą. Nie Owdowiałą Księżniczką, ale Sofią, tańczącą z przystojnym nieznajomym.

 

Miał szerokie barki, gładką skórę, a jego pewność siebie sprawiała, że trudno mu się było oprzeć. Serce Sofii zabiło mocniej. Uniosła wzrok, spodziewając się napotkać gorące spojrzenie. Nic z tego. Odwrócił głowę, prezentując imponujący profil. Jego mocną szczękę pokrywał dwudniowy zarost, rzucający wyzwanie elegancji wymaganej na balach. Sofia chłonęła każdy szczegół jego twarzy, którego nie zasłaniała maska, a on wpatrywał się w odległy punkt po drugiej stronie sali. Było w nim coś niemal zimnego, choć trzymał ją mocno przy sobie, jego usta wyginały się niemal z… odrazą.

Nagle Sofii zrobiło się niedobrze, jakby jej rozum obudził się w końcu i przejął kontrolę nad zdradzieckim, łatwo ekscytującym się ciałem, któremu wydawało się, że… Że spotkała swego księcia z bajki? Przycisnął ją do siebie mocniej, jakby wyczuł, że chciała uciec, zanim jeszcze o tym pomyślała. Sofia poddała się więc rytmowi tańca i pozwoliła się prowadzić umięśnionemu, wysokiemu, ale zwinnemu partnerowi. Jej ciało topniało w jego władczym uścisku. Fakt, że nieznajomy ani razu się jeszcze nie odezwał, czynił tę chwilę jeszcze bardziej nierealną, jakby oboje zdawali sobie sprawę, że z pierwszym wypowiedzianym słowem, czar pryśnie.

Sofia oczywiście wiedziała, że musi do tego dojść, ale coś ją powstrzymywało. Czy to uścisk dłoni mężczyzny, czy jego szerokie ramiona, coś w nim wydawało jej się znajome… Wybrzmiewały ostatnie nuty walca, a ona zastanawiała się gorączkowo, co się wydarzy, gdy taniec się skończy. Czy nieznajomy odezwie się w końcu? Czy na nią spojrzy? A może zniknie tak nagle, jak się pojawił? Muzyka umilkła, a oni zastygli na moment. Potem on skłonił się głęboko, a ona dygnęła. Gdy ich oczy spotkały się wreszcie, z ust Sofii wyrwał się okrzyk, który zdławiła, zasłaniając usta dłonią. Zza białej maski spoglądały na nią ciemnobrązowe oczy, które poznałaby na końcu świata. Theo Tersi. Z wściekłości zabrakło jej tchu.

Theo obawiał się, że jej nie pozna w tłumie przebierańców. Zaczynał się niecierpliwić, zwłaszcza że Sebastian zniknął gdzieś pół godziny temu. Ta szansa mogła się nie powtórzyć. Jeśli nie teraz, to kiedy? Od lat czekał na ten moment, nie mógł pozwolić okazji wymknąć mu się z rąk. Jego ciało zareagowało na jej widok pierwsze: puls przyspieszył, a po skórze przebiegł elektryzujący dreszcz. Zobaczył ją skrywającą się pod ścianą zatłoczonej sali i od razu wiedział, że niepotrzebnie się martwił. Nawet gdyby nie przywoływał co noc widoku jej twarzy, i tak poznałby ją w ciemności, wyłuskałby ją spośród tysiąca innych kobiet. Lśniła czystym, złocistym blaskiem, który nie miał nic wspólnego z jej strojnym przebraniem. Choć, upomniał się surowo, w środku była zepsuta i mroczna.

Nie planował z nią tańczyć, ale kiedy rozbrzmiały pierwsze nuty walca, nie mógł się powstrzymać. Nie sądził, by go poznała, zwłaszcza jeśli będzie odwrócony do niej profilem. Prawdopodobnie dawno już o nim zapomniała. A może nadal czasami przypominał jej się naiwny głupiec, który wziął na siebie winę za wszystkie jej występki? Trzymając ją w ramionach, marzył, by skończyła się wreszcie ta słodka tortura i by mógł spojrzeć jej prosto w oczy, przeszywając ją na wskroś całym swoim bólem i gniewem.

Gdy w końcu ich spojrzenia się spotkały, prawie przeklął na głos – to nim wstrząsnęły iskry krzesane przez szafirowe oczy Sofii. Wyobrażał sobie, że po tylu latach uodpornił się na jej czar, a konsekwencje jej okrucieństwa stłamsiły w nim płomień pożądania… Ale gdy jej ciało stopniało w jego ramionach, gdy poczuł pod palcami niespokojny puls bijący pod alabastrową skórą, jego ciało prawie eksplodowało pierwotną, dziką żądzą. Niezależnie od wszystkiego, co zaszło, jego ciało nadal reagowało na Sofię w dokładnie ten sam sposób. Aż do chwili, gdy go rozpoznała, a wściekłość w jej oczach zmroziła jego krew. Już miał się odezwać, ale nagle Sofia zebrała poły spódnicy w dłonie i uciekła z parkietu, znikając w tłumie i zostawiając Thea z otwartymi ustami. Nie zamierzał jej jednak pozwolić się wymknąć – zauważył ją przy drzwiach prowadzących do ogrodu. Uśmiechnął się do siebie i podążył za uciekinierką. Po drodze wyciągnął telefon i wysłał esemes do swego pomocnika. Jeśli Sofia de Loria nie przeprosi go tak, jak oczekiwał, pożałuje, że kiedykolwiek go spotkała!

W mroku paryskiej nocy Theo krążył w labiryncie ogrodowych alejek. Nastawiał się na długie polowanie, więc kiedy wpadł na Sofię po kilku minutach, trudno mu było ukryć zdumienie.

– Co ty tutaj robisz? – zapytała Sofia, unosząc głos, teraz, gdy znaleźli się poza zasięgiem słuchu pozostałych gości. Wrogość i oburzenie w jej głosie ugodziły go prosto w serce.

– Co? Nie pasuje ci obecność bękarta wśród twoich arystokratycznych ziomków z wyższych klas?

– Słucham? – Na jej twarzy odmalowało się szczere zdumienie. – O czym ty mówisz?

– O tym, że twoja ochrona nie powinna dopuszczać w pobliże swej księżniczki pariasów, w których żyłach nie płynie błękitna krew.

– Nie bądź snobem.

Teraz to on nie posiadał się z oburzenia.

– Jak śmiesz oskarżać mnie o snobizm?!

– Cóż, snobizm skierowany przeciwko lepiej urodzonym to też uprzedzenie – zauważyła chłodno Sofia.

– Bzdura.

– Oczywiście – parsknęła. – Zawsze byłeś…

– Nie mów mi, jaki byłem – przerwał jej.

Zerwał z twarzy maskę i rzucił ją na ziemię. Sofia zamilkła nagle, a on wykorzystał tę chwilę, by się jej przyjrzeć. Już jako młoda dziewczyna była piękna, ale jako kobieta olśniewała. Wysokie kości policzkowe zarysowały się w jej dorosłej twarzy jeszcze wyraźniej, a złociste włosy zaplecione w grube warkocze lśniły w świetle księżyca. Zza maski przyglądały mu się te same kryształowo przejrzyste, błękitne oczy rzucające gniewne iskry. Niezależnie od tego, jak był na nią wściekły, jak ją przeklinał i ile pięknych kobiet przewinęło się przez jego sypialnię, nie mógł zaprzeczyć, że nikt nie dorównywał Sofii urodą. Oczywiście nie chodziło jedynie o wygląd, nie zamierzał się okłamywać. Była pomiędzy nimi chemia rozpalająca krew w jego żyłach, sprawiająca, że prawie odruchowo wyciągał dłoń, by jej dotknąć, przyciągnąć do siebie, pocałować… i zaspokoić nękające go pragnienie. Pragnął jej, potrzebował, każdą komórką swojego ciała. Co nie znaczy, że zamierzał się poddać i ulec pokusie. O nie, Theo zamierzał walczyć – z Sofią i z sobą samym.

Serce Sofii prawie wyskoczyło z piersi ściśniętej gorsetem. Theo w masce robił ogromne wrażenie, ale bez niej zapierał dech w piersi. Z wiekiem jego rysy nabrały jeszcze wyrazistości, a sylwetka mocy. Sofia musiała wysoko zadrzeć głowę, by spojrzeć w ciemne oczy połyskujące niczym mocne espresso. Prosty nos i wysokie kości policzkowe dodawały mu egzotycznego, mrocznego uroku. A kiedy z frustracji przeczesywał dłonią gęste włosy, Sofia miała ochotę zrobić to samo, zanurzyć palce w jego jedwabistej czuprynie. Pożądanie, gęste i nagłe, wypełniło jej żyły. Wiedziała, że nie powinna, a jednak pragnęła Thea tak samo mocno jak kiedyś.

– Już? Napatrzyłeś się? Czy jest coś jeszcze? – Nie zamierzała pokornie poddać się jego oceniającemu spojrzeniu. Nie dziś. Zostało jej jeszcze jedno spotkanie z potencjalnym mężem, więc zamiast dać się wciągnąć w otchłań przeszłości, musiała się skupić na przyszłości. Odwróciła się, by odejść, ale z nieomylnym refleksem Theo złapał ją za nadgarstek. W jego delikatnym uścisku czuła z trudem ukrywane napięcie. Pociągnął, a ona natychmiast prawie wpadła w jego ramiona. Prawie. Tym razem udało jej się nie oprzeć dłonią o jego pierś, stała tylko z wyciągniętą ręką, by zachować równowagę. Z bliska widziała okrutny uśmieszek błąkający się po zmysłowych ustach Thea i złość połyskującą w ciemnych oczach. Złość, tak, tylko to mogło ją uratować przed tymi wszystkimi sprzecznymi uczuciami, które nagle ją osaczyły.

– Żądam przeprosin – syknął Theo.

– Przeprosin? – Sofia nie miała pojęcia, jakim cudem Theo wydobył z niej jąkającą się nastolatkę, którą dawno przestała być. Ponad dekada szkoleń z negocjacji, kursów dyplomacji, wychowania i edukacji, a przy Theo potrafiła jedynie powtarzać pojedyncze słowa jak papuga! Zdawała sobie sprawę, że jest mu winna nie tylko przeprosiny, ale i wytłumaczenie, ale zanim znalazła odpowiednie słowa, on przycisnął ją mocniej.