Noc nad jezioremTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pippa Roscoe

Noc nad jeziorem

Tłumaczenie: Agnieszka Wąsowska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Demanding His Billion-Dollar Heir

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2020

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2020 by Pippa Roscoe

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6761-8

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Głupia, głupia, głupia!

Co ona, do diabła, zrobiła?

Przebiegła wzburzona przez salę balową hotelu La Sereine, zła na samą siebie jak nigdy. Powiedziała Sofii, narzeczonej Thea, że ten zamierza zostawić ją przed ołtarzem przed samym ślubem. Theo Tersi, mężczyzna, o którym myślała, że go kocha, i to przez niemal sześć lat.

Tak naprawdę jednak to nie była miłość. Nie mogła porównać tego, co do niego czuła, z uczuciem, jakie żywiła do niego Sofia. Zobaczyła to w jej oczach, kiedy wyjawiła sekret Thea.

Maria Rohan de Luen głęboko nabrała powietrza w płuca. Po policzkach popłynęły jej łzy. Płakała nad nimi i nad sobą. Wiedziała, że zniszczyła to, co między nimi było. To, czego ona sama tak bardzo wyczekiwała. To, co czuła do Thea, nie było miłością, a jedynie rozpaczliwą potrzebą bycia kochaną.

Zniechęcona opadła na zieloną murawę porastającą brzegi jeziora, nad którym położony był hotel. Palce miała zaciśnięte na butelce z szampanem, którą trzymała przez cały czas, nawet kiedy rujnowała życie ludziom, którzy najwyraźniej się kochali. Uznała, że jeśli kiedykolwiek ma się upić, to właśnie teraz.

Theo, najlepszy przyjaciel jej starszego brata, był obecny w jej życiu niemal od zawsze. Sebastian i Theo prowadzili wspólne interesy i szybko się zaprzyjaźnili. Żadna rodzinna uroczystość nie mogła się odbyć bez jego obecności. Choć w jej przypadku trudno mówić o rodzinie. Swojego ojca i macochy nie widziała od prawie półtora roku. Zajęta swoim życiem, specjalnie się tym nie przejmowała i tylko sporadycznie przypominała sobie o ich istnieniu.

Maria nie pamiętała matki. Valeria, jej macocha, zadbała o to, by nie było po niej żadnych pamiątek. Pozostał jej jedynie naszyjnik, który należał do zmarłej przy porodzie matki. Nigdy go nie zdejmowała i to była jedyna więź, jaka łączyła ją z kobietą, która dała jej życie.

Valeria nigdy nie mogła wybaczyć Sebastianowi drastycznych kroków, jakie musiał podjąć, żeby ratować rodzinę przed rozpadem. Kiedy miała osiem lat, Eduardo zainwestował znaczną część majątku w ryzykowne przedsięwzięcie na Bliskim Wschodzie, tracąc nie tylko własne pieniądze, ale także pieniądze wielu hiszpańskich inwestorów. Został wygnany z Hiszpanii, choć pozwolono mu zachować tytuł szlachecki.

To właśnie Sebastian uchronił ich przed bankructwem. Mając zaledwie osiemnaście lat, przejął kontrolę nad firmą i poczynił odpowiednie kroki, które uratowały ich przed ruiną. Musieli sprzedać niemal wszystkie nieruchomości i wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Valeria, która wyszła za Eduarda tylko dla pieniędzy, nie zniosła tego dobrze.

A Maria? Dla niej oznaczało to konieczność porzucenia wszystkiego, co kochała, i przeprowadzenia się do Włoch. Musiała zaczynać wszystko od nowa. To, co do tej pory uznawała w swoim życiu za pewnik, okazało się również ulotne. Zerwała kontakty z przyjaciółmi, przerwała studia i zamknęła się w swoim świcie sztuki.

Odżyła dopiero w Londynie, gdzie dostała stypendium w Camberwell College of Arts. Z dala od rodziny, zakochała się w Londynie i w ludziach, których tam poznała. Siedząc teraz nad brzegiem jeziora, marzyła jedynie o tym, by móc się tam znaleźć z powrotem.

Zacisnęła dłonie w pięści i wcisnęła je w zamknięte oczy.

Boże, co ona takiego zrobiła?

– Czy miejsce obok pani jest wolne?

Od pierwszej chwili, w której Matthieu dostrzegł siedzącą nad jeziorem Peridot samotną kobietę, instynkt podpowiadał mu, żeby jak najszybciej stamtąd uciekać. Kobieta miała długie, sięgające niemal pasa ciemne włosy i była ubrana w białą koronkową suknię, która lśniła w blasku księżyca.

Matthieu Montcour doskonale zdawał sobie sprawę, że nie powinien się zbliżać do tej pogrążonej we własnych myślach kobiety, ale nie mógł się powstrzymać. Było w niej coś tragicznie pięknego. A on doskonale wiedział, co to znaczy przeżyć tragedię. Wiedział, jak gwałtownie może się odmienić ludzkie życie.

Już miał posłuchać głosu rozsądku i odejść, kiedy ujrzał, jak nieznajoma pociąga spory łyk szampana prosto z trzymanej w ręku butelki. Zrobiła to tak gwałtownie, że spieniony alkohol wylał się na trawę obok niej. Widząc to, prawie się uśmiechnął, a nie należał do ludzi, którzy często to robią.

Kobieta wytarła usta wierzchem dłoni i postawiła butelkę na ziemi, między nogami. Przeniosła wzrok na jezioro i zaczęła się wpatrywać w jego wody. Zupełnie nie przejmowała się tym, że może sobie zniszczyć sukienkę, co dowodziło, w jakim jest stanie. Były w niej niewinność i prostota, które nakazywały mu, by trzymać się z daleka. Z drugiej strony coś wyraźnie go przyciągało. Matthieu nie był typem rycerza na białym koniu. Należał raczej do tych mężczyzn, przed którymi matki ostrzegają swoje nastoletnie córki.

Po raz pierwszy od lat nie mógł się oprzeć pokusie przyjrzenia się kobiecie, która zwróciła jego uwagę. Zszedł z werandy i wolno ruszył w stronę siedzącej na trawie nieznajomej.

– Czy miejsce obok pani jest wolne?

Podniosła na niego wzrok, w którym dało się dostrzec zaskoczenie.

Matthieu wybrał angielski, zakładając, że jest mało prawdopodobne, żeby mówiła szwajcarskim francuskim.

– Obawiam się, że są tylko stojące.

Jej odpowiedź zaskoczyła go, podobnie jak lekki europejski akcent, który usłyszał. Czyżby hiszpański? A może włoski?

– Proszę usiąść, zapraszam.

Matthieu zdecydował się skomentować jej zaproszenie.

– To bardzo brytyjskie wyrażenie jak na taki kontynentalny akcent.

– To bardzo okrężny sposób spytania mnie, skąd pochodzę.

Matthieu spodobał się sposób, w jaki z nim rozmawiała. Zgoła odmienny od tego, w jaki rozmawiały z nim kobiety, które wiedziały, kim jest. Ona najwyraźniej go nie rozpoznała. Kiedy obrzuciła go spojrzeniem, chodziło jej tylko o to, by zobaczyć, jak wygląda. Zupełnie jakby patrzyła na rozpościerające się przed nimi jezioro.

Z uczuciem ulgi usiadł obok niej na trawniku. Był zadowolony, że nie jest teraz na sali balowej. Nienawidził tego typu obowiązków, które musiał pełnić, będąc prezesem Montcour Mining Industries. Dla niego była to strata czasu, ale wiedział, że nie powinien się sprzeciwiać Malcolmowi, który był jego wieloletnim przyjacielem, a zarazem głównym dyrektorem przedsiębiorstwa. Jondorrański minister handlu uznał, że ta gala dobroczynna będzie doskonałym miejscem, żeby wysondować, jakie są potencjalne możliwości połączenia małych europejskich przedsiębiorstw górniczych w jedno duże. Sam Matthieu nie był co do tego przekonany. Nie był pewien, czy Jondorra posiada odpowiednią finansową infrastrukturę, żeby zaangażować się w tak ambitne przedsięwzięcie. Wciąż się zastanawiał i wciąż nie podjął ostatecznej decyzji.

Kobieta siedząca obok niego była bardzo młoda. Dostrzegł na jej policzku smugę – kropla szampana? A może pojedyncza łza?

Doszedł go zapach jej perfum. Miał w sobie nutę cedrowego drzewa i coś jeszcze, jakby morskiego… zapach soli. Jego ciało natychmiast zareagowało na tę mieszankę.

– Masz ochotę się napić?

Pokręcił przecząco głową. Matthieu rzadko pijał alkohol, nie lubił bowiem tracić kontroli nad sytuacją. Tym razem jednak czuł się trochę, jakby już wypił.

Siedzieli obok siebie w milczeniu, jakby żadne z nich nie miało ochoty na prowadzenie konwersacji. Po kilkugodzinnych rozmowach była to dla niego wielka ulga. Zawsze te same, niemile widziane pytania dotyczące jego małego kraju. Przyjechał na te rozmowy specjalnie ze Szwajcarii i miał zamiar wyjechać jak najszybciej. Na szczęście nie musiał się tym wszystkim nadmiernie przejmować. Był jednym z najbogatszych ludzi w Europie i to raczej do niego przychodzono.

Wszyscy z wyjątkiem tej kobiety.

– Myślisz, że są w życiu takie rzeczy, których nie można wybaczyć? – spytała niespodziewanie, nie patrząc w jego stronę.

 

Nie bardzo potrafił sobie wyobrazić, co takiego niewybaczalnego mogła zrobić ta młoda dziewczyna, która nie potrafiła nawet pić szampana z butelki. Wiedział jednak na pewno, że nie wszystko w życiu można wybaczyć. Odpowiedział, ostrożnie dobierając słowa.

– Myślę, że każdy medal ma dwie strony.

– Chciałam dzisiaj doprowadzić do zerwania czyichś zaręczyny.

– Naprawdę? – Nie potrafił ukryć zaskoczenia. – Cóż, albo on nie był jej wart, albo ona nie była dostatecznie pewna swoich uczuć.

– Takie proste?

– Zazwyczaj tak jest, jeśli nie kierujesz się uczuciami. – On sam był w tym dobry. Musiał być. – Kochałaś go?

– Myślałam, że go kocham.

To uczucie też nie było mu obce.

– W takim razie okłamał ciebie albo tę drugą.

– To nie tak, jak myślisz. Miał swoje powody.

– Zawsze tak mówią.

– Nie… On nigdy… Ja nigdy…

Zmarszczył brwi, nie będąc pewnym, co chce mu powiedzieć.

Zwróciła ku niemu twarz i dopiero teraz zobaczył, jaka jest piękna.

– Jak to jest, kiedy cię ktoś całuje?

Zaskoczony wypuścił z płuc powietrze, które mimowolnie przetrzymywał.

– Chcesz powiedzieć, że uważałaś, że go kochasz, i nigdy się nie całowaliście?

Może nie mam pojęcia, czym jest miłość?

Nie powiedziała tego na głos, ale wyraźnie widział po jej minie, że to właśnie pomyślała. Mógł czytać w jej tworzy jak w otwartej księdze.

Koronkowa sukienka lśniła w blasku księżyca, podobnie jak jej skóra. Miała mocno zarysowaną szczękę, pełne usta pociągnięte jakimś błyszczykiem, ciemne wyraźne brwi zdecydowaną kreską rysujące się nad czarnymi oczami, które teraz patrzyły na niego z nadzieją. Był niemal pewien, że dziewczyna nie zdaje sobie sprawy z tego, co wyrażają jej oczy.

Jak to jest, kiedy cię ktoś całuje?

Maria czuła zakłopotanie. Nie powinna była zadawać tego pytania. Zwłaszcza takiemu mężczyźnie jak ten. Nie miała pojęcia, kim jest ten człowiek, ale z całą pewnością doskonale wiedział, jak to jest całować kobietę, dotykać jej… robić inne rzeczy…

Zarumieniła się gwałtownie, mając nadzieję, że nieznajomy nie dostrzeże tego w panujących ciemnościach. Czuła się przy nim taka naiwna i niedoświadczona. I taka mała. On był potężnie zbudowany, miał szerokie barki i umięśnione ramiona. Nie była pewna, czy zdołałaby objąć jego biceps obiema dłońmi. To, co odczuwała, siedząc obok niego, w żaden sposób nie dało się porównać z tym, co wzbudzał w niej Theo.

Odwróciła twarz, ale i tak jego rysy wyryły się w jej mózgu.

Wysokie kości policzkowe, krótka broda, ostro wykrojone usta, nadające jego twarzy surowy, niemal okrutny rys. Jednak najbardziej urzekły ją jego oczy. Zielone z miodowym błyskiem, tak jasne, że mogłaby zatracić się w ich spojrzeniu na zawsze.

Sądziła, że już jej nie odpowie, ale w końcu się odezwał.

– Jest wiele rodzajów pocałunków. Takie, dzięki którym chcesz osiągnąć zamierzony cel. Okrutne, żeby kogoś ukarać. Delikatne, czułe, jakimi matka obdarza swoje dziecko – ciągnął tonem, z którego nie była w stanie nic wywnioskować. – I wreszcie pełne pasji, obezwładniające, a przy tym samolubne i zupełnie nieprzemyślane.

Popatrzyła na niego. Wpatrywał się w nią intensywnie, jakby chciał coś wyczytać z jej twarzy. Jakby… Nie, nie mógł pomyśleć o tym, żeby ją pocałować.

– Jaki był twój pierwszy pocałunek? Pewnie byłaś bardzo zmieszana.

Maria odczuła smutek. Zupełnie jakby odebrano jej coś, co mogło być wspaniałym doświadczeniem.

– Chyba taki, że nie chcę go pamiętać.

Roześmiał się cicho. Nie z niej, ale z nią, a to była różnica.

– Rozumiem.

– Mógłbyś w takim razie wyświadczyć mi przysługę? Mógłbyś mnie pocałować?

Spojrzał na nią w taki sposób, że miała wrażenie, że sięga tym spojrzeniem w najgłębsze zakamarki jej duszy. I że ją rozumie. Zdała sobie sprawę z tego, że tego właśnie pragnie. Żeby ktoś ją zrozumiał. I żeby, zrozumiawszy, został z nią.

Przestraszyła się. Nie jego, ale tego, co się z nią działo. Niczego w życiu nie pragnęła tak bardzo, jak tego pocałunku.

Nieznajomy zmarszczył brwi, jakby toczył ze sobą wewnętrzną walkę. Wyciągnął rękę i uniósł jej brodę, przyglądając jej się badawczo.

– Jesteś pewna?

Skinęła głową, niezdolna wydobyć z siebie głosu. Zastanawiała się, co zrobi. Odejdzie czy raczej pozwoli się wciągnąć w jej grę?

Poruszył się wolno, jakby chciał jej dać szansę, żeby się wycofała. Patrzyła zafascynowana, jak pochyla głowę w jej stronę i, zamiast pocałować ją w usta, przyciska policzek do jej policzka. Poczuła rozgrzewające ciepło jego skóry. Wciągnął powietrze, jakby chciał ją wchłonąć w siebie, po czym lekko musnął ustami jej wargi. A potem jeszcze raz.

Ten lekki pocałunek rozłożył ją na łopatki. Chciała poczuć więcej, mocniej, dłużej.

Przerażona tym, że może się odsunąć, dotknęła dłonią jego twarzy. Poczuła pod placami miękką brodę. Przycisnęła lekko jego twarz do swojej, jakby w obawie, że się odwróci.

Czuła na ustach jego oddech. Wdychała go, zupełnie nie wiedząc, co zrobić dalej. Serce waliło jej jak oszalałe, a w głowie kłębiło się tysiąc myśli. I wtedy, w jednej chwili zbliżyli się, a ich usta się zetknęły. Wpuściła jego język, pozwalając, by splótł się z jej własnym. Zatraciła się w tym pocałunku, całkowicie poddała się oszałamiającemu uczuciu, które nią zawładnęło.

Poczuła we włosach jego palce. Lekko za nie pociągnął, sprawiając, nie wiedzieć czemu, że poczuła się bezpieczna i pożądana. Jednym pocałunkiem rozbudził w niej pragnienie, jakiego nigdy nie doświadczyła.

Nie potrafiła powstrzymać jęku rozkoszy, który wydobył się z jej gardła. Kiedy się od siebie oderwali, oparli się o siebie czołami, dysząc ciężko.

– Zawsze jest tak? – odważyła się spytać.

– Nigdy.

Ujął ją za rękę, która wciąż spoczywała na jego twarzy. Zaczął gładzić kciukiem wnętrze jej dłoni, aż trafił na ciągnącą się aż do nadgarstka bliznę. Wyrwała dłoń, rozcierając bliznę.

Zaśmiała się krótko, jakby chciała ukryć to, jak bardzo podobał jej się ten pocałunek.

– Moja macocha ich nienawidzi.

– Czego? – spytał skonsternowany.

Rzuciła w jego stronę spojrzenie. Niemożliwe, żeby nie dostrzegł drobnych blizn, które pokrywały jej dłoń u nasady palców i jednej dużej, ciągnącej się przez całą rękę.

– Moich dłoni. Blizn. Jej zdaniem prawdziwa dama powinna mieć drobne białe dłonie i kąpać je codziennie w mleku.

– I zapewne spać na posłaniu z płatków róż.

– A także owijać je najszlachetniejszą wełną.

– A ty co myślisz? – spytał cicho.

Maria uważnie przyjrzała się swoim dłoniom. Widziała w nich nie tylko część swojego ciała, ale przede wszystkim narzędzie pracy, za pomocą którego robiła te wszystkie piękne rzeczy z kamieni i drogocennych metali.

– Moim zdaniem świadczą o tym, jak ciężko pracuję i jak się poświęcam. Jestem z nich dumna.

Dziwne było usłyszeć, jak mówi z dumą i zapalczywością o czymś, co wyrządziło tyle szkody w jego własnym życiu. Kobiety udawały, że nie dostrzegają blizn, które pokrywały jego pierś. Dla nich ważne było tylko to, co mogły od niego dostać. Zazwyczaj chodziło im o jego pieniądze albo czysto fizyczną przyjemność.

– Nie zrozumiesz tego – powiedziała, machając lekceważąco ręką.

W odpowiedzi głośno się roześmiał. Popatrzyła na niego z zaciekawieniem.

Mężczyzna skinął głową. Rozluźnił krawat i rozpiął górny guzik koszuli. Wiedział, że dziewczyna dostrzeże końce jego blizn, które sięgały szyi. Potem rozpiął mankiety i odsunął koszulę, żeby pokazać jej blizny, które ciągnęły się aż do jego nadgarstków.

– Och, przepraszam.

Tyle razy słyszał już te słowa. Z ust lekarzy, pielęgniarek, nawet od Malcolma. A, co gorsza, od kobiet, które nie mogły przemóc fizycznej niechęci, żeby nie powiedzieć wstrętu. I wszyscy mówili to takim przepraszającym tonem, w którym wcale nierzadko dało się słyszeć nutkę obrzydzenia. Ta kobieta jednak powiedziała to zupełnie inaczej.

– Ale za co?

– Za to, że czujesz, że musisz je ukrywać.

Nikt nigdy nie powiedział mu czegoś podobnego. Dla innych te blizny zawsze były czymś wstrząsającym. Ona przyjęła fakt ich istnienia zupełnie normalnie. Ta kobieta go zadziwiała.

– Nabyłam się ich podczas pracy nad palnikiem – odezwała się, przerywając tok jego myśli. – To taki…

– Wiem, co to jest palnik – powiedział głosem bardziej szorstkim, niż zamierzał. – Jestem z branży. Zajmuję się górnictwem.

Skinęła głową, jakby to wyjaśniało wszystko.

– Ale nie lubisz tego – stwierdziła.

– Nie lubię ognia.

– Ja nie mogę pracować bez ognia – odparła, potrząsając srebrnymi bransoletkami, które zdobiły jej nadgarstek.

Biżuteria. Na pewno robi biżuterię.

Żałował, że to powiedziała. Bez trudu mógł wyobrazić ją sobie przelewającą ciekłe srebro, pracującą z ogniem, który był jego największym wrogiem.

– Sama je zrobiłaś? – spytał, wskazując głową na bransoletki.

– To jedna z moich pierwszych prac – powiedziała, uśmiechając się.

Bransoletki nie były gładkie, miały chropowatą powierzchnię i były doskonale niedoskonałe.

Matthieu spojrzał na zegarek. Dochodziła druga. Przyjęcie dawno się skończyło i personel właśnie gasił światła w sali balowej.

– Co zamierzasz teraz robić?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Nie mam pojęcia. Nie mogę wrócić do mieszkania, bo będzie tam mój brat, a nie jestem jeszcze gotowa… – urwała nagle.

– Nie możesz zostać tu całą noc.

Może był draniem, ale nie aż takim. Zrobiło się chłodno. Zdjął marynarkę i zarzucił ją na ramiona Marii. Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. W jej oczach było tyle niewinności, że niemal zaklął. Gdyby tylko…

– Hotel jest pełen. Nocują w nim goście z tej gali. Możesz się przespać w moim apartamencie.

Po raz pierwszy tej nocy jego słowa na nią zadziałały. Zawahała się, jakby nie będąc pewną jego zamiarów. Nic dziwnego. Gdyby znała jego reputację, na pewno nie przyszłoby jej do głowy, żeby skorzystać z propozycji. Ale nie musiała się go obawiać. Nigdy nie dotknąłby takiej niewinnej dziewczyny jak ona.

– Będziesz tam sama, zapewniam cię.

– A ty?

– Ja sobie poradzę – powiedział, wstając i wyciągając w jej stronę rękę. – Chodź.

ROZDZIAŁ DRUGI

Poszła za nim do hotelu, cały czas ściskając w ręku butelkę szampana. Kiedy zaprosił ją do swojego apartamentu, początkowo była lekko zestresowana. Jednak gdy oznajmił, że ją tu zostawia, poczuła… rozczarowanie.

Wiedziała, że to z jej strony głupie. W końcu nie dalej niż godzinę temu powiedziała mu, że była zakochana w innym mężczyźnie. Prawda była taka, że Theo nigdy nie zdołał wzbudzić w niej takich uczuć, jak ten człowiek.

Wiedziała, że powinna się ich wstydzić, ale jakoś nie mogła. Szła za nim długim korytarzem, podziwiając szerokie ramiona i postawną sylwetkę.

Zatrzymał się przy ostatnich drzwiach, otworzył je kartą magnetyczną i zaprosił ją do środka.

Maria wiedziała, co to jest luksus, ale to, co zobaczyła, przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Kremowe dywany, okna na całą ścianę, wychodzące na Lac Peridot, niezwykle drogie meble, dzieła sztuki. Widniejące na przeciwległej ścianie drzwi zapewne prowadziły do sypialni. Ona jednak nie mogła oderwać wzroku od malującego się za oknem widoku.

Kiedy się odwróciła, zobaczyła, że jej gospodarz stoi przy drzwiach, jakby szykował się do wyjścia.

– Nie znam nawet twojego imienia – powiedziała lekko rozbawionym głosem.

– A musisz je znać?

– Chciałabym podziękować ci należycie.

– Matthieu.

Powtórzyła jego imię, wolno przeciągając głoski. Ku swemu zaskoczeniu ujrzała w jego oczach pożądanie. Co gorsza, ona sama też je czuła.

– Dziękuję ci, Matthieu.

Pokręcił głową i sięgnął do klamki, ale ona jeszcze nie chciała pozwolić mu odejść.

– Poczekaj! – zatrzymała go, rozpaczliwie szukając w myślach czegoś, czym mogłaby go zatrzymać. – Zdradziłam ci swój sekret. Zanim stąd pójdziesz, ty też powinieneś się ze mną jakimś podzielić.

Zmarszczył brwi, jakby chciał sobie przypomnieć, co takiego mu powiedziała.

– Mam ci powiedzieć, jaki jest mój ulubiony kolor? – spytał, podchodząc do niej.

– Nie – odparła, przechylając głowę na bok. – I tak wiem, że lubisz niebieski. Masz granatowy garnitur i niebieski pasek do zegarka.

 

– To takie proste?

– Zazwyczaj tak – odparła, używając słów, którymi on sam wcześniej zwrócił się do niej. Najwyraźniej sprawiło mu to przyjemność.

Stał teraz tak blisko niej, że musiała odchylić głowę, by widzieć jego twarz. A było na co popatrzeć.

– Dziś są moje urodziny – powiedział cicho, jakby naprawdę zdradzał jej jakiś sekret.

– Naprawdę? – spytała, uśmiechając się szeroko.

– Tak, ale nie obchodzę urodzin.

Chciała mu powiedzieć, że to rozumie. Że ona też nienawidzi swoich. Nie zrobiła tego jednak. Uniosła w jego kierunku butelkę, którą wciąż trzymała, zastanawiając się, czy tym razem się napije.

Delikatnie wziął z jej ręki butelkę i ostrożnie, żeby się nie zalać, upił łyk. Przez cały czas nie spuszczał wzroku z jej oczu. Kiedy się napił, podał jej butelkę. Maria przyłożyła usta w miejsce, w którym przed chwilą spoczywały jego, i napiła się, uważając, żeby tym razem zawartość butelki nie wylądowała na jej twarzy.

Nie wiedziała, co robi… jak zrobić to, co chciała. A chciała w jakiś sposób przyciągnąć go do siebie. Przekonać się, co takiego w nim jest, co ją tak oczarowało.

Matthieu doskonale widział, co się z nią dzieje. Miał wrażenie, że ona sama nie jest tego świadoma. Niech Bóg ma w opiece mężczyzn, których spotka na swojej drodze, kiedy już zda sobie sprawę ze swojej siły.

– To już znasz moje imię – oznajmił.

Uśmiechnęła się i wolno skinęła głową. Zrozumiała zawarte w tym stwierdzeniu pytanie i spodobał jej się sposób, w jaki je zadał. Po chwili jednak uśmiech zniknął z jej twarzy i pojawił się na niej wyraz powagi.

– Maria. Maria Rohan de Luen. – Powiedziała to z lekkim hiszpańskim akcentem, który bardzo mu się spodobał.

Nieświadomie powtórzył jej słowa, przyciągając jej wzrok do swoich ust. Ten wzrok podziałał na niego jak zapłon, rozbudził w nim uczucia, które powinien trzymać na uwięzi. Nie powinien tu być. Nie dziś, kiedy ta kobieta z taką łatwością burzyła bariery, które wzniósł, by pogrzebać głęboko myśli i uczucia, by się z nimi nie konfrontować.

W milczeniu skinął jej głową, dając znak, że odchodzi. Wiedział, że jeśli nie zostawi jej teraz, nie wyjdzie już wcale. A ona była na to zbyt czysta i niewinna. Nikt jej dotąd nie całował.

Uśmiechnął się przepraszająco i odwrócił się, by wyjść. Sięgnął za klamkę, kiedy jej słowa ponownie go zatrzymały.

– Mogę mieć do ciebie jeszcze jedną prośbę?

Odwrócił głowę, nie mając pojęcia, o co może go prosić. Nigdy jednak nie przyszłoby mu do głowy, jakie będą jej następne słowa.

– Pokażesz mi swoje blizny?

Zupełnie nieświadomie Maria dotknęła jego najczulszego miejsca, rozdrapała stare rany. Po jego minie domyśliła się, że nie jest zadowolony z tego, o co poprosiła. Odruchowo postąpiła krok do tyłu. Matthieu nie chciał jej wystraszyć, a wiedział, że jeśli je zobaczy, na pewno poczuje obrzydzenie. Jak one wszystkie.

Przypomniał sobie, jak pierwszy raz pokazał je kobiecie. Miał wówczas siedemnaście lat i wydawało mu się, że Clarze na nim zależy. Tymczasem Maria…

„– Ach, przepraszam.

– Ale za co?

– Za to, że czujesz, że musisz je ukrywać”.

Dlaczego nie miałby jej pokazać? W końcu po tej nocy nigdy więcej się nie zobaczą. No i ona też miała swoje blizny, z których była dumna.

– Nie są ładne – ostrzegł ją.

– Nie obchodzi mnie, czy są ładne – powiedziała wyzywająco, nie spuszczając wzroku z jego oczu. W jej spojrzeniu była siła.

Zacisnął zęby i podszedł do niej. Wyjął koszulę ze spodni i zaczął wolno rozpinać guziki. Kiedy skończył, spojrzał na nią i zdjął koszulę. Maria cały czas patrzyła mu w oczy. Po chwili zamknął je, nie chcąc widzieć wyrazu niesmaku czy przerażenia, jakie pojawi się na jej ślicznej buzi.

Po chwili poczuł, że się do niego zbliżyła. Zmusił się, żeby otworzyć oczy. Jednak zamiast przerażenia i wstrętu albo niezdrowej fascynacji, której czasem doświadczał, ujrzał na jej twarzy zdumienie i coś na kształt respektu.

Maria była totalnie oczarowana. Matthieu powiedział jej, że nie lubi ognia. To prawda, że jego pierś była zeszpecona rozległymi bliznami, ciągnącymi się od przedramienia aż po samą szyję. Pokrywały niemal połowę jego torsu. Fragmenty tkanki, jak się domyślała, przeszczepione w miejsce spalonej skóry, odcinały się jaśniejszą barwą od reszty opalonego ciała.

Dla niej ten patchwork był piękny. Mogła sobie jedynie wyobrażać, jak bardzo cierpiał i jak długo przebiegał proces gojenia. Przeszczepiona skóra opinała się na rozbudowanych mięśniach klatki piersiowej i ramion, a widniejący na brzuchu „kaloryfer” dowodził tego, jak dużo czasu spędzał na siłowni.

Kiedy na niego patrzyła, widziała właśnie to: siłę i moc.

– I co widzisz? – spytał wyzywająco.

Odpowiedziała pierwszymi słowami, jakie przyszły jej do głowy.

– Widzę piękno.

Czystą męskość – pomyślała, ale nie powiedziała tego na głos. To zdradziłoby, jak bardzo go pragnie.

Wyciągnęła rękę, ale chwycił ją za nadgarstek.

Spojrzała mu w oczy, świadoma tego, że cała płonie. Owładnęło ją pragnienie dotknięcia jego ciała, poczucia pod dłonią ciepła. Nie z czystej ciekawości, ale z potrzeby bliskości. Chciała poczuć jeszcze raz to, co czuła, kiedy ją całował. Wiedziała, że to samolubne, ale pragnęła mu przez to pomóc. Pocieszyć go, sprawić, żeby zniknął z jego oczu ten wyraz… Nawet nie potrafiła nazwać tego, co w nich widziała.

Przysunęła się do niego. Widziała, ile wysiłku kosztuje go to, żeby stać nieruchomo. Nie znalazła słów, którymi mogłaby wyrazić, co czuje. Zamiast tego przysunęła twarz do jego piersi i delikatnie pocałowała zniekształconą skórę.

Kiedy oderwała usta, przesunęła palcami po miejscu, w które go pocałowała. Czuła siłę, która ją do niego przyciągała. Wiedziała, że on doświadcza podobnych uczuć. Choć była niewinna, potrafiła rozpoznać w oczach mężczyzny pożądanie. I potrafiła rozpoznać je u siebie.

Pocałowała go po raz kolejny, pragnąc poczuć, jak jego ramiona zaciskają się wokół niej. Był tak barczysty, że aby jej dłonie spotkały się z tyłu, musiała objąć go niżej, w pasie. Matthieu wciąż stał nieruchomo i tylko przyspieszony oddech świadczył o tym, że nie jest z kamienia.

Nie. Ten mężczyzna nie jest z kamienia. To czyste srebro, pomyślała. W tej samej chwili puścił jej rękę.

– Przestań.

– Dlaczego?

– Nie masz pojęcia, co robisz. O co prosisz – powiedział niemal agresywnym tonem.

– Może jestem naiwna, ale…

– Naiwna? Jesteś niewinna, Mario. Niewinna jak dziecko.

– Czy to oznacza, że nie wiem, czego pragnę?

– To oznacza, że nie wiesz, jakie mogą być konsekwencje tego, czego pragniesz.

– A inni to wiedzą?

– Powinnaś to zrobić z kimś, kto z tobą potem będzie.

Nie ma żadnego potem, pomyślała. Doskonale wiedziała, że tego właśnie chce. Nigdy w życiu nie była niczego tak pewna. Bała się, że jeśli on teraz stąd pójdzie, utraci coś, o czym marzyła w najskrytszych marzeniach i najgłębszych snach.

– Nigdy nie prosiłam o nic tak, jak proszę teraz.

Mylił się co do niej. Maria była kusicielką. Oferowała mu coś, przed przyjęciem czego z trudem się powstrzymywał. Była taka piękna i taka niewinna… Gdyby dał jej to, o co go prosi, popłynęłaby za nim.

„Nigdy nie prosiłam o nic tak, jak proszę teraz”.

W życiu nie miał kobiety tak czystej jak ona. Wybierał takie, które znały reguły gry. Wymiana przyjemności, nic ponadto. Dawno już zrozumiał, że marzenie o czymkolwiek więcej jest czystą mrzonką. I nie zamierzał być tym, od którego Maria się o tym dowie.

Jednak wiedział, że jeśli teraz ją zostawi samą, coś w nim pęknie.

Odsunął od siebie tę niewygodną myśl. To, co chodziło mu po głowie, było czystym szaleństwem. Ale potem pocałowała go w pierś po raz drugi i na nowo rozpaliła w nim pożądanie.

– Proszę – wyszeptała pomiędzy jednym, a drugim pocałunkiem.

– Nie rozumiesz, że nie powinnaś mnie o to błagać?

– Nie błagam, tylko proszę. To mój wybór. Moja decyzja. Zostań ze mną tylko na tę jedną noc. Proszę.

Poddał się. Nie mógł się dłużej opierać tej prośbie. Chciał jej dotykać, chciał czuć pod palcami jej gładką skórę, chciał całować jej usta. Chciał ją posiąść i to pragnienie niemal go zżerało. W końcu zrobi coś, czym zasłuży sobie na reputację bestii, jaką się cieszył.

Tym razem nie zdołał powstrzymać jęku, który wydobył się z głębi piersi. Objął ją i przyciągnął do siebie, całując zachłannie.

Ten pocałunek różnił się od pierwszego. Był zaborczy, namiętny, pełen desperacji. Maria wsunęła palce w jego włosy, przyciągając do siebie jego głowę.