Nie igraj z ogniem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pippa Roscoe

Nie igraj z ogniem

Tłumaczenie: Anna Dobrzańska-Gadowska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Taming the Big Bad Billionaire

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Pippa Roscoe

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-7424-1

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

„Tylko nie zbaczaj ze ścieżki – powiedziała babcia. – Bo w lesie czają się różne złe stworzenia, potwory i wilki.

Jednak Czerwony Kapturek nie posłuchał babci. Dziewczynka nie wierzyła w bajki. W głębi serca dobrze wiedziała, że najbardziej niebezpieczne historie to te, które sami sobie opowiadamy”.

„Cała prawda o Czerwonym Kapturku”, Roz Fayrer

To zapach kawy, równie mocny i gorzki, jak pragnienie zemsty, zawsze obwieszczał początek dnia Romana Blacka, nie aromat wilgotnej ziemi i kory drzewnej. O tej wczesnej porze chodził po wyłożonej miękkim dywanem podłodze w swoim gabinecie, nie po trzaskających pod nogami gałązkach i liściach.

Odgłos własnych kroków wydawał mu się zbyt głośny, zupełnie jakby świadomość, że powinien zachowywać się jak najciszej, uczyniła go niezgrabnym i niezdarnym, a jednak o Romanie Blacku można było powiedzieć wszystko, tylko nie to. Każda jego myśl, każdy ruch, każde działanie miało jeden, jedyny cel i teraz, po wielu latach, ten cel znalazł się w zasięgu jego ręki.

Kilka kroków przed nim Dorcas, pies nabyty z myślą o wyprawie na południe Francji, pędził wielkimi, lekkimi susami, co jakiś czas zatrzymując się, by obrzucić nowego właściciela zaciekawionym spojrzeniem albo wygrzebać jakiś niewidoczny skarb spod liści. Dwanaście godzin wcześniej Roman otrzymał wiadomość, że poszukiwany przez niego człowiek opuścił przyjęcie na obrzeżach Moskwy, by wrócić do Francji i odwiedzić chorego krewnego. Dziewięć godzin temu Roman był już na miejscu, w niewielkiej willi położonej jakieś pięć kilometrów od lasu, w którym w tej chwili się znajdował. Siedem godzin temu zjawił się w pobliskim schronisku dla zwierząt i zgłosił chęć zakupu psa.

Pracował nad tym planem od dawna, rozważając wszystkie możliwe scenariusze. Bardzo ważne było to, aby sprawiał wrażenie całkowicie niegroźnego, co przy jego powierzchowności wcale nie było łatwe. Początkowo chciał kupić jakieś małe puszyste stworzenie, którego widok uśpiłby czujność jego wroga, ale Dorcas siedziała w tej szarej betonowej celi tak pełna wyczekiwania, jakby od dawna wiedziała, że on po nią przyjdzie. I chociaż irlandzki chart nie był ani mały, ani puszysty, wystarczyło jedno spojrzenie, by Roman zrozumiał, że nie jest w stanie znieść myśli o pozostawieniu tego przepięknego psa w niewoli.

Gdyby był bardziej skłonny do analizowania swoich poczynań i gdyby jego umysł nie był całkowicie pochłonięty zemstą, być może lepiej zrozumiałby tę decyzję. Teraz szedł przez las, czujnie badając teren, gdzie miał znaleźć swoją ofiarę, może jutro, a może następnego dnia, i wyobrażał sobie chwilę, w której odniesie zwycięstwo. Chwilę, w której wreszcie, po prawie dwudziestu latach, zmusi tego starego łajdaka, by zapłacił za to, co zrobił.

Było to cudowne uczucie, bliskie euforii. I właśnie w tym momencie, pogrążony w omalże fizycznym przeżywaniu tej satysfakcji, Roman pierwszy raz ujrzał swoją ofiarę.

Stanął jak wryty, powietrze nagle uciekło z jego płuc.

Szła przed nim przez las, o tej nieludzko wczesnej godzinie, zupełnie jakby przed sekundą zeskoczyła ze stron ulubionej bajki jego matki. Spod płaszcza ze szkarłatnego aksamitu wystawał rąbek czarnej balowej sukni, luźny kaptur opadł, odsłaniając kremową łabędzią szyję, na którą opadały jasne loki, wymykające się z ozdobnie zaplecionego węzła.

Była olśniewająco piękna. Oczywiście wiedział, że nie brak jej urody, ponieważ jego ludzie dostarczyli mu obfity zestaw fotografii i informacji, lecz nic nie przygotowało go na to jakże intymne zderzenie z rzeczywistością. Szybkim spojrzeniem ogarnął jej twarz, szukając jakiejś skazy czy wady, nie znalazł jednak niczego poza doskonałością.

Wysokie kości policzkowe nadawały wyjątkowy kształt owalnej twarzy, idealnie zarysowane łuki brwi tworzyły wspaniałą ramę dla dużych chabrowych oczu. Pożądanie zalało go gorącą falą i zaklął cicho, niemile zaskoczony własną słabością. Przez chwilę zastanawiał się, czy się nie odwrócić i nie odejść, wiedział jednak, że nie może tego zrobić.

Dziewczyna wyglądała niewiarygodnie niewinnie, nie było w niej ani śladu twardej znajomości życia, którą on w wieku dwudziestu dwóch lat, w jej wieku, miał już od dawna. Nie był w stanie wyobrazić sobie, aby osoba, która wyszła spod ręki takiego potwora jak Vladimir Kolikov, mogła być tak absolutnie czysta, dlatego natychmiast odrzucił tę myśl. Jej uroda i pozorna niewinność musiały być jedynie maską, i tyle.

Zmęczenie w końcu oszołomiło Ellę, ale wspomnienia wielu letnich miesięcy spędzonych w tym lesie, otaczającym domek jej babki, na dobre wryły się w jej umysł i ciało. Znała tutejsze ścieżki tak dobrze, że potrafiłaby się po nich poruszać nawet w ciemności.

Na myśl o babce serce ścisnęło jej się boleśnie. Była na przyjęciu w Moskwie, kiedy odebrała telefoniczną wiadomość, że starszą panią znaleziono nieprzytomną u stóp schodów w jej domu i przewieziono do szpitala. Ella przeraziła się tak bardzo, że gdyby nie jej opiekun, na pewno nie poradziłaby sobie z sytuacją.

To on wysłał po nią samochód do rezydencji ambasadora Wielkiej Brytanii w Rosji, natychmiast zorganizował lot prywatnym odrzutowcem na lotnisko tuż pod Limoux i transport do szpitala.

Jeżeli nawet szpitalny personel był zdziwiony pojawieniem się Elli w balowym stroju, to nikt nie dał nic po sobie poznać. Lekarz wyjaśnił jej, że babka ma złamaną kość udową i pękniętą kość ramienia, ale że najbardziej martwi go uraz głowy, którego doznała podczas upadku. Skomplikowana medyczna terminologia wystawiła na ciężką próbę niezłą znajomość francuskiego Elli i sprawiła, że miała wielką ochotę potrząsnąć lekarzem i zmusić go, by powiedział, że jej babci nie grozi żadne niebezpieczeństwo.

Niestety, po prawie trzynastu godzinach w szpitalu Claudette nie odzyskała przytomności i personel oddziału, gdzie leżała, nakłonił Ellę, by trochę odpoczęła. No i przebrała się w coś wygodniejszego.

Kiedy poprosiła taksówkarza, żeby zatrzymał się po drugiej stronie lasu, nawet nie pomyślała o swoim stroju. Chciała jak najszybciej dotrzeć do domu babki ścieżką, która była boleśnie znajoma, a jednocześnie dziwnie obca i nieznana o tak wczesnej porze. Szybko okazało się jednak, że długi płaszcz i suknia, które prawie sięgały ziemi, nasiąkły wilgocią i stały się niewiarygodnie ciężkie. Ella miała wrażenie, że ta wędrówka będzie walką z siłami fizyki, nie tylko z emocjami.

Przystanęła na chwilę, ogarnięta gwałtownym, nieracjonalnym pragnieniem, by zrzucić płaszcz z ramion i zanieść się płaczem. Wzięła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze z płuc, raz, drugi i trzeci. Prawie udało jej się odzyskać panowanie nad sobą, gdy nagle usłyszała głośny trzask.

Włosy na karku podniosły jej się jak pod wpływem lodowatego powiewu, po plecach przebiegł jej zimny dreszcz. Uważnie rozejrzała się dookoła i jej wzrok zatrzymał się na szarej plamie w gęstwinie liści. Postąpiła krok w kierunku krzewu i zamarła. Spośród zieleni patrzyły na nią lśniące żółte oczy.

Zanim zdążyła odwrócić się i rzucić do ucieczki, złocistooka bestia wypadła zza krzaka, dopadła ją kilkoma niezbyt szybkimi susami i już miała skoczyć na nią, gdy…

– Dorcas, siad!

Ella powoli otworzyła mocno zaciśnięte oczy i ujrzała, jak wielkie zwierzę zatrzymuje się tuż przed nią i przysiada na tylnych łapach, wywieszając różowy jęzor i patrząc na swego pana z trudną do opisania radością, że oto udało mu się znaleźć coś interesującego.

Z piersi Elli wyrwał się prawie histeryczny śmiech, który tylko cudem udało jej się powstrzymać na widok zmierzającego ku niej właściciela bestii.

Mężczyzna musiał mieć blisko dwa metry wzrostu, był szczupły, lecz atletycznie zbudowany i poruszał się lekkim, pełnym gracji krokiem. Serce Elli zabiło mocniej, gdy napotkała jego spojrzenie. Ciemne, niezbyt krótko ostrzyżone włosy opadały mu na czoło, nadając twarzy trochę pochmurny, groźny wyraz. Bystre oczy, lekko zmrużone w bladym porannym słońcu, miały niespotykany odcień jasnego błękitu i wydawały się prawie złociste, zupełnie jakby z siedzącym u jego stóp zwierzęciem łączyło go jakieś dziwne pokrewieństwo. Patrząc na jego wargi, ani zbyt wąskie, ani zbyt wydatne, mimo woli zaczęła się zastanawiać, czy ich dotyk byłby równie idealny, jak wygląd. Ostre kontury kości policzkowych i dolnej szczęki były zdecydowane i dumne, a spod błękitnego swetra wystawał rozpięty kołnierzyk szarej płóciennej koszuli, odsłaniając zagłębienie w dole szyi, którego nagle zapragnęła dotknąć.

 

Serce nadal biło jej mocno i szybko, jak po intensywnym wysiłku. Żaden mężczyzna nie zrobił na niej nigdy tak wielkiego wrażenia i jeszcze nigdy własny umysł nie zdradził jej, podsuwając myśl, która poruszyła nią do głębi.

Ten człowiek złamie mi serce.

Potrząsnęła głową, starając się wyrzucić z niej natrętną frazę, a gdy mężczyzna przystanął, wzięła głęboki oddech. Mimo jego imponującego wzrostu i budowy, czuła się w jego obecności dziwnie bezpieczna.

– Przepraszam za Dorcas. Zawsze jest bardzo podekscytowana, kiedy kogoś spotykamy.

Bestia imieniem Dorcas uznała teraz, że rozkaz pana przestał już obowiązywać, podniosła się, podeszła do Elli i trąciła jej dłoń wilgotnym nosem. Dziewczyna w roztargnieniu pogłaskała głowę ogromnego charta i dopiero po chwili jej zmęczony umysł wyłowił źródło zdumienia, które ją opanowało – świetnie zrozumiała, co powiedział nieznajomy, nie mogła jednak pojąć, dlaczego odezwał się do niej po rosyjsku.

Natychmiast zauważył i zinterpretował jej niepewne spojrzenie.

Je suis desole, vous m’avez surprise – bez wahania przeszedł na francuski.

Posłał jej przepraszający uśmiech, tak jakby to on ponosił winę za całe to dziwne spotkanie i jakby najzupełniej normalną rzeczą było, że ona szła przez las wczesnym rankiem, ubrana w…

Ella prawie jęknęła, lecz po chwili zaśmiała się cicho.

– Możemy mówić po angielsku? – zagadnęła. – Oczywiście jeżeli włada pan tym językiem. Mam za sobą bardzo długi dzień.

– Jest dopiero szósta rano, więc zakładam, że faktycznie musiał to być bardzo długi dzień – powiedział.

Nagle zdała sobie sprawę, że mógł całkowicie błędnie zinterpretować jej obecność w lesie, w balowej sukni i szkarłatnym aksamitnym płaszczu, który nasiąkł poranną rosą i nie stanowił żadnej ochrony przed chłodem. Ella była zziębnięta, głodna i wyczerpana.

– Dokąd pani idzie? – zapytał łagodnie, najwyraźniej nie chcąc przestraszyć jej jeszcze bardziej.

– Do domu mojej babki. To niedaleko, jeszcze tylko kawałek tą ścieżką.

Zachwiała się lekko, ponieważ Dorcas naparła na nią całym swym ciężarem.

– Dorcas! – ostrzegawczo rzucił mężczyzna.

Pies szczeknął krótko i ułożył się na grzbiecie u stóp Elli, odsłaniając brzuch i jasno domagając się pieszczot.

– Przestań flirtować, Dorcas!

Ella uśmiechnęła się mimo woli i schyliła się, by podrapać psa.

– Spóźniony powrót do domu? – lekkim tonem zagadnął nieznajomy.

– Byłam na przyjęciu w Moskwie, kiedy dostałam telefon, że moją babcię zabrano do szpitala.

Gdy jeszcze mocniej ściągnął brwi, Ella mimo woli zaczęła się zastanawiać, jak wyglądałby z pogodniejszym wyrazem twarzy. Wyczuła narastające w nim napięcie, lecz kiedy w końcu zadał pytanie, niewątpliwie było to to najważniejsze.

– Nic jej nie jest?

– Nie wiem – odparła szczerze.

– A pani? Jak pani się czuje?

Nie była w stanie odpowiedzieć, nie potrafiła znaleźć słów, które trafnie opisałyby jej samopoczucie, więc tylko potrząsnęła głową.

– Idziemy w tę samą stronę – powiedział spokojnie. – Jeżeli chciałaby pani mieć towarzystwo…

Dorcas lekko poderwała się z ziemi, entuzjastycznie reagując na słowa swego pana. Ella uśmiechnęła się.

– Tak, będzie mi bardzo miło. – Nagle ogarnęło ją przekonanie, że zaraz upadnie, ledwo żywa ze zmęczenia i zdenerwowania.

– Mam na imię Roman. – Mężczyzna wyciągnął rękę.

– Ella.

Gdy dotknęła jego dłoni, drgnęła, jakby poraził ją prąd. Przykrył jej rękę własną, przytrzymując ją mocniej i wtedy, całkowicie zaskoczona własną reakcją, natychmiast się uspokoiła.

Krótką drogę do domu babki Elli odbyli prawie w milczeniu. Ella nie mogła zrozumieć, dlaczego obecność Romana budzi w niej wyłącznie pozytywne uczucia.

Dotarli do skraju lasu i skręcili na piaszczystą ścieżkę prowadzącą do przypominającego bombonierkę domku, który Ella tak bardzo kochała. W ogóle nie myśląc o tym, co robi, podeszła do dużych drewnianych drzwi i pchnęła je. Wprowadziła do środka swój dziwny orszak, złożony z Romana i Dorcas, i przystanęła u stóp schodów, w miejscu, gdzie jej babka musiała spędzić parę godzin w oczekiwaniu na pomoc.

Po plecach przebiegł jej lodowaty dreszcz i musiała z całej siły przygryźć wargi, by nie wybuchnąć płaczem w obecności obcego człowieka, który wcale nie wydawał jej się obcy.

Wnętrze pogrążone było w ciemności, słabe światło, rozchodzące się ze środkowego pomieszczenia tylko w niewielkim stopniu rozpraszało poranne cienie. Ella stała nieruchomo, dopóki nie uświadomiła sobie, że wpatruje się w Romana, wyraźnie zaniepokojonego jej stanem.

Po chwili krótko kiwnął głową, jakby utwierdzając się w już podjętej decyzji, odwrócił się i zajął rozpalaniem ognia w kominku. Kiedy płomienie zatańczyły pod parapetem, podszedł do Elli i przystanął tak blisko, że musiała podnieść głowę, by zajrzeć mu w twarz. Miała wielką ochotę oprzeć się o niego, wtulić w jego pierś i poczuć wokół siebie mocne ramiona.

– Mogę? – zapytał cicho.

Nie była pewna, o co mu chodzi, lecz i tak przyzwalająco skinęła głową. Czuła się dziwnie oderwana od rzeczywistości, ale aż nadto świadoma bliskości patrzącego na nią mężczyzny.

Jego palce rozpięły klamrę przytrzymującą płaszcz na jej ramionach i delikatnie zdjęły tkaninę z jej barków. Zadrżała, czując jego dłonie na skórze, tuż nad linią głębokiego dekoltu sukni. Jej serce biło mocno, gdy podprowadził ją do kanapy obok kominka i okrył ciepłym kaszmirowym kocem.

– Może powinienem do kogoś zatelefonować?

– Nie.

Zmarszczył brwi, jakby oburzony myślą, że ma zostać sama. Po paru sekundach zniknął z jej pola widzenia, zaraz jednak usłyszała dobiegające z malutkiej kuchni odgłosy – szum wody w czajniku, brzęk filiżanek i spodków, skrzypnięcie otwieranych drzwi lodówki. Wciąż nie mogła się nadziwić, dlaczego obecność tego obcego mężczyzny nie wywołuje w niej najmniejszego lęku.

Przyniósł jej filiżankę herbaty i postawił ją na stoliku.

– Powinienem już iść.

Spojrzała na niego uważnie, starając się odczytać wyraz oczu koloru jasnego bursztynu.

– Jak mam ci dziękować? – spytała cicho.

– Zastanowimy się nad tym następnym razem.

– Następnym razem? – powtórzyła niepewnie, zawstydzona brzmiącą w jej głosie nadzieją.

– Tak, następnym razem, kiedy znowu spotkamy się w lesie.

Minęły dwa dni, zanim znowu zobaczyła Romana.

Dwa dni, podczas których jej babka odzyskała przytomność i została poddana serii zabiegów chirurgicznych, mających na celu przywrócenie naturalnej sprawności ciała. Kiedy obudziła się pierwszy raz, wzięła Ellę za jej matkę, Adeline. Po chwili zorientowała się, że popełniła pomyłkę, lecz Ella przeżyła to w bardzo emocjonalny sposób.

Babka była jedynym ogniwem łączącym ją z matką, rdzenną Francuzką, i Ella pieczołowicie gromadziła wszystkie historie o niej, jakie opowiadała jej Claudette. W dzieciństwie Ella zazwyczaj spędzała lato na wędrówkach po lasach w towarzystwie babki, w czasie których z zapałem chłonęła opowieści o przystojnym amerykańskim milionerze, Nathanielu Riding, oraz słodkiej, niewinnej Adeline Ardoin, którzy spotkali się, zakochali w sobie bez pamięci i pobrali, a wszystko to na przestrzeni paru miesięcy.

Wiedziała, że babka ogromnie cierpiała, gdy młoda para przeniosła się do Rosji, ze względu na powiązania biznesowe Nathaniela, i że zupełnie się załamała po śmierci Adeline, i dlatego w pierwszej chwili po przebudzeniu Claudette nie próbowała wyprowadzać jej z błędu.

Jednak jak zwykle przytomny i czujny umysł babki szybko dokonał oceny sytuacji i starsza pani ze łzami w oczach przeprosiła wnuczkę za pomyłkę. Po kilku spotkaniach z lekarzami dla Elli stało się jasne, że babka spędzi w szpitalu co najmniej dwa tygodnie i najprawdopodobniej nie wróci do ukochanego domku oraz niezależności, którą tak bardzo ceniła.

Okropna rzeczywistość i konieczność przeprowadzki Claudette do domu opieki poważnie wstrząsnęły Ellą. Uświadomiły jej także, chyba po raz pierwszy, jak wiele uczynił dla niej jej prawny opiekun, gdy była dzieckiem.

Kiedy jej rodzice zginęli w katastrofie śmigłowca, Ella miała zaledwie pięć lat. Z powodu wieku i złej sytuacji finansowej Claudette nie była w stanie zająć się wnuczką i dziewczynkę powierzono opiece Vladimira Kolikova, biznesowego partnera i najbliższego przyjaciela jej ojca. I tak córka Amerykanina – jedynaka, którego rodzice także umarli przedwcześnie – oraz Francuzki zamieszkała na stałe w Rosji z samotnym człowiekiem, może nieco chłodnym w obyciu, ale niewątpliwie gotowym zapewnić jej dom i spokojne, bezpieczne życie.

Vladimir nie miał najłatwiejszego charakteru, ale Ella czuła, że darzy ją szczerym uczuciem i okres dorastania w żaden sposób nie był dla niej przykry. Czas dzieliła między naukę w szkole z internatem w Szwajcarii, lato spędzane we Francji i zimę w Rosji.

Teraz, przygotowując się do wyjścia z domu i powrotu do szpitala, jej myśli znowu wróciły do spotkania z Romanem. Co by nie mówić, okoliczności tego spotkania były z pewnością niecodzienne. I z jakiegoś powodu od początku wydawało jej się, że wyczuwa dziwne podobieństwo między swoim opiekunem i wybawcą, jak przyzwyczaiła się myśleć o Romanie.

Na wspomnienie tamtego poranka jej policzki oblał gorący rumieniec. Roman na pewno uznał ją za kompletną idiotkę, bo któż inny wpuściłby obcego do domu, a następnie patrzył bez słowa, jak tenże obcy rozpala ogień w kominku, sprawdza, czy w lodówce jest coś do jedzenia i na koniec podaje jej herbatę.

Chwyciła torbę, otworzyła wejściowe drzwi i o mały włos nie nadepnęła na leżącą tuż za progiem małą paczkę. Pośpiesznym spojrzeniem ogarnęła las, ale dostrzegła tylko rozkołysane wiatrem korony drzew, cieniste ścieżki i całe łąki dzwonków. Przeniosła wzrok na owiniętą lawendowym papierem paczuszkę, podniosła ją i zobaczyła kremową kartkę z krótkim napisem po angielsku: „W miejsce tego, co zginęło”.

Ze zmarszczonymi brwiami powoli odwinęła papier, nie chcąc uszkodzić przesyłki, która przecież mogła trafić tu przez pomyłkę. Wewnątrz znajdował bordowy długi płaszcz z kapturem, z najdelikatniejszej kaszmirowej wełny, jakiej kiedykolwiek dotykała. Podniosła go ostrożnie, świadoma, że ma w rękach coś znacznie kosztowniejszego niż szkarłatny płaszcz, który zniszczyła podczas wędrówki przez las dwa dni temu.

Płaszcz był cudowny, a jego ofiarodawcą mogła być tylko jedna osoba. Przesunęła dłonią po mięciutkim materiale, oszołomiona jakością podarunku, pełna radości, zaskoczenia i podniecenia, że Roman również myślał o niej i wpadł na pomysł, by dać jej coś tak wspaniałego.

Miała nadzieję, że niedługo znowu go zobaczy.

Roman niechętnie oderwał oczy od stojącej w progu domu Elli i odwrócił się. Z największym trudem oparł się pragnieniu, by dalej chłonąć ją wzrokiem, nie mógł jednak zapomnieć o swoich prawdziwych intencjach.

Aby osiągnąć pożądany cel, musiał przeistoczyć się w drapieżnika. Nosił ten cel wyryty w duszy, bo przecież to dążenie do niego od lat kształtowało jego życie i umysł.

I wreszcie dokonanie zemsty stało się rzeczywistością.

Niewinność dziewczyny całkowicie go zaskoczyła. Naprawdę. Spodziewał się, że wychowanica Vladimira będzie twardą, światową kobietą, która doskonale wie, jak postępować z mężczyznami, tymczasem przed dwoma dniami spotkał istotę jak z bajki.

Na moment zapomniał nawet o zemście, zupełnie jakby Ella posiadała jakąś magiczną moc, zdolną wymazać nienawiść. Zauważył, jak patrzyła na niego w domku babki. Kiedy zdjął z jej ramion aksamitny płaszcz, z ogromnym trudem powstrzymał pragnienie, by przyciągnąć ją do siebie. Jej źrenice rozszerzyły się wtedy, a ciemny błękit oczu przybrał odcień granatu, wyraz niepewności i pożądania.

Rumieniec, który oblał jej policzki, wyraźnie świadczył, że nie miała pojęcia, czego pragnie, i widok jej zakłopotania sprawił, że czar prysnął.

 

Dziewczyna była naprawdę piękna i w zakątku duszy Romana na krótką chwilę pojawił się żal, że sytuacja jest taka, a nie inna, nie mógł jednak zawrócić z drogi, na którą wszedł osiemnaście lat temu, kiedy Vladimir Kolikov podpisał wyrok śmierci na jego matkę.

Gwałtowny ból dopadł go w jednej chwili, zaskakujący i szokujący w swojej intensywności. Znowu czuł się tak jak wtedy, ogarnięty uczuciem, że nie zdoła wykonać ani jednego kroku więcej, nie zdoła przeżyć następnego dnia bez jedynej osoby, która kochała go i była niczym kotwica dla statku, pozwalająca przetrwać najgorsze burze.

Doskonale pamiętał ból, rozpacz i wściekłość, gdy jako trzynastoletni chłopak błagał dziadka o pomoc, o pieniądze, którymi mógłby opłacić leczenie matki. Vladimir zatrzasnął wtedy przed nim drzwi, a konsekwencje jego odmowy okazały się przerażające.

Teraz Roman chciał tylko jednego – aby Vladimir Kolikov poznał to uczucie, aby błagał i prosił, tak samo jak kiedyś on sam. Ella Riding była jedyną drogą do wymarzonego celu, tylko poprzez nią mógł wywrzeć zemstę na dziadku.