W mauretańskim pałacu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pippa Roscoe

W mauretańskim pałacu

Tłumaczenie: Natalia Wiśniewska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Reclaimed by the Powerful Sheikh

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Pippa Roscoe

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5969-9

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

PROLOG

Mason McAulty nie była pewna, czy oddycha. Istniało spore prawdopodobieństwo, że tak, skoro ten automatyczny odruch wymuszało jej ciało w procesie spełniania wymogów niezbędnych do życia. Mimo to często podczas wyścigu nie miała czasu, żeby sobie o tym przypominać. W takich chwilach nie musiała się zmagać także z dręczącymi ją na co dzień myślami. Zwykle jej umysł przypominał rwący potok, bystry i krystalicznie czysty. Ale nie tym razem. Mason powinna się była skupiać na koniu, którego dosiadała, a nie na Danylu, który całkiem niespodziewanie powrócił do jej życia.

Stłumiła nieprzyjemny dreszcz, ucinając rozmyślania o tym, co mogłoby być. Zanim zdążyły zsynchronizować się z tętentem kopyt. Zamiast na nich skupiła się na niewidzialnej linii wyznaczającej połowę dystansu do pokonania podczas wyścigu. Zbliżała się bardzo szybko.

Pieczenie w udach unoszących się tuż nad grzbietem Veranchettiego było przyjemne. Przywracało jej poczucie sensu. Nie słyszała nic prócz niekończącego się grzmotu. Jej kolana chłonęły wibracje zwierzęcia. Podkowy dudniły w rytm bicia jej serca. Ona i Veranchetti byli ze sobą idealnie zgrani.

W takich chwilach czuła, jak adrenalina burzy jej krew. Nie przypominało to latania, bo wymagało wysiłku, nie było łatwe. Wymagało zaciętej determinacji, siły mięśni, kontroli, zrozumienia i intuicji, aby okiełznać moc konia, móc właściwiej ją ukierunkować i wspólnie dokonać niewiarygodnych rzeczy.

Nie liczyły się lata treningów, a jedynie sekundy na torze. Ostatnie osiemnaście miesięcy ograniczało się do tych kilku chwil. Bez względu na wszystko Mason musiała wygrać. Dla swojego ojca. Dla siebie.

Skoncentrowana do granic możliwości odcięła się od wszystkich myśli, od widoku jedynego konia przed sobą oraz tego z boku. Zamrugała, kiedy razem z Veranchettim zbliżali się do ostatniego łuku tego wyścigu po płaskim torze. Także koń wydawał się skupiony na czekającym ich zadaniu. Wtedy Mason pozwoliła sobie na nikły uśmiech, a Veranchetti rzucił się do przodu, zaskakując wszystkich prócz niej.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Grudzień, obecnie

Danyl Nejem Al Arain musiał złapać oddech. Musiał skupić się na tym, czego się właśnie dowiedział od jednego ze swoich najlepszych przyjaciół i współwłaściciela Winners’ Circle Syndicate. Ale nie mógł. Jego myśli rozpierzchły się w najróżniejszych kierunkach, zgodnie wskazując królewską galę, która miała się odbyć za kilka tygodni. Galę, która ostatecznie miała potwierdzić jego gotowość.

‒ Antonio, ja…

‒ Muszę kończyć. Czekają na mnie ważne sprawy… Nie przejmuj się. John i Veranchetti wyruszyli już w drogę.

‒ Dokąd? – zapytał podejrzliwie Danyl.

‒ Do Ter’harnu.

‒ Co takiego?

‒ Na prośbę twojej matki. Ponieważ i tak mieli pojawić się u ciebie w Nowy Rok, poprosiła, by przyspieszyli swój przyjazd o kilka tygodni i wzięli udział w obchodach.

‒ Ta gala wymyka mi się z rąk.

‒ Nie bardziej niż plany weselne mojej przyszłej teściowej. Pięćdziesiąt gołębi! Ta kobieta chce, by wypuszczono w powietrze pięćdziesiąt gołębi, kiedy wyjdziemy z kościoła. Las Vegas nigdy nie wydawało się takie kuszące!

‒ Las Vegas? – Danyl spróbował przypomnieć sobie, o czym właśnie powiedział mu przyjaciel.

‒ Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – W głosie Antonia pobrzmiewało zniecierpliwienie.

‒ Las Vegas. Jeśli naprawdę chcesz wyprawić tam ślub, możesz na mnie liczyć – powiedział Danyl z naciskiem.

‒ Doceniam. A skoro jesteśmy już w temacie… muszę wiedzieć, kto będzie twoją osobą towarzyszącą. Która nieszczęśniczka jako kolejna stanie do przesłuchania do roli twojej idealnej królowej? Muszę przyznać, że z tego co Dimitri mówił o Brigetcie…

‒ Dam ci znać, kiedy tylko się tego dowiem – przerwał mu Danyl.

‒ Chodzi o to, że w obliczu całego tego zainteresowania prasy ostatnim zwycięstwem McAulty’ego musimy podjąć dodatkowe środki bezpieczeństwa.

‒ Jasne, rozumiem. Odezwę się do ciebie w sprawie mojej towarzyszki. I spotkam się z tobą i Emmą podczas gali.

Danyl ponownie pogrążył się w swoich myślach, przekonany, że Antonio wybaczy mu chwilowy brak zainteresowania rozmową. Po chwili wsunął telefon do kieszeni spodni, zamiast cisnąć nim o ścianę, tak jak miał na to ochotę. Co jego matka sobie myślała, sprowadzając trenera związku Johna i ich rasowego czempiona Veranchettiego na galę? W dodatku robiła to za jego plecami, jednocześnie wtajemniczając we wszystko Dimitria i Antonia. Na pewno coś knuła, a on musiał położyć temu kres. I to jak najszybciej. Im więcej zapewniała rozrywek, tym bardziej rosło prawdopodobieństwo, że coś pójdzie nie tak. A gała musiała być idealna.

Odsunął się na krześle od solidnego, drewnianego biurka, na którym piętrzyły się dokumenty z mnóstwem żółtych karteczek zapisanych jego schludnym pismem, tak innego od szklanej konstrukcji jego biura w centrum Aramu, stolicy Ter’harn. Brakowało mu niczym niezakłóconej skuteczności i spokojnej prostoty jego środowiska zawodowego i w duchu przeklinał matkę za urządzony przez nią melodramat, który zmusił go do powrotu do pałacu królewskiego.

Kiedy wszedł do holu, natychmiast pojawił się jego osobisty ochroniarz, a dwoje służących oddaliło się czym prędzej. Danyl wiedział, że o tej porze powinien szukać rodziców w jadalni. Kierując się w tamtym kierunku, nawet nie zwracał uwagi na wielowiekowe zdobienia ścian, kunsztowne szczegóły dekoracyjne na podłodze, utrzymane w kolorach bieli, błękitu i zieleni. Na barkach czuł ciężar tego miejsca.

Ter’harn był zamożnym krajem czerpiącym zyski z bogatych złóż ropy naftowej, doskonale zlokalizowanym, tak by korzystać zarówno z klimatu pustynnego, jak i niemal śródziemnomorskich temperatur, które zapewniało górzyste wybrzeże obmywane przez Morze Arabskie. Tworzył go oszałamiający tygiel kultur czerpiących z wszystkiego od pozostałości po Imperium Osmańskim, aż po nowoczesną Afrykę i kraje arabskie. Z trzech znajdujących się w kraju pałaców ten był największy. Przetrwał pięć wieków, trzy najazdy i jedną próbę zamachu stanu. Każdy zakątek, korytarz, komnata i ogród dumnie nosiły piętno tych, których gościły w przeszłości. Podczas gdy inne kraje ślubowały wierność kolejnym rodzinom królewskim i władcom, Ter’harn pozostał niewzruszony. Jego rodzina nigdy nie została zrzucona z tronu. A teraz on musiał zapewnić jej przetrwanie. W tym celu potrzebował królowej i dziedzica. Na samą myśl o tym poczuł skurcz żołądka.

Służba nie zdążyła zapowiedzieć jego przybycia, z czego Danyl zdał sobie sprawę zbyt późno. Przyłapał rodziców na trzymaniu się za ręce. Czym prędzej obrócił się w inną stronę i wbił wzrok w ścianę. Chrząknął i policzył do dziesięciu, zanim ponownie zwrócił ku nim twarz. Ani jego matka, ani ojciec nie sprawiali wrażenia zakłopotanych.

‒ Naprawdę musiałaś ciągnąć Veranchettiego przez pół świata na przyjęcie? Nie uważasz, że takie paradowanie z czempionem na oczach gości jest nieco ostentacyjne?

‒ Kochanie, u nas wszystko dobrze, dziękuję, że pytasz. My też cieszymy się z tego spotkania – zadrwiła jego matka. – Jesteśmy rodziną królewską, Danylu. Ludzie dostrzegają ostentację we wszystkim, co robimy. Równie dobrze możemy się więc trochę zabawić. Nie uważasz? Dawniej lubiłeś dobrą zabawę. Poza tym tylko rozmawiałam z chłopcami…

‒ Oni nie są chłopcami, matko.

‒ Znam ich od czasów, kiedy razem studiowaliście. Byliście wtedy chłopcami i już na zawsze nimi dla mnie pozostaniecie.

‒ Spiskowałaś za moimi plecami.

‒ Przestań dramatyzować. – Westchnęła przeciągle. – Veranchetti i tak miał wrócić do Ter’harnu i dobrze o tym wiesz. Zapytałam więc tylko, czy nie można by przyspieszyć daty jego przyjazdu, aby uświetnił galę, którą, tak się składa, urządzamy na cześć twoich osiągnięć.

 

‒ Nie nazwałbym tego moim osiągnięciem, matko – zaoponował Danyl.

‒ No tak, urocza Mason McAulty… Nie odpowiedziała jeszcze na nasze zaproszenie.

‒ Zaprosiłaś Mason? – Nawet jeśli matka wychwyciła lodowaty ton jego głosu, niczego nie dała po sobie poznać.

‒ Tak. Niesamowite dokonanie, wygrana we wszystkich trzech wyścigach Hanley Cup. Niezwykłe. Jak na kobietę.

Słowa Elizabth Al Arain rozbrzmiewały echem w uszach jej syna. Samo imię Mason wystarczyło, by zakłócić funkcjonowanie idealnie uporządkowanego umysłu Danyla. Przed oczami stanął mu obraz jej gęstych, brązowych loków opadających na opalone ramiona. Towarzyszyło mu echo śmiechu sprzed dziesięciu lat oraz zapach skóry, siana i kobiecego ciała. Danyl czym prędzej odepchnął od siebie tę wizję, przywołując gniew, który był znacznie lepszy od tego, z czym musiał się mierzyć, gdy wspominał Mason McAulty.

Nie chciał jej tutaj, w Ter’harnie, w tym pałacu. Nie chciał nawet, żeby ścigała się dla ich syndykatu Winners’ Circle podczas Hanley Cup, ale Dimitri Kyriakou i Antonio Arcuri mieli odmienne zdanie. Dwóch przeciwko jednemu. Wiedział, że gdyby się uparł, zaakceptowaliby jego decyzję. Ale w tamtej chwili, gdy podeszła do nich w prywatnym klubie w Londynie, odjęło mu mowę. Niedowierzanie i szok były tak silne, że nie wydukał nic prócz kilku zdawkowych aluzji, które Mason całkowicie zignorowała. Próbował odesłać ją z kwitkiem, ale ta uparta kobieta nie chciała ustąpić. I właśnie to wywarło największe wrażenie na członkach Winners’ Circle. To i zuchwałość jej obietnicy, którą, o dziwo, spełniła.

‒ Chcę, żeby tu była – nalegała jego matka. – Wiesz, jak kocham wyścigi konne. Po kim twoim zdaniem odziedziczyłeś tego bakcyla?

‒ Nie nazwałbym moich inwestycji bakcylem.

‒ Danylu Nejemie Al Arainie, nie zwracaj się do mnie takim tonem. To, co osiągnęła Mason McAulty, graniczy z cudem. Wygrana w trzech wyścigach Hanley Cup nie udała się nikomu od trzydziestu lat. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Zamierzam uczcić sukces tej niesamowitej dżokejki. W końcu zawsze powtarzam, że gdybym nie była aktorką…

‒ Zostałabyś dżokejką, tak, wiem. Niestety jesteś zdecydowanie za wysoka, matko.

Skwitowała jego odpowiedź cichym prychnięciem.

‒ Ale to nie przeszkodziło mi w opanowaniu jazdy konnej do perfekcji. Chcę poznać tę młodą kobietę, Danylu, a ty zrobisz co w twojej mocy, żeby mi to umożliwić. Polecisz do Australii, jeśli będzie trzeba. Możemy uznać, że to wcześniejszy prezent gwiazdkowy.

‒ Co tak naprawdę będziesz z tego miała, matko? – zapytał, podejrzliwie mrużąc oczy.

‒ Och, kochanie, to będzie najlepsze przyjęcie od lat. Doceniamy z ojcem twoją ciężką pracę, która pozwoliła wypracować doskonałe relacje z naszymi sąsiadami, i zastanawiamy się nawet, czy nie wycofać się bardziej, żebyś mógł wstąpić na tron.

Danyl zerknął na swojego ojca, który w milczeniu przysłuchiwał się rozmowie. Jego mina zdradzała, że rozumiał intencje żony znacznie lepiej niż jego syn.

‒ Zgodnie z tradycją powinniście zaczekać z tym do czasu, aż się ożenię – zauważył, czując, jak jego gniew ustępuje miejsca frustracji. Ale jak mógłby się czuć inaczej, po serii zaaranżowanych randek z wytwornymi księżniczkami i niezwykle kompetentnymi prezeskami z ostatnich kilku miesięcy?

‒ Skoro ponosisz tak spektakularne porażki na tym polu – odparła matka odrobinę drwiącym tonem – chyba nie mamy co na to liczyć… a nie możemy czekać w nieskończoność. Nie uważasz? Żadne z nas nie robi się młodsze, a ja chciałabym móc w końcu nacieszyć się mężem. Tak czy inaczej, Mason ma się pojawić na moim przyjęciu, a ty masz tego dopilnować.

Poranny upał dawał jej się we znaki, a świadomość upływającego czasu była dla Mason jeszcze bardziej dokuczliwa. Musiała się pospieszyć, jeśli zamierzała dojechać do ogrodzenia wyznaczającego granicę jej rodzinnej farmy. Przymocowała lepiej siodło, po czym poklepała Błazenka po grzbiecie, żeby go uspokoić. Kiedy się odwróciła, dostrzegła swojego ojca stojącego przy jukach przed stajnią.

Wyglądał tak, jakby się postarzał o dziesięć lat zamiast tych osiemnastu miesięcy, podczas których przebywała poza domem. Dawniej siwe na skroniach włosy zrobiły się całkiem białe. Cienie pod oczami mężczyzny nabrały niebieskiego odcienia. Mason stłumiła frustrację, dobrze wiedząc, że koń lada moment dostroi się do jej uczuć. Jej ojciec chwycił jedną z juk, a ona wzięła ją od niego. Niespiesznie przymocowała sakwę do siodła, zanim ponownie na niego spojrzała.

W oddali za stajniami rozpościerały się szmaragdowe pola sięgające aż do podnóża gór. Choć znajomy widok szczytów zawsze przywracał jej spokój, tym razem zdawał się zwiastować coś mrocznego. Mason nabrała w płuca rozgrzane, wilgotne powietrze.

Joe McAulty z pewnością miał jej coś do powiedzenia. Nie zamierzał jednak otworzyć ust, dopóki nie będzie gotowy. Nie było sensu go popędzać, dlatego też skupiła się na swojej pracy.

‒ Nie sądziłem, że odezwie się tak szybko.

‒ Nic na to nie poradzimy – odparła dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy ojciec wyjawił jej prawdę o swoich długach.

‒ Ale po tym wszystkim, co zrobiłaś, po wszystkich tych wygranych w Hanley Cup…

‒ Tatku, Mick nie żyje – rzuciła przez ramię, wspominając zmarłego sąsiada, który wydawał jej się stary nawet wtedy, gdy była dzieckiem. ‒ Kto mógł wiedzieć, że jego syn tak szybko zażąda spłaty pożyczki? I to prawda, że gdyby tego nie zrobił, starczyłoby nam pieniędzy na kilka lat, ale ostatecznie zawsze mogło wypaść coś innego…

W końcu odwróciła się i spojrzała na ojca. Nie odrywał wzroku od pyłu unoszącego się nad drogą.

‒ Jeszcze nie straciliśmy farmy, tatku. – Mason wiedziała, że czuł się za wszystko odpowiedzialny, ale nie mogła go winić. – Praca z dzieciakami, którą tu wykonujemy, jest dla mnie równie ważna jak dla ciebie. Niestety wymaga dużych nakładów finansowych. Utrzymywanie wszystkich tych koni, opiekunów, fizjoterapeutów, personel… Ale nikomu nie oddam tego bez walki. Zwłaszcza temu krętaczowi, który próbuje wykupić wszystkie gospodarstwa w okolicy.

Uśmiechnęła się smutno, kolejny raz spoglądając na juki, jakby wymagały ponownego umocowania.

‒ Może znajdę inny syndykat, dla którego mogłabym się ścigać. Po Hanley Cup pojawi się mnóstwo ofert.

‒ Nie mógłbym cię o to prosić – odparł ojciec ponurym głosem.

‒ Nie było tak źle, tato – zapewniła go, nawet jeśli nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. Wychowywał ją sam, odkąd skończyła dwa lata. Niczego nie umiała więc przed nim ukryć. Ale to prawda, że praca dżokejki nie była taka zła, jak sądziła. Kiedy gnała na grzbiecie Veranchettiego, czuła, że żyje.

Niestety problem stanowił Danyl. Musiała trzymać się od niego z daleka za wszelką cenę. Dlatego postanowiła odejść z jego syndykatu.

Mason zebrała długie, ciemne kosmyki opadające jej na szyję i wsunęła pod opaskę. Delikatna bryza przyjemnie schłodziła jej rozgrzany kark, kiedy obserwowała, jak słońce zachodzi między szczelinami gór wyznaczających granicę doliny rzeki Hunter. Zawsze gdy tu przyjeżdżała i podziwiała niesamowitą przyrodę, zastanawiała się, jak jej matka mogła porzucić takie miejsce. Przez lata ojciec tłumaczył jej, że zwyczajnie pragnęła czegoś więcej. Mason poczuła to pragnienie, kiedy dziesięć lat wcześniej wyjechała do Ameryki, by zostać dżokejką. Nie żałowała podjętej wtedy decyzji. Niemniej jednak nie zamierzała nigdy więcej opuścić domu na tak długo.

Uniosła do ust kubek z parującą kawą i przez moment rozkoszowała się aromatem napoju, mokrej ziemi i pobliskiego lasu. Spojrzała na wieczorne niebo. Wkrótce szmaragdowa połać zieleni miała zniknąć w mroku nocy. Taki sam los czekał farmę, którą próbowała ocalić ze wszystkich sił. Pieniądze zdobyte dzięki trzem wygranym wyścigom dla Winners’ Circle powinny były wystarczyć. Zignorowała cichy głos próbujący zwrócić jej uwagę, dlaczego ostatecznie stało się inaczej. Nie miała w zwyczaju użalać się nad sobą. W przeciwnym razie od dawna nie robiłaby nic prócz tego.

Porozmawiałaby z synem Micka, gdyby nie miała o nim jak najgorszego zdania. Wiedziała przecież, że ten pasożyt bez skrupułów zamierzał sprzedać ziemię pozostającą w jego rodzinie od siedmiu pokoleń. Zależało mu tylko na pieniądzach. Dlaczego cały świat kręcił się wokół pieniędzy?

To, co ona i jej ojciec robili na swojej farmie – to jak pomagali trudnej młodzieży opiekować się końmi, jeździć na nich, dbać o nie – nie miało ceny. Kiedy ojciec musiał zrezygnować z kariery trenera po tym, jak odeszła od niego żona, całą swoją miłość przelał na to, co kochał najbardziej. I teraz to wielkie uczucie, którym darzył konie, udzielało się setkom dzieciaków potrzebującym czegoś pozytywnego w życiu. Oczywiście to nie rozwiązywało wszystkich ich problemów, ale bez wątpienia ogromnie pomagało. Mason uwielbiała obserwować, jak nastolatki rozkwitają, nabierają pewności siebie, zaczynają się uśmiechać i zaczynają nawiązywać kontakt wzrokowy. Tego nie dało się porównać z niczym innym.

Ale aby móc kontynuować swoją misję, musieli się rozwijać. Potrzebowali więcej miejsca dla doradców, personelu i dzieci. Działalność raczej nie narażała ich na straty, ale bez poszerzenia jej zakresu nie mieli szans na przetrwanie. Niestety pieniądze, które zgromadziła na ten cel, zostały przeznaczone na spłatę długu. Wrócili więc do punktu wyjścia.

Mason rozważała udział w kolejnym wyścigu. Ostatnie trzy były fizycznie i psychicznie wycieńczające. Nie straciła sporo na wadze, ale każdy gram tłuszczu zamieniła w mięśnie, których potrzebowała do okiełznania dwóch niesamowitych koni, na których startowała podczas Hanley Cup.

Upływ czasu dał się jej we znaki, ale katorżnicze treningi odcisnęły na niej trwałe piętno. Chociaż dziesięć lat temu zrezygnowała z kariery dżokejki, jej ciało nie zapomniało nic z tego, do czego zostało wyszkolone. Poza tym nie pamiętała dnia, żeby nie jeździła konno. Jej ojciec twierdził, że została do tego stworzona.

Ale kolejny wyścig, dla innego syndykatu, na innym koniu? Nie. To nie wchodziło w grę. Co więcej nie mogła wrócić Do Winners’ Circle. Wielu pismaków tylko czyhało na okazję, by zdobyć jej historię, a pieniądze, które oferowali za wywiad i zdjęcia, byłyby warte rozważenia, gdyby to nie ci sami ludzie zniszczyli dawniej jej karierę. Nauczyła się o sobie wystarczająco, by szanować osobę, którą się stała, okazując jej lojalność i dobroć. Dlatego nie sprzedałaby się nawet temu, kto złożyłby najwyższą ofertę.

Gwiazdy zaczęły już migotać na niebie, kiedy Błazenek zastrzygł uszami i przechylił łeb. Mason ściągnęła brwi, kiedy dotarły do niej odgłosy liści szeleszczących pod czyimiś stopami. Była pewna, że to nie ojciec, który nie naruszał jej prywatności, kiedy nie miała na to ochoty. Z kolei pracownicy mieli dzisiaj wolne. Pozostawali więc tylko kłusownicy. Chlusnęła resztką kawy na nieduże ognisko, które zgasło z sykiem, po czym chwyciła strzelbę.

Danyl zaklął pod nosem, kiedy stracił z oczu blask ogniska. Chwilę później poczuł zapach przypalonej kawy i wilgotnego popiołu. Może powinien był posłuchać Joe McAulty’ego. Zostawił swojego konia przywiązanego nieco dalej, żeby jej nie przestraszyć. Ale trzaskanie gałązek pod podeszwami jego butów niosło się echem tak głośnym, jakby strzelał z broni palnej. Pewnie postąpiłby rozsądniej, gdyby nie zostawił swoich ludzi na farmie, ale rozmowa, którą zamierzał odbyć, nie była przeznaczona dla niczyich uszu prócz Mason.

Wyszedł zza drzew i piękno rozciągającego się przed nim krajobrazu na moment wbiło go w ziemię. Czuł się prawie tak samo jak wtedy, gdy podziwiał pustynną scenerię Ter’harnu. Ale przez to nie zorientował się od razu, że obozowisko, do którego dotarł, było puste. Księżyc schował się za chmurą. Wówczas dogasające ognisko i nieduży namiot spowił mrok.

Przeklął kolejny raz, zmęczony i sfrustrowany. Po długim locie, wyjątkowo przykrym spotkaniu z pierwszym ministrem Ter’harnu i jeszcze trudniejszą rozmową z Joe McAultym, Danyl miał wszystkiego dość.

Rozejrzał się w poszukiwaniu oznak życia, kiedy nagle usłyszał dźwięk odbezpieczanej broni. Logika podpowiadała mu, że za spust pociąga Mason, która nie mogła wyrządzić mu krzywy, ale mimo to…

‒ Nie powinieneś był się tutaj pokazywać – usłyszał słowa docierające zza jego pleców.