Pokochać Greka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pippa Roscoe

Pokochać Greka

Tłumaczenie: Alina Patkowska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: Claimed for the Greek’s Child

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Pippa Roscoe

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5202-7

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

Prolog

Trzy lata wcześniej

– Panie Kyriakou, za jakieś dwadzieścia minut będziemy lądować.

Dimitri był w stanie tylko krótko skinąć głową. Szczęki miał spazmatycznie zaciśnięte. Jedyną rzeczą, jaka przeszła mu przez usta na pokładzie prywatnego samolotu Banku Kyriakou, była whisky, ale tylko jedna – na więcej sobie nie pozwolił.

Wyjrzał przez okno, ale zamiast miękkich chmur nad kanałem La Manche widział przed sobą piękne, nagie kobiece ramię, a pod palcami wciąż czuł jedwabistą gładkość skóry. Przesunął dłonią po twarzy, zarośniętej i wyczerpanej. Miał ochotę zawrócić samolot i pośpieszyć do łóżka, gdzie ta piękna dama zapewne wciąż spała. Wymknął się jak złodziej. Nie miał pojęcia, co sobie właściwie myślał, ale problem chyba polegał na tym, że nie myślał w ogóle. Wiedział, że ten dzień nadejdzie, wiedział, co go czeka w chwili, gdy samolot wyląduje w Stanach, ale potrzebował tej jednej nocy. Tylko jednej nocy.

Poprzedniego dnia zostawił Antonia Arcuriego i Danyla Nejema Al Araina, dwóch najbliższych przyjaciół i członków Kręgu Zwycięzców serii Dublin Race, i pod wpływem impulsu wsiadł do czarnego supersamochodu. Ryk potężnego silnika jak zawsze rozbudził w nim pragnienie wolności. Minął wielką bramę browaru Guinness i pomknął przez mroczne ulice, które wyprowadziły go za miasto. Dopiero pośród zielonych wzgórz zaczął znowu oddychać. Nie myśląc o tym, co robi, prowadził samochód po krętych drogach i zwolnił dopiero wtedy, gdy zamigało światełko rezerwy paliwa. Był w jakiejś wiosce – nie zauważył jej nazwy, o ile w ogóle ją miała. Przy jedynej uliczce stał stary pub z czarnym szyldem, z którego obłaziła farba, a naprzeciwko jeszcze starszy kościół. Dimitri dojechał do końca drogi, ale zamiast stacji benzynowej zobaczył żwirowy parking przed niewielkim pensjonatem.

Irlandczycy znani byli z dwóch rzeczy: gościnności i whisky. Dimitri potrzebował jednego i drugiego. Zgasił silnik i ogarnęło go wyczerpanie tak wielkie, że zamiast wysiąść, gniewnie wcisnął głowę w zagłówek. Nie mógł znieść myśli, że uciekł. Tyle czasu, tyle planów, a tymczasem miał przynieść Antoniemu i Danylowi wstyd. Ta myśl zabolała nieoczekiwanie mocno; nie spodziewał się, by po wszystkim, co przetrwał w ciągu trzydziestu trzech lat życia, mógł jeszcze odczuwać cokolwiek tak boleśnie.

W końcu gniew kazał mu wysiąść z samochodu i zadudnić pięścią w drzwi pensjonatu. Dopiero teraz spojrzał na zegarek i zdziwił się, gdy zobaczył, jak jest późno. Może właściciel już spał. Spojrzał przez ramię na samochód, zastanawiając się, jak daleko jeszcze byłby w stanie dojechać, ale w tym momencie drzwi się otworzyły.

Spojrzał w zielone oczy kobiety, która stała przed nim, i poczuł, że jest stracony.

Wpuściła go do środka i, przykładając palec do ust, wprowadziła do niewielkiego holu. Spojrzenie Dimitriego natychmiast zatrzymało się na drewnianym, nieźle zaopatrzonym barze.

– Chce pan wziąć pokój? – zapytała kobieta szeptem.

– Tylko na jedną noc.

Obrzuciła go wzrokiem, ale w tym spojrzeniu nie było seksualnego podtekstu, jaki przywykł zauważać w oczach pięknych kobiet. Było dziwnie szacujące, jakby obliczała wartość jego ubrania, zegarka, który pewnie kosztował tyle, ile pensjonat przynosił dochodu przez rok, i samochodu na zewnątrz. Nie poczuł się urażony. Wyjął portfel, a z niego wszystkie euro, jakie miał przy sobie. Co to miało za znaczenie? Tam, dokąd zmierzał, te pieniądze i tak na nic nie mogły mu się przydać. Położył gruby plik banknotów na barze.

– Nie, proszę pana, to nie jest konieczne. Rachunek wynosi sześćdziesiąt euro za noc plus jeszcze pięć, jeśli życzy pan sobie śniadanie.

Jej irlandzki akcent nieco go zaskoczył. Nie miała jasnej, piegowatej skóry, jak większość kobiet w Dublinie. Przypominała raczej jego własny typ urody, chociaż ze względu na brak słońca cerę miała jaśniejszą niż przeciętna Greczynka. Bez trudu mógł ją sobie wyobrazić jako mieszkankę którejś z greckich wysp. Długie ciemne włosy miała związane w nieporządny koński ogon, kosmyki z zapuszczanej grzywki tańczyły wokół policzków, podkreślając zarys kości policzkowych i złociste plamki w szmaragdowych oczach.

Zmusił się, by oderwać od niej spojrzenie, przebiegł wzrokiem po butelkach za barem i poczuł lekkie rozczarowanie. Nie było tu nic, co wybrałby w lepiej zaopatrzonym miejscu, ale gdy się nie ma, co się lubi…

– Nie chcę śniadania, ale wezmę butelkę najlepszej whisky, jaką macie.

Znów obrzuciła go szybkim spojrzeniem. Nie było wyrachowane, nie próbowała go w żaden sposób osądzać, po prostu chciała zrozumieć, kim jest. Podjęła chyba decyzję, bo wsunęła się za bar i, ignorując plik pieniędzy, zdjęła z niewidocznej półki dwie kryształowe szklaneczki. Dimitri zastanawiał się, czy obraził ją tymi pieniędzmi.

Postawiła szklaneczki na barze i wyraźnie czekała na jego reakcję. Teraz to on zaczął się zastanawiać, czy ma ochotę napić się w jej towarzystwie. Prawie nic dotychczas nie powiedziała. Mogła mieć niewiele ponad dwadzieścia lat. Jej biała koszula była chyba uszyta na kogoś większego. Na kieszonce wyhaftowano nazwisko „Mary Moore”. Ta dziewczyna nie wyglądała na Mary. Dimitri jednak zdecydował się zignorować te szczegóły, bo było w niej coś, co do niego przemawiało.

Gdy skinął głową, wyciągnęła spod baru butelkę droższej whisky, najwyraźniej zarezerwowanej na szczególne okazje. Nalała i podsunęła mu szklaneczkę.

– Sláinte.

Yamas – odpowiedział i obydwoje wypili.

Wciąż czuł na języku smak whisky i tej dziewczyny. Samolot zniżał się do lądowania, a przez umysł Dimitriego przebiegały wspomnienia: pierwszy pocałunek, bicie jej serca pod palcami, idealne piersi i rozchylające się uda, a także rozkosz, jaką odnaleźli w swoich ramionach.

Wylądowali na JFK, ale stewardesa nie spieszyła się z otwarciem drzwi kabiny, jakby ona również wiedziała, co się za chwilę zdarzy, choć oprócz Dimitriego mogły o tym wiedzieć jeszcze tylko dwie osoby: śledczy oraz człowiek, który naprawdę popełnił przestępstwo. Na płycie lotniska czekała już grupa około dwudziestu mężczyzn w niebieskich kurtkach. Żółte inicjały wskazywały na to, że są agentami FBI. Każdy miał w pogotowiu pałkę i kajdanki.

Zszedł na płytę i popatrzył prosto w oczy dowódcy oddziału. Dimitri Kyriakou, międzynarodowy biznesmen i miliarder, wyciągnął ręce jak w filmie i poczuł, jak wokół jego przegubów zaciskają się stalowe kajdanki.

Rozdział pierwszy

„Drogi Dimitri,

dzisiaj mnie odnalazłeś”.

Prowadził samochód po drogach, którymi jechał dotychczas tylko jeden raz. Światła przecinały mrok. Patrzył na ukośne smugi deszczu i mokre krzewy na poboczu, ale przed oczami wciąż miał przerażoną twarz byłego asystenta, który jąkał:

– Przepraszam... nie wiedziałem... Tak było najlepiej dla Banku Kyriakou...

W żyłach Dimitriego płynęła czysta wściekłość. Jak to się mogło stać? Jak?

Przez ostatnie dziewiętnaście miesięcy, odkąd wyszedł z tego cholernego amerykańskiego więzienia, skupiał się na odszukaniu winnego, który wrobił go w jedno z najgłośniejszych oszust bankowych ostatniej dekady. Musiał teraz przywrócić swój, a właściwie rodzinny, bank do poprzedniej chwały.

Miesiąc temu, gdy aresztowano jego brata przyrodniego Manosa, sądził, że jego kłopoty się skończyły, że może wreszcie zostawić całą tę sprawę za sobą i skupić się na przyszłości. Miał nadzieję, że w końcu będzie mógł swobodnie oddychać, tymczasem otrzymał informację o dziwnej aktywności na niewielkim koncie osobistym, na które nie zaglądał już od lat. W dniu, gdy przywrócono mu prawa członka zarządu, założył alerty na wszystkich kontach, miał jednak nadzieję, że nigdy nie dostanie takiego powiadomienia. Tymczasem zdarzyło się to dwa dni temu. Odkrył ze zgrozą, że asystent bez jego wiedzy zlecił przelew na konto kobiety, która twierdziła, że Dimitri ma córkę. Fałszywe oskarżenia, które miały na celu wyłudzenie pieniędzy, zdarzały się już wcześniej po jego aresztowaniu i chodziło o olbrzymie sumy. Ale tym razem…

 

Czy tylko ironiczny kaprys losu sprawił, że to odkrycie zbiegło się w czasie z drugim wyścigiem Pucharu Hanleya? Musiał pojechać do Dublina nie tylko na spotkanie Kręgu Zwycięzców, ale również dlatego, że jego asystent przekazał niedorzeczną sumę pięćdziesięciu tysięcy euro jakiejś oszustce, która…

Te rozmyślania przeciął dzwonek telefonu.

– Kyriakou – powiedział Dimitri do głośnika.

– Mam dla pana informacje... dotyczą...

– Tak?

– To bardzo... pilne... nie mogę zagwarantować... ujawnienie...

– Kiepsko cię słyszę, Michael. Tu jest bardzo marny zasięg – mruknął Dimitri z frustracją. – A ty mnie słyszysz?

– Tak, słyszę pana... Mniej więcej.

– Może wyślij mi to mejlem i później zapoznam się ze szczegółami, a na razie powiedz tylko w skrócie, o co chodzi.

– Mary Moore... lat... jedna córka, Anna... nie ma nazwiska ojca na akcie urodzenia... zatrzymania za... alkoholu i... porządku publicznego...

Dimitri głośno zaklął. Nie mógł w to uwierzyć. Kobieta, która w jego ramionach rozpadała się na atomy, była notowaną przez policję alkoholiczką? Niech to szlag.

– Dobrze, to wystarczy. Wyślij mi rachunek, dopilnuję, żeby przekaz...

– Zaraz, proszę pana... musi pan...

Sygnał zanikał.

– Przeczytam wszystko dokładnie, kiedy będę miał dostęp do poczty.

Zakończył połączenie, nie spuszczając oczu z drogi. Już wcześniej był zły, ale teraz przez jego żyły płynęła czysta furia. Zerknął na mężczyznę, który siedział w milczeniu na miejscu pasażera. David Owen, jego prawnik od ponad osiemnastu lat, był jedynym człowiekiem spoza Kręgu Zwycięzców, któremu Dimitri ufał.

– Z punktu widzenia prawa na tę chwilę bardzo niewiele możesz zrobić – powiedział David, nie patrząc na niego. – Masz tylko prośbę o pięćdziesiąt tysięcy euro i niewyraźne czarno-białe zdjęcie dziewczynki.

To jednak wystarczyło, żeby Dimitri natychmiast stwierdził, że to jego córka. On w tym wieku wyglądał zupełnie tak samo: gęste, ciemne, kędzierzawe włosy i coś nieokreślonego w wyrazie dużych brązowych oczu.

– Nie masz żadnego dowodu, że to twoje dziecko.

– Nie potrzebuję dowodu. Wiem, że to moja krew. Czasowo wszystko się zgadza. Poza tym, David, czytałeś ten mejl i widziałeś zdjęcie.

David niechętnie skinął głową.

– Moglibyśmy włączyć służby społeczne, ale to by tylko wywołało skandal i rozgłos.

– Nie. Nie chcę żadnych więcej skandali powiązanych z moim nazwiskiem. Poza tym to by za długo trwało. Wziąłem cię ze sobą, żebyś mi pomógł zdobyć to, czego chcę, w inny sposób. Nie mogę sobie pozwolić na medialny cyrk. Jest jasne, że matce chodzi tylko o pieniądze. Odrobina prawniczego żargonu powinna ułatwić sprawę.

Nawigacja kazała mu skręcić w niemal niewidoczną drogę po lewej. Nie miał pojęcia, jakim cudem znalazł ten pensjonat trzy lata wcześniej.

– Na pewno chcesz to zrobić? Tak jak mówiłem, z prawnego punktu widzenia twoja pozycja nie jest zbyt silna.

– Ona straciła prawo do uczciwej gry, kiedy próbowała mnie zaszantażować – odparował Dimitri, zastanawiając się, jak to możliwe, by dał się tak nabrać. Przez całe czternaście miesięcy, kiedy siedział za kratami jak zwierzę, wspominał tę jedną noc. To wspomnienie było jak promyk światła w mroku, pomogło mu przetrwać najgorsze chwile. Czyżby zwiodła go jej niewinność? Czy naprawdę była dziewicą? Może tak. Może tylko to jedno było prawdą, ale co do całej reszty Mary Moore go okłamała. Nie powiedziała mu o dziecku i Dimitri przysiągł sobie, że będzie tego żałowała do końca życia.

Deszcz zacinał coraz mocniej. Krople zbierały się pod kapturem przeciwdeszczowej kurtki, którą Anna narzuciła na ramiona, kiedy zadzwonił telefon. Nie wystarczyło jej jednak przytomności umysłu, żeby zabrać ze sobą parasolkę. Wsunęła rękę do kieszeni i znalazła foliowy płaszcz oraz dużą kopertę, którą osłoniła głowę. Koperta natychmiast przemokła i krople spłynęły po uniesionym ramieniu, mocząc rękaw bawełnianej koszulki.

Nie obchodziło jej, że list przemoknie. I tak znała jego treść na pamięć. „Z przykrością informujemy... z powodu opóźnień w płatnościach... warunki kredytu hipotecznego... prawo do przejęcia...”. A zatem miała stracić niewielki pensjonat, który odziedziczyła po babci, miejsce, gdzie wychowała się jej matka, a także ona sama. Może nie o takiej przyszłości marzyła, ale nie miała żadnych innych perspektyw, żeby utrzymać siebie i dziecko. Jakim cudem matce udało się tak długo ukrywać przed nią prawdę? Ale tak to już jest z alkoholikami, pomyślała Anna. Mary Moore ledwie funkcjonowała, a mimo to wciąż potrafiła mataczyć i kłamać.

Przez dudnienie deszczu przebijała się głośna muzyka i krzyki. Dochodziły z jedynego budynku przy drodze, który przejawiał jakieś oznaki życia. W świetle sączącym się zza matowych szyb widać było mokre ławki na podwórzu. Anna przygotowała się na to, co zobaczy w środku. Gdy stanęła w drzwiach, wszyscy mężczyźni przy barze zamilkli i utkwili w niej wzrok. Kolor skóry, jedyne dziedzictwo po ojcu Wietnamczyku, który porzucił ją i matkę jeszcze przed jej urodzeniem, zawsze ją wyróżniał wśród pozostałych mieszkańców wioski. Otrząsnęła list z kropel deszczu i znów wsunęła go do kieszeni. Powietrze przesycone było zapachem piwa i starego dymu papierosowego. Właściciel baru spojrzał na nią obojętnie.

– Dlaczego ją obsłużyłeś?

Eamon wzruszył ramionami.

– Miała pieniądze. – Ruchem głowy wskazał na drzwi prowadzące do sąsiedniej salki.

Usłyszała prychnięcia i śmieszki mężczyzn przy barze, teraz zwróconych do niej plecami, i poczuła gromadzący się w podbrzuszu gniew.

– Nigdy wcześniej nie widzieliście pijanej kobiety? – zapytała głośno.

– To nie kobieta, tylko...

– Powiedz to głośno, a...

– Wystarczy już – przerwał Eamon, choć Anna nie była pewna, czy zrobił to ze względu na nią, czy po prostu chciał mieć święty spokój.

Matka siedziała w pustej bocznej salce pośród okrągłych drewnianych stolików. Wydawała się bardzo drobna. Przed sobą miała gazetę i szklaneczkę napełnioną przejrzystym płynem. Anna miała nadzieję, że to wódka, a nie gin. Po ginie zawsze było trudniej. Usiadła obok niej, tłumiąc frustrację. W takich sytuacjach złość nie pomagała.

Mary wyglądała jeszcze gorzej niż przy ich ostatnim spotkaniu. Po urodzeniu Amalii Anna nie mogła pozwolić, by Mary pozostawała z nimi pod jednym dachem. Nie mogła ryzykować, że przez pijackie awantury jej córce stanie się jakaś krzywda. Matka zamieszkała z dawną przyjaciółką rodziny, jedyną, jaka im jeszcze pozostała, i od tamtej pory ich rozmowy były trudne i bolesne.

– Co się stało, Ma? Skąd wzięłaś pieniądze? – zapytała, przygnieciona smutkiem.

– Myślałam, że uda mi się spłacić część długu... pomyślałam... tylko jeden drink... myślałam, że...

– Co myślałaś, Ma? – Anna nie miała pojęcia, o czym matka mówi, ale przywykła już do takich rozmów. Nikły płomyk nadziei, który pojawił się w jej duszy w ostatnich tygodniach, gdy matka pozostawała trzeźwa i nawet wspominała o pójściu na odwyk, w jednej chwili zgasł.

– Nawet kiedy wypuścili go z więzienia, myślałam, że był winny, ale kiedy aresztowano jego brata...

O Boże, mówiła o Dimitrim.

Matka wyciągnęła rękę do gazety i Anna dostrzegła na pierwszej stronie artykuł o zbliżającym się dublińskim wyścigu konnym. Jej wzrok przyciągnęło czarno-białe zdjęcie trzech mężczyzn świętujących zwycięstwo w poprzednim wyścigu w Buenos Aires.

– On ma tyle pieniędzy, więc... – mowa Mary Moore była coraz bardziej niewyraźna – więc zrobiłam to, na co tobie nigdy nie wystarczyło odwagi.

– Co zrobiłaś, Ma?

– Ojciec powinien płacić na swoje dziecko.

Myśli w głowie Anny pędziły jak szalone. Doskonale wiedziała, że matka ma rację. Ale przecież próbowała powiedzieć mu o córce i prosić o wsparcie – przed dziewiętnastoma miesiącami, gdy wraz z całą resztą świata dowiedziała się, że jest niewinny. Zadzwoniła wówczas do jego biura, ale to, co usłyszała, przekonało ją, że mężczyzna, z którym spędziła jedną lekkomyślną noc i któremu oddała całą siebie, prawdziwą siebie, istniał tylko w jej wyobraźni.

– Ma?

– Ty przynajmniej wybrałaś takiego, który ma pieniądze. Zgodził się zapłacić pięćdziesiąt tysięcy euro w zamian za nasze milczenie.

Anna poczuła, że robi jej się niedobrze.

– Jezu, mamo...

Uderzenie było jak grom z jasnego nieba. Policzek zapiekł, zadzwoniło jej w głowie i w uszach.

– Nie wymawiaj imienia Bożego nadaremno!

W duszy Anny wezbrały nagromadzone przez lata pokłady osamotnienia, gniewu i frustracji. Utkwiła spojrzenie w twarzy matki, na której oburzenie z wolna ustępowało przed poczuciem winy.

– Och, Anno, tak cię...

– Przestań.

– Anno...

– Nie. – Podniosła rękę. Nie miała teraz ochoty wysłuchiwać błagań, próśb i usprawiedliwień. Czy Dimitri naprawdę zapłacił, żeby nie słyszeć więcej o córce? Ta myśl bolała ją znacznie bardziej niż pulsujący, zaczerwieniony policzek. Właśnie tego przede wszystkim chciała oszczędzić Amalii – poczucia odrzucenia, świadomości, że jest niechciana i niekochana. Znów spojrzała na matkę, która teraz wydawała się jeszcze mniejsza. Skulona na krześle, trzęsła się od płaczu.

Eamon wetknął głowę przez drzwi. W jego oczach błyszczała litość.

– Przypilnuję, żeby nic jej się nie stało.

– Dobrze – odpowiedziała i wyszła z pubu z wysoko uniesioną głową. Bardzo dbała o to, by nikt i nigdy nie widział jej łez.

Deszcz przestał padać. Dotarła do pensjonatu, który już od lat udawało jej się utrzymać z najwyższym trudem. Myślała o Amalii. Od razu w pierwszej chwili po urodzeniu, gdy włożono jej dziecko w ramiona, serce Anny wypełniło się bezwarunkową miłością i wiedziała, że dla córki gotowa jest zrobić wszystko.

Dowiedziała się o ciąży w tym samym dniu, w którym amerykański sędzia odczytał Dimitriemu akt oskarżenia. Nie potrafiła uwierzyć, że jej kochanek mógł ukraść miliony dolarów amerykańskim klientom Banku Kyriakou, ale co ona właściwie o nim wiedziała? Tylko tyle, że lubił whisky i doprowadził ją na szczyt rozkoszy, a następnego ranka zostawił bez słowa.

Nie chciała, żeby jej dziecko było napiętnowane, mając takiego rodzica, dlatego zdecydowała się ukryć jego tożsamość. A potem, gdy usłyszała, że jest niewinny, i próbowała się z nim skontaktować, powiedziano jej, że jest jedną z kilku kobiet zgłaszających podobne roszczenia. To wspomnienie wciąż ją bolało. Jej córka, która miała wtedy osiem miesięcy, była żywą istotą, a nie roszczeniem! Tamtego dnia Anna przysięgła sobie, że będzie dla niej jednocześnie matką i ojcem i dopilnuje, by Amalia była szczęśliwa, bezpieczna i by zawsze wiedziała, że jest kochana. Chciała dać córce to, czego sama nigdy nie miała.

Na podjeździe przy drzwiach pensjonatu stał minibus. Trzy osoby, które tego dnia zameldowały się w pensjonacie, ładowały do środka bagaże. Pan Carter i jego żona zobaczyli ją pierwsi.

– To absolutnie nie do przyjęcia! Wspomnę o tym w recenzji.

– Co się stało? – zapytała Anna ze zdumieniem.

– Zarezerwowaliśmy pokój u pani w dobrej wierze, panno Moore. Całe szczęście, że udało się znaleźć nocleg w mieście, w hotelu o wyższym standardzie. Nie można wyrzucać gości bez słowa wyjaśnienia o wpół do jedenastej wieczorem! Tak się nie robi, pani Moore! Tak się nie robi.

Zanim zdążyła zareagować, zniknęli w busie, który natychmiast ruszył. Anna w ostatniej chwili zdążyła odskoczyć na bok. Przy drzwiach pensjonatu stał jeszcze jeden mężczyzna. To był Dimitri Kyriakou. Na jego twarzy malowała się wściekłość.

Dimitri krążył niespokojnie po niewielkim barze, w którym po raz pierwszy zobaczył Mary Moore. Pracownica Mary, która trzymała w ramionach jego córkę, patrzyła na niego jak na wcielonego diabła. Usłyszał rozzłoszczony głos jednego z gości. A zatem właścicielka wróciła.

W kilku krokach dotarł do drzwi. Zdążył jeszcze zobaczyć odjeżdżający bus, a w następnej chwili zatrzymał wzrok na kobiecie, która próbowała ukryć przed nim istnienie jego własnego dziecka. Jej twarz otaczały pasma długich, ciemnych włosów, w zielonych oczach zauważył znajomy błysk. Wyglądała niewiarygodnie pięknie i przez to jeszcze bardziej jej nienawidził. Była piękniejsza niż w jego snach, ale przecież tak właśnie działał szatan, podsuwając nieodparte pokusy i jednocześnie zabierając duszę.

 

– Co ty tu robisz? I co zrobiłeś z moimi gośćmi?

Nie sądził, że kiedykolwiek usłyszy w jej głosie taką wrogość, ale ucieszyło go to, że znalazł w niej godnego siebie przeciwnika.

– Musimy porozmawiać, a ci ludzie by nam przeszkadzali. Dlatego się ich pozbyłem.

Kobieta, która trzymała w ramionach jego dziecko, podeszła bliżej. Mary przemknęła obok niego, zmuszając go do odsunięcia się, i pochwyciła córkę w ramiona. Dimitri od pierwszej chwili bardzo chciał wziąć małą na ręce, ale pracownica Mary stwierdziła z oburzeniem, że nie może jej oddać obcemu człowiekowi. Christe mou, a zatem tak właśnie miał zaczynać ojcostwo? Odmawiano mu prawa, by wziąć na ręce własne dziecko? Gniew ściskał mu pierś.

– Dziękuję, Siobhan. Możesz już iść.

– Na pewno? – zapytała dziewczyna z powątpiewaniem, ale gdy pracodawczyni skinęła jej głową, szybko wyszła.

Spojrzenia Dimitriego i Mary spotkały się. Gdyby wzrok mógł zabijać…

Zajmował całą przestrzeń otwartych drzwi i wyglądał jak diabeł, który przyszedł po to, co mu należne. Na policzkach miał rumieniec gniewu. Długi, ręcznie szyty wełniany płaszcz sięgał niemal do kolan, pod nim miał ciemnoniebieski sweter. Na sam jego widok zrobiło jej się gorąco. Wyglądał, jakby właśnie zszedł ze stronic błyszczącego magazynu, a ona stała przed nim, ociekając wodą, w starej, okropnej, jaskrawozielonej kurtce przeciwdeszczowej, źle dopasowanych dżinsach i przemoczonej na wylot bawełnianej koszulce. Tylko jego oczy wydawały się znajome; były bardzo podobne do oczu, na które patrzyła każdego dnia, odkąd włożono jej córkę w ramiona.

– Masz pięć minut – powiedział ostrym, gardłowym tonem.

– Na co? – zdziwiła się i pomyślała, że to dziwny sposób rozpoczęcia rozmowy, na którą czekała od lat.

– Żeby się pożegnać.

– Z kim?

– Z naszą córką.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?