AlianciTekst

Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  ***

2  Wstęp

3  Część I. ROZMOWY O ALIANTACH

4  Rozdział 1. Wuj Sam potrafi być bezwzględny

5  Rozdział 2. Napoleon nie kochał Polaków

6  Rozdział 3. Trumna dla 99 osób

7  Rozdział 4. Kłamstwo katyńskie w Londynie

8  Rozdział 5. US dezerterzy

9  Rozdział 6. Brytyjski Gułag w Afryce

10  Rozdział 7. Z Waffen-SS do Zielonych Beretów

11  Rozdział 8. Błazny w komedii Stalina

12  Rozdział 9. Jak Ronald Reagan pokonał Imperium Zła

13  Część II. ŚMIERĆ NADCHODZI Z POWIETRZA

14  Rozdział 1. Hamburg w ogniu

15  Rozdział 2. Rzeźnik z generalskimi szlifami

16  Rozdział 3. Podpalacze wielkich miast

17  Rozdział 4. Wyrok na Drezno

18  Rozdział 5. Polacy nad Niemcami

19  Rozdział 6. Argumenty obrońców nalotów

20  Rozdział 7. Norymberga dla Churchilla

21  Część III. NIEMCY W NIEWOLI

22  Rozdział 1. D-Day: bez pardonu

23  Rozdział 2. Francuska dygresja

24  Rozdział 3. „Naziści” jadą do Ameryki

25  Rozdział 4. „Sprawiedliwość” w Dachau

26  Część IV. ZABÓJCY, SZPIEDZY I POŻYTECZNI IDIOCI

27  Rozdział 1. Gehenna czerwonego człowieka

28  Rozdział 2. Angielskie obozy śmierci

29  Rozdział 3. Jak zatuszować Wielki Głód

30  Rozdział 4. Ostatnia wojna Wielkiej Brytanii z Francją

31  Rozdział 5. Laconia idzie na dno

32  Rozdział 6. Marokańskie gwałty pod Monte Cassino

33  Rozdział 7. Agent Hemingway

34  Rozdział 8. Cel: zniszczyć Normana Daviesa

35  Część V. JAK ANGLIA ZDRADZIŁA KOZAKÓW

36  Rozdział 1. Bojownicy antykomunizmu

37  Rozdział 2. Zmowa jałtańska

38  Rozdział 3. Angielskie „słowo honoru”

39  Rozdział 4. Pałki, bagnety i kopniaki

40  Rozdział 5. Śmierć w odmętach Drawy

41  Rozdział 6. Generałowie w matni Łubianki

42  Rozdział 7. Wielkie europejskie polowanie na ludzi

43  Rozdział 8. Jugosłowiańska dygresja

44  Rozdział 9. Archipelag GUŁag

45  Część VI. WIELKA WOJNA RASOWA NA PACYFIKU

46  Rozdział 1. Jak Japonia popełniła harakiri

47  Rozdział 2. Rozporządzenie 9066

48  Rozdział 3. Zabij albo zgiń!

49  Rozdział 4. „Dobry Japoniec to martwy Japoniec”

50  Rozdział 5. Laboratorium diabła – Jednostka 731

51  Rozdział 6. Skazy na pancerzach samurajów

52  Rozdział 7. Tokio w ogniu

53  Rozdział 8. Atomowy Holokaust

54  Rozdział 9. Jak usprawiedliwić ludobójstwo?

55  Rozdział 10. Zemsta zwycięzców

56  Fotografie

Demo­kra­cja jest bar­dziej mściwa niż gabi­nety.

Wojny naro­dowe będą dużo strasz­niej­sze niż wojny kró­lów.

Win­ston Chur­chill

Wstęp

Histo­rię piszą zwy­cięzcy. Ta stara prawda szcze­gól­nie pasuje do II wojny świa­to­wej. Mimo że od końca tego krwa­wego kon­fliktu minęło już sie­dem­dzie­siąt sześć lat, do dzi­siaj obo­wią­zuje wer­sja wyda­rzeń stwo­rzona przez wojenną pro­pa­gandę alian­tów. Tezy tej pro­pa­gandy powie­lają bez­kry­tycz­nie histo­rycy, pisa­rze i dzien­ni­ka­rze, zgod­nie z nimi krę­cone są hol­ly­wo­odz­kie super­pro­duk­cje.

Pro­pa­ganda na ogół jed­nak mało ma wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią. Nie służy prze­cież obiek­tyw­nemu przed­sta­wie­niu wyda­rzeń. Z natury rze­czy jest stron­ni­cza i nie­obiek­tywna. Służy mobi­li­zo­wa­niu wła­snych oby­wa­teli do walki, zohy­dza­niu prze­ciw­nika i prze­ko­na­niu świata, że pań­stwo, które ją upra­wia, bije się w słusz­nej spra­wie.

Pro­pa­ganda wojenna przy­po­mina więc bajkę dla dzieci, w któ­rej wszystko jest pro­ste i oczy­wi­ste:

My – dobrzy. Oni – źli.

My – mamy rację. Oni – racji nie mają.

My – wal­czymy w spo­sób rycer­ski. Oni – zbrod­ni­czo i pod­stęp­nie.

W tym czarno-bia­łym obra­zie nie ma miej­sca na żadne odcie­nie sza­ro­ści, wąt­pli­wo­ści i niu­anse. Nie ma miej­sca na praw­dziwy, nie­zwy­kle skom­pli­ko­wany obraz wiel­kiego kosz­maru, jakim jest wielka wojna. Jest miej­sce tylko na złych Indian i dobrych, szla­chet­nych kow­bo­jów. Na lorda Vadera i ryce­rzy Jedi.

Ame­ry­ka­nom i Bry­tyj­czy­kom udało się więc prze­ko­nać świat, że II wojna świa­towa była star­ciem abso­lut­nego zła z abso­lut­nym dobrem. To pierw­sze uosa­biali oczy­wi­ście Adolf Hitler, Benito Mus­so­lini i cesarz Hiro­hito. Abso­lutne dobro – Win­ston Chur­chill, Fran­klin D. Roose­velt oraz… Józef Sta­lin.

Tak, to nie pomyłka, Józef Sta­lin. Aliancka pro­pa­ganda wbi­jała bowiem do głów swo­ich oby­wa­teli, że Zwią­zek Sowiecki jest miłu­ją­cym pokój i wol­ność demo­kra­tycz­nym pań­stwem. Że z Wielką Bry­ta­nią i Sta­nami Zjed­no­czo­nymi łączy go nie tylko wspól­nota inte­re­sów, ale i war­to­ści.

Wła­śnie dla­tego alianci tuszo­wali zbrod­nie sym­pa­tycz­nego, miesz­ka­ją­cego na Kremlu „Wujka Joego”. Na czele ze zbrod­nią katyń­ską. Każdy, kto twier­dził, że to NKWD zgła­dziło pol­skich ofi­ce­rów, był uzna­wany za „faszy­stę” i „pomoc­nika Hitlera”. Już to jedno spra­wia, że do alianc­kiej pro­pa­gandy z czasu II wojny należy pod­cho­dzić scep­tycz­nie i ostroż­nie.

Jed­nym z jej naczel­nych kłamstw było twier­dze­nie, że Wielka Bry­ta­nia i Ame­ryka przy­stą­piły do wojny w obro­nie demo­kra­cji, wol­no­ści i praw czło­wieka. Po to, aby oba­lić strasz­li­wych dyk­ta­to­rów i przy­nieść wol­ność ucie­mię­żo­nym ludom. To oczy­wi­ście nie­prawda. Ame­rykanie i Bry­tyj­czycy nie wal­czyli z pobu­dek moral­nych i altru­istycz­nych. Wal­czyli o wła­sne, ego­istyczne inte­resy.

 

Gdyby Hitler nie zde­cy­do­wał się na eks­pan­sję tery­to­rialną i nie naru­szył w ten spo­sób świa­to­wej rów­no­wagi sił, mógłby całymi latami pastwić się nad Żydami i trzy­mać prze­ciw­ni­ków poli­tycz­nych w kace­tach, a „wolny świat” nie kiw­nąłby pal­cem. Tak jak nie robi nic w spra­wie reżimu Korei Pół­noc­nej, który gnębi setki tysięcy ludzi w swoim potwor­nym Gułagu.

Już w 1945 roku mówił o tym gło­śno Geo­rge S. Pat­ton, słynny ame­ry­kań­ski gene­rał i wielki non­kon­for­mi­sta. Przy­po­mi­nał on, że rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych obie­cał Euro­pej­czy­kom wol­ność. I rze­czy­wi­ście wyzwo­lił pół Europy spod hitle­row­skiego jarzma. Ale dru­gie pół Europy oddał pod jarzmo Sta­lina. Gdzie w tym sens i logika? O co więc tak naprawdę wal­czyli ame­ry­kań­scy chłopcy?

Wojny demo­kra­tyczne

Nie­prawdą jest rów­nież to, że wszyst­kie zbrod­nie pod­czas II wojny świa­to­wej zostały popeł­nione przez żoł­nie­rzy państw Osi, a alianci zachodni od pierw­szego do ostat­niego dnia wojny pro­wa­dzili wojnę w bia­łych ręka­wicz­kach, zgod­nie z mię­dzy­na­ro­do­wymi kon­wen­cjami.

To zwy­kłe bujdy. Ame­ry­ka­nie i Bry­tyj­czycy pro­wa­dzili prze­ciwko III Rze­szy i Japo­nii taką wojnę, jaką Niemcy i Japoń­czycy pro­wa­dzili prze­ciwko nim – wojnę totalną. A zgod­nie z zało­że­niami takiej wojny wro­giem jest nie tylko rząd nie­przy­ja­ciel­skiego pań­stwa i jego siły zbrojne. Wro­giem są całe „nie­przy­ja­ciel­skie” spo­łe­czeń­stwa i narody.

Tym wła­śnie nowo­cze­sne „wojny demo­kra­cji” róż­nią się od daw­nych „wojen gabi­ne­to­wych” pro­wa­dzo­nych przez euro­pej­skie monar­chie abso­lutne. Te ostat­nie miały na celu osią­gnię­cie celów poli­tycz­nych i na ogół koń­czyły się, mniej lub bar­dziej kom­pro­mi­so­wymi, trak­ta­tami poko­jo­wymi mię­dzy monar­chami, któ­rzy nie bez przy­czyny tytu­ło­wali się nawza­jem „dro­gimi panami braćmi”.

Jak dowo­dził znany kon­ser­wa­tywny myśli­ciel Erik von Kueh­nelt-Led­dihn, „wojny gabi­ne­towe” anga­żo­wały do walki tylko nie­wielką część spo­łe­czeń­stwa i były toczone w spo­sób względ­nie huma­ni­tarny. Pro­wa­dzono je na chłodno, przy­po­mi­nały wielki tur­niej rycer­ski lub par­tię sza­chów.

Z kolei „wojny demo­kra­tyczne” cha­rak­te­ry­zuje totalna mobi­li­za­cja całego spo­łe­czeń­stwa i całych zaso­bów pań­stwa. Masy mobi­li­zuje się zaś za pomocą krzy­kli­wej pro­pa­gandy. Ma ona wywo­łać w spo­łe­czeń­stwie zacie­kłą nie­na­wiść do nie­przy­ja­ciela, który staje się śmier­tel­nym wro­giem, uoso­bie­niem wszel­kiego zła.

Celem wojny total­nej jest cał­ko­wite znisz­cze­nie prze­ciw­nika. Zbu­rze­nie jego sto­licy, narzu­ce­nie mu swego sys­temu poli­tycz­nego. Tak wal­czyły III Rze­sza i Zwią­zek Sowiecki, dwa potwory będące pato­lo­giami nie­miec­kich i rosyj­skich sys­te­mów par­la­men­tar­nych. Tak wal­czyły Wielka Bry­ta­nia i Stany Zjed­no­czone.

Trudno się więc dzi­wić, że to wła­śnie doba „wojen demo­kra­tycz­nych” przy­nio­sła światu naj­więk­sze akty ludo­bój­stwa w dzie­jach ludz­ko­ści. Okrop­no­ści, które w cza­sach „reak­cyj­nych” monar­chii abso­lut­nych nikomu nie śniły się nawet w naj­czar­niej­szych kosz­ma­rach noc­nych.

Oczy­wi­ście wszyst­kie te zbrod­nie popeł­niano w imie­niu „słusz­nej sprawy” i „walki z potwo­rami”. W imię „postępu” i „lep­szego jutra”.

Zgod­nie z tymi zało­że­niami alianci zachodni zgła­dzili setki tysięcy nie­miec­kich i japoń­skich cywi­lów w ramach bez­pre­ce­den­so­wej kam­pa­nii bom­bar­do­wań dywa­no­wych. Sym­bo­lem tego okru­cień­stwa jest z jed­nej strony ago­nia Ham­burga i Dre­zna, z dru­giej – Tokio, Hiro­szimy i Naga­saki.

Już dzie­więt­na­sto­wieczny fran­cu­ski filo­zof Joseph-Ernest Renan prze­strze­gał, że kon­flikty zbrojne przy­szło­ści będą guer­res zoo­lo­gi­ques, woj­nami zoo­lo­gicz­nymi, ple­mien­nymi. Było to logiczną kon­se­kwen­cją triumfu idei demo­kra­tycz­nych i ści­śle z nimi powią­za­nych idei nacjo­na­li­stycz­nych. Rycer­skie wojny kró­lów musiały ustą­pić zacie­kłym, krwa­wym woj­nom mas ludo­wych.

Euro­pej­ska wojna może się zakoń­czyć jedy­nie zagładą zwy­cię­żo­nych i tylko nieco mniej­szymi stra­tami oraz wyczer­pa­niem gospo­dar­czym zwy­cięz­ców – wiesz­czył z kolei w 1901 roku Win­ston Chur­chill. – Demo­kra­cja jest bar­dziej mściwa niż gabi­nety. Wojny naro­dowe będą dużo strasz­niej­sze niż wojny kró­lów.

Para­dok­sem jest, że czter­dzie­ści lat póź­niej to wła­śnie Chur­chill popro­wa­dził Wielką Bry­ta­nię do wojny naro­dów.

W demo­kra­tycz­nych woj­nach total­nych biorą udział nie tylko żoł­nie­rze, lecz cała lud­ność – pisał publi­cy­sta i filo­zof Tomasz Gabiś. – W miarę postę­pów demo­kra­ty­za­cji rośnie sto­pień tota­li­za­cji wojny. Apo­geum demo­kra­tycz­nych wojen total­nych jest oczy­wi­ście II wojna świa­towa, w cza­sie któ­rej lud­ność cywilna staje się obiek­tem pla­no­wych i okrut­nych ata­ków ze strony wro­giej armii.

Wojna w kla­sycz­nym sen­sie – to zna­czy wojna pomię­dzy suwe­ren­nymi pań­stwami – zanika, ustę­pu­jąc miej­sca akcji poli­cyj­nej. Po jed­nej stro­nie ist­nieje „prze­stęp­stwo agre­sji”, po dru­giej zaś nie wojna, lecz wymie­rze­nie wro­gowi kary za to „prze­stęp­stwo”.

Wojna, podob­nie jak i cała poli­tyka, zostaje w erze demo­kra­tycz­nej total­nie zmo­ra­li­zo­wana, co pro­wa­dzi do gorącz­ko­wego poszu­ki­wa­nia „win­nych”, czyli tych, któ­rzy „pierwsi zaczęli”. Wojna, która byłaby tylko toczącą się „poza dobrem i złem” grą stra­te­giczną mającą na celu obez­wład­nie­nie prze­ciw­nika i posze­rze­nie swo­jej wła­dzy, byłaby nie do znie­sie­nia dla demo­kra­tycz­nej „opi­nii publicz­nej” zdol­nej widzieć poli­tykę jedy­nie przez pry­zmat emo­cji, uczuć, uprze­dzeń i kry­te­riów moral­nych.

Nie­odzow­nym ele­men­tem wojny total­nej jest oczy­wi­ście men­tal­ność Kalego. Czyli sto­so­wa­nie zupeł­nie innych kry­te­riów do oceny wła­snego postę­po­wa­nia i postę­po­wa­nia prze­ciw­nika.

Bliź­nia­czym bra­tem pro­pa­gandy jest „linia nie­win­no­ści” – pisał Rus­sell Gren­fell w słyn­nej książce Uncon­di­tio­nal Hatred, „Bez­wa­run­kowa nie­na­wiść” – którą poli­tycy, wspo­ma­gani przez „patrio­tycz­nych” histo­ry­ków i teo­re­ty­ków prawa mię­dzy­na­ro­do­wego, kre­ślą w poprzek prze­szłych i teraź­niej­szych wyda­rzeń. Każda agre­sja, każdy akt zbó­jec­twa lub bar­ba­rzyń­stwa po wła­snej stro­nie jest okre­ślany jako część „wiel­kiego histo­rycz­nego pro­cesu” roz­woju ludz­ko­ści albo jako uspra­wie­dli­wiony akt odwetu czy coś podob­nego. Ale takie same dzia­ła­nia po stro­nie wroga stają się strasz­li­wymi zbrod­niami prze­ciw poko­jowi i ludz­ko­ści zasłu­gu­ją­cymi na karę śmierci.

Nie ma więk­szych wąt­pli­wo­ści, że gdyby III Rze­sza jakimś cudem wygrała wojnę, Hitler urzą­dziłby poko­na­nym alian­tom wielki pro­ces poka­zowy, do złu­dze­nia przy­po­mi­na­jący pro­cesy norym­ber­skie. Osą­dziłby, a następ­nie powie­sił przy­wód­ców Wiel­kiej Bry­ta­nii, Związku Sowiec­kiego i Ame­ryki jako zbrod­nia­rzy wojen­nych.

Czy to ozna­cza, że alianci zachodni byli rów­nie zbrod­ni­czy jak III Rze­sza? Nie, oczy­wi­ście tak nie było. Taka teza to non­sens. Lan­sują ją czę­sto roz­ma­ici pogro­bowcy naro­do­wego socja­li­zmu. Ludzie ci wyko­rzy­stują zbrod­nie popeł­nione przez alian­tów do wybie­la­nia swo­jego uko­cha­nego Führera i jego reżimu. Patrz­cie, prze­ko­nują, wszyst­kie strony tej wojny były sie­bie warte.

To nie­prawda. Przede wszyst­kim wystę­po­wała róż­nica skali. Reżim naro­do­wo­so­cja­li­styczny uni­ce­stwił znacz­nie wię­cej nie­win­nych ludzi niż Anglo­sasi. Sam dia­bel­ski Holo­kaust pochło­nął kilka milio­nów ludz­kich ist­nień. Do tego należy dodać kolo­salne zbrod­nie, jakich Niemcy dopu­ścili się wobec Sło­wian i innych Euro­pej­czy­ków.

W Pol­sce, która padła ofiarą wyjąt­kowo bestial­skiej nie­miec­kiej oku­pa­cji, nikomu nie trzeba tego tłu­ma­czyć. Auschwitz, Pal­miry, Pia­śnica, Maj­da­nek… Te nazwy wywo­łują dreszcz prze­ra­że­nia u każ­dego Polaka. Okrut­nym zbrod­niom III Rze­szy poświę­ci­łem osobną książkę zaty­tu­ło­waną Niemcy.

Okrop­no­ści hitle­ry­zmu nie ozna­czają jed­nak, że mamy mil­czeć o czar­nych kar­tach, jakie pod­czas II wojny zapi­sali Anglo­sasi. Albo – broń Boże – je uspra­wie­dli­wiać. Fak­tów nie wolno zamia­tać pod dywan tylko dla­tego, że są nie­wy­godne. A walka nawet z naj­bar­dziej paskud­nym reżi­mem nie uspra­wie­dli­wia zabi­ja­nia nie­win­nych.

W tej książki oby­wa­tele państw Osi – Japoń­czycy, Niemcy czy Włosi – czę­sto wystę­pują w roli ofiar. Może to wywo­łać szok u czy­tel­nika wycho­wa­nego na „histo­rio­gra­fii” będą­cej prze­dłu­że­niem wojen­nej pro­pa­gandy. Sam nie­dawno się o tym prze­ko­na­łem. Gdy powie­dzia­łem zna­jo­memu tur­bo­pa­trio­cie, że chcę napi­sać tę książkę, zawrzał z obu­rze­nia.

– Jak to?! Będziesz pisać o cier­pie­niach Niem­ców i Japoń­ców?!

– Ale prze­cież to wszystko wyda­rzyło się naprawdę – odpo­wie­dzia­łem.

– To jesz­cze nie powód, żeby o tym pisać! Prze­cież to Niemcy wywo­łali II wojnę świa­tową. Nie ma się co nad nimi lito­wać.

Zupeł­nie nie zga­dzam się z takim podej­ściem. Jako kon­ser­wa­ty­sta czuję głę­boką awer­sję do men­tal­no­ści ple­mien­nej, która każe dzie­lić ludzi według ich naro­do­wo­ści. Ja nie dzielę istot ludz­kich na Niem­ców, Pola­ków, Rosjan, Żydów czy Ame­ry­ka­nów. Dzielę ich na dobrych i złych. Na ofiary i spraw­ców.

Eses­man, który mor­do­wał pol­skiego więź­nia w Auschwitz, był sprawcą. Niemka roze­rwana na strzępy aliancką bombą w Ham­burgu była ofiarą. To dwie różne osoby. Dwie jed­nostki ludz­kie, które nie mają ze sobą nic wspól­nego poza tym, że mówią tym samym języ­kiem. Sprawca zasłu­guje na potę­pie­nie. Ofiara – na współ­czu­cie.

Wbrew temu, co cza­sami można usły­szeć, wojnę wywo­łał Adolf Hitler, a nie cały naród nie­miecki. Pro­szę mi wyba­czyć moją sta­ro­świec­kość, ale nie uznaję – tak popu­lar­nej w XX wieku – zasady zbio­ro­wej odpo­wie­dzial­no­ści i winy kolek­tyw­nej. Wina i odpo­wie­dzial­ność może być jedy­nie indy­wi­du­alna.

Każdy czło­wiek może odpo­wia­dać tylko i wyłącz­nie za wła­sne czyny. A nie za czyny swo­ich rodzi­ców, dzieci, współ­o­by­wa­teli, człon­ków tej samej klasy spo­łecz­nej czy grupy etnicz­nej. Jak bowiem pisał Erik von Kueh­nelt-Led­dihn, narody nie są pod­mio­tami moral­nymi. Mogą być nimi tylko jed­nostki.

Jest to wytyczna moralna, któ­rej trzy­mam się kłami i pazu­rami. Ni­gdy nie dam się prze­ko­nać, że nie­miecki lot­nik mor­du­jący angiel­skie dziecko w Lon­dy­nie był zbrod­nia­rzem, a bry­tyj­ski lot­nik mor­du­jący nie­mieckie dziecko w Ber­li­nie – boha­te­rem wojen­nym i obrońcą demo­kra­cji.

Takie posta­wie­nie sprawy jest nie tylko nie­etyczne, ale rów­nież nie­lo­giczne. Dla mnie liczy się naga prawda. A nie jej uszmin­ko­wana, zasy­pana toną pudru i zalana hek­to­li­trami lukru kary­ka­tura. Dla­tego wiele histo­rii opi­sa­nych w tej książce może czy­tel­nika zasko­czyć i zaszo­ko­wać. Są to bowiem sprawy, o któ­rych – uży­wa­jąc słów Józefa Mac­kie­wi­cza – nie trzeba gło­śno mówić. O spra­wach tych mówi się na ogół pół­gęb­kiem. Albo nie mówi się wcale.

Pol­ska zdra­dzona

Kolejną cechą anglo­sa­skiej poli­tyki pod­czas II wojny była zdrada. Szcze­gól­nie Bry­tyj­czycy spe­cja­li­zo­wali się w zawie­ra­niu soju­szy i skła­da­niu obiet­nic, które potem z pełną pre­me­dy­ta­cją łamali. Bole­śnie prze­ko­nała się o tym Pol­ska oraz inne pań­stwa Europy Środ­kowo-Wschod­niej sprze­dane w Jał­cie Sowie­tom.

W marcu 1939 roku Wielka Bry­ta­nia udzie­liła Pol­sce „gwa­ran­cji nie­pod­le­gło­ści”. Naiwny jak dziecko mini­ster Józef Beck przy­jął je z rado­ścią. Gwa­ran­cje te dopro­wa­dziły do ataku Nie­miec na Pol­skę, a Wielka Bry­ta­nia nawet nie kiw­nęła pal­cem w obro­nie samot­nie kona­ją­cej Rze­czy­po­spo­li­tej.

Natych­miast po upadku swo­jej pol­skiej sojusz­niczki Bry­tyj­czycy wzno­wili umi­zgi do Związku Sowiec­kiego. Pań­stwa, które – przy­po­mnijmy – 17 wrze­śnia 1939 roku zadało Pol­sce cios w plecy i oku­po­wało połowę jej tery­to­rium.

1 paź­dzier­nika 1939 roku przed mikro­fo­nem BBC wystą­pił pierw­szy lord admi­ra­li­cji Win­ston Chur­chill, jesz­cze nie­dawno czo­łowy anty­bol­sze­wik Wiel­kiej Bry­ta­nii. Oświad­czył on zdu­mio­nym słu­cha­czom, że sowiecka agre­sja na Pol­skę była uspra­wie­dli­wiona, w ten spo­sób Sta­lin zabez­pie­czył się bowiem przed moż­li­wo­ścią agre­sji ze strony Hitlera.

 

Bry­tyj­czycy od początku wojny nie ukry­wali, że opo­wia­dają się za linią Cur­zona jako przy­szłą wschod­nią gra­nicą Pol­ski. Ozna­czało to ni mniej, ni wię­cej, tylko ampu­ta­cję połowy tery­to­rium Rze­czy­po­spo­li­tej i odda­nie jej bol­sze­wi­kom. Szkoda, że Anglicy nie powie­dzieli nam tego przed zawar­ciem soju­szu!

Znany z miło­ści do Sowie­tów bry­tyj­ski amba­sa­dor w Moskwie Staf­ford Cripps 22 paź­dzier­nika 1940 roku zło­żył na ręce wice­szefa sowiec­kiej dyplo­ma­cji Andrieja Wyszyn­skiego spe­cjalne memo­ran­dum. W imie­niu rządu Jego Kró­lew­skiej Mości zło­żył on bol­sze­wi­kom ofertę zawar­cia anty­nie­miec­kiego paktu.

Co miałby z tego Sta­lin? Otóż Cripps zade­kla­ro­wał goto­wość uzna­nia przez Wielką Bry­ta­nię „suwe­ren­no­ści ZSRS w Esto­nii, na Łotwie, Litwie oraz w Besa­ra­bii i pół­noc­nej Buko­wi­nie, a także w tych czę­ściach byłego pań­stwa pol­skiego (!), które znaj­dują się obec­nie pod sowiecką wła­dzą”. A więc wszyst­kich ziem zagra­bio­nych przez Sta­lina na mocy paktu Rib­ben­trop–Moło­tow.

Sygnał posłany do Moskwy był jasny: Wielka Bry­ta­nia nie zamie­rza kru­szyć kopii w spra­wie inte­re­sów swo­jego pol­skiego sojusz­nika. Bar­dzo chęt­nie złoży je na ołta­rzu poro­zu­mie­nia ze Związ­kiem Sowiec­kim. Tak się stało, gdy w 1941 roku wybu­chła wojna mię­dzy Hitle­rem i Sta­li­nem.

Pol­ska z dnia na dzień prze­stała być natchnie­niem naro­dów i wier­nym przy­ja­cie­lem, który jako jedyny dotrzy­my­wał bra­ter­stwa broni Wiel­kiej Bry­ta­nii w jej naj­czar­niej­szej godzi­nie. Nagle na uko­chaną sojusz­niczkę Win­stona Chur­chilla paso­wana została „boha­ter­ska” Armia Czer­wona i jej „sym­pa­tyczny” wąsaty gene­ra­lis­si­mus.

Polacy zostali bez­ce­re­mo­nial­nie odsta­wieni w kąt, jak stara, nie­po­trzebna zabawka. Jesz­cze wczo­raj noszeni na rękach – ach, ci wspa­niali pol­scy lot­nicy z bitwy o Anglię! – nagle zaczęli być trak­to­wani jak kło­po­tliwy ubogi krewny. Tak, w wiel­kiej poli­tyce liczy się tylko siła. Pol­ska była słaba, a Zwią­zek Sowiecki silny.

Od tej pory w każ­dym pol­sko-sowiec­kim spo­rze Bry­tyj­czycy brali stronę bol­sze­wi­ków. Chur­chill bez­ce­re­mo­nial­nie zmu­szał kolej­nych pol­skich pre­mie­rów – Wła­dy­sława Sikor­skiego i Sta­ni­sława Miko­łaj­czyka – do upo­ka­rza­ją­cych ustępstw wobec Sta­lina. Choć Woj­sko Pol­skie na­dal wal­czyło na wszyst­kich fron­tach Europy, dla Bry­tyj­czy­ków nie miało to naj­mniej­szego zna­cze­nia.

Przy­szedł Tehe­ran, a po nim Jałta i Pocz­dam. Na kon­fe­ren­cjach „wiel­kiej trójki” Ame­ry­ka­nie i Bry­tyj­czycy bez mru­gnię­cia okiem zgo­dzili się na to, aby Pol­ska po woj­nie została pozba­wiona połowy swo­jego tery­to­rium i zna­la­zła się w sowiec­kiej stre­fie wpły­wów. A jesz­cze kilka lat wcze­śniej bry­tyj­ski pre­mier zapew­niał Pola­ków, że „Wielka Bry­ta­nia lojal­nie dotrzyma słowa”. No cóż, nie dotrzy­mała.

Gdy gene­rał Wła­dy­sław Anders pró­bo­wał pro­te­sto­wać, usły­szał od Chur­chilla:

– Mamy dzi­siaj dosyć woj­ska i waszej pomocy nie potrze­bu­jemy. Może pan swoje dywi­zje zabrać. Obej­dziemy się bez nich.

– Nie mówił pan tego przez ostat­nich kilka lat – odparł Anders.

Tak, bez wąt­pie­nia Bry­tyj­czycy pod­czas ostat­niej wojny udzie­lili nam bru­tal­nej lek­cji, na czym polega Real­po­li­tik. Miejmy nadzieję, że lek­cja ta została przez pol­skie elity zapa­mię­tana.

Pier­wot­nie w Alian­tach miała się zna­leźć osobna część poświę­cona zdra­dzie Wiel­kiej Bry­ta­nii. Zde­cy­do­wa­łem jed­nak, że temat ten roz­sa­dziłby książkę. Wrócę do niego w osob­nej publi­ka­cji, którą – jeżeli wszystko pój­dzie zgod­nie z pla­nem – napi­szę wkrótce.

Alianci są kolejną, piątą już czę­ścią cyklu „Opo­wie­ści nie­po­prawne poli­tycz­nie”. Wcze­śniej­sze tomy to Żydzi (2016), Sowieci (2016), Niemcy (2017) i Żydzi 2 (2018). O ile jed­nak w począt­ko­wych tomach sporą część mate­riału sta­no­wiły moje arty­kuły pra­sowe, o tyle w tej książce domi­nuje mate­riał ni­gdy wcze­śniej nie­pu­bli­ko­wany.

Nie mam wąt­pli­wo­ści, że ze wszyst­kich czę­ści „Opo­wie­ści nie­po­praw­nych poli­tycz­nie” naj­bar­dziej nie­po­prawni poli­tycz­nie są wła­śnie Alianci.

I tę książkę jed­nak pisa­łem, kie­ru­jąc się zało­że­niami, które przy­ją­łem, pra­cu­jąc nad poprzed­nimi tomami: O histo­rię należy się spie­rać i o niej dys­ku­to­wać. Należy sta­wiać nie­wy­godne pyta­nia i ryzy­kowne hipo­tezy. Ujaw­niać fakty, które do tej pory były skry­wane. Nic bowiem tak nie szko­dzi histo­rii jak sztampa, pro­pa­ganda i cen­zura.

Czy­tel­niku, jeśli się z tym zga­dzasz, moje książki są dla cie­bie.

Piotr Zycho­wicz