Wyprawa Gniewomira

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział trzeci

Żeglowaliśmy przez resztę dnia i całą noc. Aura nam sprzyjała. Gwiazdy jasno świeciły na ciemnym i bezchmurnym niebie. Żagiel łopotał na silnym wietrze. Nie musieliśmy wiosłować. Wystarczyło tylko wprawnie kierować sterem, a łódź bez oporu poddawała się woli sternika. Nasz okręt łagodnie unosił się i opadał na morskich falach. Szybko posuwaliśmy się do przodu wyznaczonym wcześniej kursem.

Gdy nastał świt naszym oczom ukazały się skaliste brzegi Bornholmu porośnięte gęstymi krzakami, za którymi znajdował się las. Skierowaliśmy się ku zatoce, którą widzieliśmy poprzednio. Szybko ją odnaleźliśmy i wpłynęliśmy do niej.

Już z daleka ujrzeliśmy cumujący przy brzegu statek z czarnym żaglem. W jego pobliżu siedzieli ludzie grzejący się przy dogasających ogniskach. Naliczyłem ich ze cztery dziesiątki. Gdy nas spostrzegli, natychmiast poderwali się z ziemi i sięgnęli po miecze i topory. Szybko utworzyli zwarty, obronny mur przy swoim drakkarze. Wysoki człek, stojący w centrum pierwszego szeregu, zawołał:

− Kto nadpływa i czego chce?!

− Gniewomir Egilsson, pogromca Elfhelma Smoczego Łba! – odkrzyknąłem. – Poznaję cię Karirze Helgarssonie, wierny woju mojego ojca.

Nasza łódź podpłynęła do brzegu. Wykonaliśmy wprawny manewr wiosłami i odwróciliśmy ją dziobem ku morzu.

Następnie rzuciliśmy kotwicę. Byliśmy przygotowani do szybkiego wypłynięcia, gdyby sprawy przybrały niepomyślny obrót.

Spuściliśmy na wodę dwie dłubanki. Wskoczyłem do jednej z nich. Towarzyszyli mi: Ingwar i Angward oraz siedmiu innych wojów. Dobiliśmy do plaży i wyszliśmy na mokry piasek. Czekaliśmy przez jakiś czas, aż dołączą do nas pozostali wojownicy. Gdy tak się stało, miałem na plaży sześćdziesięciu zbrojnych. Dziesięciu ludzi zostawiłem na Ragnaröku.

Naszych przeciwników było czterdziestu trzech. Byli mniej liczni, więc nie zdecydowali się na atak. Wpatrywali się w nas, milcząc i nie bardzo wiedząc, co począć.

Uznałem, że to my musimy przełamać impas. Dlatego wyszedłem przed szereg moich ludzi. Przeszedłem kilka kroków i zatrzymałem się. Po chwili Karir wyszedł mi na spotkanie. Uścisnął moją wyciągniętą dłoń, po czym spytał.

− Po coś przybył, Oli?

− Po Jorunda – odparłem. – Gdzie on jest?

− Poluje w pobliskich lasach. Niebawem przybędzie.

− Zaczekam tu na niego. Chyba nie będziesz się sprzeciwiał.

− Nie będę, lecz wiedz, że jeśli spróbujesz zabić Jorunda, to staniemy w jego obronie.

− Wiem. Co ma być to będzie. Jak się miewa Ingborga i Ismira?

Karir zawahał się. Widoczne było, że nie chce mówić. W końcu jednak rozluźnił się i ciężko westchnął.

− Jako syn Egila powinieneś wiedzieć.

− Zatem słucham.

− Po powrocie z bitwy w cieśninie Sund, Jorund odbudował Egilsgard. Następnie sprowadził tam żonę i córkę.

Wkrótce jednak dowiedział się, że Ismira nie jest jego dzieckiem. Najpewniej Ingborga wyznała mu to pod przymusem. Ponadto, dziewczynka nie jest wcale podobna do niego, więc w końcu nawet on domyślił się prawdy. Pogrążony w gniewie zebrał ludzi i najechał Arnulfa Kulawego. Ściął mu głowę toporem i przejął jego siedzibę. Obawiał się jednak zemsty ze strony wojów wiernych Arnulfowi, dlatego zebrał tych, którzy chcieli z nim popłynąć i wyruszył na poszukiwanie ciebie. Wiedział, że służysz księciu Bolesławowi. Dlatego najeżdżał słowiańskie brzegi w nadziei, że zostaniesz wysłany, aby go powstrzymać. Jak widać nie pomylił się.

− Co teraz dzieje się w Egilsgardzie?

− Nie wiem. Nie byliśmy tam od dwóch zim.

− Jaką nazwę ma wasz nowy drakkar?

− Twój brat nazwał go Nocny Łowca.

− Czy Jorund zamierza mnie zabić?

− Tak. Zapowiedział, że uczyni ci krwawego orła. Ponadto chce porwać twoją kobietę.

− Skąd o niej wie?

− Podobno od pewnego kupca.

− Od którego?

− Nie wiem. Nie znam jego imienia.

Rozsiedliśmy się wygodnie na niewielkiej plaży. Ludzie Karira łypali na nas groźnie. My tymczasem posilaliśmy się kawałkami twardego sera i solonymi śledziami, które popijaliśmy wodą. Wszyscy czekaliśmy w napięciu na powrót Jorunda. Słyszeliśmy dobiegające z oddali ryki dzikich świń. Oznaczało to, że polowanie jeszcze trwa.

Mój przyrodni brat pojawił się około południa. Wyłonił się z lasu w towarzystwie ośmiu wojaków. W lewej dłoni dzierżył włócznię z zakrwawionym grotem. Przez prawe ramię miał przewieszonego potężnego dzika. Zwierzęca jucha ściekała po metalowej kolczudze. Jarlowski miecz kołysał mu się u lewego biodra.

Gdy go ujrzałem, jak zwykle doznałem lekkiego wstrząsu. Jorund był bowiem bardzo podobny do ojca. Twarz miał niemal identyczną jak Egil. Poderwałem się z ziemi i ruszyłem spiesznie w jego stronę.

− Witaj, bracie – rzekłem. – Przyszedłem po ciebie. Na mój widok Jorund upuścił dzika, którego truchło pacnęło o ziemię. Schwycił oburącz włócznię i wymierzył ją we mnie. W jego niebieskich oczach dostrzegłem nienawiść.

− Długo czekałem – syknął. – Dziś wreszcie się zemszczę.

− Za co, bracie? – spytałem, udając niewinnego.

− Za to, że spłodziłeś dziecko z moją żoną! – wykrzyknął.

− Zrobiłem tylko to, czego ty nie mogłeś. Dzięki temu uratowałem jej życie.

− Mogłem dać jej potomka – stwierdził brat.

− Obaj wiemy, że nie.

− Uknułeś wszystko z Arnulfem Kulawym.

− Nic podobnego. Arnulf był niewinny. Niepotrzebnie skróciłeś go o głowę.

− Uczyniłem to, gdyż ogarnął mnie gniew – tłumaczył się Jorund.

− Jak zwykle – stwierdziłem. – Ponadto, najeżdżałeś słowiańskie brzegi, bo wiedziałeś, że Bolesław przyśle mnie tutaj.

− Oczywiście i dziś odzyskam honor, który mi odebrałeś.

− Skoro tego chcesz, to walczmy, jeden na jednego. Moja propozycja zaskoczyła Jorunda, bo przez chwilę jakby się wahał. Postanowiłem wykorzystać nadarzającą się sposobność.

− Czyżbyś bał się ze mną walczyć, braciszku? – podjudzałem go.

Jorund pobladł. Wiedział doskonale, że moi ludzie mają niewielką przewagę liczebną nad jego wojami. Ponadto moja obelga rozsierdziła go do głębi. Teraz nie mógł się już wycofać, gdyż straciłby szacunek w oczach swych kompanów. Postanowił więc przyjąć moje wyzwanie.

− Niczego się nie boję – odparł butnie. – Dziś wyłupię ci oczy, abyś nie mógł odnaleźć drogi do dworu Odyna.

− Czcze przechwałki – odgryzłem się i zawołałem do swoich ludzi. – Przygotujcie pole walki!

Moi wojownicy natychmiast wzięli się do pracy. Angward wyznaczył równe, kwadratowe pole, liczące dziesięć na dziesięć kroków. Uczynił to przy pomocy przyniesionych z lasu gałązek leszczyny. Pojedynek miał trwać, dopóki jeden z walczących zostanie powalony lub wykroczy poza wyznaczony kwadrat, narażając się tym samym na wieczną hańbę. Miał to być prawdziwy spacer po wyspie.

Ja uzbroiłem się w miecz i tarczę. Zakrzywioną szablę zawiesiłem na plecach, aby w razie potrzeby jak najszybciej móc ją wydobyć. Jorund w prawicy dzierżył jednoręczny topór, a w lewicy okrągłą tarczę. Długi miecz kołysał mu się nadal u lewego biodra. Kiedy przestąpiliśmy leszczynowe gałązki, mężowie z obu załóg poczęli wołać:

− Holmganga, holmganga, holmganga!

Ja byłem tym, który rzucił wyzwanie. Musiałem więc czekać na pierwszy cios. Mój przyrodni brat nie ociągał się i szybko przypuścił atak. Rąbnął toporem w moją tarczę, chcąc jednym uderzeniem rozbić ją w drzazgi. Lipowe drewno jednak wytrzymało. Ja z kolei zablokowałem mieczem tarczę przeciwnika, gdyż jej skraj znalazł się niebezpiecznie blisko mojej głowy. Naparliśmy na siebie i zderzyliśmy się piersiami. W mgnieniu oka zaparło mi dech, na szczęście ledwie na chwilę. Jorund został odrzucony do tyłu, lecz zdołał utrzymać równowagę. Nie zwlekając natarł ponownie. Przyklęknąłem na jedno kolano, przyjmując cios topora na tarczę, uniesioną wysoko nad głowę. Poczułem, jak żelazo zagłębia się w drewnie i wtedy wyprowadziłem szybkie cięcie w nogi rywala. Jorund puścił trzonek tkwiącego w mojej tarczy topora i odskoczył. Podniosłem się z przyklęku, jednocześnie odrzucając zniszczoną tarczę daleko poza pole walki. Następnie wydobyłem zakrzywioną szablę. Mój brat, pozbawiony topora, musiał sięgnąć po miecz.

− Nauczyłeś się walczyć, Oli – burknął.

− A ty nie nauczyłeś się cierpliwości – stwierdziłem i zaatakowałem.

Nacierałem na niego szybko i gwałtownie, wykonując zamaszyste cięcia. Jorund ustawił się bokiem i przyjmując moje ciosy na tarczę, stopniowo ustępował pola. Gdy jego prawa stopa dotykała już leszczynowych gałązek, zdecydował się na desperacki atak. Jego miecz śmignął z szybkością atakującego węża. Zdradzieckie pchnięcie było skierowane prosto w moje usta. Gdyby dotarło do celu, zginąłbym niechybnie. Znałem jednak brata, więc spodziewałem się podobnego ataku i w ostatniej chwili wykonałem unik w bok. Poczułem, jak ostrze jorundowego miecza zacięło lekko mój policzek, niczym niewprawnie trzymana brzytwa. W odpowiedzi wykonałem cięcie na przedramię wysuniętej do przodu ręki przeciwnika. Ostrze szabli przecięło kolczugę i naruszyło mięśnie. Trysnęła krew. Jorund syknął z bólu i rozwarł dłoń. Jego klinga upadła na piach. Rozwścieczony, próbował uderzyć mnie strzępkami rozbitej tarczy, lecz ja byłem szybszy. Zdzieliłem go płazem własnego miecza prosto w czoło. Dobrze wiedziałem, że hełm złagodzi uderzenie. Mój cios był jednak na tyle silny, że ogłuszył brata. Jorund upadł na ziemię, jak rażony gromem.

Widząc to, moi ludzie wznieśli radosne okrzyki. Jorundowi wojowie milczeli. Ich twarze były ponure i wrogie, gdyż nie wiedzieli, co teraz z nimi będzie.

Stojąc nad nieprzytomnym bratem, dotknąłem prawą dłonią policzka, z którego ciekła krew. Z ulgą stwierdziłem, że rana nie jest groźna i powinna rychło się zabliźnić. Kiedy wreszcie ucichły wiwaty rzekłem:

− Weźcie zamroczonego jarla i zanieście go na Ragnarök. Jaćwież i Walgierz podeszli, aby wykonać rozkaz. Wprawnie schwycili ogłuszonego Jorunda i zanieśli go na łódź.

 

− Nie zapomnijcie go skrępować! – Zawołałem za nimi. Przestąpiłem gałęzie leszczyny i podszedłem do ludzi mego brata, którzy zbili się w ciasną gromadę i spoglądali na mnie nieufnie. Wiedziałem, że ich broń jest gotowa do użycia.

− Czy któryś z was walczył w cieśninie Sund? – zapytałem.

Dwudziestu czterech wojów uniosło ręce.

− Czy wiecie jak zginął Elfhelm? – znów spytałem.

− Wiemy, panie – odparł ktoś. – Widziałem z pokładu statku, na którym przyszło mi walczyć, jak powaliłeś Smoczego Łba.

− Jak cię zwą?

− Thorgils Bjarnasson, panie.

− Chciałbyś mi służyć, Thorgilsie?

− Tak, panie.

− Zatem witaj w mojej załodze.

− Dziękuję, panie – wyjąkał niepewnie Thorgils. Powiodłem wzrokiem po pozostałych, którzy nadal uparcie milczeli. Nie chciałem przeciągać tej chwili, więc znów odezwałem się pierwszy.

− Nie macie już wodza, gdyż wasz jarl został pojmany – stwierdziłem. – Wasz piękny okręt również zostanie zabrany lub spalony. Możecie jednak go zachować i służyć mi wiernie.

− Możemy też walczyć o swoje życie – odburknął Karir.

− Czekałaby was tylko honorowa śmierć, bo nie macie szansy na zwycięstwo, lecz nawet gdyby wam się udało to dokąd popłyniecie?

− Tam, gdzie poniesie wiatr.

− Właśnie. Będziecie błąkać się po Midgardzie zdani na kaprysy losu, jak pozbawiona przywódcy banda zbójów. Przy mnie zaś czeka was krwawa walka i wielka sława oraz nieprzebrane bogactwa.

− Dajesz nam słowo?

− Tak. Powołuję się na wszystkich bogów, jakich znam. Kiedy przebrzmiały te słowa, Karir podszedł i podał mi rękojeść swego miecza, sam trzymając za ostrze.

− Będę ci służył, jarlu Gniewomirze, aż do śmierci mojej lub twojej – rzekł. – Przysięgam na Thora i Odyna.

− Dziękuję ci za twe odważne słowa, Karirze Helgarssonie – odparłem. – Obiecuję, że nagroda cię nie ominie.

− Liczę na to, jarlu Gniewomirze. Twój ojciec byłby z ciebie dumny.

− Może jest, jeśli patrzy z Walhalli. Któż to wie. Puściłem broń Karira i czekałem. Pozostali wojownicy podchodzili i ceremonia powtarzała się. Czterdziestu pięciu ludzi złożyło mi przysięgę wierności. Ci, którzy odmówili, zniknęli w lesie.

− Trzeba nam odpłynąć, nim miejscowy jarl dowie się o wszystkim – orzekł Ingwar.

− Zgadzam się – odparłem.

Szybko opuściliśmy brzegi Bornholmu. Angward, który objął dowodzenie na Nocnym Łowcy, nakazał niezwłocznie odwrócić łódź dziobem ku morzu. Nasze dwa drakkary obrały kurs na Gniewogard. Płynęliśmy do domu.

Początkowo podróż przebiegała bez większych trudności. Dziób naszej łodzi rozcinał spienione fale. Podwieszony na rejach żagiel wydymał się na wietrze. Maszt skrzypiał cicho. Kierujący wiosłem sterowym Kolgrim spokojnie prowadził Ragnarök. Dowodzony przez Ingwara Nocny Łowca płynął obok nas przy prawej burcie.

Pod wieczór jednak warunki się pogorszyły. Zerwał się silny i porywisty wiatr, który stopniowo narastał. Z zakrywających niebo ciemnych chmur zaczął gęsto padać marznący deszcz. Ponadto Thor wywołał potężną burzę, uderzając Mjolnirem w kowadło. Gromowe huki były ogłuszające. Jaskrawożółte błyskawice rozświetlały niebo, bijąc w spienioną wodę.

Musieliśmy znacząco zboczyć z właściwego kursu, aby uniknąć zatopienia. Przy pomocy wioseł udało nam się dotrzeć do słowiańskiego brzegu i rzucić kotwice. Nasze drakkary zacumowały bezpiecznie. Przemoczeni do suchej nitki, wyszliśmy na ląd. Szybko zbudowaliśmy kilka prostych namiotów z patyków i starego płótna. Siedzieliśmy w nich skuleni, posilając się suszonym mięsem. Patrzyliśmy, jak szybko zapoda zmrok.

W jednym z naprędce skleconych szałasów tłoczyło się pięciu ludzi: Ja, Ingwar, Angward, Jaćwież i Jorund. Mój przyrodni brat nie miał broni, lecz nadal nosił sfatygowaną kolczugę, którą mu pozostawiłem. Po posiłku moi przyjaciele zmiarkowali, że chcę pogawędzić z bratem w cztery oczy. Dlatego rozmyślnie wyszli na dwór, niby za potrzebą. Jorund nie czekał długo i szybko przeszedł do rzeczy. Spojrzał na mnie z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy i rzekł:

− Bogowie mają niezły ubaw.

− Niby z czego? – spytałem.

− Z mego podstępu, który okazał się godny samego Lokiego.

− Co ty bredzisz? Przecie pokonałem cię i przejąłem twój statek, a teraz wiozę cię do Bolesława, który najpewniej zetnie twoją głowę.

− Spodziewałem się tego. Przewidziałem, że nie podołam tobie w walce, gdyż stałeś się prawdziwym Panem Mieczy.

− Po co więc walczyłeś?

− Cóż. Taki właśnie był podstęp. Miałeś zostać wywabiony z Gniewogardu.

− Dlaczego?

− Podczas gdy my zabawialiśmy się na Bornholmie, twoja piękna złotowłosa branka została porwana.

Poczułem jak krew odpływa mi z twarzy. Schwyciłem Jorunda za gardło i ścisnąłem mocno.

− Gadaj przez kogo? – syknąłem.

− Kupca Odinara Otarssona – wycharczał brat. Puściłem go i sięgnąłem po niewielki sztylet, którego ostrze błysnęło w mroku.

− Jeśli to, co mówisz jest prawdą, staniesz się podobny do Odyna – rzekłem.

− Jakże się to stanie?– zdziwił się Jorund.

− Wyłupię ci lewe oko.

− Jeszcze zobaczymy, braciszku – roześmiał się.

Gdy nastał świt, burza ucichła. Mimo wciąż siąpiącego deszczu wypłynęliśmy na morze, aby jak najrychlej dotrzeć do domu. W mojej duszy narastał niepokój. Aż do południa zmagaliśmy się z wiatrem, machając wiosłami. Musiałem stale napierać na ster, aby utrzymać łódź w stosownej odległości od brzegu. Angward, prowadzący Nocnego Łowcę, czynił podobnie. W końcu udało nam się dobrnąć do celu.

Już z daleka spostrzegłem krzątaninę wokół Gniewogardu i poczułem strach oraz troskę o los ukochanej. Kiedy moje drakkary rzuciły cumy, Teobald wybiegł nam na spotkanie, wołając:

− Tragedia, panie! Porwano panią Welewitkę! Jednym susem przesadziłem burtę okrętu i wylądowałem w grząskim piasku. Podbiegłem do księdza i zapytałem:

− Kiedy to się stało?

− Wczoraj po południu, panie.

− Jak?

− Nie było mnie przy tym, lecz widziałem statek, podążający ku ziemiom niemieckim. Dowodził nim kupiec, z którym ongiś się targowałeś. Pamiętam, że zaprosiłeś go nawet na posiłek.

− Odinar Otarsson – stwierdziłem.

− Tak, panie. Masz dobrą pamięć.

− Mój brat powiedział mi o Otarssonie – wyjaśniłem.

− Twój brat? – zdziwił się duchowny.

− Tak. Wygląda na to, że zawarli jakiś sojusz.

Po usłyszeniu złych wieści natychmiast chciałem puścić się w pogoń za porywaczami. Wiedziałem, że bojowy drakkar jest szybszy od handlowej knary. Miałbym więc szansę na dopędzenie zdradzieckiego handlarza, którego załoga nie byłaby w stanie odeprzeć ataku mych wojowników. Pamiętałem też jednak o tym, że wróg zyskał sporą przewagę czasową. Ponadto nad morzem zalegała gęsta mgła przesłaniająca widnokrąg. Dlatego, po głębokim namyśle, zaniechałem natychmiastowego pościgu, uznając go za bezcelowy. Poleciłem jednak Teobaldowi, aby poprosił Boga o pomoc w ocaleniu mojej Welewitki.

Potem udałem się niezwłocznie do mego dworzyszcza. W izbie zastałem pięć niewiast i czwórkę dzieci. Cztery kobiety otaczały siedzącą na krześle Jarzębinę. Na jej głowie spostrzegłem spory, przesiąknięty krwią opatrunek. Na kolanach żony Angwarda kulili się dwuletni bliźniacy: Kastamir i Waldmir. Nieco z tyłu, za krzesłem, stały też moje dzieci.

Wojmir spostrzegł mnie pierwszy i podbiegł. Za bratem przytruchtała pochlipująca cicho Marzanna. Wziąłem dzieci na ręce i przytuliłem.

− Źli ludzie porwali mamę – skarżyła się córka.

− Zdzieliłem jednego kijem – dodał syn.

− Nie martwcie się – uspakajałem je. – Na pewno odnajdziemy matkę.

− To była zaplanowana zasadzka – odezwała się Jarzębina. – Chodziłyśmy po lesie z Welewitką, wypatrując świeżych ziół. Mały Wojmir był z nami. Chodził po krzakach i szukał trolli. Chłopiec bawił się świetnie, a my gwarzyłyśmy sobie wesoło. Nagle z gąszczu wyłonił się drab i schwycił Wojmira. Welewitka natychmiast ruszyła na niego. Wtem zza drzew wychynęli dwaj następni zbóje i pochwycili ją. Krzyczała i próbowała się wyrwać, lecz byli silni. Podbiegłam do pierwszego intruza, który wciąż trzymał Wojmira. Próbowałam wyrwać mu dziecko, lecz walnął mnie w głowę i pozbawił zmysłów.

− Gdy ciotka Jarzębina omdlała – ożywił się mój syn – dostrzegłem dziurę w kaftanie na brzuchu wroga. Dźgnąłem kijem w to miejsce i poczułem, jak jego koniuszek wbija się w ciało. Zły człowiek wrzasnął z bólu i puścił mnie, a potem uciekł.

− Dzielny z ciebie chłopiec, Wojmirze – pochwaliłem go. – Wyrośniesz na wielkiego wojownika. Teraz zostań tu i bacz na siostrę, a ja dowiem się gdzie jest mama.

− Uwolnij ją, ojcze – poprosiła córeczka.

− Oczywiście, że to zrobię – zapewniłem. – Podążę za Welewitką choćby na kraniec świata.

− Nie pozwól, żeby mama zginęła.

− Nie pozwolę.

Pozostawiwszy dzieci pod opieką kobiet, wyszedłem na dwór. Od razu udałem się na Ragnarök, gdzie nadal przebywał mój przyrodni brat. Kiedy dotarłem nad brzeg, Jorunda właśnie sprowadzono na ląd. Ingwar oraz Jaśko pilnie go strzegli. Nie zwlekając, wydobyłem z pochwy sztylet i podszedłem do niego. Przytknąłem czubek ostrza do lewej powieki brata.

− Czas spełnić obietnicę – oznajmiłem. – Chyba, że powiesz mi wszystko.

Jorund przez chwilę patrzył na mnie lodowatym wzrokiem, lecz ostatecznie uznał chyba, że nie warto tracić oka i rzekł.

− A o czym tu gadać. Wszystko jest jasne.

− Dlaczegoś kazał ją porwać?

− Bo chciałem, abyś wiedział jak to jest, kiedy wiesz, że ktoś dzieli łoże z twoją żoną i nie możesz temu zapobiec.

− Czemuś więc sam nie spróbował porwać Welewitki? Miałbyś prawdziwą zemstę. Na cóż ci był Odinar?

− Odinar para się handlem od trzydziestu wiosen. Zna wielu zamorskich kupców z dalekich krajów. Jak wiesz, Arabowie dobrze płacą za piękne słowiańskie niewiasty.

Mimowolnie naparłem mocniej ostrzem. Z zadraśniętej powieki Jorunda pociekła strużka krwi.

− Odinar sprzeda dziewczynę muzułmanom?

− Tak. Popłynie przez ziemie Niemców i Franków, aż do Emiratu.

− Zapewne nie wiesz, komu ją sprzeda?

− Nie.

− Kiedy zamierzacie podzielić się zyskiem?

− Późnym latem mam oczekiwać Odinara w osadzie Arnulfa Kulawego. Tam powinniśmy się spotkać.

− Mówisz prawdę, li łżesz?

− To prawda.

− Jeśli nie przysięgniesz, to stracisz oko.

− Przysięgam na Odyna, że to prawda. Jeśli kłamię, to niech moja dusza będzie przeklęta we wszystkich dziewięciu światach.

Te zdecydowane słowa uspokoiły mnie nieco. Schowałem sztylet do pochwy, mówiąc:

− Żegnaj, Jorundzie.

Następnie spojrzałem na swych przyjaciół i nakazałem: − Zamknijcie go w oborze. Towarzystwo świń będzie dla niego odpowiednie.

− Masz słuszność, Gniewomirze – stwierdził Jaśko.

− Dajcie też znać Dobrosławowi, aby sposobił się do drogi.

Po rozmowie z bratem udałem się do księdza Teobalda. Duchowny jak zwykle przebywał w kaplicy. Kiedy wszedłem, siedział na jednej z ław i modlił się. Przysiadłem się do niego, czekając aż skończy. Po pewnym czasie kapłan zamknął modlitewnik i cicho zapytał:

− Czegoś się dowiedział, Gniewomirze?

Krótko streściłem księdzu wszystkie informacje, które przekazał mi brat. Teobald co chwilę czynił znak krzyża. Gdy skończyłem mówić, ponownie zapytał:

− Co teraz uczynisz, panie?

− Popłynę do Norwegii, aby spotkać się z Odinarem.

Od niego dowiem się, gdzie jest Welewitka.

− I co potem?

− Pożegluję do krajów muzułmańskich i odzyskam ją.

− To przegrana z góry misja.

− Wiem.

− Ponadto, książę nie będzie rad, kiedy się o tym dowie.

Powinieneś przecież strzec wybrzeża.

− Wiem, lecz nie mogę czekać bezczynnie. Sporządź pismo wyjaśniające sprawę i przedstaw w nim zaistniałe okoliczności. Prześlemy je Bolesławowi wraz z Jorundem, który będzie dowodem na prawdziwość naszych słów. Miejmy nadzieję, że władca powściągnie swój gniew.

− A jeśli nie? Przecież Bolesław może uznać cię za zdrajcę i zażądać twojej głowy.

− Muszę podjąć ryzyko, jeśli chcę odzyskać Welewitkę.

− A kto będzie zarządzał Gniewogardem, pod twoją nieobecność?

− Ty, Teobaldzie.

Ksiądz nie odpowiedział. Otworzył swój modlitewnik i zadumał się. Ja również nie miałem ochoty na dalszą rozmowę, gdyż byłem zmęczony. Zostawiłem więc duchownego w kaplicy i poszedłem do domu na spoczynek.

Z nastaniem świtu pogoda się poprawiła. Czarne chmury zniknęły i pokazało się słońce. Silny wiatr zelżał nieco, a mgła wreszcie zniknęła. Mogliśmy rozpocząć przygotowania do dalekiej wyprawy.

Najpierw zaopatrzyliśmy się w pożywienie: suszone mięso, solone ryby, gomółki twardego sera oraz placki pszenne i jęczmienne. Nie mogliśmy też zapomnieć o wodzie i piwie oraz beczce słodkiego miodu. Następnie załadowaliśmy dobrze naostrzoną broń: miecze, topory, siekiery, włócznie, harpuny i noże. Uznaliśmy, że mogą być potrzebne zapasowe żagle oraz rybackie sieci. Maszty i reje na obydwu drakkarach były nowe. Założono je kilka tygodni temu. Stwierdziliśmy więc, że powinny oprzeć się sile morskiego żywiołu. Mimo to wzięliśmy kilka grubych lin, które zwinęliśmy w zwoje. Na końcu zabraliśmy dwadzieścia łuków oraz dwieście strzał ze stalowymi grotami, opatrzonych lotkami z gęsich i jastrzębich piór.

 

Kiedy wszystko było załadowane, przystąpiłem do podziału ludzi. Moja drużyna liczyła wówczas stu osiemdziesięciu dwóch wojów. W jej skład wchodzili przedstawiciele wielu różnych plemion. Byli Normanowie z Danii, Szwecji i Norwegii. Byli też Słowianie, Bałtowie oraz kilku Celtów.

Zdecydowałem, że na Ragnaröku popłynie siedemdziesięciu wojowników pod moim osobistym dowództwem. Zabierałem ze sobą najwaleczniejszych mężów: Ingwara, Jaśka Tura, Kolgrima, Tworzymira, Jaćwieża, Walgierza, Ruta i Cićmierza. Nocnego Łowcę powierzyłem Angwardowi Pogromcy Potworów, przydzielając mu pięćdziesięciu walecznych wojów. W jego załodze była dziwna Celtka, Sellena. Dziewka ta przez pięć lat dobrze mi służyła, bez szemrania wypełniając wszystkie polecenia. Teraz jednak upierała się, że musi płynąć z nami. Przystałem na to, bo chciałem mieć ją na oku. Zabrałem dziewczynę na łódź mimo protestów wielu członków załogi, którzy zgodnie twierdzili, że kobieta zabrana na morską wyprawę przynosi pecha.

Pozostałych sześćdziesięciu mężczyzn, głównie tych pochodzących z pobliskich wiosek, pozostawiłem na straży Gniewogardu. Dowództwo nad nimi powierzyłem Kurkuciowi. Jego zmiażdżona przed laty dłoń nie odzyskała dawnej sprawności, dlatego wolałem, aby pozostał w domu. Litwin długo nie chciał się zgodzić, lecz w końcu udobruchałem go, obiecując mu podwójny udział w przywiezionych z wyprawy łupach.

Zanim wyruszyliśmy, wyprawiłem posłańców do Gniezna. Dobrosław wiózł list napisany przez księdza Teobalda. Pismo wyjaśniało powód mej wyprawy. Ponadto wysłałem też Bolesławowi przyrodniego brata. Widziałem siedzącego na koniu Jorunda z przywiązanymi do siodła rękami, eskortowanego przez dwóch wojowników. Wiedziałem, że książę najpewniej karze go ściąć. Nie dostrzegałem jednak innej możliwości, gdyż musiałem przede wszystkim, zadbać o bezpieczeństwo rodziny. Dlatego nie mogłem całkowicie zlekceważyć nakazów panującego. Miałem nadzieję, że podjęte przeze mnie kroki, złagodzą nieco gniew słowiańskiego władcy.

Cztery dni po powrocie z Bornholmu znów wypływaliśmy w podróż. Pamiętam, że był to bardzo smutny dzień.

Wojowie żegnali się z najbliższymi. Wielu z tych na co dzień twardych ludzi nie potrafiło ukryć łez. Ich nastrój udzielił się niewiastom i dzieciom, które też płakały. Jarzębina łkała cicho, tuląc się do Angwarda. Ja również długo ściskałem córkę i syna.

− Przywieź mamę do domu – prosiła Marzanna.

− Powal wszystkich wrogów, którzy staną ci na drodze – mówił Wojmir.

− Może nie być mnie długo, lecz postaram się wrócić jak najszybciej – odparłem. – Jarzębina zaopiekuje się wami.

Spojrzałem na Kurkucia, który stał obok.

− Masz sześćdziesięciu włóczników – rzekłem mu. –

Strzeż Gniewogardu. Wpuszczaj tylko ludzi od księcia i miej baczenie na wieśniaków.

− Zrobię, co trzeba, panie – odparł.

Przeniosłem wzrok na Teobalda, który właśnie się zbliżał. W lewej dłoni trzymał srebrny krucyfiks, a w prawej kropielnicę. Duchowny począł skrapiać wodą święconą moich wojowników.

− Niech błogosławieństwo boże towarzyszy wam! – wołał. – Niech boska moc przyprowadzi was bezpiecznie do domu!

Ksiądz podchodził do każdego chcącego ucałować krzyż. Kiedy nadeszła moja kolej rzekł:

− Odbij Welewitkę i wracaj.

− Tak uczynię, a ty zarządzaj Gniewogardem – nakazałem.

− Zrobię, co w mojej mocy, Gniewomirze.

− Liczę na ciebie, przyjacielu.

Pożegnania trwały długo, lecz w końcu trzeba było je przerwać. Stopniowo wchodziliśmy na statki. Gdy wreszcie byliśmy gotowi, nakazałem podnieść cumy. Pióra wioseł rozcięły wodę. Nasze drakkary wypłynęły na morze. Kiedy oddaliliśmy się nieco od brzegu, rozwinęliśmy żagle, które załopotały na wiejącym z południa wietrze. Momentalnie nabraliśmy szybkości. Ląd oddalał się błyskawicznie.

Stojąc na rufie Ragnaröka, spoglądałem na znikający w dali Gniewogard i na żegnający nas tłum ludzi. Widziałem moje dzieci tulące się do nóg Jarzębiny. Widziałem Kurkucia, salutującego mi uniesioną wysoko włócznią. Widziałem Teobalda, kreślącego w powietrzu znak krzyża.

Tamtego dnia ogarnęły mnie poważne wątpliwości. Nie byłem pewien, czy kiedykolwiek uda mi się wrócić do osady. Mimo to nie martwiłem się tym zbytnio. Troska o ukochaną ciągnęła mnie naprzód. Bez oporów uległem więc zewowi przygody.

Liczyłem na to, że podróż przebiegnie w spokoju. Wiedziałem bowiem, że sytuacja polityczna w Skandynawii jest stabilna. W Danii nadal królował Swen Widłobrody, który stale umacniał swoje wpływy i nieustannie się zbroił. Norwegią zarządzał jarl Eryk, który był lennikiem duńskiego monarchy. Panujący w Szwecji Olaf Skotkonung od dawna już był pełnoletni i mógł stać się niezależnym królem. Wiadomym jednak było, iż nadal pozostaje on pod silnym wpływem swej matki, królowej Sygrydy oraz jej królewskiego męża Swena. Tak więc niepodważalnym Panem Północy był w owym czasie władca Duńczyków, który dzielił i rządził wedle swej woli. Od czasu pamiętnej śmierci wojowniczego Olafa Tryggvasona, nikt nie odważył się jawnie wystąpić przeciw niemu.

Pewni swego płynęliśmy ku duńskim brzegom. Dwa statki kołysały się na spienionych falach, a wiosła rytmicznie rozcinały wodę. Żagle łopotały na wietrze. Pogoda nam sprzyjała – słońce mocno świeciło na czystym niebie.

Przemierzyliśmy Morze Bałtów i znaleźliśmy się na duńskich wodach. Pożeglowaliśmy prosto do przesmyku oddzielającego Skanię od Zelandii. Gdy płynęliśmy przezeń, myślałem o bitwie, która rozegrała się tu przed pięciu laty. Oczyma wyobraźni widziałem zderzające się statki i walczących ludzi. Słyszałem szczęk mieczy i toporów, krzyki rannych oraz łoskot tarcz. Widziałem siebie walczącego z Elfhelmem oraz króla tonącego w morzu. Wspominając te doniosłe zdarzenia, czułem zarówno radość jak i smutek.

W pobliżu Roskilde napotkaliśmy dwie łodzie patrolowe. Duńczycy chcieli wiedzieć, kim jesteśmy i dokąd płyniemy. Wyjawiłem im swoje imię oraz zapewniłem, że jesteśmy sprzymierzeńcami króla Swena i królowej Sygrydy. Na dowód tego, pokazałem im potężny młot Elfhelma. Strażnicy natychmiast go rozpoznali i przepuścili nas. Wcale mnie to nie zdziwiło, gdyż byłem wówczas jednym z najbardziej znanych wojowników. O moich wyczynach śpiewano pieśni i szeptano opowieści. Otaczała mnie aura niezwyciężoności, którą niejako przejąłem od zabitego Elfhelma Smoczego Łba.

Popłynęliśmy przez cieśniny Kattegat i Skagerrak do Norwegii. Jak dobrze znów było ujrzeć ojczyste brzegi. Byłem szczęśliwy widząc, jak z każdym dniem posuwamy się coraz bardziej na północ. Nocowaliśmy zwykle pod gołym niebem lub w napotkanych po drodze nadbrzeżnych osadach. W wielu fiordach zamieszkiwali przecież dawni przyjaciele mojego ojca, którzy gościli nas chętnie. Zbliżając się do Nidaros, myślałem, czy nie złożyć wizyty jarlowi Erykowi, który najpewniej też znał mego rodziciela. Ostatecznie jednak stwierdziłem, że lepiej zachować ostrożność i nie wystawiać się na zbędne ryzyko. Ominęliśmy więc siedzibę jarla szerokim łukiem i pożeglowaliśmy w moje rodzinne strony.

Wiosna była już w pełni, gdy dopłynęliśmy do grodu Arnulfa Kulawego. Zatrwożeni mieszkańcy wystraszyli się nas i wylegli na palisadę, aby się bronić. Kiedy jednak dotarło do nich, kim jestem, złagodnieli. Wrota zostały otwarte i weszliśmy do środka. Znałem wielu mieszkańców tej osady, którzy przywitali mnie ciepło. Zatroskana Ingborga poszła ze mną do domu. Gdy tylko przekroczyliśmy próg, zatrzasnęła za sobą drzwi i spytała.

− Co tu robisz, Oli?

− Przybywam w gości – odparłem.

− Nie wierzę. Jorund będzie chciał cię zabić, kiedy wróci.

Wszystkiego się domyślił i poprzysiągł zemstę.

− Nie obawiaj się, Ingborgo. Twój mąż już próbował wysłać mnie do Walhalli i jak widać, nie powiodło mu się. Teraz najpewniej siedzi w lochach u słowiańskiego księcia. Możliwym jest też, że spotkał się już z ostrzem katowskiego topora.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?