Wspomnienia konduktora wagonów sypialnych

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Znałem tylko jednego człowieka, który palił więcej od niego. Była to znajomość pobieżna, ale traumatyczna. Powodem jej przypadkowego zawarcia był fakt, że za nic nie chciałem zostać żołnierzem służby czynnej ani jakiejkolwiek innej.

Nie chciałem iść do wojska z wielu powodów. Główny był taki, że akurat po raz kolejny śmiertelnie się zakochałem i nie wyobrażałem sobie dwuletniej rozłąki z dziewczyną. Nie wyobrażałem też sobie życia wojskowego, stania na baczność, maszerowania na rozkaz, spania w jednej sali z innymi, którzy chrapią, gadają przez sen i puszczają bąki, rygoru, wojskowych buciorów i wszystkiego, czego nie chce mi się już wymieniać. Nie chciałem mieć kolegów z wojska i wspomnień z dwóch lat wyrwanych z życia. Nic politycznego – zwykły sprzeciw przed kamaszami z nutką pacyfizmu w tle. No i nie bez znaczenia była moja wrodzona niechęć do istnienia w grupie i grupowych zachowań. Nawet do harcerstwa się nie nadawałem, chociaż uczciwie próbowałem się dostosować.

Czynna służba wojskowa groziła mi, gdybym nie dostał się na studia. Brałem to pod uwagę, a nawet byłem przekonany, że na studia się nie dostanę. Przyznam się teraz do moich odwiecznych kompleksów, wśród których dominowało wtedy poczucie niższości, brak wiary w siebie i nieśmiałość. Ale do wojska tak bardzo czułem odrazę, że z nieznaną mi wcześniej przemyślnością czyniłem najbardziej karkołomne przygotowania, aby się z tego obowiązku wymigać.

Metodę przekazał mi całkowicie bezinteresownie mój przyjaciel z klasy maturalnej Marcin Ehrlich, syn słynnego profesora prawa. Z Marcinem uczyliśmy się do matury nocami w mieszkaniu jego mamy, w pobliżu placu Zbawiciela. Paliliśmy dużo papierosów i zakuwaliśmy, mobilizując się nawzajem. Piliśmy, trzeba przyznać z dużym umiarem. Najwyżej dwie alpagi na noc. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że alpaga to tanie wino owocowe.

Ojciec Marcina, nieżyjący już prof. Stanisław Ehrlich, dzisiaj jest wspominany jako ten, który spowodował, że Jarosław Kaczyński wymyślił sobie własną teorię państwa i prawa, którą teraz z determinacją forsuje, atakując Trybunał Konstytucyjny i sądy. Bracia Kaczyńscy byli studentami prof. Ehrlicha i ponoć traktowali go jako prawniczego guru. Rozmawiałem niedawno z Marcinem. Powiedział, że ojciec kiedyś cenił Kaczyńskich, uważał ich za zdolnych studentów, ale w latach 90. odciął się od poglądów głoszonych głównie przez Jarosława, bo pachniały zwykłym awanturnictwem, a nie przenikliwością mądrego studenta sprzed lat.

Podczas wspólnej nauki przed maturą Marcin wyjawił mi swoją sztuczkę, czyli jak zdobył kategorię D, co oznaczało niezdolność do służby wojskowej podczas pokoju. Chodził do pewnej lekarki w poradni zdrowia psychicznego dla młodzieży i tam wspólnie obmyślali odpowiednią jednostkę chorobową. Obiecał, że załatwi mi wizytę u tej kobiety wielce życzliwej takim obwiesiom jak on czy ja.

Do poradni chodziłem co miesiąc przez rok. Pouczony przez Marcina skarżyłem się na liczne lęki, jakie mnie dopadają, bezsenność i zimne poty. Opowiadałem o nocnych koszmarach i straszliwych wizjach, jakie przebiegały przez moją skołataną głowę. Łgałem jak z nut.

Na koniec pani doktor powiedziała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, to znaczy stwierdziła u mnie poważną dolegliwość, nerwicę depresyjno-lękową, co w zasadzie dyskwalifikuje mnie jako kandydata do służby wojskowej. Zaproponowała jednak, tak na wszelki wypadek, że skieruje mnie do sanatorium dla nerwowo chorych, bo to będzie dobrze wyglądało w papierach.

Sanatorium miało siedzibę w podwarszawskim Komorowie. Piękny pałacyk w rozległym i urokliwym ogrodzie. Wszedłem do środka przez drzwi frontowe i ujrzałem scenę, która wywołała u mnie niepokój. Otóż najpierw przebiegł korytarzem mężczyzna w średnim wieku, a zaraz za nim pędziło stado kobiet w szlafrokach. Niewiasty niewątpliwie miały jakieś złe zamiary. Wygrażały pięściami i krzyczały:

– Skurwysynu, na głowę sobie naklej!

On zaś, zręcznie umykając, odpowiadał:

– To pomyłka, to pomyłka, dajcie spokój!

Nie rozumiałem tej wymiany zdań, ale domyślałem się, że doszło między nim a kobietami do istotnego nieporozumienia. Jakiś potężny facet ze zdeformowanymi uszami, jak się potem dowiedziałem, były zapaśnik wagi ciężkiej, poinformował mnie, że ten uciekinier ma hopla na punkcie niebieskiej taśmy samoprzylepnej. Wykleja nią wszystko, co się da. Tym razem przeszarżował, bo zakradł się do damskiego kibla i poprzylepiał taśmę na ścianach, drzwiach i lustrach. Kobiety go nakryły i postanowiły same wymierzyć sprawiedliwość.

– To znany artysta malarz – zdradził mi zapaśnik.

To naprawdę był bardzo znany malarz, nazwisko z samego topu. Okazało się, że mam przydział do pokoju, w którym stały dwa łóżka. Jedno zajmował właśnie on. Od początku potraktował mnie nieufnie i z dużym dystansem. Mieszkał sobie sam, komfortowo, a tu ładują mu na sąsiada gówniarza, nie wiadomo skąd i po co. Nocy pod jednym dachem z malarzem o imieniu Edward nie zapomnę. Nie zmrużyłem oka. Bałem się pożaru.

Edward był namiętnym palaczem, nikotynistą do szpiku płuc. Zasnął szybko, pochrapywał, ale nie przestawał kurzyć papierosa. Palił przez sen. Był cały obsypany popiołem, ale niedopałki gasił sprawnie, w popielniczce. Jednego kończył, natychmiast przypalał następnego. I ani razu się nie przebudził. Spał smacznie. Ja nie. Do rana wykończył ze dwie paczki i – co mnie szalenie dziwiło – pożaru jednak nie spowodował.

Rano weszła młodziutka pielęgniarka i podała Edwardowi pastylki do połknięcia. Obudził się w podłym nastroju. Spojrzał wrogo na siostrzyczkę, która nic sobie z tego nie robiła najwyraźniej przyzwyczajona do jego humorków. Spojrzał też wrogo na mnie.

– Ukradłeś mi budzik! – oznajmił z irytacją. Spojrzał na pielęgniarkę i powiedział już tylko do niej: – On ukradł mi budzik! Nie chcę mieszkać ze złodziejem.

– Nie jestem złodziejem – uniosłem się. – Nic panu nie ukradłem!

Pielęgniarka nachyliła się nade mną:

– Nic nie mów, on już tak ma. Będziesz musiał zmienić pokój.

Później dowiedziałem się, że malarz Edward stosował wypróbowaną metodę, aby z dwuosobowej sali uczynić izolatkę wyłącznie dla siebie. Każdego, kogo mu dokwaterowywano, oskarżał o kradzież budzika i domagał się relegowania złodzieja. Był skuteczny. Dyrekcja, aby nie zadrażniać, spełniała wszystkie jego życzenia. Nawet niebieską taśmę samoprzylepną dostarczali mu w ilościach hurtowych.

Kolejne dwie noce spędziłem w pokoju z zapaśnikiem, który chętnie się na to zgodził. Otoczył mnie opieką i obiecał, że każdemu, kto będzie chciał mnie skrzywdzić, da w mordę.

Zaprzyjaźniłem się z niewiele ode mnie starszym chłopakiem, który w sanatorium przebywał na odwyku alkoholowym. Bez przerwy ciągnął mnie do Komorowa na piwo. Po drodze opowiadał jakieś dziwne historie. Na przykład, że jego matka jest Niemką i byłą esesmanką ukrywającą przed światem swoje zbrodnie i prawdziwą narodowość. Po wypiciu piwa nabierał wigoru. Upierał się, że tylko wybuch III wojny światowej jest dla niego szansą na odmianę w życiu.

– Umrę, jeżeli wojna nie wybuchnie. Czekam na nią. Wierzę, że wszyscy na tym skorzystamy, a ja najbardziej – mówił. Był bardzo przekonujący.

Trzeciego dnia spakowałem walizkę i cichaczem opuściłem sanatorium. Za bramą czekał na mnie mój przyjaciel Janek, syn słynnego boksera. Miał mnie ubezpieczać, tak na wszelki wypadek.

– Wiesz, dlaczego uciekam? – spytałem.

– Nie mam pojęcia – odrzekł.

– Bo jeszcze jeden dzień tutaj i niechybnie bym zwariował.

* * *

Mój inny przyjaciel, nieznany wam pisarz Wiesław Pastuszka, palił wszystko, co wpadło mu w łapy. Kopcił mazury, sporty, ekstra mocne, klubowe, radomskie, giewonty, a jak poczęstowali, nie gardził caro i carmenami. Grywaliśmy czasem w szachy i figury ginęły w kłębach dymu.

– Nie widziałem, człowieku, nie widziałem! – krzyczał Pastuszka, gdy popełniał błąd, który natychmiast wykorzystywałem i dawałem mu mata.

Napisałem, że to mój przyjaciel? Zastanawiam się, czy nie za łatwo pasuję bliskich, bo bliskich, ale jednak kolegów i znajomych na przyjaciół. Ten przyjaciel, tamten przyjaciel... Ilu można mieć przyjaciół? Nic nie poradzę – każdy, o kim tak mówię, był albo jest nadal moim przyjacielem. Czasem dopiero po latach można docenić przyjaźń. Czasem jednak dopiero po latach można przyjaźń zweryfikować. Pastuszkę zweryfikowałem pozytywnie.

Zauważyłem go kiedyś z paczką carmenów. To świadczyło, że właśnie sprzedał jakiejś gazecie jedno z opowiadań kryminalnych, które masowo tłukł pod różnymi pseudonimami. Tak między nami, to zrzynał niemiłosiernie z taniej literatury wydawanej w Ameryce. Miał ciotkę w USA, która przysyłała mu kieszonkowe książeczki z opowiadaniami kryminalnymi. Pastuszka znał angielski i bez skrupułów popełniał plagiaty, bo wiedział, że nikt tego nie wykryje, gdyż znajomość języków obcych nie była wtedy powszechna. Rzadko udawało mu się tę twórczość gdzieś upychać, najczęściej jego dzieła kończyły w szufladzie, ale gdy dostawał jednak honorarium, żył przez kilka dni jak wielki pan. Palił carmeny, bo były najdroższe, pijał winiaki i wpadał do Kameralnej, tej dla bogatych z wejściem od ulicy Foksal, na dewolaja.

Po paru latach na dworcu kolejowym Roma Termini poznałem pewnego Murzyna. Obaj próbowaliśmy spędzić noc na dworcu w Rzymie. Rozłożyliśmy pod ścianą swoje karimaty i zanurzyliśmy się w śpiwory. Takich jak my wagabundów było tam kilkudziesięciu. Wszyscy leżeli w długim rzędzie, próbując zasnąć. Punktualnie o północy przyszedł patrol karabinierów i wyrzucił nas z dworca, który do piątej rano zamykano na cztery spusty. Niechętnie podnosiliśmy się ze swoich legowisk ze świadomością, że czeka nas bezsenna noc na ulicy, i właśnie wtedy dostrzegłem, że z sąsiedniego barłogu wygrzebuje się wysoki młody Murzyn w czerwonej koszulce polo. A z kieszonki tej jaskrawej bluzki wystawała mu paczka polskich carmenów. Zauważył, że patrzę na papierosy pożądliwie, i życzliwie sięgnął po carmeny, podsuwając mi paczkę, abym się poczęstował. Wziąłem papierosa bez ociągania, żeby nie zmienił zamiaru.

 

– To polskie fajki – powiedział po angielsku. – Pewnie takich jeszcze nie paliłeś.

– Paliłem, paliłem, wszystkie polskie paliłem – odpowiedziałem po polsku w przekonaniu, że on i tak nie zrozumie.

Zrozumiał i natychmiast przeszedł na język polski. Mówił zabawnie, myląc końcówki i nadużywając bezokoliczników, ale zrozumiale. Pochodził z Afryki, studiował w Warszawie i kochał to miasto, a przynajmniej tak deklarował. Gdy dowiedział się, że pochodzę właśnie z Warszawy, natychmiast zapytał:

– A znasz pisarza Wiesława Pastuszkę?

Świat jest mały i nikogo nie powinno dziwić, że w 1981 r. przed dworcem Roma Termini do bladego świtu kurzyłem z afrykańskim Murzynem jego carmeny, gadając o naszym wspólnym przyjacielu, polskim pisarzu, o którym mało kto poza nami słyszał.

* * *

Aby nie pójść do wojska, wypaliłem od rana kilka paczek papierosów. Tak mi doradził pewien bardziej doświadczony przyjaciel z osiedla, Piotrek. Był wnukiem przedwojennego adwokata broniącego w politycznych procesach komunistów, Teodora Duracza. Chodziliśmy do tej samej podstawówki, co prawda Piotrek do starszej o dwa lata klasy. Zawsze na akademiach szkolnych wspominano jego dziadka, bo podstawówka nosiła imię Duracza. Na Piotrku nie robiło to żadnego wrażenia. Miał w życiu inne imponderabilia. Później został znanym fotoreporterem, jego zdjęcia do dzisiaj, jak to się mówi, chodzą w gazetach.

Za radą Piotrka paliłem tego dnia jak lokomotywa, wypiłem z 10 kaw, a do tego biegałem po schodach w górę i w dół. Miesiąc wcześniej ten sam nieoceniony Piotrek, serdeczny druh, przeciął mi żyletką skórę na piersi, od szyi aż po pępek. Cięcie było fachowe, rana trochę pokrwawiła i szybko się zasklepiła. Już po tygodniu była zagojona, a na ciele pozostała długa blizna. Mam ją do dzisiaj. Wyglądała jak typowe samouszkodzenie. No powiedzcie sami, czy facet, który dokonuje samookaleczeń, może być powołany w kamasze?

Przed oblicze szacownej komisji wojskowej wparowałem jako cień człowieka. Rozdygotany od wypitych kaw i wypalonych papierosów, wymęczony bieganiną po schodach, a po zdjęciu koszuli straszący świeżą blizną na piersi. W zalakowanej kopercie podałem lekarzowi w stopniu kapitana opis moich psychiatrycznych dolegliwości i historię leczenia. W efekcie przez trzy dni pół górnego Mokotowa bawiło się z okazji mojej kategorii E, co oznaczało trwałą niezdolność do służby wojskowej w czasie wojny i pokoju oraz do służby w formacjach obrony terytorialnej. Inaczej mówiąc, komisja oceniła, że jestem kompletnym inwalidą bez żadnej nadziei na powrót do zdrowia.


Rozdział III


O pisarzach, aferze mięsnej, socrealizmie i trzęsących się łydkach kobiet

Nieznanego wam pisarza Wieśka Pastuszkę w dzieciństwie zwaliśmy Pastuchem. Godnie nosił swoją ksywkę, podobnie jak reszta chłopaków swoje nieraz dziwaczne albo niecenzuralne pseudonimy. Nikt z nas nie obrażał się, bo i o co. Jednego z kolegów zwaliśmy Kutasem, innego Szczerbulem. Był Garbus (z powodu krzywego nosa), Dyndus, Dunda i Kowboj.

Mnie nazywano Puniem i mało kto wiedział, że tak ochrzciła mnie niania Maria. Urodziłem się dwa tygodnie po terminie i byłem jakimś monstrualnym, ważącym chyba z sześć kilo potworem. Miałem wielkie, obwisłe policzki i niania zakrzyknęła na mój widok z nieskrywaną odrazą:

– Jest taki… taki… No taki punio!

Nasza niania, czyli pomoc domowa, była w jednej osobie robotnicą i chłopką, więc to ona, zgodnie z obowiązującą w latach 50. wykładnią, powinna w inteligenckim domu dzierżyć władzę. Tym bardziej że moja mama uważała się za komunistkę, a ojciec uważał się za socjalistę. I faktycznie, niania Maria rządziła i dzieliła. Natura obdarzyła ją silnym charakterem, potrafiła narzucić innym swoją wolę. Mama całkowicie scedowała na nią decyzje dotyczące prowadzenia domu, ojciec zaś dla świętego spokoju w nic się nie wtrącał.

Już przed wojną służyła u różnych państwa. Opowiadała o swoich pracodawcach – a byli to rozmaici sanacyjni dygnitarze – aby zrobić na moich starych odpowiednie wrażenie. W gruncie rzeczy była to kochana kobieta. Rodzice zatrudnili ją do pomocy, gdy na świat przyszła moja siostra. Potem urodziłem się ja i w trzypokojowym mieszkaniu zaczęło być trochę ciasno. Ojcu to przeszkadzało, marudził i namawiał mamę, aby wymówić już niani. Nie było to możliwe, bo Krysia i ja pokochaliśmy Marię szczerze i głęboko. Była dla nas jak babcia.

– W każdym domu są przecież babcie – tłumaczyliśmy rodzicom.

I niania została, a potem umarła. Była już bardzo stara, chorowała na serce.

Początkowo miałem w ogóle się nie narodzić. Dr Polak, wówczas czołowy warszawski ginekolog, orzekł, że ciąża jest martwa. Ale zanim przystąpił do usuwania nienarodzonych zwłok z brzucha mojej matki, ciąża ożyła. Ponoć byłem nawet nadmiernie żywym płodem, wierciłem się, kopałem i przybierałem na wadze, czyniąc życie mojej matki nieznośnym. Może w ten chytry sposób dawałem dowód nie do obalenia, że jednak moim przeznaczeniem jest bardziej być, niż – jak ocenił dr Polak – nie być.

Po latach z synem dr. Polaka, Adasiem, chodziłem do jednej klasy w liceum na Ochocie. Kolegowaliśmy się i nigdy nie wypomniałem mu ani słowem, że jego tata chciał mnie tak podstępnie załatwić na amen. Adaś miał zostać w przyszłości kierowcą rajdowym. I faktycznie został.

Wiesiek Pastuszka, ksywka Pastuch, od małego opowiadał, że będzie pisarzem. Tylko dwóch kolegów z mokotowskiego osiedla WSM tak jasno i pryncypialnie określało swoją przyszłość. Tym drugim był wspomniany wcześniej wnuk Teodora Duracza. Dla nas był Piotrkiem, chociaż, jak się wydało po latach, w metryce jego imię brzmiało tak jak imię sławnego dziadka – Teodor. Piotrek Teodor wygłosił kiedyś po wypiciu zaledwie jednego wina owocowego tyradę filozoficzną. Dzisiaj już wiem, że w gruncie rzeczy wykładał nam zasady determinizmu, ale wtedy nawet on sam nie miał zapewne pojęcia, że kreśli naukowe podstawy łańcucha przyczynowo-skutkowego. W skrócie – przedstawił wywód, że każdy z nas, jeżeli będzie tego bardzo chciał, może być w dorosłym życiu, kim sobie wymarzy.

– Ja zostanę ministrem – oświadczył. – Kto chce się założyć?

Nikt nie podjął rękawicy, bo tak nas zbajerował, że uwierzyliśmy. Piotrek niewątpliwie zostanie ministrem. Były to lata schyłkowego Gomułki, krótko przed marcowymi Dziadami Dejmka. Myśl, że Piotrek zostanie ministrem u łysego jak kolano premiera Józefa Cyrankiewicza, wzbudziła w nas zachwyt. Resort, jaki miał objąć, był w tamtym momencie zupełnie nieistotny. Wypiliśmy po drugim jabolu i nasze myśli lekko się poplątały. Siłą rzeczy zmieniliśmy temat i po chwili już nikt nie pamiętał, że Piotrek zostanie ministrem. On sam także.

Jak już wspomniałem, Piotrek nie został jednak ministrem, ale fotoreporterem, co należało uznać za większą karierę. Jedynie Pastuch już w tamtym czasie dokładnie wiedział, kim będzie, i swój plan konsekwentnie zrealizował, co przysporzyło mu cierpień i na dobre zepsuło życie.

* * *

Wiesław Pastuszka, zanim został pisarzem, poznawał życie od spodu. Był od nas trochę starszy. Niewiele, ale wówczas różnica dwóch, trzech lat oznaczała przepaść. Był nawet taki moment, gdy Pastuch wydawał mi się prawie tak stary jak Dygat.

Stanisław Dygat mieszkał w bloku przy Dąbrowskiego, obok pętli autobusu 125. Pastuch trochę go naśladował, próbował nosić się jak wielki pisarz. Wielkość Dygata mierzyliśmy jego wzrostem. Wysoki, masywny i zawsze w długim, eleganckim płaszczu, który dodawał mu dostojności. Pastuszka był raczej niski, krępy i mało elegancki. Zachodzę w głowę, jak to robił, że jednak zdarzały się chwile, gdy widzieliśmy w oddali Dygata, a okazywało się, że to Pastuszka. Nabieraliśmy wtedy dla niego szacunku.

Po Mokotowie szwendało się wtedy wielu literatów. Jedni, bo tu mieszkali, inni, bo odwiedzali tych, którzy tu mieszkali. Napisałem, że się „szwendali”, a nie, że „wędrowali” albo „spacerowali”, bo z perspektywy winkla wyglądało, że jednak się szwendają. Łażą bez celu.

Stoimy na winklu, a tu zatacza się wesolutki Józef Prutkowski, siwy włos rozwiany, krok rozedrgany. Pastuszka na jego widok odwracał się z niesmakiem i spluwał. Nie przepadał za Prutkowskim. Nie przepadał też za Jerzym Putramentem, który szwendał się po Mokotowie rzadko, a jeśli już, to przemykał, jakby chciał być niewidzialny. Ale i tak rzucał się w oczy, bo zajeżdżał zagranicznym samochodem.

Mało kogo było wtedy stać na auto, a co dopiero zagraniczne, czyli zachodnie, bo moskwicze, trabanty i wartburgi zaliczaliśmy do marek miejscowych. Wśród moich sąsiadów z podwórka zwanego kolonią (pięć trzypiętrowych bloków, w każdym ok. 30 mieszkań) właścicieli własnych pojazdów można było zliczyć na palcach jednej dłoni. Dwie syrenki, jedna warszawa, sąsiad z góry miał motocykl z przyczepą, a dziadek mojego kolegi Marcina był posiadaczem trabanta, którego odpalał rzadko, wyłącznie na specjalne okazje i przeważnie w niedziele. Auto parkował na Kraushara, to mała uliczka przylegająca do osiedla i oddzielająca naszą kolonię od bloku wojskowiaków. Z wojskowiakami nawalaliśmy się przy byle okazji. Właściwie bez powodu. Jedyny, jaki przychodzi mi do głowy, to ten, że my byliśmy z osiedla WSM, a oni mieszkali w budynku należącym do wojska. Podtekstów politycznych w tej wojnie nie było, wyłącznie atawistyczna tęsknota chłopaków za naparzankami.

Gdy dziadek Marcina gramolił się do trabanta i przekręcał kluczyk, stawaliśmy w pobliżu, bo to był prawdziwy spektakl i ceremoniał powtarzający się za każdym razem. Silnik milczał. Dziadek Marcina wysiadał, gmerał coś po maską, przeklinał pod nosem, twarz mu czerwieniała, wracał za kierownicę, przekręcał kluczyk i znów martwa cisza. Za dziesiątym razem wreszcie silnik zaczynał terkotać, a my biliśmy brawo, co dziadka Marcina doprowadzało do szewskiej pasji. Którejś niedzieli dziadek Marcina po takich samych jak zawsze perypetiach wyruszył w podróż i to był ostatni raz, gdy widzieliśmy jego trabanta. Dowiedzieliśmy się potem, że doszło do kraksy i samochód dziadka Marcina rozsypał się jak tekturowe pudełko. Nic dziwnego, bo karoseria trabanta był skonstruowana z cienkiego jak tektura plastiku, dlatego auto nazywano mydelniczką. Dziadek Marcina poważnie poturbowany z połamanymi nogami trafił do szpitala, tam go podkurowali i wrócił do domu. Kuśtykał z laską i już nigdy nie doszedł do dawnej sprawności. Zresztą niedługo potem umarł. Marcin mówił, że to nie od choroby i nie od starości, ale z żalu za trabantem.

Ojciec Marcina był lekarzem. Załatwił sobie kontrakt na pracę w jednym z krajów afrykańskich. To była w tamtych latach rzadka rzecz. Gdy przyjeżdżał do kraju pięknie opalony, taki światowy i z workiem prezentów, wszyscy zazdrościliśmy Marcinowi. Potem już mniej zazdrościliśmy, bo ojciec Marcina związał się w tej Afryce z jakąś kobietą, wziął rozwód z mamą Marcina i przestał przyjeżdżać. A potem zabrał Marcina, ulokował go w elitarnej szkole bodajże w Szwajcarii i Marcin zniknął z naszego życia. Jego młodszy brat Czarek powiedział nam, że Marcin wstąpił do Legii Cudzoziemskiej. Brał udział w jakichś walkach w Afryce i wyszedł z tej awantury bez szwanku. Ale z urlopu spędzanego w Paryżu bez szwanku nie wyszedł. Siedział w jakimś bistro, gdy wybuchła strzelanina. Dostał w nogę, niezbędna okazała się amputacja. Francuzi przyznali mu rentę inwalidzką. Podobno się rozpił. A potem wieści o nim przestały płynąć. Po latach spotkałem Czarka na bazarze przy ulicy Wolumen. Handlował wszystkim: płytami muzycznymi i walutami. Nie wiedział, co u brata. Nie utrzymywali kontaktu.

Ale wróćmy do samochodu Putramenta. To była jedyna w swoim rodzaju maszyna, bodajże alfa giulietta. Po Warszawie takim wozem jeździł chyba tylko Putrament. Parkował przy Dąbrowskiego, brał z samochodu teczuszkę i dreptał w kierunku Komarowa. Nosił czarne palto, podobno od włoskiego krawca. Wiesiek Pastuszka mówił, że Putrament to lepsza świnia. Nie wiedzieliśmy, co miał na myśli. On często tak mówił o ludziach. Nie wiedzieliśmy nawet, kim jest ten Putrament.

 

Nie wiedzieliśmy także, kim jest Tadeusz Peiper. Chodził po ulicach Mokotowa w podartym płaszczu, nosił długą brodę, opierał się na lasce przypominającej sękaty kij. Wyglądał jak Jurand ze Spychowa w wersji już po oślepieniu i ucięciu języka wędrujący w poszukiwaniu Danuśki przez mazurskie knieje. Peiperowi było całkowicie obojętne, co sądzimy o jego wyglądzie. Patrzył na nas, ale nas nie widział. Był zatopiony wyłącznie w sobie, coś mruczał, czasem machał niecierpliwie ręką do własnych myśli. Byliśmy dumni, że mamy na Górnym Mokotowie takiego oryginała.

Wiesiek Pastuszka powiedział nam, że pan Peiper to wielki awangardysta, twórca credo wszystkich awangardystów, czyli „Miasto, masa, maszyna”.

– Co to znaczy? – dopytywaliśmy, a Pastuch uśmiechał się tajemniczo i szeptał:

– Nowoczesność, rozumiecie? Nowoczesność!

Nic nie rozumieliśmy. Zachodziliśmy w głowę, jak to możliwe, że ten starzec z kosturem jest uosobieniem nowoczesności.

Wielu rzeczy, które działy się w tamtym czasie wokół, my, dzieciaki z Mokotowa, nie rozumieliśmy. Świat był skomplikowany, a my chcieliśmy, aby wszystko było proste. To dobre, tamto złe. A tu się dobro ze złem nieustannie mieszało. PRL z czasów Władysława Gomułki zapamiętałem jako taką właśnie mieszaninę. Złość na twarzach przechodniów i uśmiech poety Broniewskiego. Mieszkał na Dąbrowskiego w prawdziwej willi. Codziennie zjawiał się w delikatesach na rogu Dąbrowskiego i Niepodległości. Przychodził wieczorami. Przed ladą ze słodyczami i alkoholami wiła się długa kolejka, ludzie źli, gotowi do zwady z kimkolwiek i o cokolwiek. Pan Broniewski kłaniał się od drzwi i uśmiechnięty wypowiadał cowieczorną formułkę:

– Dobry wieczór, proszę kolejki. Czy mogę?

Kolejka na widok poety łagodniała, pojawiały się nawet uśmiechy. Pan Broniewski podchodził z boku do lady, kolejka milczała i nie było to milczenie niechętne.

– To, co zawsze, pani Zosiu – mówił poeta, kładł na ladzie odliczone wcześniej pieniądze, a pani Zosia podawała mu butelkę wódki.

Broniewski, kłaniając się, rzucał na odchodnym:

– Dobranoc, proszę kolejki!

Kolejka odpowiadała:

– Dobranoc, mistrzu!

Od mamy dowiedziałem się, że Broniewski to genialny poeta, niedawno zmarła mu córka, straszny dramat. Kolejka w delikatesach uwielbiała poetę Broniewskiego. Ja też zacząłem go uwielbiać, zanim jeszcze w szkole poznałem jego wiersze. A potem przestał wieczorami odwiedzać stoisko ze słodyczami i alkoholem. Chorował. Gdy umarł, na Mokotowie ludzie płakali.

* * *

W tamtych czasach nigdy, przenigdy nie zdarzało się, żeby sklepowa kolejka rozstępowała się przed kimś, kto chce coś kupić poza kolejnością. Nawet kobiety ciężarne, matki z niemowlakami na rękach i inwalidzi wojenni budzili powszechną nienawiść, gdy próbowali egzekwować przywilej obsługi poza kolejnością. Kolejka złorzeczyła inwalidzie bez nogi i wypychała brutalnie kobietę z wielkim brzuchem. Lały się łzy, ale kolejka łzom nie wierzyła.

Kolejka sklepowa miał jeden cel: zdobyć cokolwiek. Szedł człowiek do sklepu po cebulę, a wracał z rzodkiewką, bo cebula wyszła, a rzodkiewkę jak raz rzucili. Kupowało się nie to, co było potrzebne, ale to, co sklep akurat oferował. Potrzebowałeś lodówki, wracałeś z maszyną do pisania. Potrzebowałeś kilogram mięsa… Nie, to przykład nietrafny, bo mięsa już za wczesnego, średniego i późnego Gomułki zawsze brakowało, a lodówki czasem jednak się pokazywały. Poza katolickim postnym piątkiem wprowadzono państwowy postny poniedziałek, ale nie pomogło, bo mięsa nie było także we wtorki, środy i czwartki. Na mięso polowano, co wymagało dużej determinacji. Dawniej polowanie było przywilejem i obowiązkiem mężczyzny – za Gomułki, za Gierka i za Jaruzelskiego zajmowały się tym kobiety.

Na naszej kolonii mieszkali synowie kierownika sklepu mięsnego, Jurek i Grzesio. Ich mama prowadziła kolekturę Totolotka. Powodziło im się dobrze. Z pewną zazdrością przyglądaliśmy się, gdy zawsze pod koniec czerwca przed ich klatkę schodową zajeżdżała warszawa pikap z Miejskiego Handlu Mięsem. Pakowano do niej bagaże i chłopcy jechali na wakacje. Ale w 1964 r. MHM wozu nie przysłał. Jurkowi i Grzesiowi skończyły się wakacje. Na dobre.

Ich ojciec, pan Włodek, zniknął wtedy z naszego podwórka. Na 10 lat. Trafił do paki jako jeden z pomniejszych aferzystów mięsnych. Nam, 13-latkom, hasło „afera mięsna” akurat niewiele mówiło, ale Wiesiek Pastuszka wyczytał w „Trybunie Ludu”, że to przez tych cholernych aferzystów ze sklepów znikło mięso.

– Złodzieje! – srożył się Wiesiek. – Na naszej krwawicy się utuczyli!

Po latach żałował tych słow. Kiedyś wyznał, że dał się podpuścić. Uwierzył propagandzie. Moja mama nie uwierzyła. Pracowała w radiu i wiedziała więcej niż Wiesiek.

– Zobacz, jacy oni smutni – powiedziała mi któregoś dnia.

– Kto, mamo? – spytałem.

– No ci twoi koledzy, Jurek i Grzesio. Nie odwracaj się do nich plecami, bo to nie ich wina.

Podwórko było odwrócone plecami do synów aferzysty mięsnego. Bracia chodzili boczkiem ze spuszczonymi głowami. Nikt ich nie zagadywał, nie zapraszał do zabawy. Podwórko uznało, że to ich ojciec odpowiada za puste półki u wszystkich rzeźników w mieście. Ojciec siedział, więc jego grzechy dźwigali Grzesio i Jurek. Cierpieli i marnieli w oczach. Nosili brzemię win ojca z rezygnacją właściwą ludziom, którzy pogodzili się już z losem. Współczułem im i trochę na przekór podwórkowej ferajnie zacząłem się z nimi prowadzać. Bardziej z Jurkiem, bo Grzesio jako młodszy mógł jedynie biegać za nami, ale nie obok nas. Na podwórku obowiązywała przecież hierarchia starszeństwa.

Później Jurek i Grzesio wrócili do łask pozostałych chłopaków, bo podwórko nie było pamiętliwe. Wybaczono im, a właściwie ich ojcu, gdy zakończył się główny proces w sprawie afery mięsnej. Skazano w nim na karę śmierci Stanisława Wawrzeckiego, dyrektora MHM. Spodziewano się, że gość dostanie wysoki wyrok, może 10 albo 15 lat więzienia, ale śmierć za mięso nawet dla dyszącej pragnieniem zemsty za przymusowy wegetarianizm warszawskiej ulicy była swoistym szokiem. Proces odbywał się w trybie doraźnym, skazanym nie przysługiwała apelacja i nikt nie miał wątpliwości, że sędzia Roman Kryże dokonał właśnie na oczach całej Polski sądowego mordu. Na podwórku zdaliśmy sobie sprawę, że przecież ojciec Jurka i Grzesia też mógł dostać szubienicę.

Poeta Broniewski był przez lata jedynym znanym mi przypadkiem, że sklepowa kolejka z czystej uprzejmości przepuściła kogoś, kto tu nie stał (słynne „pan tu nie stał”). O drugim takim zdarzeniu dowiedziałem się wiele lat później. Miało związek właśnie z aferą mięsną. Słynny adwokat Stanisław Szczuka opowiedział mi, że jego kolega, który bronił Wawrzeckiego (a może był to on sam, już nie pamiętam), wykonując prośbę Wawrzeckiego, napisał do przewodniczącego Rady Państwa prośbę o akt łaski. Miał czas do północy, aby pismo wysłać, bo dowiedział się, że niebawem jego klient będzie powieszony. Pojechał o 11 wieczorem motocyklem na pocztę główną, wszedł do środka w stroju motocyklisty, z kaskiem w ręku, i ujrzał wijącą się jak długi wąż kolejkę petentów. Ludzie spoglądali na niego wrogo, gdy próbował dopchać się do okienka. Wtedy powiedział, że jest adwokatem Wawrzeckiego i musi jeszcze dzisiaj, choćby się waliło i paliło, nadać list polecony z prośbą o ułaskawienie. Inaczej jego klient zostanie stracony. I kolejka rozstąpiła się, kobieta w okienku list ostemplowała, a kolejka instruowała ją, że ma tę przesyłkę nadać w pierwszej kolejności i pilnować jak oka w głowie, aby się nie zagubiła. Kolejka pocztowa kibicowała aferzyście w wyścigu o życie. Ale łaski nie udzielono, Wawrzeckiego stracono.

* * *

Świat wokół nas bywał ponury, ale my, mokotowskie dzieciaki, szukaliśmy wyłącznie dobrych stron życia. Wiesiek Pastuszka, starszy od nas i taki mądry, próbował nam ponurość świata objaśniać, ale nawet on nie potrafił. Był to bowiem czas, gdy bardziej trafiało do nas objaśnianie świata przez niejakiego Gumbola, który był jeszcze starszy od Pastucha, ale używał prostego języka i unikał metafor. Później został maszynistą kolejowym.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?