Wspomnienia konduktora wagonów sypialnych

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szymek, młodszy syn Bronka Wildsteina, zagrał kiedyś rolę w filmie dokumentalnym z sekwencjami fabularnymi. Grał mnie, gdy byłem dzieckiem, i grał Michała Sobelmana, gdy Michał był dzieckiem. Michał i ja napisaliśmy scenariusz do tego filmu. Michał był wtedy rzecznikiem prasowym ambasady Izraela w Warszawie.

Michała wcześniej nie znałem. Przedstawiła nas sobie Agnieszka Petelicka, żona generała Sławomira Petelickiego. Była producentką tego filmu.

W tej historii wszystko działo się przypadkiem, ale nic nie było przypadkowe. Napisałem w „Polityce” reportaż o Stefanie Markowiczu, który w 1969 r. na fali antysemickiej nagonki wyjechał z Polski na stałe. Tu studiował matematykę. Potem przez Szwecję trafił do Izraela i tam zrobił błyskotliwą karierę. Nie jako matematyk, ale handlarz diamentami. „Handlarz” to niewłaściwe określenie. Stefan był na rynku obrotu diamentami naprawdę grubą rybą.

Chodził do warszawskiego liceum im. Tadeusza Reytana. Miał w klasie kolegę, który zawsze go bronił przed gagatkami szukającymi zwady. Stefan bić się nie umiał, a kolega przeciwnie. Ich przyjaźń przetrwała lata. Po wyjeździe Stefana z Polski spotykali się nadal – w Szwecji, Izraelu albo w Holandii, gdzie Stefan często jeździł w interesach. Tym obrońcą i przyjacielem Stefana Markowicza był Sławomir Petelicki.

Po moim reportażu o Stefanie zatelefonowała pani Agnieszka z propozycją zrobienia filmu dokumentalnego o relacjach młodzieży polskiej i izraelskiej. Miała tylko jeden warunek, żeby fragment filmu poświęcić Stefanowi Markowiczowi, bo to wspaniały człowiek i bardzo na tym zależy Sławkowi (czyli generałowi).

Napisaliśmy z Michałem Sobelmanem ten scenariusz i znaleźliśmy godne miejsce dla historii Stefana. Przy okazji znaleźliśmy też miejsce dla własnych historii. Film toczył się w kilku planach.

Do Izraela zawieźliśmy grupę licealistów z warszawskiej szkoły. Z kolei do Polski przywieźliśmy grupę licealistów z izraelskiego kibucu. Kamera obserwowała, jak początkowo nieufni wobec siebie młodzi Polacy i młodzi Żydzi przełamują lody. Jak wyjaśniają sobie historię własnych narodów, jak obalają stereotypy. Ze zdziwieniem młodzi stąd i stamtąd uświadamiali sobie, że słuchają tej samej muzyki, czytają podobne książki, dziewczynom podobają się ci sami chłopcy, a chłopakom dziewczyny. Że są tacy sami – młodzi, ambitni i gonią za identycznymi marzeniami.

Drugi plan filmu stworzyła para narratorów. Świetny izraelski pisarz Etgar Keret i świetna polska artystka Katarzyna Groniec. Opowiadali o swoich światach. Matka Etgara pochodziła z Polski, ale on nie znał nawet jednego polskiego słowa. Gdy zaprosił nas do domu swoich rodziców, uprzedził, by z mamą nie rozmawiać o wojnie. Straciła w Polsce wszystkich bliskich, rodziców Niemcy zabili na jej oczach. Uratowała ją jakaś polska dobra dusza. Krótko po wojnie wyjechała do Izraela. Nie chce wspominać tamtego czasu, wciąż nie radzi sobie z traumą. Nad łóżkiem mamy Etgara stały na półce polskie książki. Adam Mickiewicz, Słowacki i Kwiaty polskie Juliana Tuwima. Rozmawiała z nami piękną literacką polszczyzną. Opowiadała o przedwojennej Warszawie. Pamiętała nazwy ulic, w głowie miała misternie ułożony plan miasta, które po 1944 r. Niemcy zrównali z ziemią i które odrodziło się już według innego planu. Czas wojny wyparła z pamięci. Tak jak moja mama.

W filmie były też sekwencje fabularne. Szymek Wildstein grał w piłkę na boisku przy Wiktorskiej i bawił się z kolegami w szukanie Żydków. Zgrzany wrócił do domu i krzyknął do mamy (grała ją aktorka Małgorzata Pieczyńska), że w telewizji Żydków prowadzą. Mama zdzieliła go w twarz i wybuchła płaczem. I Szymek dowiedział się, że mama jest Żydówką, ale i Polką. Przebył błyskawicznie moją drogę: z antysemity stał się Żydem, a potem Polakiem.

W Izraelu Szymek Wildstein zagrał autentyczną scenę z życia Michała Sobelmana. Michał wyjechał z Polski w 1968 r., chociaż bardzo chciał zostać. Zabrał go ojciec, który stracił wtedy pracę, ale dostał paszport i bilet w jedną stronę. W Izraelu poznał rówieśników i próbował grać z nimi w piłkę, ale nie miał do tego smykałki. Jakiś zniecierpliwiony kolega po jego kolejnym kiksie wydarł się:

– Ty głupi Polaku, ty nawet w piłkę nie umiesz grać!

I tak równie szybko jak ja przebył swoją narodową drogę. W Sosnowcu był polskim chłopcem, potem dowiedział się, że jest Żydem i musi wyjechać, a na końcu, że jednak jest Polakiem, chociaż bez talentu do futbolu.

Szymek był uroczym dzieciakiem i odgrywał swoje role z wdziękiem naturszczyka. Po powrocie do Polski oddaliśmy go rodzicom, a on nie krył zadowolenia, że przeżył fajną przygodę. Jakiś czas potem jego ojca Bronka Wildsteina wyrzucono z „Rzeczpospolitej” za wyniesienie z IPN-u listy osób, których akta znalazły się na stanie tej instytucji. Nazwano ją potem listą Wildsteina. Sprawa była głośna, w obronie Bronka zorganizowano nawet manifestację uliczną. Zatelefonował wtedy do mnie gen. Sławomir Petelicki. Pracował jako doradca w dużej międzynarodowej korporacji analityczno-konsultingowej i powiedział, abym przekazał panu Wildsteinowi, że załatwił mu pracę w tej firmie.

– Jego syn zagrał w naszym filmie – tłumaczył. – Nie możemy pozwolić, aby taki człowiek wylądował na bruku.

Powiedziałem Bronkowi o tej propozycji, chociaż z góry wiedziałem, jak zareaguje. Prychnął po swojemu, co oznaczało żachnięcie i wypalił:

– Kto proponuje? Petelicki? Ten esbek?

Mówiłem już chyba, że Bronek był (jest) szalenie pryncypialny. Gen. Petelickiemu powiedziałem, że Bronek uprzejmie dziękuje, ale nie jest zainteresowany, bo ma na widoku inną pracę.

– To dobrze, to bardzo dobrze – ucieszył się generał.


Rozdział II


O papierosach i zapałkach, futrach oraz komisjach wojskowych

Wdomu zawsze unosił się zapach dymu papierosowego. Konkretnie pachniało ekstramocnymi bez filtra. Świadomie piszę „pachniało”, a nie „śmierdziało”. Domyślcie się dlaczego. Papierosy palił ojciec, te oznaczone na żółto. Ekstra Mocne z filtrem miały napis czerwony.

Ojca widywałem przeważnie w niedziele, ale nigdy przed 12 w południe. Do południa w każdą niedzielę spał. Jego pokój oddzielały od reszty mieszkania nie tylko drzwi, ale i ciężka pluszowa kotara wytłumiająca hałasy. Ojciec zabezpieczał się trochę na wyrost, hałas mu przecież nie zagrażał. Był głuchy, no – może nie całkiem, ale prawie głuchy. Wyliczono mu 80 proc. utraty słuchu. Czasem powątpiewałem w jego głuchotę, bo miałem wrażenie, że co chce słyszeć, to słyszy, ale chyba byłem niesprawiedliwy.

Ojciec stracił większą część słuchu trzy lata przed wybuchem wojny. Studiował wówczas w warszawskim konserwatorium w klasie skrzypiec. Podobno miał wielki talent, tak mówiła nam zawsze mama, ale nie wiem, czy była obiektywna. Mama nie miała muzycznego słuchu, odziedziczyłem to po niej.

Ojciec stracił słuch, bo mu przebili bębenki w uszach. Wezwali go na komisję wojskową, a tam płukali przyszłym rekrutom uszy, co ponoć przed wojną było normą. I tak płukali, aż uszkodzili bębenki. Ojciec o tym nie wiedział, bo nie bolało. Poszedł na zajęcia, zagrał na skrzypcach, a profesor zauważył:

– Pytlakowski, ty fałszujesz.

Ojciec musiał przerwać naukę w konserwatorium, co bardzo przeżył. Muzykiem nie został, ale melomanem już tak. Pamiętam, jak siedział z uchem przytulonym do radia i słuchał transmisji z konkursu chopinowskiego. Słuchaliśmy mimo woli wszyscy, bo radio z powodu głuchoty rozkręcał na cały regulator. Ale gdy skończyłem osiem lat, słuchałem już konkursów chopinowskich dobrowolnie i nawet w jego pokoju. Bardzo się pasjonowałem, kto przejdzie pierwszy etap, kto drugi i kogo wybiorą do finału. Powód był prosty – od dziecka miałem duszę kibica sportowego. Kibicowałem pianistom, których wybierałem na chybił trafił, i już do końca konkursu trzymałem za nich kciuki. Uważałem, że to fajne zawody, trzymają w napięciu prawie jak mecz o mistrzostwo Polski między Skoneckim a Gąsiorkiem.

Miałem osiem lat, gdy jeden jedyny raz w życiu ojciec zabrał mnie na korty Legii, gdzie Władysław Skonecki toczył bój na śmierć i życie z Wiesławem Gąsiorkiem. Nie miałem pojęcia, kim są ci panowie ubrani na biało i z rakietami w dłoniach. Nie rozumiałem, dlaczego na trybunach panuje martwa cisza, gdy zawodnicy ostrzeliwują się piłkami. I dlaczego sędzia gada wyłącznie po angielsku. Wszystko było dla ośmiolatka szalenie egzotyczne i dziwne, ale od czego człowiek ma ojca. Wtajemniczył mnie w niuanse, szepcząc mi do ucha, co to jest aut, smecz, błąd kroków i as. Tłumaczył, że mecz składa się z gemów i setów i że punkt liczy się razy 15. Tego akurat nie mogłem zrozumieć, dlaczego gdy zawodnik wygra jedną piłkę, to od razu prowadzi 15 do zera. W szkolenie włączyli się inni bywalcy tenisowi, bo ojciec z powodu wady słuchu prawie krzyczał, więc nikt nie mógł pozostać obojętny wobec popełnianych przez niego błędów w instruktażu. Uczyła mnie w związku z tym cała trybuna.

Mecz był super. Gąsiorek miał wtedy 23 lata i wspinał się mozolnie na szczyt, a Skonecki dobiegał czterdziestki i właśnie ze szczytu spadał. Publiczność dopingowała raczej starego mistrza, a szczególnie mój tata. Ja jednak byłem za Gąsiorkiem. Pozostałem mu wierny na dobre i na złe aż do końca jego kariery. Potem przerzuciłem się na Fibaka.

* * *

Ojciec kopcił jak smok. Chodził po mieszkaniu i gubił popiół, bo zapominał w porę strząsnąć go do popielniczki, chociaż były rozstawione w całym mieszkaniu jak piłkarze na boisku czekający na podanie. Ojciec zatopiony w swoich myślach nie podawał do popielniczek. Był jak egoistyczny napastnik, który pędzi na bramkę i nie patrzy na boki.

 

Latem palił swoje Ekstra Mocne na balkonie. W słoneczne dni spędzał na balkonie całe niedzielne popołudnia, opalając się na leżaku. Smarował się kremem i pogwizdywał radośnie. Ogarniała go jakaś atawistyczna tęsknota za słońcem. Leżał na balkonie w ciemnych okularach, odpalał jednego papierosa od drugiego i był naprawdę szczęśliwy.

Przeważnie mój ojciec nie bywał za bardzo szczęśliwy. Od kiedy pamiętam, chorował na różne dolegliwości. Od dzieciństwa miał, jak mówiła mama, słabe płuca. Dlatego jako nastolatek chodził do liceum w Zakopanem. Wysłali go tam dziadkowie dla podratowania zdrowia. W Zakopanem zdał maturę.

Dziadek Ignacy, ojciec mojego taty, był przed wojną ważną figurą. Piłsudczyk, działacz harcerski, dyrektor szkół, wreszcie kurator okręgów szkolnych w Białymstoku, Lublinie i Warszawie. Ponoć w 1939 r. miał awansować na wiceministra resortu oświaty, który wtedy nosił skomplikowaną nazwę: Ministerstwo Wyznań i Oświecenia Publicznego. Nie awansował, bo wybuchła wojna i wszystko się zawaliło.

Pochodził z Urzędowa, wsi należącej kiedyś do powiatu zamojskiego, a później kraśnickiego. Jego ojciec, a mój pradziadek Franciszek Pytlakowski mieszkał w Urzędowie przy ul. Wodnej, którą wtedy zwano Przedmieściem Krakowskim. Trzeba bowiem wiedzieć, że przez 400 lat, aż do połowy XIX w., Urzędów miał prawa miejskie. W XVII w. najpierw miasteczko złupili Kozacy Chmielnickiego, a potem wojska szwedzkie. Po ostatnim rozbiorze Polski Urzędów stracił znaczenie, zubożał, a w końcu zamienił się w wieś.

Pradziadek Franciszek gospodarzył na kilku morgach. W tych stronach nawet jeszcze w PRL-u nie liczono areałów w hektarach, ale właśnie w morgach. Jedna morga to nieco ponad pół hektara. Pradziadek nie był potentatem rolnym, ale wśród urzędowskich włościan cieszył się szacunkiem. Liczyli się z jego zdaniem.

Namówił kiedyś kilku sąsiadów i zrzucili się na zakup ćwiartki losu na carskiej loterii. I ta ćwiartka wygrała. Franciszek dokupił ziemi i wybudował murowany dom w kształcie dworku z gankiem i kolumnami. Stoi do dzisiaj. Ta ćwiartka losu spowodowała, że pół ulicy Wodnej z drewnianej zmieniło się w murowaną. Prawdziwy cud.

Pradziadek Franciszek dochował się siedmiorga dzieci – dwóch synów i pięciu córek. Był człowiekiem oddanym Kościołowi, ba – stał nawet na czele komitetu organizacyjnego budowy Katolickiego Domu Społecznego w Urzędowie. Z jakiegoś powodu budowa nie doszła jednak do skutku.

Pradziadek zmarł przed II wojną. Dziadek Ignacy wojnę przeżył w Warszawie, a zaraz po niej na krótko mianowano go dyrektorem Liceum im. Małachowskiego w Płocku. To był rzecz jasna epizod, bo ideowo już nie pasował i odesłano go na emeryturę. Pamiętam, że jeździłem do Płocka do dziadków, siadywałem Ignacemu na kolanach i opowiadałem, że tata i mama dają mi wypić koniaczku i zapalić papieroska. Dziadek tężał, surowo spoglądał na swojego syna, a ten próbował tłumaczyć, że Punio ma zbyt bogatą wyobraźnię. Dziadek też chyba miał bogatą wyobraźnię, bo święcie wierzył, że mały wnuczek nie kłamie i rodzice bezczelnie go deprawują. Punio to byłem właśnie ja.

Nie wiem, czy dziadek Ignacy był antysemitą, ale małżeństwa syna z moją mamą ponoć nie pochwalał. Domagał się, by rodzice chociaż mnie ochrzcili, skoro sami do kościoła nie chodzą. I postawił na swoim. Zostałem ochrzczony w płockim kościele jako sześcio- czy nawet siedmiolatek. Byłem szczerze oburzony, gdy ksiądz opryskał mnie wodą święconą.

Babcia Maria, żona Ignacego, była w połowie Francuzką, nosiła rodowe nazwisko La Roppe. Jej dziadek zawędrował do Polski z Napoleonem. Jego syn ożenił się z Polką i z tego związku na świat przyszła Maria. Rodzinne przekazy głosiły, że była spokrewniona z rodem Krzyżanowskich, a konkretnie z ciotką Fryderyka Chopina. Rzecz brzmiała prawdopodobnie, bo matką Fryderyka była Tekla Chopin z domu Krzyżanowska.

Babcia Maria dożyła sędziwego wieku, zmarła w 1973 r. Dziadek Ignacy opuścił ten świat dziesięć lat przed nią. Oboje spoczywają na cmentarzu Powązkowskim.

* * *

Z całej rodziny Pytlakowskich tylko mój ojciec palił papierosy. Dziadkowie nie palili. Siostry dziadka Ignacego, które znałem: Matylda, Helena, Leokadia i Stefania – nie paliły. Irena i Andrzej, rodzeństwo mojego ojca, też nie paliło. Dlaczego ojciec został zapalonym nikotynistą – nie wiem. Dlaczego ja przejąłem ten nałóg po ojcu – wiem. Bo papierosy wyjątkowo mi posmakowały.

Moje pierwsze wspomnienia dotyczące ojca były zanurzone w chmurze dymu i trzasku rozłupywanych pudełek po zapałkach. Ojciec rozwalał metodycznie każde pudełko zapałek, jakie wpadło mu w ręce. Czynił to bezwiednie. Po latach dowiedziałem się, że podświadomie szukał w tych pudełkach ukrytego banknotu 100-dolarowego, a może dwóch banknotów 50-dolarowych. Cierpiał na zapałkofobię.

Otóż pod koniec lat 40. mój tata przez rok mieszkał w Paryżu. Był tam korespondentem Polskiego Radia i redaktorem naczelnym tygodnika ilustrowanego „Polska i Świat” finansowanego przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a bezpośrednio nadzorowanego przez ówczesnego attaché kulturalnego polskiej ambasady w Paryżu. Był nim Czesław Miłosz, wielki poeta, późniejszy laureat Nagrody Nobla. Tygodnik adresowano do francuskiej Polonii. Podejrzewam, bo żadnych twardych danych nie znalazłem, że pismo nie miało we Francji zbyt wielu czytelników, gdyż reprezentowało poglądy reżimowe i miało za zadanie przekonywać emigrantów do powrotu na łono socjalistycznej ojczyzny. Ojciec wtedy chyba święcie wierzył w wyższość socjalizmu nad kapitalizmem. W końcu nie bez powodu od 1936 r. działał w PPS-ie.

A jednak nie potrafił wyzwolić się z burżuazyjnych przesądów. Mieszkając w Paryżu, mozolnie ciułał pieniądze na futro dla mamy. Odkładał ze swoich diet i przez rok zebrał sto dolarów. To była kupa pieniędzy. We Francji pewnie na futro by nie starczyło, ale w Polsce mógłby kupić nawet dwa. Legalnie dewiz przywieźć do kraju nie mógł, dlatego postanowił je przemycić.

Skonstruował przemyślną skrytkę w pudełku od zapałek, dorobił drugie dno i wsunął tam starannie złożoną w malutką kosteczkę studolarówkę albo dwie pięćdziesiątki. Jechał pociągiem i jak zwykle kopcił papierosy, wtedy niewątpliwie gauloisesy. Palił dużo, podróż długa, puste pudełka po zapałkach wyrzucał za okno. Już nigdy się nie dowiedział, na którym kilometrze i w jakim kraju wyrzucił za okno sto dolarów. Przez lata obsesyjnie rozwalał zapałki. Przestał to robić, gdy miałem już z 10 lat i zacząłem z nim grywać w pigwę. Gra polegała na uderzaniu w pudełko z zapałkami tak, aby dokonało kilku obrotów i spadło na stół. Jeżeli stanęło na sztorc, gracz dostawał 10 punktów, jeżeli opadało na bok – pięć punktów. Ojciec znajdował niejaką przyjemność w bezlitosnym ogrywaniu mnie, aż w końcu to ja zacząłem go ogrywać. Wtedy przestaliśmy się w to bawić, co ucieszyło mamę, bo tłuczenie pudełkami zapałek po stole bywało nieznośne.

Z Francji zamiast dolarów przywiózł dokuczliwą nadkwasotę, zapewne z powodu spożywania nadmiernej ilości cierpkiego czerwonego wina. Musiał nieźle się w mieście nad Sekwaną bawić, bowiem różni zawistnicy uprzejmie donosili mamie, że jej małżonek chyba do kraju już nie wróci, bo tak się rozsmakował w urokach nocnego paryskiego życia. Przesiaduje w Moulin Rouge, chodzi na koncerty Édith Piaf i wszędzie go pełno. Zygmunt Kałużyński, który po roku zastąpił ojca w Paryżu, wymyślił pikantną anegdotkę. Brzmiała tak. Przychodzi Jurek Pytlakowski do prostytutki, rozbiera się, a ona pyta:

– Pan to chyba komiwojażer?

– Dlaczego pani tak sądzi? – pyta Jurek.

– Bo widzę próbkę, a gdzie towar?

Kałużyński w pewnym sensie zatruł mi wczesne dzieciństwo. Sąsiadki popatrywały na mnie z nieukrywanym współczuciem i szeptały:

– Biedne dziecko. Mieć takich rodziców.

Powodem dziwnego zachowania pań z sąsiedztwa były przesyłki z Paryża wysyłane regularnie przez Zyzia Kałużyńskiego. Zasypywał mojego ojca pismami pornograficznymi made in France. Nie ukrywał ich w kopertach, ale umieszczał w wąskiej banderoli z adresem. Listonosz z nieskrywaną uciechą zamiast wrzucać te korespondencje do skrzynki, wdrapywał się na drugie piętro i osobiście doręczał rodzicom. Ale wcześniej dokładnie sobie zawartość oglądał, bo banderolę łatwo było zsunąć. A gdy wertował francuskiego świerszczyka, przez ramię zaglądali mu ciekawscy sąsiedzi. Całe osiedle wiedziało, że ci Pytlakowscy to rodzina zboczeńców. Pornografię im przysyłają z zagranicy.

Działo się to tuż przed moim urodzeniem, ale legenda przetrwała. Ja dowiedziałem się o okrutnych dowcipach Zygmunta Kałużyńskiego po kilku ładnych latach. Koniecznie chciałem obejrzeć corpus delicti, ale rodzice gdzieś te francuskie gołe baby ukryli. Od Krysi, starszej siostry, wyciągnąłem, że pewnie pisemka są na dnie szafy w ojca gabinecie. Postawiłem sobie za cel, żeby do tej szafy zajrzeć.

Ojciec przed wyjściem do pracy zawsze zamykał swój pokój na klucz. To tylko potęgowało moje przeświadczenie, że skrywa w gabinecie jakieś skarby, i tym bardziej pragnąłem tam się dostać. Wejść było łatwo. Gabinet przylegał do łazienki. Wystarczyło w toalecie wdrapać się na stołek, otworzyć okienko umieszczone pod sufitem, podciągnąć się na rękach i przecisnąć przez otwór świetlika. Po drugiej stronie zeskakiwało się wprost na tapczan mojego taty.

Do wspólnej wyprawy przez okienko namówiłem kolegę Michała, z którym przyjaźniłem się od zawsze. Michał towarzyszył mi przez całe dzieciństwo i wczesną młodość, byliśmy trochę jak papużki nierozłączki. Miał jednak pewną wadę: w sytuacjach podbramkowych nie mogłem na niego liczyć, bo brał nogi za pas. Tak było, gdy rozgrzewałem się przed biegiem przełajowym na błoniach Stadionu X-lecia. Miałem 13 lat i wielką ochotę, aby w swojej kategorii wiekowej wygrać. Michał mi towarzyszył jako kibic i osoba wspierająca. Nagle podeszło kilku łobuziaków z Pragi i jeden z nich spytał:

– Startujesz?

– Tak – odpowiedziałem, mając na myśli udział w biegu.

Nie byłem na tyle roztropny, aby domyślić się, że pytanie było prowokacyjne. „Startować” w ulicznej gwarze oznaczało też, że szukam zaczepki. Moja odpowiedź zadowoliła praskich żuli. Natychmiast dostałem pięścią w nos i nakryłem się nogami. Upadając, dostrzegłem uciekającego Michasia. Był szybszy niż wiatr. Nie miałem do niego pretensji. Nawet gdyby stanął w mojej obronie i tak byłby bez szans przeciwko starszym, silniejszym, sprytniejszym i zaprawionym w ulicznych bójkach praskim cwaniakom.

W dniu, gdy razem z Michałem szykowaliśmy się do ataku na szafę mojego taty, ojciec o zwykłej porze, czyli w okolicach południa, ubrał się starannie, spakował teczkę, wziął parasol, zamknął drzwi gabinetu na klucz i wyszedł do pracy. Mamy w domy nie było, siostra w szkole. Z Michałem czekaliśmy na podwórku, aż ojciec zniknie za rogiem, i pobiegliśmy do mieszkania. Akcja przebiegła zgodnie z planem. Wdrapaliśmy się przez łazienkowe okienko i zeskoczyliśmy jeden po drugim na tapczan. Pędem do szafy. Na samym dnie za ubraniami, pod stosem starych gazet leżała paczka z francuskimi pismami porno. Rozczarowaliśmy się, bo w klasie chłopaki miewali naprawdę niezłe fotki z roznegliżowanymi dziewczynami, a niejaki Wróbel, którego tata pracował w handlu zagranicznym i przywoził mu ze swoich podróży zabawki, o których cała reszta chłopaków z naszej klasy mogła jedynie pomarzyć, zasunął kiedyś ojcu pornograficzną talię kart. Świat nie widział takich gołych babek. Można było oniemieć z zachwytu.

Rozczarowaliśmy się, bo pisemka z szafy mojego ojca były czarno-białe. Dziewczyny na zdjęciach pokazywały wyłącznie gołe cycki, ewentualnie pupy. I jeździły na nartach. Nagie kobiety o rubensowskich kształtach wsparte na kijkach narciarskich, biały śnieg i słońce. Nic więcej. I o co tyle hałasu?

Z gabinetu ojca trudniej było się wydostać niż odwrotnie. Podsadziłem Michała, wgramolił się na okienko i wylądował w łazience. Ale mnie już nie miał kto podsadzić. Podskakiwałem, próbowałem się złapać framugi, ale nadaremnie. Byłem za mikry. Szarpałem się w gabinecie ojca przez dobrą godzinę – wszystko na nic. Michał nie wytrzymał nerwowo i jak zwykle czmychnął, zostawiając mnie na pastwę losu, a właściwie na żer mojemu ojcu, który był nerwusem. Nie wiedziałem, jak zareaguje, gdy się naocznie przekona, że jego syn to włamywacz.

Wróciła z pracy mama, podała mi przez okienko z łazienki kanapki, bo zgłodniałem, a potem zatelefonowała do taty, żeby w miarę możności wrócił trochę wcześniej, bo uwięził w swoim pokoju Punia i dziecko niewątpliwie umrze z odwodnienia, a może i z wycieńczenia. Zasnąłem. Obudził mnie ojciec. Był środek nocy, a mój tata patrzył na mnie, na rozrzucone francuskie pisma z gołymi narciarkami i pękał ze śmiechu. Naprawdę mnie nie zamordował ani nie oddał do poprawczaka. Powiedział do mamy:

 

– Wszystko przez tego Zyzia.

Po latach, mając w pamięci tę przygodę i marną jakość gołych bab na śniegu, odwróciłem anegdotę o moim ojcu serwowaną przyjaciołom przez Kałużyńskiego. Moja brzmiała tak: „Zyzio Kałużyński to komiwojażer, bo przysyłał z Francji próbki, a o towarze zapomniał”.

* * *

Po wielu latach Zygmunt Kałużyński wrócił do mojego życia i, co muszę przyznać, nie palił papierosów. A może palił, ale skrycie, jak mój ojciec pod koniec życia. Niepalący Zyzio wyglądał jednak jak zadeklarowany nikotynista. Pomarszczony i lekko pożółkły. Odruchowo szukałem na jego ubraniu dziurek wypalonych żarem ze spadającego popiołu, ale znajdowałem jedynie pomięte, niedoprane dżinsy. To ponoć była jego specjalność – nie zmieniał spodni, które lubił. Gdy występował w telewizji, widz dostrzegał eleganckiego Zyzia w koszuli i marynarce. Nie widział jego dżinsów, bo te kamerzyści umiejętnie omijali.

Kałużyńskiego spotkałem na zebraniu redakcyjnym „Polityki”. Przychodził co wtorek, zasiadał za owalnym stołem i przeważnie milczał. Ale gdy rzadko, bo rzadko, zabierał jednak głos, mówił smacznie. Pochrząkiwał, potrząsał głową, wyglądało, że męczy się straszliwie, aby coś wydukać – ale to pozory. Zdania wypowiadał pełne, dowcipne i zawsze zakończone efektowną puentą. Pisał podobnie.

Kiedyś nie przyszedł na wtorkowe zebranie i potem nadeszła wiadomość, że umarł. Krótko wcześniej zdążyliśmy porozmawiać. Pism pornograficznych z narciarkami nie pamiętał, ale o nieudanym przemycie dolarów na futro dla mojej mamy wiedział wszystko.

Nieudane zakupy futer dla żon były w naszej rodzinie jak fatum. Pod koniec lat 80., u schyłku PRL-u, Danusia, moja żona, zażądała futerka, bo akurat wśród jej koleżanek zapanowała moda na takie okrycia. Nie chciała futra, ale futrzaną kurteczkę. Patrzyła na świat realnie i zdawała sobie sprawę, że na nic więcej nie będzie nas stać. Byłem wtedy początkującym reporterem tygodnika dla młodzieży wiejskiej „Nowa Wieś”, chętnie kupowanego także przez młodzież z miast ze względu na plakaty z zespołami muzycznymi. Nie rozróżniałem żyta od pszenicy, ale szybko pocieszyłem się, że szef działu rolnego „Nowej Wsi” też nie rozróżniał. U niego brak rolniczej wiedzy wynikał z faktu, że na wsi bywał rzadko albo nawet w ogóle. Do tygodnika trafił, bo nie przeszedł weryfikacji dziennikarskiej w stanie wojennym w swoim macierzystym „Sztandarze Młodych”. „Nowa Wieś” miała wyznaczoną przez władze jakąś specjalną ścieżkę, mogła zatrudniać niepewnych politycznie. Dlatego znaleźli tam schronienie na przykład Leon Bójko czy wspomniany już w tej książce Jurek Morawski. Ja nigdzie negatywnej weryfikacji nie zaliczyłem z tej to przyczyny, że nigdy wcześniej w mediach nie pracowałem. Wspomniany szef działu rolnego po 1990 r. z dziennikarstwa odszedł. Najpierw został na jakiś czas rzecznikiem prezydenta Lecha Wałęsy, a potem znikł z życia publicznego.

Zarabiałem wtedy niewiele, ale gdy wypłacono mi honorarium za reportaż opublikowany w książeczce z serii Expres Reporterów, poczułem się jak krezus. Dostałem 40 tys. zł i zwierzyłem się mojemu przyjacielowi Kaziowi, że chciałbym kupić Danusi prezent. Kazio był obrotny i znał się na cenach. Oznajmił, że nowe futerko z nutrii, a więc najtańsze z najtańszych, kosztuje 80 tys. Byłem załamany.

Kazio był fotoreporterem, mieszkał w Olsztynie. Często pracowaliśmy razem głównie dlatego, że Kazio, aby oszczędzić sobie drogi do Warszawy i nie daj Boże jeszcze gdzieś dalej, wyszukiwał atrakcyjne tematy blisko siebie, na Mazurach, i kusił na zmianę Jurka Morawskiego i mnie, abyśmy przybywali. Lubiłem robić mazurskie materiały razem z Kaziem, autorem znakomitych fotoreportaży.

Kazio mieszkał wtedy z bratem, a raczej u brata w domu na jeziorem. Brat, były dyskobol, potężny chłop, miał smykałkę do biznesu. Prowadził zakład kamieniarski. Gdy przyjeżdżałem, aby robić jakiś temat z Kaziem, zatrzymywałem się u niego, a w zasadzie u jego brata. Wieczorami bywali tam różni ludzie, bliżsi i dalsi znajomi czy to Kazia, czy jego brata. Dom był otwarty i nieustannie tętnił życiem towarzyskim.

Tego dnia przyjechałem do Kazia redakcyjnym fiatem razem z kierowcą Waldkiem. W kieszeni trzymałem pokaźną sumkę – całe honorarium za reportaż w Expresie Reporterów. Wieczorem do brata Kazia wpadli goście. Jeden z nich, jakiś znajomy znajomego, poszeptał na boku z bratem Kazia. Ten podszedł do mnie.

– Szukasz futra dla żony? – spytał swoim tubalnym głosem.

– Szukam – potwierdziłem.

– To znalazłeś – oznajmił. – Facet tanio sprzedaje, bo kobieta go opuściła. No, poszła w długą zwyczajnie. Gość pozbywa się po niej schedy. Tanio!

Pojechaliśmy z kierowcą Waldkiem służbowym fiatem do mieszkania faceta, którego porzuciła żona. Otworzył szafę, a tam na wieszakach futro obok futra.

– Dbałem o nią – wyjaśnił. – Kupowałem, co chciała.

– Nie doceniła? – spytałem ze współczuciem.

– Nie doceniła – potwierdził. – Muszę to szybko sprzedać, bo patrzeć na te szmaty nie mogę. Każda rzecz mi ją przypomina. Serce boli. Rozumiemy się?

To jasne, że rozumiałem ból opuszczonego mężczyzny. Chciałem mu pomóc, nie wiedziałem jedynie, czy moje honorarium zaspokoi jego oczekiwania. Ale okazało się, że to nie był problem. Wybrał kurtkę z nutrii, najmniej okazały egzemplarz z futrzanego zbioru.

– Kosztuje 40 patoli – powiedział.

Odetchnąłem. I tak niespodziewanie nabyłem prezent dla Danusi.

Była naprawdę szczęśliwa. Kurtka leżała jak ulał. Przeglądała się w lustrze i buzia jej się śmiała. Następnego dnia pomaszerowała w niej do pracy. Wróciła zadowolona. Koleżanki dostrzegły nabytek i pochwaliły wybór.

Ale szczęście mojej żony trwało krótko, mówię o tym ze wstydem. W redakcji odebrałem telefon z Olsztyna. Dzwonił jakiś porucznik czy kapitan milicji. Oznajmił, że futerko, które zakupiłem, pochodzi z kradzieży. Albo przywiozę je do olsztyńskiej komendy, albo usłyszę zarzut paserstwa z drugiej ręki.

Gdy odbierałem żonie nutrie, miała w oczach łzy. Dopiero po wielu tygodniach przebolała stratę. Nawet racjonalnie sobie to wytłumaczyła. Przypadkiem podsłuchałem, jak wyjaśniała koleżance, że nutrie to najbardziej badziewne z futrzanych okryć, wcale jej się nie podobały.

W Olsztynie porucznik czy też kapitan milicji pokwitował mi odbiór przedmiotu i wyjawił, że futerko było nowiutkie jak spod igły. Ukradziono je wraz z innymi fantami ze sklepu futrzarskiego w centrum miasta. Facet, który mi je sprzedał, to znany paser. Milicja miała go pod kontrolą, obserwowano dom i zauważono fiata na warszawskich numerach oraz gościa, który odwiedził pasera, po czym wrócił do samochodu z futrem. Tym gościem byłem właśnie ja.

– Będzie pan świadkiem w procesie przeciwko paserowi – poinformował mnie milicjant. – Może pan go pozwać na drodze cywilnej o zwrot 40 tys. zł, ale nie doradzam. On trafi do pudła na kilka ładnych lat, cały majątek mu przepadnie, będzie niewypłacalny. Szkoda fatygi.

Po kilku miesiącach jako świadek stawiłem się w olsztyńskim sądzie. Paser skromnie siedział na ławie oskarżonych. Nie zdążyłem jednak złożyć zeznań. Podczas przerwy w rozprawie pasera wyprowadzono na jego życzenie do ubikacji. Okno w toalecie było uchylone, gość wyrwał się konwojentom, rzucił do okna i wyskoczył z drugiego piętra. Podobno złapali go dopiero po pięciu latach.

* * *

Ojciec palił Ekstra Mocne bez filtra prawie do końca życia. Gdy ciężko rozchorował się na płuca i lekarze stanowczo zabronili mu papierosów, ogłosił, że rzuca palenie, ale i tak kurzył w ubikacji, otwierając wywietrznik. Po jego śmierci znaleźliśmy w szafie setki paczek ekstramocnych. Domyśliłem się, że gromadził je latami. Codziennie chodził do kiosku, kupował gazety i przy okazji z nawyku paczkę papierosów. Siła wyższa.